BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

10 listopada 2025

Od Mirtowego Lśnienia

Gwiazdy, rozciągające się po ciemnym niebie niczym srebrzyste klejnoty, błyszczały cicho, jakby czuwały nad światem z wysokości. Ich delikatny blask spływał na obozowisko Klanu Klifu, otulając je mlecznym światłem i nadając wszystkim konturom miękką poświatę. Cienie skał przybrały barwę popiołu, a wiatr — ten sam, który przez dzień był ostrym tchnieniem morza — teraz łagodnie muskał futra i gałęzie, niosąc w sobie zapach soli, mokrego mchu i odległego deszczu. W tym świetle wszystko zdawało się nierzeczywiste, jakby obóz tkwił zawieszony między snem a jawą, między światem żywych a królestwem Gwiezdnych Wojowników.
Noc płynęła powoli, ciężka od ciszy i tajemnic. Po niebie przesuwały się leniwie rozmyte chmury, które raz po raz przysłaniały gwiazdy, jakby próbowały skryć ich spojrzenia przed śmiertelnymi. W obozie panował spokój — z legowisk dobiegały ciche pomruki śpiących wojowników, a z kącika uczniów dało się słyszeć krótkie, nieświadome mruknięcia, gdy ktoś śnił o pogoni za myszą. Wszystko zdawało się harmonijne, tak spokojne, że aż nierealne. A jednak w powietrzu czaiło się coś więcej niż tylko cisza.
Na straży, tuż przy wejściu do obozu, siedział wojownik o futrze barwy płomienia. Mirtowe Lśnienie. Jego oczy, odbijające blask gwiazd, błyszczały jak bursztyny w ciemności. Od czasu do czasu drgał mu czubek ucha, gdy wiatr poruszał liśćmi lub gdy kamyk stoczył się z urwiska gdzieś w oddali. Mimo to jego spojrzenie nie błądziło — trwało utkwione w niebo, w srebrzysty bezkres, który wydawał się tak bliski, że wystarczyłoby unieść łapę, by dotknąć jednej z gwiazd.
Czym w końcu byłaby ta ciemność, gdyby wojownicy nie odpoczywali, gdyby nikt nie korzystał z chwili, by zaczerpnąć sił i przygotować się na nowy dzień — równie pracowity, równie pełen obowiązków jak ten miniony? Mirtowe Lśnienie znał ten rytm aż nazbyt dobrze. A jednak tej nocy nie potrafił odnaleźć w nim spokoju. Każdy jego oddech wydawał się za głośny, każdy ruch — zbyt ostry w zetknięciu z bezruchem świata.
Niepokój tlił się w nim jak ledwie widoczny żar pod warstwą popiołu. Nie dawał o sobie znać krzykiem ani strachem, lecz subtelnym napięciem, które oplatało jego serce niewidzialną nicią. Z każdym kolejnym uderzeniem serca wojownik czuł, że coś jest nie tak. Nie potrafił tego nazwać — może to wiatr przynosił mu echa dawnych głosów, a może cisza była po prostu zbyt doskonała, by mogła być prawdziwa.
Spojrzał w stronę nieba. Jedna z gwiazd zamigotała mocniej, po czym przygasła. W świetle jej krótkiego błysku Mirtowe Lśnienie miał wrażenie, że dostrzega w oddali kontury postaci — jakby przez ułamek sekundy ktoś stał na krawędzi urwiska, obserwując go. Futro na karku wojownika zjeżyło się, a powietrze nagle stało się gęstsze, cięższe, jakby morze wstrzymało oddech.
”Samotność” — pomyślał. Tak, to pewnie tylko ona. Ta sama, która czasem przychodzi do wartowników w środku nocy, gdy ich towarzysze śpią, a świat wydaje się pusty i obcy. A jednak w głębi duszy czuł, że to coś więcej. Że nie jest sam.
Najpierw poczuł to w powietrzu.
Wiatr, dotąd łagodny, nagle ucichł, jakby ktoś go odciął. Szum morza, tak znajomy i nieprzerwany, osłabł, aż wreszcie całkowicie zamarł. Ciemność zgęstniała — nie była już tylko tłem, ale czymś namacalnym, wdzierającym się pomiędzy kamienie, w futro, w sam oddech. Świat zamarł w bezruchu, jakby wstrzymał oddech przed tym, co miało się wydarzyć.
I wtedy ją zobaczył.
Z początku tylko cień, ledwo dostrzegalny wśród drgających smug księżycowego światła. Potem — sylwetka. Kocia, smukła, a jednak obca. Poruszała się powoli, z płynnością, która nie należała do żywych. Każdy krok nieznajomego był cichy, niemal nierealny, jakby jego łapy nie dotykały ziemi.
Mirtowe Lśnienie znieruchomiał. Serce zaczęło bić szybciej, mocniej, aż czuł jego puls w gardle. W pierwszej chwili chciał unieść ogon w ostrzeżeniu, wydać cichy syk, zawołać wartę — ale dźwięk uwiązł mu w gardle. Czuł, że nie powinien. Że jakikolwiek ruch mógłby zburzyć coś kruchego, coś, co nie należało do świata, który znał.
Z każdym uderzeniem serca postać przybliżała się, coraz wyraźniejsza w blasku księżyca. Rudemu wojownikowi zdawało się, że powietrze wokół niej drży — jak powietrze nad wodą w upalny dzień.
A potem poczuł to: zapach.
Nie ten znajomy, niosący sól i kamień, lecz inny — słodkawy, ciężki, niepokojąco znajomy. Zapach, jaki towarzyszył śmierci.
Ale pod jego warstwą tliło się coś jeszcze.
Coś, co sprawiło, że serce Mirtowego Lśnienia zadrżało.
Zapach Klanu Klifu.
Nieznajomy zatrzymał się w końcu tuż przed wejściem do obozowiska. Światło księżyca spłynęło po jego futrze, ukazując szczegóły, których Mirtowe Lśnienie wcale nie chciał dostrzec. Gęste, brązowe futro, w którym wiatr igrał jak w wyschniętej trawie. Pyszczek przecięty nieregularną smugą bieli, ciągnącą się aż po nos. Oczy — zielone, lecz matowe, jakby patrzyły z miejsca, gdzie nie istnieje dzień.
Mirtowe Lśnienie przełknął ślinę, lecz gardło miał suche.
Nie znał go. Nigdy wcześniej nie widział tej twarzy. A jednak jego serce rozpoznało coś, czego pamięć nie potrafiła nazwać. Echo wspomnienia jak cień po blasku.
Mirtowe Lśnienie poczuł, jak jego futro na karku staje dęba, lecz nim zdołał cokolwiek powiedzieć, duch uprzedził go:
— Pachniesz jak on... — rozpoczął tajemniczo, sucho, może nawet trochę wrogo — Że też mu się faktycznie udało... Że też muszę wracać tutaj i patrzeć, jak jego osoba zasiada w miejscu, w którym to ja powinienem grzać miejsce. Pachniesz jak on, ale nie wyglądasz... Może więc dasz radę mi pomóc, skoro krew jego w tobie nie krąży?
Mirtowe Lśnienie zamarł. Ciepło, które dotąd czuł w piersi, uleciało, ustępując miejsca lodowatemu dreszczowi. Nie mógł oderwać wzroku od postaci stojącej w świetle księżyca. Czy to był duch? Wojownik z Klanu Gwiazdy? A może coś... starszego, mroczniejszego, czego nawet Gwiezdni nie potrafili już nazwać?
Otworzył pysk, lecz słowa nie chciały przejść przez jego gardło. Czuł tylko drżenie w łapach i bezradne bicie serca, które zdawało się rozbrzmiewać głośniej niż oddech wśród cichych liści.
Nieznany kot trwał w milczeniu. Jego postać drżała lekko, jakby mgła, którą poruszył niewidzialny podmuch. Jego futro nie odbijało światła — raczej pochłaniało je, rozlewając wokół chłodny blask, który sprawiał, że sierść Mirtowego zjeżyła się na karku.
W końcu wyszeptał — niemal niedosłyszalnie, z niedowierzaniem i lękiem:
— Jak mam ci pomóc? — wyrwało się z niego po chwili. Głos zabrzmiał zbyt głośno w tej ciszy. — Kim ty… kim ty właściwie jesteś?
Zjawa uniosła wzrok, a w jej oczach błysnęło coś, co przypominało odbicie gwiazd — blade, odległe, lecz przepełnione dawnym żarem.
— Dawniej wszystko było dla mnie obiecujące — powiedział cicho duch, a jego głos przypominał szelest suchego liścia. — Byłem kimś więcej niż tylko wojownikiem. Myślałem, że moje imię zapisze się w pamięci Klanu, że gwiazdy spojrzą na mnie z dumą. Ale nigdy nie doczekałem się tego, o czym marzy każde kocię, każdy uczeń, każdy wojownik… — westchnął, a w tym westchnieniu pobrzmiewał żal wielu księżyców. — Nigdy nie zająłem najwyższego miejsca. Patrzyłem tylko, jak to, co było w zasięgu moich łap, wymyka mi się, rozmywa jak odbicie w wodzie, by zniknąć na zawsze.
— Ty… — Mirtowe Lśnienie przełknął ślinę. — Musiałeś pełnić funkcję zastępcy. Jeszcze zanim Liściasta Gwiazda została przywódczynią.
Zjawa przymknęła oczy.
— Teraz jedyne, co słyszę, to echo dawnego szczęścia — wyszeptała. — A co mi po nim, jeśli stoję tu jako wspomnienie tego, kim miałem być? — W głosie zjawy pojawiła się gorycz, ostra jak pazur. — Och, gdzie podziała się ta sprawiedliwość, którą nam obiecywano? Gdzie te kłamstwa, którymi karmiono nas, kiedy byliśmy jeszcze ślepymi kociętami? Los mnie oszukał. I ciebie też oszuka.
Rudzielec drgnął. Te słowa uderzyły w niego mocniej niż jakikolwiek cios. Wiedział, że duch ma rację. Zbyt dobrze znał ciężar niespełnionych marzeń i gorycz, jaką niesie przegrana z losem. Sprawiedliwość... słowo, które dawniej brzmiało jak przysięga, teraz zdawało się tylko pustym dźwiękiem, który zmienia kierunek, jak wiatr między drzewami.
I może… tylko może, gdyby los potoczył się inaczej, to on dziś byłby zastępcą. A Pikująca Jaskółka nigdy nie stałaby się osobą, której musiał zazdrościć.
— Chciałbym móc ci jakoś pomóc. — Głos Mirtowego Lśnienia był początkowo cichy, niepewny, lecz z każdą sylabą nabierał spokoju. — Jednak w mojej sytuacji… Cóż, nie wiem, co właściwie mógłbym dla ciebie zrobić. Sprawiedliwość czasem zmienia kierunek… — dodał po chwili, wpatrując się w mglistą postać ducha. — Chyba nie ma na to lekarstwa.
Zjawa zadrżała, jakby jej sylwetkę poruszył wiatr, choć w lesie panowała cisza.
— Zabierz mnie — odrzekła po chwili, a w jej głosie zabrzmiała niemal błagalna nuta. — Zabierz mnie w miejsce, w którym to zaledwie parę księżyców temu powinienem się znajdować… jako ktoś więcej niż tylko zastępca. To jedyna rzecz, jakiej pragnę. Jedyna, która pozwoli mi załatać pustkę, kołaczącą we mnie od tak dawna.
Mirtowe Lśnienie skinął głową. Cień współczucia przemknął mu przez oczy.
— Wezmę cię tam. — Jego ton był miękki, lecz stanowczy. — Jeśli to sprawi, że poczujesz się lepiej, nie będę kazał ci zwlekać. Ty… pragniesz stanąć na skale, z której przywódcy zwykle oddają przemówienia, prawda?
Zjawa prychnęła krótko, jakby sam pomysł wywołał w niej gorycz.
— Dość cierpienia sprowadziło na mnie zarówno to obozowisko, jak i same wasze tereny! — warknęła, a jej oczy rozbłysły jak dwa zimne płomyki. — Myśl, Mirtowe Lśnienie! Czy naprawdę sądzisz, że chciałbym znów oglądać miejsce, które mnie zdradziło i kazało uciekać niczym tchórzowi? To, czego pragnę, znajduje się niedaleko. Pokazuje się tylko, gdy jego powierzchnię muskają promienie okrągłego lica.
Rudzielec zamarł na moment, słuchając tych słów. Zrozumienie powoli wpełzło w jego spojrzenie niczym świt w dolinę.
— Bursztynowa Wyspa… — wyszeptał.
Zjawa skinęła głową, a przez jej półprzezroczystą postać przebiegł cień dawnej dumy.
Nie czekając dłużej, Mirtowe Lśnienie obrócił się i ruszył przed siebie. Nocny las był gęsty i cichy. Liście szeleściły pod łapami, a księżyc — pełen, złowrogo jasny — prowadził ich wśród drzew. Zjawa sunęła tuż za nim, jej ruchy były płynne, jakby nie dotykała ziemi.
Powietrze pachniało wilgocią i solą; gdzieś w oddali dało się słyszeć jednostajny szum fal. Rudzielec uniósł głowę, rozpoznając znajomy zapach — morze, granica terytorium, miejsce spotkań i wspomnień.
— Więc… jak wyobrażałeś sobie czas swoich rządów? — zapytał w końcu Mirtowy, łamiąc ciszę, która stawała się ciężka jak mgła.
Duch nie odpowiedział od razu. Szli jeszcze chwilę, a ich ścieżkę oświetlało migotliwe światło księżyca.
— Myślałem, że poprowadzę Klan ku wielkości — odrzekł w końcu zjawa, głosem, w którym słychać było echo dawnych marzeń. — Że zapamiętają mnie jako tego, który potrafił połączyć siłę z rozwagą. Że nikt nie będzie musiał żyć w cieniu dawnych błędów. — Zamilkł na chwilę, spoglądając na rudzielca. — A ty, Mirtowy Lśnienie? Czego ty pragniesz?
Kot drgnął, zaskoczony pytaniem.
— Ja… — urwał, szukając słów. — Kiedyś chciałem być kimś, kogo inni słuchają. Kto prowadzi, nie tylko podąża. Ale teraz… — westchnął — sam już nie wiem, czego chcę. Myślałem, że Judaszowcowa Gwiazda widzi we mnie kogoś wartego roli zastępcy! A teraz? Czuję się, jakby zaorał mi pazurami skórę! Myślałem, że to wszystko ma jakiś cel… Że może moje przybycie do Klanu Klifu miało większy sens! Że gwiazdy, na które tak uwielbiali patrzeć moi prawdziwi rodzice teraz popatrzały także i na mnie.
Wojownik o płomiennym futrze westchnął głęboko.
— Tymczasem… Moja jedyna siostra straciła oko, nogę i kawałek ucha. A ja sam nie czuję się szczególnie dobrze. Zwłaszcza, gdy patrzę na obecną zastępczynię! Bo powiedź mi, czy TO NIE JA zasługiwałem na coś więcej?! — Na moment przerwał, czerpiąc chwilę, by ochłonąć. — Przesadzam. Och, jak bardzo przesadzam! Pewnie powinienem być wdzięczny za to, że tu jestem. Że jestem synem przywódcy, że w sumie, to nie najgorzej mi się wiedzie, że jedzenia nie brakuje i że udało mi się po raz drugi zostać czyimś mentorem — spojrzał na ducha. — Ale ja po prostu nie umiem. Nie dostrzegam tych pozytywów, gdy patrzę na Pikującą Jaskółkę i… Każdego innego kota, który czuje się lepiej niż ja.
Zjawa nie odpowiedziała. Jej spojrzenie zdawało się błądzić gdzieś daleko, poza granicami świata żywych.
— Czy Judaszowiec mierzył się z czymś podobnym, nim został zastępcą? — spytał w końcu.
— Z tym, co opisałeś? Wątpię. Ale z pewnością spotkały go mniejsze czy większe wyboje po drodze do władzy… W którymś momencie wygarnął Srokoszowej Gwieździe to i owo, przez co stracił rangę wojownika oraz poprzednie imię. Stał się więźniem. W oczach wielu jedynie balastem. Czas przeleciał, a nagle kompletnie odbił się od dna. Ależ gorzka jest ta cała… Ironia.
— Czasem zastanawiam się, czy sam nie jestem sobie winien. Czy może to wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybym był lepszym uczniem, lepszym wojownikiem, lepszym kotem. Często narzekałem, chodziłem ze skwaszoną miną. I często byłem skłonny podjąć decyzje, które nie są koniecznie właściwe.
— Za każdą decyzją się coś kryje. Może miałeś wtedy powód, ale nawet go nie pamiętasz? Pomyśl. Wszystko to, co robimy ma za sobą przyczynę. Pewnie moja ucieczka również ją miała. Rozważ moje słowa, młody.
— Może…
Wkrótce dotarli nad brzeg. Bursztynowa Wyspa spoczywała pośrodku jeziora jak klejnot zatopiony w czerni wody. Jej powierzchnię oblewało mleczne światło księżyca, które igrało w falach, tworząc tysiące srebrnych iskier.
Zjawa zatrzymała się na skraju wody.
— Tutaj… — wyszeptała. — Tutaj kiedyś miałem stanąć jako przywódca. Patrzeć na zebrane Klany z dumą, a nie z żalem. — Przymknął oczy. — Los mnie wyprzedził, ale może… dzięki tobie, choć przez chwilę, mogę poczuć, jakby czas się cofnął.
Mirtowe Lśnienie przytaknął bez słów.
Zjawa powoli ruszyła w stronę wyspy. Nie zostawiała śladów. Kiedy dotarła do brzegu, woda nie zmąciła się ani na moment — jedynie zamigotała jaśniej, jakby rozpoznając kogoś, kto niegdyś do niej należał.
Mirtowy patrzył, jak duch wchodzi coraz dalej, aż jego sylwetka rozpływa się w świetle księżyca. Przez chwilę wydawało się, że duch zatrzymuje się, odwracając ku niemu spojrzenie.
— Dziękuję… — szept przemknął przez powietrze i zniknął, nim zdążył dotrzeć do jego uszu.
Potem już nic. Zjawa rozwiała się w srebrzystej mgiełce, która uniosła się nad taflą wody, aż w końcu znikła zupełnie.
Mirtowe Lśnienie stał jeszcze chwilę w ciszy, wsłuchując się w łagodny szum jeziora. Jego serce biło wolno, równo, jakby samo przystosowało się do rytmu nocy.
— Obyś znalazł to, czego ja nigdy nie zdołałem — wyszeptał, po czym odwrócił się i ruszył w stronę lasu, gdzie wkrótce miał zniknąć między cieniami drzew.

Dusza Przyczajonej Kani zaznała spokoju...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz