Przeszłość
Cierń podeszła do syna, a on się nie ruszył. Nadal był przerażony, jednak ta polizała go po głowie jak matka myjąca swoje dziecko.
— No już, spokojnie — wyszeptała. — Wszystko będzie dobrze.
Po ciele liliowego przeszedł dreszcz. Cały zadrżał, jakby właśnie dotknął go rozżarzony płomień. Mimo to wciąż stał jak wryty, bo w tym parzeniu było coś dziwnie przyjemnego, coś, co sprawiało, że jego serce biło szybciej, ale nie ze strachu. Ciepło rozchodziło się po jego ciele, a on zmrużył oczy, pozwalając sobie na chwilę wytchnienia. Po kilku uderzeniach serca jednak gwałtownie je otworzył, jakby obawiał się, że to tylko złudzenie – że w rzeczywistości obóz Owocowego Lasu stoi teraz w płomieniach.
Nic się jednak nie zmieniło. Łysa kotka wciąż była przy nim, a blady blask księżyca delikatnie oświetlał polanę przed nimi. W końcu zielonooki niezdarnie odsunął się od rodzicielki, stając tuż przed nią. Czuł się taki mały i kruchy jak drobinka piasku. Miał wrażenie, że znowu jest tym przestraszonym kociakiem, który z lękiem patrzył na zezłoszczoną matkę, rozczarowaną jego słabością. Uczeń próbował doszukać się w jej oczach zawodu, tej dobrze znanej mu surowości… ale nie znalazł jej. Zamiast tego ujrzał troskę. Prawdziwą, ciepłą troskę, jakiej chyba nigdy wcześniej od niej nie dostał. Jego oczy zaszkliły się, lecz szybko otarł je łapą i przygryzł wargę, by powstrzymać emocje.
— Ja… — wymamrotał niepewnie, nie wiedząc, co powiedzieć. Przez dłuższą chwilę stali w ciszy, żadne z nich nie miało odwagi ruszyć się choćby o długość kocięcego kroku. W końcu liliowy cicho dodał:
— Dzi-dziękuję… — Po tych słowach zrobił kilka kroków do przodu i położył głowę na barku wojowniczki.
***
Teraźniejszość
Wiciokrzew przeciągle ziewnął, powoli budząc się do życia. Był ranek – choć nie taki znowu wczesny. Pierwsze patrole musiały już dawno opuścić obóz. Zielonooki rozciągnął się, czując, jak jego kości strzelają. “Starość nie radość, młodość nie wieczność…” – pomyślał, uśmiechając się lekko pod nosem. Wtem przed jego oczami pojawiła się Purchawka.
— Hej, Wilczomleczu! Nad czym się tak szczerzysz? — zagadnęła z figlarnym błyskiem w oku. — Czyżbyś miał jakąś kocankę na oku?
Liliowy poczuł, jak jego uszy aż zapiekły go ze wstydu. Chciał coś odpowiedzieć, zaprzeczyć, ale głos ugrzązł mu w gardle. Zamiast słów, z jego pyska wydobyło się jedynie niezręczne chrząknięcie. Purchawka parsknęła śmiechem i poklepała go łapą po głowie.— Dobra, dobra, nie musisz mi mówić, kim jest twoja wybranka! — mruknęła wesoło. — Ale jeśli kiedyś będziesz potrzebował talizmanu dla ukochanej albo jakiegoś rytuału na miłość… wiesz, do kogo przyjść!
Wiciokrzew jedynie zamrugał, coraz bardziej zdziwiony z każdym jej słowem.
— T-to nie tak! — wyjąkał, zakrywając pysk łapą. Zielarka roześmiała się głośno, ale jej śmiech powoli zaczął ucichać, aż w końcu zniknął kompletnie – musiała wyjść z lecznicy.
Wiciokrzew odetchnął głęboko. To było takie upokarzające! On przecież nigdy nie miał nikogo na oku. Wcześniej powtarzał sobie, że jest jeszcze za młody i musi się skupić na treningach. A potem? Po prostu przestał o tym myśleć. W końcu ledwo radził sobie w rozmowach z przyjaciółmi, jak miałby sobie poradzić z partnerem?
Niedługo później do lecznicy zajrzała Leszczyna. Starsza kotka wyglądała całkiem dobrze jak na swój wiek – jej futro było starannie wylizane, choć w oczach widać było zmęczenie, a postawę miała lekko zgarbioną. Nie kaszlała, nie miała kataru, wyglądała zdrowo. Wiciokrzew zaprosił ją gestem do środka.
— Od jakiegoś czasu źle sypiam — zaczęła, siadając przy ścianie. — Nie mogę zasnąć, a gdy już przymykam oczy, budzę się w środku nocy. Potrzebuję czegoś, co zapewni mi wreszcie długi, porządny sen.
Zielonooki zawiesił wzrok na maku skrytym za jej uchem. “A wystarczyłoby po niego sięgnąć…” – pomyślał żartobliwie, ale nie miał odwagi powiedzieć tego na głos. Zamiast tego sięgnął do składziku, wyjął kilka nasion maku i położył je przed starszą kotką.
Leszczyna przyjrzała się im podejrzliwie.
— A nie za duża ta porcja? — zapytała szorstko. — Prosiłam o sen porządny, ale nie wieczny.
Wiciokrzew uśmiechnął się nerwowo. Czy ona właśnie zasugerowała, że chce ją posłać na spotkanie ze Wszechmatką? On przecież muchy by nie skrzywdził!
— N-nie! Porcja jest i-idealna — zapewnił ją, lecz Leszczyna zmrużyła oczy.
— Jąkasz się. Wyglądasz na niepewnego i zestresowanego… kłamiesz — oceniła sucho. Uczeń miał ochotę schować się pod ziemią i już nigdy spod niej nie wyjść, ale mimo wszystko zachował spokój.
— To o-odpowiednia ilość… ale je-jeśli się ma-martwisz, możesz zjeść po-połowę — zaproponował, czując, jak ze stresu robi mu się gorąco. Dlaczego akurat teraz żadna z kotek nie była w lecznicy? Świergot, Kruszynka, nawet Purchawka – każda z nich na pewno by go wsparła!
W końcu Leszczyna wzięła nasiona do pyska i połknęła je wszystkie. Wiciokrzew odetchnął z ulgą, gdy czarnofutra ruszyła w stronę legowiska starszyzny. Bał się, że jeszcze chwila, a zacznie z nim ostrzej dyskutować. Mogłaby nawet iść się poskarżyć do Sówki, a to dopiero byłoby dla niego katastrofą. Jak miałby odzyskać zaufanie klanu po takich oskarżeniach?
Nie minęło wiele czasu, gdy w progu lecznicy pojawiła się kolejna pacjentka – Jeżyna. Kotka weszła do środka z szerokim, promiennym uśmiechem na pysku, a słońce za jej plecami oświetlało futro jej bure futro, sprawiając, że wyglądała jak żywy promyk radości. Wiciokrzew od razu wyczuł pozytywną energię, którą tu za sobą przyniosła.
— Bardzo bolą mnie poduszki łap! — wyjaśniła szybko. — Krwawią, pieką, pewnie popękały!
Uczeń zastanowił się chwilę, po czym przypomniał sobie odpowiednie zioło. Szczaw! Szybko pobiegł do składziku, wrócił z jego liśćmi i kępką pajęczyn, po czym poprosił kotkę, by usiadła. Przygotował papkę i delikatnie nałożył ją na popękane poduszki, a następnie starannie owinął łapy pajęczyną.
— Teraz szczypią jeszcze bardziej! — zawołała Jeżyna, ale jej głos wcale nie był pretensjonalny, a raczej rozbawiony. Wiciokrzew skinął głową z lekkim uśmiechem.
— To do-dobrze. To znaczy, że sz-szczaw działa — wyjaśnił spokojnie. — Za ni-niedługo przejdzie. I szczaw p-przestanie szczypać, i poduszki się w-wyleczą… — dodał, zerkając na jej łapy.
***
Słońce stało wysoko na niebie. Wiciokrzew leżał na trawie pośrodku obozu, leniwie wpatrując się w błękit nieba i chmury, które spokojnie sunęły po jego powierzchni. W myślach próbował dopasować do nich różne kształty, choć nie było to tak proste, jak mogłoby się wydawać. “Ta wygląda jak jabłko!” – pomyślał z zadowoleniem. Po chwili jednak ból karku zaczął mu dokuczać od leżenia w jednej pozycji. Przekręcił głowę i spojrzał na centrum obozu. Właśnie w tej chwili dostrzegł, jak Sówka usadawia się na najniższej gałęzi topoli. Wiciokrzew uniósł uszy, zaintrygowany. Co takiego miała im do ogłoszenia liderka?
— Niech wszystkie koty Owocowego Lasu zbiorą się pod mównicą — rozległ się jej donośny, poważny głos. Sówka przesunęła spojrzeniem po całej polanie, aż w końcu zatrzymała wzrok na Wiciokrzewie – na kilka uderzeń serca dłużej, niż gdyby zrobiła to przypadkiem. Zielonooki poczuł, jak jego serce zamiera. Przez ułamek sekundy przemknęła mu przez głowę myśl, że może – może wreszcie – to on zostanie mianowany. Ale po tylu księżycach spędzonych jako uczeń, taki scenariusz wydawał się graniczyć z cudem.
— Wiciokrzew, wystąp.
Oczy liliowego rozszerzyły się ze zdumienia. Naprawdę? On? Rozejrzał się wkoło, jakby szukając potwierdzenia, że dobrze usłyszał. Gdy jednak napotkał zachęcające spojrzenia swoich pobratymców, wstał i ostrożnie ruszył pod topolę. Łapy drżały mu z emocji, ale starał się wyglądać dumnie – jak przystało na dorosłego medyka.
— Najwyższy czas, abyś stał się medykiem. Wykazałeś się niezwykłą determinacją i nieustępliwością. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i dbać o jej zdrowie? — powiedziała Sówka. Na jej pysku pojawił się ciepły, łagodny uśmiech.
— P-przysięgam! — wyjąkał, czując, jak głos mu drży. Nie brzmiał pewnie, ale w jego tonie brzmiała szczerość, której nikt nie mógł mu odmówić. Nawet Leszczyna.
— A zatem witamy cię jako nowego medyka Owocowego Lasu! — ogłosiła przywódczyni.
Wiciokrzew opuścił wzrok, nie mogąc powstrzymać lekkiego uśmiechu, który cisnął mu się na mordkę. W następnej chwili cała polana wypełniła się okrzykami:
— Wiciokrzew! Wiciokrzew! Wiciokrzew!
Po jego klatce piersiowej rozlało się przyjemne, rozgrzewające poczucie dumy. Rozglądając się po tłumie, dostrzegł znajomy pysk – Cierń. Kotka stała nieco z tyłu, częściowo ukryta za innymi, więc widział tylko jej łyse uszy i czubek głowy. Czy skandowała razem z resztą, czy może milczała, rozczarowana? Żołądek Wiciokrzewa ścisnął się ze stresu, gdy rozważał w głowie możliwe opcje.
<Cierń? Jesteś ze mnie dumna…?>
Wyleczeni: Leszczyna, Jeżyna
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz