Przeszłość
Wiciokrzew właśnie żegnał się z Malinkiem, kiedy nagle do lecznicy wtargnęła trójka kotów.
— On umiera, zrób coś! — Miłostka zaczęła krzyczeć, a Wiciokrzew aż zjeżył się na całej długości futra. Jego zielone oczy były przestraszone, lekko zdezorientowane. Kiedy jednak zobaczył terminatora, który nie umiał ustać na własnych łapach, podbiegł bliżej, aby odprowadzić go na wolne legowisko. — Gdzie Pani Staruszka Świergot? Kiedy wróci? Potrzebujemy, żeby szybko coś zrobiła! — wtrąciła szylkretka.
— Uspokój się — mruknął Sekrecik, trzepiąc Miłostkę w ucho. — Swoją drogą, to pewnie twoja wina. Wróciliście wczoraj cali mokrzy, a wezbrał się wiatr.
— Och Wszechmatko! Len, ja cię zabiłam! — Koteczka upadła na grunt, chowając pysk między łapy. Liliowy stał jak wryty, zdezorientowany, obserwując poczynania Miłostki. Szylkretka leżała tak przez chwilę, a gdy uniosła łapę i zauważyła, że uczeń wciąż stoi w bezruchu, krzyknęła:
— No co tak stoisz! Po coś tu przecież stałeś, masz mu pomóc! Zrób cokolwiek, bo umrze, zanim przyjdzie Pani Świergot!
Zielonooki pośpiesznie skinął głową i ostrożnie podszedł do chorego Lna, który ze zmrużonymi oczami wpatrywał się w punkt przed sobą. Wiciokrzew otworzył pysk, jakby chciał zadać mu kilka pytań, lecz po chwili zrezygnował. Patrząc na stan kremowego, wiedział, że rozmowa i tak nie ma sensu. Zamiast tego przyłożył łapę do jego głowy i wywnioskował, że kocur miał podwyższoną temperaturę. Nie słyszał jednak żadnego charczenia, więc przynajmniej nie wyglądało na to, by złapał katar. Wiciokrzew zerknął na Miłostkę, która nagliła go wzrokiem, po czym ruszył do składziku i wyciągnął kilka liści ogórecznika. Wracając do Lna, mruknął:
— Z-zdaje się, że Len ma go-gorączkę. To li-liście ogórecznika. Zbi-zbiją trochę go-gorączkę.
Kiedy podszedł bliżej kremowego, położył przed nim włochate listki i zniżył się do poziomu jego pyszczka.
— Mu-musisz to zjeść. Wtedy po-poczujesz się le-lepiej — powiedział cicho. Młodszy zwrócił na niego nieobecne spojrzenie, po czym powoli sięgnął łapą po ogórecznik, chwytając listki pazurami. Następnie uniósł głowę i zaczął je przeżuwać. Wiciokrzew dopilnował, by zjadł wszystko, a potem obejrzał się na dwójkę uczniów stojących pod ścianą lecznicy.
— Mu-musi odpocząć. Powinno mu prze-przejść za ja-jakiś czas… — mruknął zielonooki, uśmiechając się słabo do rodzeństwa. — Mo-możecie przynieść mu tro-trochę wody.
***
Teraźniejszość
Wiciokrzew siedział przed lecznicą, pozwalając gorącym promieniom słońca ogrzewać swoje futro. Gdy tak siedział, dostrzegł przed sobą Cienia – swojego młodszego brata, z którym nigdy nie miał zbyt dobrego kontaktu. Może powinien to zmienić? W końcu obaj nie podążali ścieżką wojownika, tak jak chciałaby tego ich matka. Czy Cień też się tego wstydził? Czy żałował, że został stróżem, a nie kimś innym? Wiciokrzew czuł, że gdyby z nim porozmawiał, mogliby okazać się do siebie bardziej podobni, niż myślał. Może wreszcie znalazłby w kimś wsparcie, komu mógłby się zwierzyć z rodzinnych problemów. Bał się jednak, że Cierń zaakceptowała wybór drugiego syna i wcale się od niego nie odsunęła. Co by wtedy czuł? Zazdrość? Smutek? A może żal, że to właśnie jego matka odrzuciła? To było ryzyko, którego nie był jeszcze gotów podjąć.
Kiedy przyglądał się bratu, nagle Cień odwrócił się w jego stronę. Ich spojrzenia się spotkały, a łysy kocur uśmiechnął się delikatnie. Zanim jednak Wiciokrzew zdążył wykonać jakikolwiek ruch, na widoku pojawiła się Miłostka. Kotka wpadła prosto na Cienia, po czym zjeżyła się i odskoczyła w bok. Ze złośliwym błyskiem w oku powiedziała coś do niego, a ten natychmiast posmutniał. Liliowy już chciał interweniować, ale wtedy na jego drodze pojawiła się starsza kotka – Kaczka. Bura kuśtykała, a na jej pysku malowało się wyraźne zmartwienie. Wiciokrzew próbował jeszcze spojrzeć za nią, by zobaczyć, jak dalej potoczy się sytuacja między Cieniem a Miłostką, lecz głos wojowniczki wyrwał go z zamyślenia.
— Wiciokrzewie… — zaczęła, spoglądając na swoje łapy. — Chyba zwichnęłam tylną łapę. Bardzo boli, prawie nie mogę na niej stanąć. Pomożesz mi?
Zielonooki szybko skinął głową i obrócił się w stronę lecznicy. Przebiegł obok Świergot i Kruszynki, po czym wyciągnął ze składzika kilka liści bzu i trochę pajęczyny. Już mielił bez w pyszczku, gdy wrócił do Kaczki. Gdy uzyskał gęstą papkę, pochylił się nad jej łapą, nałożył zioło na opuchnięte miejsce i starannie owinął pajęczyną.
— Za nie-niedługo powinno być le-lepiej! Wróć do le-legowiska i zrób sobie wo-wolne od obowiązków, żeby ła-łapa dobrze się wy… wyleczyła — poradził. Kaczka uśmiechnęła się subtelnie i skinęła głową w podziękowaniu.
Zanim jednak zdążyła odejść, Wiciokrzew już ją wyminął, kierując się w stronę swojego brata, który siedział teraz w kącie obozu.
— Ci-Cień! — zawołał, głośniej niż zwykle. Łysy podniósł się na łapy, jakby gotów był uciec, ale ostatecznie został na miejscu. Wiciokrzew podszedł bliżej, stając tuż przed nim. — Ch-chciałbym porozmawiać — mruknął niepewnie, a końcówka jego ogona zaczęła drgać. — W końcu je-jesteśmy rodzeństwem… m-może… — urwał, gdy zdał sobie sprawę, że właśnie sam rozpoczął rozmowę z innym kotem. Serce zaczęło mu bić szybciej, a język plątał się coraz bardziej. — Ja-jak ci idzie jako s-stróż? Jak za-zareagowała na to Ci-Cierń? — zmienił nagle temat, próbując się ratować.
— Och… — odparł Cień, ponownie siadając i owijając ogon wokół łap. — Nie najgorzej. Choć mam wrażenie, że Jaśminowiec… jest przez nią traktowana lepiej. Może tylko mi się wydaje — dodał cicho, z nutą niepewności w głosie. Uczeń na chwilę zamilkł, zastanawiając się, jak pocieszyć młodszego brata. Po chwili przełknął ślinę i odezwał się cicho:
— My-myślę, że możesz… mieć ra-rację. Mam wra-wrażenie, że mnie też u-unika… odkąd zo-zostałem uczniem medyka — w jego oczach błysnął smutek. — Mimo wszy-wszystko się cieszę. Zawsze ch-chciałem poznawać różne zioła i po-pomagać innym kotom. Nie na-nadaję się na wojownika — westchnął, odwracając wzrok, jakby ze wstydu.
— Rozumiem cię — rzucił krótko Cień. — Ja, przez brak futra, też nie mogę być wojownikiem. Wrogowie łatwo mogliby przeciąć moją odkrytą skórę. Wtedy bym się wykrwawił — zauważył. Wiciokrzew skinął głową, zamyślony, po czym nagle się ożywił.
— Nie wy-wykrwawiłbyś się! Ja… ja bym ci po-pomógł! — zażartował, uśmiechając się niezręcznie. Nieczęsto formułował dowcipy. Oczywiście, spróbowałby pomóc bratu – choć czy udałoby mu się go uratować? O tym wiedziała tylko sama Wszechmatka.
Cień również się uśmiechnął, a przez krótką chwilę między nimi zapanowała cisza. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nagle łysy kocur nie został okryty cieniem. Wiciokrzew zamarł, widząc, jak twarz brata blednie. O co chodziło? Zielonooki powoli odwrócił głowę, czując, jak jego serce przyspiesza.
Przed nim stała dobrze znana szylkretka. Rozmawiał z nią już wcześniej – i żadne ze spotkań nie należało do przyjemnych. Za pierwszym razem Miłostka próbowała go wygonić ze żłobka, gdy chciał tylko odwiedzić matkę. Za drugim – wtargnęła do lecznicy z chorym Lnem. A teraz… patrzyła na nich z góry niczym drapieżnik, z szyderczym błyskiem w oczach.
Wiciokrzew zauważył, że niedaleko stoi Jaśminowiec, która, z zaciśniętą szczęką, uważnie obserwowała całą sytuację. Zielonooki położył uszy po sobie, nie wiedząc, czego spodziewać się po Miłostce. Wiedział doskonale, że kotka nie znosiła nikogo, kto choć raz rozmawiał ze srebrną, a tak się składało, że zarówno Cień, jak i Wiciokrzew, byli jej rodzeństwem.
— No proszę! Dwie żmije w jednym miejscu — wysyczała z kpiącym uśmiechem, prostując się przy kocurach. Liliowy i stróż spojrzeli na nią z mieszaniną emocji w oczach. — Na twoim miejscu nie przebywałabym tak blisko Cienia. Kto wie, jakie bakterie nosi na tej swojej gołej skórze… — szepnęła do Wiciokrzewa, ale wystarczająco głośno, by stróż usłyszał każde słowo.
— Wiciokrzewie… proszę, idź stąd. Miłostka ma rację — wymamrotał Cień. Zielonooki siedział w bezruchu, jak sparaliżowany, wpatrując się w szylkretkę niczym sarna w oczy potworów Dwunożnych.
— On… — wydusił w końcu Wiciokrzew, a jego pyszczek wykrzywił się w niepewnym grymasie. — Cień nie m-ma żadnej infekcji skó-skóry… Gdyby mi-miał, już da-dawno bym to za-zauważył — bąknął, spuszczając wzrok na łapy. Był tego pewien. Znał się na urazach i chorobach, a Cień wyglądał całkiem zdrowo.
<Miłostko?>
Wyleczeni: Kaczka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz