BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

10 listopada 2025

Od Pietruszkowej Błyskawicy

Przeszłość, dni między końcem lata a początkiem jesieni

Granatowy nieboskłon rozciągał się niczym jedwabne prześcieradło na bezkresnym łożu świata. Usiany był drobnymi, białymi punkcikami; jedne migotały ledwie, inne jarzyły się niczym rozpalone iskry. Lecz najważniejszy spośród nich był ten, który lśnił najjaśniej; pan niebios, srebrzysty strażnik nocy. Księżyc. Wielki, a przecie tak odległy. Istoty ziemskie mogły jedynie spoglądać ku niemu z dołu, widzieć jego fragmenty, marzyć o dotknięciu jego szorstkiej, zimnej powierzchni. Lecz były to tylko sny głupiutkich kociąt, których łapy nigdy nie sięgną gwiazd. Gdy wzrok zsunął się z nieba ku ziemi, serce na nowo zamarło. Łąki, skąpane w srebrzystym blasku księżyca, falowały miękko, poruszane delikatnym tchnieniem wiatru. Trawy szeptały coś do siebie, jakby dzieliły się sekretami nocy. A pomiędzy nimi przemknął cień; zając, a może drobna mysz? Nie miało to znaczenia. Nad ich drobnymi sylwetkami wirowały świetliki, tańczące w rytm cichego wiatru; gwiazdy ziemi, tak bliskie, a tak niedoceniane. Rzadko kto mógł ujrzeć ich blask, bo pojawiały się tylko w określonym czasie. Ci, którym dane było je zobaczyć, nigdy nie zapominali tego widoku. Pragnęli znów ujrzeć to tańczące światło, niby senną obietnicę. Lecz spokój łąki przerwał nagły, ledwie słyszalny trzepot skrzydeł. Sowa przecięła powietrze niczym cień myśli i wylądowała na starej gałęzi z ofiarą w szponach. Chwilę później wiatr wzmógł się gwałtownie — nienaturalnie, jakby poruszony gniewem kogoś niewidzialnego. Niósł ze sobą ciężkie, ciemne chmury, które powoli zakrywały pana niebios. Powietrze zgęstniało, przyciskając trawy i gasząc blask świetlików. Wicher zatoczył krąg nad łąką, porwał sowę i trzasnął o gałęzie lasu. Cień, co go prowadził, wzbił się ku niebu i runął w ciemność drzew. Pędził między pniami, smagany wiatrem, jakby śpieszył się, jakby nie miał czasu. Zwolnił dopiero, gdy dotarł pod wodospad. Za srebrzystą ścianą spienionej wody kryła się jaskinia — miejsce dawno zapomniane, a przecież tak dobrze znane. Tej nocy coś w niej drżało, coś ożywało, choć pozostało martwe. Z chłodem i milczeniem kroczyło ku żywym, szukając ofiary.
W głębi jaskini, na półce skalnej, leżała kotka o czekoladowym futrze. Zwykle drgało ono od radości, teraz jednak dygotało z niepokoju. Przewracała się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Jak mogła spać Pietruszkowa Błyskawica, skoro w jej sercu szumiały wspomnienia rozmowy, która zmroziła krew w żyłach? Wciąż widziała pysk Wiecznego Zaćmienia, słyszała jej głos; cichy, a jednak rozrywający duszę: „Zabiłam.”
Słowo to odbijało się w jej głowie niczym krople deszczu o metalową rynnę. Czy mogła coś zrobić? Czy było już za późno? A może właśnie teraz nadarzała się ostatnia szansa, by odmienić bieg tej rzeki — postawić kamień, bądź zburzyć tamę? Nagle poczuła, że coś na nią patrzy. Zawsze miała dobre przeczucie; wyczuwała spojrzenia, nawet gdy były skryte w cieniu. Teraz jednak to uczucie było inne, głębsze, jakby samo powietrze zadrżało. Odwróciła pysk ku zejściu z półki. Stał tam ktoś… a może raczej coś. Wysoki niczym dąb, o sierści brązowej jak jesienne liście, kocur zdawał się nie z tego świata. Jego ciało było półprzezroczyste — wśród mgły, z której się składał, można było dostrzec kształty skał za nim. Oczy miał ciemne, pozbawione życia, jakby gasły w nieskończoności. Pietruszkowa Błyskawica cofnęła łapę, niepewna, czy ma do czynienia z żywym stworzeniem, czy ze snem. Niósł ze sobą zapach Betonowej Dżungli — ostry, duszący, obcy w tym miejscu.
— To był mój dom... — zaczął, chociaż jego pysk nie otworzył się nawet na długość robaka. — Żyłem tu, służyłem... Kochałem... Ale odszedłem, gdyż miłość moja została wyrzucona niczym resztki posiłku, a ja wraz z nią... Tęskno mi... Ona zapewne świeci na niebie…
Wojowniczka postawiła uszy na sztorc, a futro — muśnięte jakby iskrą elektryczności — wystrzeliło do góry. Głos nieznajomego brzmiał jak wiatr hulający w pustych jaskiniach, a chłód bijący od jego ciała mroził krew w żyłach. Z jego nozdrzy unosił się ledwo widoczny dym, cieniutki jak pajęcza nić, zanikający w powietrzu. Zdawało się jednak, że zjawa nawet go nie dostrzega. Pietruszkowa Błyskawica nie była pewna, czy to, co widzi, jest senną fatamorganą, czy też prawdą — namacalną jak mech, na którym leżała, i kamień, który chłodził jej łapy. Zjawa wypalała w niej dziurę swym ciężkim spojrzeniem, jakby zaglądała aż do samego serca. Czekoladowa kotka powoli uniosła się na łapy. W jej postawie nie było już strachu — jedynie napięcie, gotowość. Każdy mięsień drżał z determinacji. Nie zamierzała pozwolić, by coś nieznanego skrzywdziło śpiących pobratymców. Wysunęła łapę do przodu i lekko warknęła, dźwięk ten odbił się echem po ścianach jaskini. Duch jednak nie drgnął. Jego spojrzenie wciąż było puste, nieporuszone, jakby zawieszone pomiędzy światem a nicością. Lecz w chwili, gdy z pobliskiego gniazda uniósł łeb czarny kocur, zjawa rozpłynęła się w powietrzu — razem z echem jego głosu.
— Pietruszko? — mruknął Mysi Postrach, przecierając błękitne oczy łapą. — Coś nie tak? — zapytał, unosząc wzrok i prostując się, gotów do walki, gdy tylko dostrzegł bojową postawę przyjaciółki.
Kotka rzuciła mu krótkie spojrzenie, po czym odwróciła się w stronę, gdzie przed chwilą stała zjawa. Nie było po niej śladu — jedynie powietrze wciąż przesycone było zapachem metalu i płonącej gumy. Twardy, duszący aromat, który nie pasował do zapachu lasu, do miękkiej woni mchu i rosy. Pietruszkowa Błyskawica zacisnęła szczęki, czując, jak dym szczypie ją w płuca. Wiedziała, że to nie koniec. Ten zapach był obietnicą powrotu. Jej spojrzenie zmiękło, gdy zerknęła na młodszego kocura. Cofnęła się powoli i ułożyła znów na swoim posłaniu, z udawanym spokojem.
— Koszmar — wymamrotała, czując, jak drapie ją w gardle. Kaszel cisnął się do pyska, lecz powstrzymała go, oparła głowę na łapach. Udawała, że zasypia. Jeszcze przez chwilę czuła na sobie wzrok Mysiego Postrachu; czujny, zaniepokojony. Potem usłyszała tylko jego ciche westchnienie i szelest, gdy zwijał się w ciasny kłębek. Cisza powróciła, ale nie była to cisza spokojna. W powietrzu wciąż unosiło się coś nieuchwytnego; jakby echo tamtego głosu, zrodzonego z żalu. Czy dobrze zrobiła, strosząc sierść przed zjawą? Może powinna była jej wysłuchać? Nigdy wcześniej nie miała do czynienia z duchami. A jednak, czuła to w głębi serca, on jeszcze wróci. Nie była to nadzieja. Raczej pewność.

.ೃ࿐🌑࿐.ೃ

Granat nocy ustąpił pod naporem płomiennych barw świtu. Niebo, dotąd głębokie i ciężkie jak aksamit, rozjaśniło się do odcienia poranka; błękitu czystego niczym ocean, który rozlał się wysoko nad głowami. Po jego powierzchni płynęły białe obłoczki, lekkie jak morska piana, gnane przez wiatr ku dalekiemu horyzontowi. Nocni łowcy od dawna już spoczywali w swych norach. Ich czas minął — teraz to słabsi mogli znów wyjść spod kryjówek i odetchnąć światłem dnia. Mysz i zając kicały po łąkach, nieśpiesznie skubiąc młodą trawę. Lecz nawet w tej pozornej sielance uszy pozostawały czujne, drgające przy każdym szmerze. A jednak młody zając nie słuchał ostrzeżeń matki. Zbyt ufny, zbyt młody, by rozumieć niebezpieczeństwo, zbyt głupi, by drżeć przed cieniem. Nagle, świst. Poruszenie traw. Wszystko w rytmie, który zdawał się tańczyć z wiatrem i chmurami. Zając uniósł łeb z opóźnieniem, jakby zrozumiał dopiero teraz, że ziemia pod nim drży od cichych kroków. Za późno. Już serce zwolniło, oddech zgasł. Znad oceanu traw wyłoniła się czekoladowa kotka. W złotym blasku słońca jej futro lśniło jak rozgrzana miedź. Z dumą uniosła łeb, trzymając w zębach bezwładne ciało głupiego zająca. Uszy zastrzygły, a spojrzenie pomarańczowych oczu przesunęło się po horyzoncie. Cisza. Bezpiecznie. Nagle coś uderzyło w nią z boku — rudo-cynamonowa kula futra wtoczyła się w jej bok z dzikim okrzykiem. Obie kotki przeturlały się po trawie, zostawiając ciało ofiary daleko za sobą. Trawy gięły się i prostowały niczym fale pod naporem wiatru, aż w końcu zatrzymały się, leżąc brzuchami ku niebu, dysząc i parskając ze śmiechu.
— Przepiórko, powinnaś polować — wymruczała z czułością Pietruszkowa Błyskawica, przekręcając się na brzuch i liznęła córkę po policzku kilka razy.
— Poluję! — zaśmiała się Przepiórcza Wichura, unikając matczynego języka. — Nie sprecyzowałaś tylko, czy chodzi o zwierzynę, czy o koty!
Starsza kocica zaśmiała się cicho, obserwując, jak córka beztrosko tarza się w trawie, a promienie słońca igrają na jej rudym futrze. Jednak spokój nie trwał długo. Spojrzenie Pietruszkowej Błyskawicy znieruchomiało. Pomarańczowe oczy przestały śledzić córkę, kierując się w głąb zielonego oceanu traw. Tam, między drzewami, w cieniu mchów i paproci, coś stało. Zjawa. Znów ona. Ciemna sylwetka majaczyła pośród pni, nieruchoma, a jednak czujna. Wpatrywała się w wojowniczkę jak drapieżnik w ofiarę. Futro Pietruszkowej Błyskawicy uniosło się lekko, ogon drgnął, a nozdrza zadrżały. Wiatr uderzył w duchową postać, rozdzierając ją niczym dym, aż zniknęła w gęstwinie.
— Coś nie tak, mamo? — zapytała Przepiórcza Wichura, prostując się i bacznie lustrując teren. W powietrzu nie czuła niczego niezwykłego. Żadnego zapachu, który mógłby ją zaniepokoić. Żadnego śladu zimna, które przeszyło jej matkę do szpiku.
— Wszystko dobrze — odparła Pietruszkowa Błyskawica, z pozornym spokojem. — Zabierz zająca do obozu. Ja… pójdę jeszcze do lasu.
Jej głos był cichy, ale zdecydowany. Wąsy drgały lekko, zdradzając napięcie, którego nie potrafiła ukryć. Pochyliła się i liznęła córkę po głowie na pożegnanie. Przepiórcza Wichura obserwowała, jak matka rusza szybkim kłusem ku lasowi. Jej sylwetka znikała powoli pośród traw, aż w końcu rozpłynęła się w cieniu drzew. Wiatr cichł, jakby czekał. A w powietrzu, w miejscu, gdzie przed chwilą stała zjawa, unosił się wciąż ten sam zapach; metaliczny, duszący, nie z tego świata.
Przedzierała się przez gęste zarośla, tropiąc ślad, który tylko ona potrafiła wyczuć. Zapach Betonowej Dżungli był jak rana w powietrzu; obcy, ciężki, nienaturalny. Żadne inne stworzenie go nie czuło; ptaki śpiewały, rośliny trwały w spokoju, wiatr niósł zapach lasu. Tylko w jej sercu panował niepokój. Szła dalej, nasłuchując, węsząc, szukając śladów na ziemi — połamanych gałązek, wgniecionych źdźbeł, czegokolwiek, co wskazywałoby, że nie śni. Lecz wokół panowała cisza. Tylko ten zapach… coraz intensywniejszy, coraz bliższy. Prowadził ją w głąb lasu, tam, gdzie słońce nie śmiało sięgnąć nawet jednym promieniem. Cienie gęstniały, stając się niemal materialne. Pietruszkowej Błyskawicy zdawało się to niemożliwe, a jednak — była w części lasu, której łapy jej nigdy wcześniej nie tknęły. Nie było tu ścieżek, nie było znajomych zapachów. Trawy rosły wysokie, splątane niczym sieć. Wiatr milczał. Dawno nikt tu nie był. Rozsunęła łapą źdźbła traw i… serce podskoczyło jej do gardła. Futro stanęło dęba, a ona sama odskoczyła w tył jak spłoszony zając. Przed nią stał on. Zjawa. Te same puste oczy, ta sama masywna sylwetka. Futro miał brązowe jak kora dębu, lecz ciało przeświecało, jakby utkane było z mgły. Wydawał się namacalny, a jednak żaden żywy nie mógłby go dotknąć. Pietruszkowa Błyskawica poczuła, jak ciężar spojrzenia ducha przygniata jej pierś. To nie było spojrzenie wroga — raczej kogoś, kto od wieków dźwigał żal zbyt głęboki, by słowa mogły go unieść. Kotka czuła, jak w gardle rosną jej kamienie, jak żołądek ściska lodowata łapa. Cofnęła się o krok i spuściła wzrok, niezdolna wytrzymać ciężaru tej ciszy. Las wstrzymał oddech. Nawet powietrze zdawało się stać. Jedynie zapach Betonowej Dżungli sączył się w nozdrza, dławiony, lepki, nieznośny.
— Kim… — zdołała wydusić, lecz jej głos zginął wśród drzew. Głos zjawy był jak uderzenie w samo serce, głęboki i donośny, niosący się echem pośród konarów:
— Zwano mnie Niedźwiedzią Siłą. Pośród onych drzew i bestii dzikich bytowałem. Wszelako odszedłem z miłością mą świętą, która teraz między gwiazdami przebywa. Jam tu pozostał; niemy, w ziemi tej jak korzeń utkwiły. Ciężkać dola moja, przeto ratunku błagam, bo dusza ma w ogniu się roztapia i lekarstwa na mękę swą pragnie.
Słowa odbijały się w głowie Pietruszkowej Błyskawicy niczym echa dawno zgasłego grzmotu. Rozumiała sens, a jednak brzmiały obco, jakby wypowiedziane przez mgłę. Czyżby zjawa pochodziła z dalekich stron? A może to śmierć zmienia mowę tak, że żywi z trudem ją pojmują? „Pomieszkiwałem pośród drzew tych…” – powtarzała w myślach, z trudem układając w całość starodawne brzmienie jego słów. Klan Klifu… tak mówił. A więc był jednym z nich? Wojownikiem, który zginął dawno temu? Pietruszkowa Błyskawica spuściła wzrok na swoje łapy, chłodne i drżące. W głowie kłębiły się myśli. Ratunek. Lekarstwo. Bez względu na to, kim był, wiedziała jedno — jeśli ktoś błaga o pomoc, nie można odmówić. Nawet jeśli prosi o nią ten, którego serce już nie bije.
Cisza pomiędzy nimi gęstniała, a powietrze zdawało się drżeć. Wokół wiatr szarpał liście, jakby sam las nasłuchiwał rozmowy, której nikt z żywych słyszeć nie powinien. Pietruszkowa Błyskawica wzięła głęboki wdech, starając się, by głos jej nie zadrżał.
— Ja… — zaczęła ostrożnie. — Nazywam się Pietruszkowa Błyskawica. Jestem wojowniczką Klanu Klifu. A ty… jeśli mogę spytać… — jej uszy drgnęły — …nie żyjesz, prawda?
Zjawa uniosła łeb, a jego oczy zapłonęły bólem.
— Serce me już nie bije od wielu księżyców, — odpowiedział powoli, głosem jak powiew zimnego wiatru. — Wszelako niegdyś biło wiernie dla Klanu Klifu. Żywot mój płynął za dni Cętkowanej Gwiazdy, Lamparciej Gwiazdy, Aksamitkowej Gwiazdy i Srokoszowej Gwiazdy. Lecz kres mu położony został z dala od domu mego; w pośród murów zimnych, z betonu litych, gdzie echo jeno pamięć dawnych dni rozbrzmiewało.
Wojowniczka słyszała każde słowo wyraźnie, choć jego pysk nie drgał nawet o włos. Dźwięk zdawał się otaczać ją z każdej strony, jakby mówił sam wiatr.
— Srokoszowej Gwiazdy? — powtórzyła zdumiona. — Znałeś go? Umarłeś… poza terenami Klanu Klifu? Dlaczego?
Zrozumiała już, skąd brał się ten zapach, który ją prowadził — zapach obcego świata, betonu i rdzy. On był jednym z nich, wojownikiem. A jednak umarł tam, gdzie żaden kot z Klanu nie powinien się znaleźć.
Zjawa zwiesiła głowę. Gdy przemówił ponownie, jego głos zadrżał bólem.
— On był mi druhem serdecznym… lecz rychło w nieprzyjaciela się obrócił. Zwody, kłamstwa, zdrady i podstępy; oto dziedzictwo, jakie po nim zostało. Już przyjacielem nie bywa. Wyrzucił mię jako odpad nędzny, precz od znanych łąk i od wód, które mię znały. Tam, kędy słońce nie dochodzi, a warkot potworów przytłumia pieśń ptaszęcą.
Futro zjawy zadrżało, jakby nawiedzone wspomnieniem. W oczach błysnął żar gniewu, zaraz potem przygasł, ustępując żalowi.
Pietruszkowa Błyskawica uniosła wzrok.
— Srokoszowa Gwiazda cię wypędził? — zapytała, niedowierzając. — Ale dlaczego? Ja znałam go niewiele… mówiono jednak, że miewał kontakty z Mroczną Puszczą…
Jej słowa zawisły w powietrzu. Duch milczał chwilę, jakby wahał się, czy wspomnienia te mają prawo znów zabrzmieć. Wreszcie przemówił:
— Abyś pojąć mogła przyczynę zdrady onej, znać ci potrzeba dzieje me; historię żywota mego i tej, co wśród gwiazd jaśnieje blaskiem wiecznym.
Pietruszkowa Błyskawica skinęła łbem, siadając powoli na liściastym poszyciu. Czuła, jak chłód lasu wpełza jej pod futro. Czas zdawał się stanąć.
— Zatem opowiedz. Kim jest ta, o której wspominasz? — rzekła cicho. — Wysłucham cię… i może uda mi się pomóc.
Zjawa poruszyła się ledwie dostrzegalnie. Z jego pyska nie wydobywał się oddech, a mimo to powietrze wokół drżało.
— Z miasta pochodzi krew ma; z gangów srogich i bezlitosnych. Krew noszę na łapach swych, i winnych, i niewinnych zarazem; sarenek i wilków. Serce me w mroku ongi pogrążone było, słuchało rozkazów głupich, bez rozumu i litości. Takci mię wychowano, przeto i tak żywot mój prowadziłem.
Jego sylwetka przygasła na moment, jakby wspomnienia osłabiały go bardziej niż śmierć.
— Mrok duszy mej rozświecić pragnęła ona, szaleńczą zwana — ta, co z korony, z miłości i z czci odarta została. Zwała się Aksamitną Chmurką, a przez czas krótki także Gwiazdą. Zamiary miała szlachetne, lecz wykonanie ich marne było. Zdrój zdrady zrodził się w sercu onym, co przyjacielem mienion bywał — on mi rozkazał, bym żywot jej odjął.
Głos zadrżał, lecz nie zwolnił.
— Jam nie mógł. Wychowanie znaczenia już nie miało, gdy miłość w serce me się wkradła. Odszedłem tedy z nią tam, kędy beton w łapy parzył. Tamże i śmierć nagła nas dosięgła, jak cień bez ostrzeżenia. Nie pojmuję... tęsknota mię trawi, tęsknota za tą, za którą inni nie wzdychają. Dusza ma płonie jak pochodnia w wichrze. Azaliż słuszną była decyzja ma?
Pietruszkowa Błyskawica milczała, wpatrzona w niego szeroko otwartymi oczami. Słowa ducha brzmiały jak poezja, jak echo dawnej pieśni. Potrzebowała chwili, by je pojąć. W głowie kłębiły się obrazy — miasto, mury, zima, krew, miłość i zdrada. Jedno imię nie dawało jej spokoju. Aksamitna Chmurka. Słyszała o niej kiedyś, dawno temu — gdy była jeszcze uczennicą, ciekawą dawnych dziejów Klanu Klifu. Mówiono, że była przywódczynią, obaloną przez Srokoszową Gwiazdę. Jej rządy miały być słodko-gorzkie. Pietruszkowa Błyskawica przełknęła ślinę. Już wiedziała. Wiedziała, że ta historia nie skończyła się dobrze dla Klanu Klifu.
— Myślę… że to była słuszna decyzja, Niedźwiedzia Siło — wymruczała cicho, z pewnością w głosie, choć w sercu drżała. — Porzuciłeś czynienie zła i wybrałeś miłość. To musiała być dobra decyzja.
Zjawa milczała, a jedyną odpowiedzią był szept wiatru sunący po liściach jak oddech wspomnienia. Wtedy powiało mocniej, i Pietruszkowa Błyskawica uniosła łeb. Wiatr przyniósł znajome zapachy. Futro na karku jej zadrżało.
— Moi klanowicze… tu idą — szepnęła, odwracając głowę w stronę gęstwiny.
Zwróciła wzrok ku duchowi, lecz tam, gdzie przed chwilą stał, nie było już nic. Powietrze zgęstniało, jakby ktoś przed chwilą przeszedł przez zasłonę świata. Zjawa zniknęła bez śladu. Nawet zapach Betonowej Dżungli, który dotąd dusił płuca, rozpłynął się w powietrzu. Pietruszkowa Błyskawica zesztywniała, nie wiedząc, co czynić. Czy czekać? Czy zawołać go z powrotem? A może… wrócić jutro? Po chwili wahania wycofała się o kilka kroków. Las znów był tylko lasem. Żadnych cieni, żadnych oczu wpatrzonych w jej duszę. Zebrała oddech, by ruszyć ku obozowi, gdy nagle; z głębi drzew poniósł się głos, cichy jak echo, a jednak przeszywający serce:
— Studnia…
Kotka zamarła, obracając łeb w stronę dźwięku. Nikt tam nie stał. Tylko wiatr igrał z liśćmi. Uśmiechnęła się lekko, dając znać, że rozumie. Potem, nie oglądając się więcej, ruszyła szybkim kłusem w stronę obozu. O polowaniu, o obowiązkach. W głowie miała tylko jedno imię — Niedźwiedzia Siła — i jego historię, która jak mgła oplatała jej myśli. Z każdą chwilą rozumiała coraz więcej. A jednak wciąż nie znała odpowiedzi na dwa pytania. Dlaczego ją wybrał? I jak ma mu pomóc? Martwi nie potrzebują już niczego — a jednak jego oczy płonęły bólem, a dusza drżała, jakby coś wciąż trzymało ją wśród żywych. Czy można zwrócić duchowi jego ukochaną? Czy można posłać go wreszcie ku Klanowi Gwiazd? A może chodziło o coś prostego, o pamięć, o symbol, o gest, który przyniesie spokój? Czekoladowa wojowniczka wiedziała jedno — teraz nie mogła przestać myśleć. Musiała szukać. Zrozumieć. Bo jeśli duch Niedźwiedziej Siły powrócił do świata żywych… to znaczyło, że jego historia jeszcze się nie skończyła.

.ೃ࿐🌓࿐.ೃ

Gdy słońce wzeszło po raz kolejny w trakcie tego szalonego czasu, a ciężkie, ołowiane chmury zasnuły niebo, jaskrawe promienie gwiazdy zbladły, jakby ustępując miejsca nadchodzącej burzy. Ptaki ucichły, kryjąc się w gęstwinach, a wiatr niósł zapach mokrej ziemi i zwiędłych traw. Cały świat wstrzymał oddech, przygotowując się na pierwszy grzmot. Pietruszkowa Błyskawica siedziała przed jaskinią, wpatrzona to w srebrzysty wodospad, to w ścieżkę wiodącą ku rozległym łąkom, na których wiatr tańczył z ostatnimi źdźbłami lata. Musiała wkrótce ruszyć do studni, lecz obawiała się, że burza dopadnie ją w połowie drogi. Westchnęła cicho, a jej ogon poruszył się nerwowo po chłodnym kamieniu. Wtem, jak z mgły, obok niej pojawiła się ta, która od dawna rozpalała jej serce. Wieczne Zaćmienie wyglądała spokojniej — koszmary, które dotąd dręczyły jej sen, zdawały się ustępować, choć nadal zażywała nasiona maku, by móc zaznać wytchnienia. Przysiadła obok ukochanej, a krople z wodospadu spadały cicho między ich łapy. O ich miłości wiedziały tylko gwiazdy, i może rzeka, której nurt niósł ich sekrety w dal.
— Ostatnio zdajesz się czymś martwić — zaczęła spokojnie, przesuwając ogonem po kamiennej posadzce. W jej głosie pobrzmiewała troska, a w oczach tliło się ciepło, którego tak brakowało w tym ponurym dniu. Miała w życiu wiele zmartwień, dlatego z łatwością dostrzegała cień w spojrzeniu innych.
— To nic takiego. Mam po prostu zły czas — odparła Pietruszkowa Błyskawica, odwracając wzrok. Nie chciała opowiadać o zjawie. Coś ściskało ją w sercu, jakby każde słowo mogło sprowadzić na nią gniew duchów. Po chwili jednak, nie mogąc dłużej milczeć, dodała z wahaniem:
— Czy możliwe jest, by duchy przychodziły do niemedyczek? I skąd wiedzieć, skąd ów duch pochodzi?
Wieczne Zaćmienie uniosła łeb, wyraźnie zaskoczona pytaniem. Na moment zamilkła, jakby ważyła każde słowo, a szum wodospadu zagłuszył ich oddechy. Krople rozbijały się o kamienie niczym tysiące szeptów.
— Rzadko zdarza się, by duchy z Klanu Gwiazd nawiedzały niemedyczki — powiedziała w końcu, cicho, niemal z lękiem. — Co do ich rozpoznania... nie mam pojęcia. Dawno ich nie widziałam. A może nigdy? Może pamięć mnie już zawodzi. Zawsze jednak wyobrażałam je sobie jako istoty utkane z gwiazd i ciepła. Cóż za ironia, prawda? — mruknęła z goryczą, jakby wspominając przeszłość, w której Klan Gwiazd dawno odwrócił od niej wzrok.
— Rozumiem. Cóż, pójdę się przewietrzyć — odparła Pietruszkowa Błyskawica, podnosząc się z ziemi. Otarła się delikatnie o podbródek ukochanej, po czym ruszyła przed siebie. Wieczne Zaćmienie patrzyła za nią jeszcze przez chwilę. W jej oczach błysnęło coś na kształt niepokoju, który zaraz potem zgasł. Spuściła wzrok na własne łapy, jakby w nich próbowała odczytać przyszłość, której nikt już nie potrafił zrozumieć.
Pietruszkowa Błyskawica tymczasem szła z determinacją przez falujące łąki. Wiatr targał jej futrem, plątał wąsy, a niskie trawy uderzały w łapy. W oddali grzmiało; głucho, jakby ziemia budziła się z ciężkiego snu. Gdy błyskawica rozdarła niebo, kotka przyspieszyła kroku. By uniknąć gniewu burzy, wbiegła do lasu. Mknęła między pniami, muskając łapami miękki mech, aż na horyzoncie zamajaczyły Złote Kłosy; a raczej ich cień, porosły już chwastem i ciszą. Wtem, po lewej stronie, dostrzegła znajome, puste spojrzenie. Ciemność między drzewami drgnęła, a szerokie, brązowe barki zjawy zarysowały się w błysku pioruna. Zatrzymała się gwałtownie, serce zabiło jej szybciej. Po chwili jednak pobiegła w jego stronę. Wyskoczyła z lasu. Przy starej studni, na kamieniach pokrytych mchem, siedział on — Niedźwiedzia Siła. Jego niestabilne ciało drżało przy każdym podmuchu wiatru, jakby zaraz miało się rozwiać. A jednak trwał. Jakby sam wiatr chciał go zatrzymać, choć na krótką chwilę.
— Przyszłam, by dokończyć naszą ostatnią rozmowę. Zniknąłeś — mruknęła, siadając na wilgotnej trawie przed nim. Obawiała się wskakiwać na kamienny brzeg studni – była ona niestabilna, a ryzyko wpadnięcia do środka zbyt duże.
— Zniknąć mi przyszło, by nieprawem śmiertelnych spojrzeń nie dosięgła mej wątłej postaci. Pytaćbym cię mógł o rzeczy mnogie, wszelako serce me szepce, iż tyś jest tą, co pytania żarliwsze w piersi swej nosi — odparł duch. Jego spojrzenie powędrowało daleko, ku łąkom ginącym w mgle, jakby obecność rozmówczyni nie miała dla niego większego znaczenia.
— Masz rację. Dlaczego to właśnie do mnie przyszedłeś? — zapytała, wbijając pazury w glebę, jakby szukała w niej oparcia. — Mamy w klanie medyczkę. Ona zapewne lepiej zna się na duchowych sprawach — mruknęła szczerze, a w jej głosie pobrzmiewała niepewność. Obawiała się, że nie zdoła pomóc zjawie. Wiedziała jednak, że Ćmi Księżyc z pewnością potrafiłaby coś zdziałać.
— Medyczka klanu waszego strzeże woli tych, co wśród gwiazd mieszkają. Mniemam wszelako, iż serce jej nie wzruszyłoby się nad takim wędrownikiem jak ja; tym, którego mroczny bór i gwiezdne niwy w niełasce swej odtrąciły — odrzekł Niedźwiedzia Siła głosem głębokim jak echo w kamieniach studni. — Nie godzi mi się taić, iż sam w ich wolę wiarę utraciłem, przeto i sądy ich pojąć zdołam. Tyś wojowniczką, a serce twe, łaskawsze, snadź więcej zrozumienia w sobie nosi; niećmione wiarą ślepą. Wybór mój na cię padł, albowiem spraw mnogich więzy nas splatają. Tyś za miłością kroczy, która zda się cię w bezdroża wodzić. Jam także dla miłości mej wszystko poświęcił. Lecz azali godnaż ona ciężaru, co serca nasze ku przepaści ciąży?
Pietruszkowa Błyskawica drgnęła. Skąd duch wiedział o jej zakazanej miłości do Wiecznego Zaćmienia? Czyżby obserwował ją już od dawna, czekając tylko na właściwy moment? Serce zabiło jej szybciej. Nie wiedziała, co zrobić – czy powinna skłamać, czy może po raz pierwszy od dawna mówić szczerze.
— Może masz rację… — szepnęła po chwili. — Jednak myślę, że różnimy się od siebie. Ty dla swojej ukochanej zrobiłeś wiele dobrego, poświęciłeś się. Ja natomiast sprowadzam na moją ukochaną cierpienie. Straciła przeze mnie swoją rolę. Jej ból jest moją winą — zwiesiła głowę, a łzy zaczęły cisnąć jej się do oczu. — Gdyby nie ja, Wieczne Zaćmienie byłaby szczęśliwa. A teraz Klan Gwiazd zapewne nie przyjmie jej w swoje szeregi.
Niedźwiedzia Siła milczał dłuższą chwilę. Wiatr unosił wokół nich liście, jakby czas sam wstrzymał oddech, czekając na jego słowa.
— Czemuż całą winę na się zrzucasz? — rzekł w końcu cicho, a w jego tonie zabrzmiało coś między wyrzutem a smutkiem. — Skoro twa luba nie odstąpiła od uczucia, choć prawa złamane były, tedy znać, iż gotowa była na ofiarę. Miłość tego żąda, czyż nie tak?
Wojowniczka odwróciła wzrok i skrzywiła pysk. Może i duch miał rację. A jednak w jej sercu wciąż tliło się przekonanie, że gdyby nie pojawiła się w życiu Wiecznego Zaćmienia – gdyby pozostały jedynie przyjaciółkami – tamta byłaby szczęśliwą medyczką, szanowaną przez wszystkich. Mimo to musiała przyznać duchowi rację w niektórych kwestiach. W końcu miłość zawsze niosła w sobie zarówno światło, jak i cień.
— Miłość to uczucie, którego każdy pragnie… lecz czy jest ona naprawdę godna tylu poświęceń? — zapytała cicho, jakby bardziej samą siebie niż zjawę.
— A jak mniemasz? — odparł duch spokojnie. — Tyś serce czystsze nade mnie nosisz; może nauczysz mię, ile miłość waży? Jam ten, co w rozterce stoi, nie wiedząc, czy słusznie uczynił, nie kładąc śmierci na swą miłą. Tyś wszelako prawdę znasz, lecz skrywasz ją; i przed samą sobą ją w mrokach serca więzisz.
Siedziała chwilę w milczeniu, wpatrzona w trawy przed sobą. Powietrze pachniało burzą, a liście na pobliskich drzewach drżały, jakby w napięciu. Myśli wirowały jej w głowie. Czy mogła mu pomóc? Czy naprawdę to jemu, czy może samej sobie chciała dać odpowiedź?
— Zawsze wierzyłam, że miłość to coś świętego — zaczęła po chwili, unosząc wzrok ku niebu, gdzie błyskawice rozdzierały ciemność. — Coś ważniejszego od zasad czy wiary. Przekładałam ją ponad Klan Gwiazd i ich kodeksy, bo nie zgadzałam się z jednym ich punktem. Jak można odbierać coś tak cudownego jak miłość? — jej głos nabrał siły, drżał jednak od emocji. — Waham się nad wiarą w nich, nad zaufaniem. Czasami wydają się wielcy… ale też tacy, których mamy się bać, a nie kochać.
Zatrzymała się na moment, nabierając powietrza.
— Miłość nie musi być romantyczna — mówiła dalej. — Może łączyć rodzinę, przyjaciół, klan. Ale wciąż jest ważniejsza niż cokolwiek innego. Bo gdy tkwimy w mroku, to właśnie ona go rozświetla. Możliwość wtulenia się w znajome futro jest ważniejsza niż tysiąc słów. Czy przodkowie tego nie wiedzą?! — wbiła pazury głębiej w ziemię, a złość zawrzała w niej jak wulkan. — Są ślepi, czy co?!
Jej głos odbił się od kamieni, a duch milczał, patrząc na nią uważnie. Wiatr poruszył trawę wokół, jakby natura odpowiadała na jej gniew.
Po chwili znów się odezwała, tym razem spokojniej, ale z tą samą żarliwością:
— Może gdyby ci wszyscy medycy mieli możliwość kochać… może wtedy byliby silniejsi. Mniej zniszczeni. Mogliby po trudnym dniu, po ratowaniu rannych, znaleźć oparcie w ukochanym kocie. — Uniosła łeb, a w jej oczach błysnęło przekonanie. — Tak, Niedźwiedzia Siło – postąpiłeś dobrze. Sprzeciwiłeś się jednej z zasad gwiezdnych, nie uznałeś słowa lidera za święte. Dzięki temu uratowałeś życie tej, dla której twe serce biło szybciej. Bo to jest miłość.
Zrobiła krok w stronę zjawy.
— Miłość to poświęcenie. To ciepło i chłód jednocześnie. Daje szczęście, a gdy ją tracimy – cierpimy bardziej niż od ran zadanych przez borsuka. Miłość jest czymś ważniejszym niż wiara. Może gdyby wszyscy kierowali się miłością, a nie kodeksami, ten las byłby lepszy… i bezpieczniejszy. Nie sądzisz?
Zjawa słuchała jej z kamiennym wyrazem pyska, nieruchomo, jak posąg wyrzeźbiony z mgły. A jednak w jego oczach poruszyło się coś ledwie dostrzegalnego — delikatne, jasne światełko, jakby w samym sercu cienia zapłonął mały, ciepły ogień.
— A więc słusznie postąpiłem — rzekł w końcu cicho. — I ty także dobrze czynisz. Wieczne Zaćmienie umiłowała cię, a miłość swą poświęceniem własnym objawia. Tyś też w cierpieniu trwasz, wszelako przez miłość wzajemną rozświetlacie mrok ów, jako gwiazdy niebiosa nocne rozjaśniają. Boć dla miłości warto i własny puls w ofierze złożyć.
Wtem z ciemnych chmur, które od dawna górowały nad nimi, spadł deszcz. Krople uderzały o ziemię z cichym szeptem, rozpryskując się w błocie. Przeszywały zjawę na wylot, jakby chciały rozerwać jej mglistą formę, lecz on trwał niewzruszenie, mimo że każdy podmuch wiatru zdawał się rozmywać jego kształt. Oboje trwali w milczeniu, wpatrzeni w siebie. Czas jakby stanął w miejscu, a ich serca biły w tym samym rytmie — jednym, równym uderzeniem, które przebijało się przez szum deszczu. Zrozumieli. Wiedzieli już, czym naprawdę jest miłość. To, co wcześniej wydawało się przeszkodą, okazało się drogą, która prowadziła ich przez mrok. Może nie zawsze to dostrzegali, może nie chcieli tego widzieć — lecz teraz wiedzieli jedno: muszą wrócić do swoich ukochanych. Choćby wymagało to walki z losem, z samymi sobą, z gniewem przodków — muszą zrobić wszystko, by zatrzymać przy sobie miłość.
— Spotkajmy się jutro w nocy, na plaży. Chcę ci coś dać; coś, co może ci pomóc — powiedziała cicho, podnosząc się na łapy.
Po tej rozmowie wiedziała, że nie zdoła przenieść Niedźwiedziej Siły do gwiazd, ani sprowadzić z nich Aksamitkowej Chmury. Ale mogła dać duchowi coś, co przypomni mu o ukochanej. Coś, co stanie się jego światłem wśród ciemności. Kocur skinął łbem z godnością i powoli rozpłynął się w deszczu, jakby sam był częścią burzowych chmur. Jego sylwetka rozwiała się w powietrzu, a po chwili pozostała po nim tylko chłodna mgła. Pietruszkowa Błyskawica odwróciła się i spojrzała w niebo. Ciężkie chmury wciąż zasnuwały horyzont, ale wiedziała, że ponad nimi kryją się gwiazdy — i ci, którzy nimi władają. Czy bali się własnych czynów? Czy żałowali krzywd, które wyrządzili tylu kotom? Czekoladowa wojowniczka nie znała odpowiedzi. Jedno jednak wiedziała na pewno: nie chce wierzyć w tych, którzy zabraniają szczęścia. A mimo to — wciąż będzie przestrzegać ich zasad. Z szacunku, z przyzwyczajenia, a może ze strachu. Bo tak ją wychowano. Nawet jeśli pustka ją pochłonie. Nawet jeśli trafi do Mrocznej Puszczy — to nic nie szkodzi. Chce tylko być z Wiecznym Zaćmieniem. Lecz co, jeśli… jeśli Wieczne Zaćmienie trafi tam, gdzie spoczywają najgorsi? Jak Pietruszkowa Błyskawica miałaby dostać się tam, gdzie mieszkają mordercy? Jej oddech przyspieszył. W uszach zabrzmiało ostatnie echo słowa, które utkwiło w jej głowie niczym cierń.
Mordercy.

.ೃ࿐🌕࿐.ೃ

Nastał następny dzień — ostatni w tej historii. Słońce, schowane za ciemnymi chmurami, dawało znać o upływającym czasie. Ranek, zwykle kojarzony z ciężkim wstawaniem i dobrym śniadaniem, ustąpił miejsca popołudniu pełnemu patroli i rozmów. Potem niebo przybrało odcienie ognia; pomarańczowe, czerwone i czasami różowe. Słońce znikało za horyzontem, a na jego miejsce wychodził księżyc. Klan Gwiazd odsunął chmury, by dać każdemu znać, że dziś jest pełnia — czas zgromadzenia pięciu przynależności. Ocean cofnął się lekko, ukazując Bursztynową Wyspę i ścieżkę prowadzącą do niej. Jednak nie wszystkim było dane postawić łapy na jej śliskich kamieniach. Pietruszkowa Błyskawica tej nocy nie uczestniczyła w zgromadzeniu. I wyjątkowo — nie żałowała. Sama machnęła łapą na propozycję, by iść z resztą. Wolała pozostać w obozie, bo już na tę noc miała swoje własne plany. Gdy obozowisko opustoszało, a reszta kotów kładła się spać, czekoladowa wojowniczka zakradła się do lecznicy. Panowała tam chłodna cisza, gęsta i przytłaczająca — od czasu, gdy Wieczne Zaćmienie odeszła do legowiska starszych. Pietruszkowa Błyskawica dobrze wiedziała, gdzie znajdował się składzik ziół. Zajrzała do środka i niemal od razu dostrzegła to, czego szukała. Kwiat o zazwyczaj pomarańczowych płatkach, lecz ten konkretny był inny — wpadał w głęboką czerwień, przeplataną żółcią, jak płomień zamknięty w łodydze. Wyjątkowy, tak samo jak cała ta noc. Kotka delikatnie ujęła go w pysk. „Przepraszam, Ćmi Księżycu. Obiecuję, że nazbieram ci drugie tyle.” — przeprosiła w myślach uzdrowicielkę, która przebywała teraz na zgromadzeniu. Po chwili wyłoniła się z jaskini, udając spokój, i skierowała się ku wyjściu z obozu. Przed skałą, na straży, siedział Mysi Postrach. Pochrapywał lekko, lecz jego uszy, jak zawsze, były czujne. Gdy tylko usłyszał kroki za sobą, drgnął i natychmiast się wyprostował.
— Pietruszkowa Błyskawico? — wymamrotał, przecierając oczy. — Eee… ja nie śpię! I ty, jak widzę, też nie. Gdzie idziesz? — zapytał od razu, nie zwracając szczególnej uwagi na to, że wojowniczka coś ukrywa za plecami.
— Idę odwiedzić Pogorzelisko — odparła spokojnie. — Wiesz przecież, że lubię to robić w pełnię. Czuję wtedy, że zmarli naprawdę mnie słuchają.
Była to tylko półprawda, ale brzmiała wystarczająco wiarygodnie. Rzeczywiście, często wychodziła właśnie w pełnię, by odwiedzić groby dawnych towarzyszy. Jednak tej nocy miała inne plany. Takie, o których nikt nie musiał wiedzieć.
— Och, jasne… ale wracaj szybko — ziewnął przeciągle czarny kocur i zaraz znów przymknął oczy, pogrążając się w półśnie.
Pietruszkowa Błyskawica cicho czmychnęła w mrok, wciąż trzymając kwiat w pyszczku. Szła delikatnie, niemal bezszelestnie, a po drodze zebrała kilka liści, by przykryć nimi roślinę. Zerknęła na Bursztynową Wyspę — na horyzoncie majaczyły tam sylwetki kotów zebranych na zgromadzeniu. Patrzyła na nie chwilę, bez emocji, po czym odwróciła wzrok i ruszyła w dół, ku plaży. Piasek miękko muskał jej poduszki łap, a oceaniczny wiatr rozwiewał futro, połyskujące w blasku księżyca. Fale szemrały spokojnie, jakby szeptały tajemnice starych czasów. Kotka przysiadła na mokrym piasku i ostrożnie położyła pakunek przed sobą. Kiedy uniosła spojrzenie, niemal podskoczyła. Przed nią stał Niedźwiedzia Siła. Mrok jego sylwetki nie rozjaśniał nawet blask księżyca. Jak zwykle — z kamiennym wyrazem pyska — skłonił głowę w milczącym powitaniu.
— Witaj — szepnęła z lekkim uśmiechem. — Nie mogłam się ciebie doczekać. Mam coś dla ciebie. Coś, co, myślę, rozświetli twój mrok.
Zsunęła łapą pakunek w jego stronę. Duch poruszył uszami i nachylił się nad darem. Wiatr porwał kilka liści, odsłaniając ukryty kwiat. Jego płatki jarzyły się w blasku księżyca — czerwienią i złotem.
— To aksamitka — dodała cicho wojowniczka.
Zjawa drgnęła gwałtownie. A potem wydarzyło się coś, czego Pietruszkowa Błyskawica nigdy by się nie spodziewała. Po raz pierwszy Niedźwiedzia Siła uśmiechnął się.
Jego oczy, dotąd mroczne i puste, rozbłysły nowym światłem — ciemnokasztanowym, takim, jakie miał za życia. Spojrzał na nią z wdzięcznością, a przez jego sylwetkę przebiegł subtelny blask, jakby choć na chwilę znów stał się żywy.
— Ach… a więc takiż drobiazg poruszył serce me — wyszeptał głosem miękkim jak echo. — Łzy w oczach mi się kręcą. Kwiat ten ją mi wspomina; delikatny jest, wszelako jasny jako słońce w zenicie. Choć ujrzeć jej oblicza więcej mi nie będzie dano, wpatrywanie się w tę roślinę ból mój ukoi. Dziękuję ci z głębi duszy mojej… Lecz któżbym był, gdybym się nie odwdzięczył?
Powoli sięgnął za siebie i wyjął coś drobnego, lśniącego w świetle księżyca.
— Oto piórko — rzekł z cichym uśmiechem. — Zda się niczym, a przecie barwy jego osobliwe są i piękne. Niechaj przypominać ci będzie o twej ukochanej, jak echo wspomnień niesione przez wiatr.
Pietruszkowa Błyskawica pochyliła się nad darem. W jej oczach błysnęły łzy. Piórko było czarno-rude, duże, lecz kruche — tak kruche, jak jej ukochana. Wzięła je ostrożnie w łapy. Przez ułamek sekundy było zimne niczym lód, ale zaraz nabrało ciepła i stało się zupełnie realne, jakby duch tchnął w nie odrobinę życia. Z drżeniem przyczepiła je sobie za uchem, tak, by wystawało spośród innych piór, które nosiła. Potem otarła łapą łzy.
— Dziękuję. Wygląda na to, że pomogliśmy sobie nawzajem. Czy jeszcze kiedyś cię zobaczę? — zapytała z nadzieją w głosie.
Zjawa jednak westchnęła, a wokół nich rozlał się chłód, przeszywający aż po same kości.
— Żal mię to wyrzec, wszelako odpowiedź brzmi: nie. Odejść mi trzeba teraz, gdy dusza ma wreszcie spoczynku zaznała. Wszelako ty masz jeszcze szansę, byś z umiłowaną moją się zetknęła. A gdybyś ją ujrzała, rzec jej proszę, iż tęskno mi ku niej każdego dnia; jak gwiazdom za słońcem, gdy świt je rozprasza.
Po tych słowach silny powiew wiatru porwał duszę Niedźwiedziej Siły. Zniknął — może daleko, a może tak blisko, że wystarczyło zamknąć oczy, by go poczuć. Pietruszkowa Błyskawica patrzyła, jak jego kształt rozwiewa się w powietrzu niczym dym. Łzy spływały jej po policzkach. Choć znała go krótko, czuła, jakby straciła kogoś naprawdę ważnego. Zwiesiła głowę i przycisnęła do siebie ostatnie płatki aksamitki. Wiedziała, że nie zdoła spełnić jego prośby — nie mogła trafić tam, gdzie błyszczą gwiazdy. Bo jej serce należało gdzie indziej. Musiała być tam, gdzie Wieczne Zaćmienie. Jej uszy poruszyły się gwałtownie. I wtedy — jakby na samo wspomnienie — w powietrzu rozbrzmiał znajomy krok. Z ciemności wyszła szylkretowa kotka. Jej futro połyskiwało w księżycowym blasku niczym płomień, a w oczach odbijała się cała noc. Wieczne Zaćmienie przysiadła obok niej, spoglądając w stronę oceanu.
— Z kim rozmawiałaś? — zapytała cicho, rozglądając się wokół, jakby szukała niewidzialnego towarzysza.
— Sama ze sobą — odparła łagodnie Pietruszkowa Błyskawica, obracając się w jej stronę. — Uświadomiłam sobie coś ważnego.
Złapała ukochaną za łapę. Jej dotyk był ciepły, drżący od emocji.
— Kocham cię, Wieczne Zaćmienie. I chcę być z tobą — czy to za życia, czy po śmierci. Nie ważne, dokąd nas to zaprowadzi, ani co będę musiała zrobić. Bo kocham cię, a miłość do ciebie dodaje mi sił. Choćbym miała iść na koniec świata, na nowe tereny, czy w samą Mroczną Puszczę — pójdę tam z tobą. Jeśli pustka ma mnie pochłonąć, niech pochłonie mnie z tobą u boku. Nie ważne, ile przodkowie zrobią. W ich wolę już nie wierzę. Wierzę w miłość. I to jej tylko chcę być oddana.
Wieczne Zaćmienie z każdym jej słowem miękła coraz bardziej. Jej pysk drżał, a w żółtych oczach zalśniły łzy. Dla Pietruszkowej Błyskawicy te oczy były światłem w mroku — jedynym, jakie kiedykolwiek pragnęła widzieć.
— Ja też cię kocham — wyszeptała drżącym głosem. — I nigdy nie przestałam. Nie ważne, ile krzywd przodkowie na mnie zrzucili — nigdy nawet nie pomyślałam, by się poddać. Nie chcę, byś kończyła w miejscu, gdzie brak gwiazd. Nie zasługujesz na to, nigdy nie zasługiwałaś. Ale wiem, że dla mnie nadziei już nie ma. Skoro jednak chcesz iść ze mną… zaakceptuję to. Bo i mnie będzie łatwiej, mając cię u boku.
Kotki długo patrzyły sobie w oczy. Księżyc w pełni świecił nad nimi, srebrząc fale i ich futra. Gdzieś daleko zawył wiatr, a morze uderzało o skały. A przodkowie? Ci milczeli. Niektórzy odwracali wzrok z obrzydzeniem. Inni z niemym zdumieniem. Bo oto dwoje serc śmiertelnych, odrzuconych przez boskie prawa, udowodniło, że ich moc jest niczym wobec miłości. Bo nic nigdy nie będzie silniejsze od niej. Będą trwać — za życia i po śmierci. Bo Pietruszkowa Błyskawica zrobi wszystko, by być ze swoją ukochaną. Wszystko.

Dusza Niedźwiedziej Siły zaznała spokoju...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz