Ceremonia Pikującej Jaskółki na zastępcę
— Nowym zastępcą Klanu Klifu zostaje… Pikująca Jaskółka! — Słowa Judaszowcowej Gwiazdy uderzyły w uszy Pietruszkowej Błyskawicy niczym grom w samotne drzewo podczas burzy. Krew w jej żyłach jakby zastygła, a serce na moment odmówiło bicia. Otworzyła szerzej oczy, obserwując, jak kremowa kocica z szerokim, pełnym triumfu uśmiechem podchodzi do lidera, by zakończyć ceremonię. Pietruszka odwróciła łeb w stronę wodospadu. Szum spadającej wody niósł ze sobą ciężar wieczności, a ona, jakby pragnąc ratunku, szukała między gwiazdami oceny przodków. Jednak szybko potrząsnęła głową, przeganiając to pragnienie. Gdy uniosła spojrzenie, wbiła pomarańczowe ślepia prosto w Jaskółkę. Nie musiała długo czekać – mimo że nowa zastępczyni była właśnie obsypywana gratulacjami, przez jej kręgosłup przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Jaskółka, zaskakująco spokojna, spotkała jej spojrzenie i nie odwróciła wzroku. Patrzyły na siebie uparcie, aż nowa zastępczyni podniosła się z ziemi i ruszyła pewnym, dziarskim krokiem w stronę obserwatorki. Czekoladowa kotka nie drgnęła nawet o włos. Siedziała dalej nieruchomo, z lodowatym uporem wbijając spojrzenie w starszą kocicę. Widać było, że Pietruszka należała do nielicznych, którzy nie podeszli, by pogratulować awansu.
— Pietruszkowa Błyskawico — odezwała się spokojnie i łagodnie Pikująca Jaskółka, a jednak w uszach wojowniczki jej słowa brzmiały jak syczenie jadowitej żmii. — Chciałabym, żebyś poszła na mój pierwszy patrol. Polowanie na granicy z Klanem Burzy. Towarzyszyć ci będą… Mysi Postrach i Stokrotkowa Pieśń.
Między kotkami zapadła chwila ciężkiej, napiętej ciszy. To napięcie czuł każdy, kto stał zbyt blisko. Pietruszka podniosła się powoli na umięśnione łapy.
— Jasne — oznajmiła, po czym zbliżyła pysk do ucha Jaskółki. — Jednak moje oczy zawsze patrzą — wyszeptała chłodno, tak, by nikt poza nimi nie usłyszał.
Potem odwróciła się, na pysku znów malując swój typowy, przyjazny uśmiech. Z pozorną lekkością ruszyła na patrol, zostawiając za sobą szmer wodospadu i napięcie.
***
Parę dni potem
Siedziała, bo co innego mogła robić? Zajadała się myszą, którą złapała na poprzednim patrolu. Smak mięsa był znajomy, choć pozbawiony radości. Ach, patrole… Ostatnio to była cała jej codzienność. Nie było dnia, by nie została wybrana choć na jeden. Doskonale wiedziała, co Pikująca Jaskółka knuje. Kremowa kocica uparcie trzymała Pietruszkę jak najdalej od obozu. Ale dlaczego? Tego mogła się tylko domyślać. Pytała o to swoje córki i koty, które darzyła największym zaufaniem. Na szczęście nikt nie potwierdził, by zastępczyni cokolwiek rozpowiadała. Jaskółka zdawała się całkowicie ignorować innych. Cała radość, jaką okazywała, objawiała się w wydawaniu rozkazów wojownikom i uczniom. Z dumą przesiadywała obok Judaszowcowej Gwiazdy, jak to zastępcy mieli w zwyczaju – z wyprostowaną sylwetką i miną pełną samozadowolenia. Dlatego Pietruszka nie zdziwiła się, gdy tylko skończyła jeść, usłyszała swoje imię. Głos Jaskółki znów piekł ją w uszy, choć wypowiedziany był tonem pozornie uprzejmym. Kremowa kocica uniosła łapę w jej stronę, uśmiechając się tak, jakby to była zwykła, codzienna powinność, a nie fragment prywatnej rozgrywki i ukrytej niechęci. Pietruszka nawet nie słuchała. Skinęła łbem, podniosła się i ruszyła w stronę wyjścia. Kolejny patrol. Kolejny krok z dala od obozu, choć nie z dala od samej siebie. Cóż, może Jaskółka sądziła, że w ten sposób zadaje jej cios. Może sądziła, że wygnanie z codziennego życia klanu jest karą. Ale o tym nie wiedziała: Pietruszkowa Błyskawica uwielbiała patrole. W ciszy lasu, w zapachu ściółki i śladach zwierzyny czuła się naprawdę wolna. I mogła spędzać tak całe dnie – z dala od kłamliwych uśmiechów, z dala od oczu wrogów, którzy kryli się pod maską sprzymierzeńców.
***
Teraźniejszość
Czuła znajomy zapach, choć był ledwie wyczuwalny, rozmyty w powietrzu. To Kukułczy Wdzięk szła u jej boku, co jakiś czas biorąc głębszy wdech, jakby potrzebowała upewnić się, że matka naprawdę tam jest. Pietruszka widziała, jak jej córeczka zmaga się ostatnio z własnymi problemami – i nie miała zamiaru zostawić jej samej w takich chwilach. A jednak, kiedy stanęła przed wejściem do legowiska medyka, ogarnęła ją niemoc. Łapy przylgnęły do ziemi. Nie mogła ruszyć naprzód. To miejsce nie kojarzyło się jej już z ulgą ani z bezpieczeństwem. Wiedziała, że nie czeka tam kot, do którego zawsze biegła po radę i pociechę. Cała sytuacja z Wiecznym Zaćmieniem pozostawała dla niej pełna sprzeczności. Nienawidziła ich. Nienawidziła całym sercem tych śmieci z Klanu Klifu. Nienawiść kipiała w niej jak ogień gotowy strawić cały las, a mimo to pozostawała uwięziona w środku. Jej gniew znajdował sobie imiona: Judaszowcowa Gwiazda, Ćmi Księżyc, Pikująca Jaskółka – wszyscy oni patrzyli na jej ukochaną tak, jakby była winna, jakby miała krew na łapach. Pietruszkowa Błyskawica nie wiedziała, co naprawdę działo się z jej partnerką, bo ta uparcie wszystko zatajała. To milczenie bolało niemal tak samo, jak spojrzenia innych. Wzięła głęboki wdech, jakby chciała odgonić cienie własnych myśli, i przekroczyła próg lecznicy. Chłód ziemi wewnątrz uderzył ją w łapy, a znajomy zapach ziół otulił nozdrza. Ćmi Księżyc uniosła głowę w jej kierunku, ale nie spojrzała bezpośrednio w jej oczy. Medyczka, jakby starając się uniknąć spotkania spojrzeń, podsunęła Kukułczemu Wdziękowi niebieskie jagody. Pietruszka zdążyła tylko dostrzec ten gest, zanim Ćma odwróciła się i wyszła z legowiska, zostawiając matkę sam na sam z córką.
***
Gdy tylko księżyc wspiął się wysoko na niebo, Pietruszka leżała na plecach, wpatrując się w sufit jaskini. Pora snu dopiero się zaczynała – wojownicy dopiero co mościli sobie posłania, układając się do odpoczynku. Nie chciała już czekać. Podniosła się, zeskoczyła cicho z półki wojowników. Kilka kotów rzuciło jej ciekawskie spojrzenia, inni obserwowali uważniej, kiedy weszła na półkę starszych. Ostrożnie, niemal z nabożną delikatnością, dotknęła futerka Wiecznego Zaćmienia. Dla niej była niczym najrzadsza i najdelikatniejsza roślina w ogrodzie – podczas gdy inne miały kolce i były ubłocone. Szylkretowa kotka uniosła na nią zaspane spojrzenie; wyglądała tak, jakby dopiero pierwszy raz od dawna zdołała zasnąć naprawdę. Widząc ukochaną, rozejrzała się na boki, zbita z tropu.
— Wstań, chodźmy na spacer — wymruczała Pietruszka, zbliżając pysk do jej ucha i poruszając ogonem, który delikatnie zamiatał powietrze.
Wieczne Zaćmienie zawahała się przez chwilę. W końcu jednak podniosła się na słabe, długie łapy, garbiąc się tak, że wydawała się niższa niż w rzeczywistości była. Obie ruszyły w stronę wyjścia, stykając się bokami i ocierając futrami. Gdy tylko minęły podejrzliwe spojrzenia współplemieńców i wyszły na świeże powietrze, ich ogony splotły się ze sobą. Ciepły, letni wiatr porwał ich futerka, zapraszając do tańca. Szły cicho, nie potrzebując słów, wsłuchane w noc. Jasny księżyc okrywał je srebrnym blaskiem, a dookoła niego migotały wesoło gwiazdy na czystym, pozbawionym chmur niebie. Świerszcze i cykady rozbrzmiewały wszędzie, a ich pieśń była tak donośna, że chwilami zdawało się, jakby wlazły prosto do uszu. Nad ich głowami co jakiś czas przelatywały nietoperze, a raz nawet sowa, której cień prześlizgnął się po trawie. Z kolei w wysokich źdźbłach traw szeleściły drobne stworzonka, które za dnia mogłyby stać się łatwą zdobyczą dla kocic. Tego wieczoru jednak łowy nie miały znaczenia. Liczyły się tylko one dwie – splecione futrami, prowadzone przez księżycowy blask, z dala od ciężaru spojrzeń i szeptów obozu. Tym razem jednak mogły pobyć razem trochę dłużej. Gdy księżyc wspiął się wyżej, nad ich głowami zaczęły wyrastać coraz gęstsze drzewa, a cisza pogłębiała się z każdą chwilą. Była ciężka, wręcz niepokojąca. Jedynie szelest liści w oddali czy stukot kopyt jeleni przypominał kotkom, że świat wokół nich nadal istniał. Pietruszka nagle skręciła w gęste krzewy, prowadząc ukochaną w miejsce, którego ta nigdy wcześniej nie widziała. Dopiero nagły, gwałtowny podmuch wiatru mógł podsunąć jej domysły. Po chwili stały już razem nad krawędzią klifu, wpatrując się w bezkresne wody. Zdawało się, że fale oddychają – rozszerzają się i przybliżają, jakby chciały wciągnąć je w swoją otchłań. Usiadły na chłodnej ziemi. Uszy Pietruszki drgnęły, upewniając się, że nikt ich nie śledzi. Nie było nikogo. Nawet duchy tych ziem zdawały się odsunąć. A jednak czuła, że ci, którym mogły zawdzięczać swój koszmar, patrzyli na nie z góry. Cisza rozciągała się coraz dłużej, gęstniejąc jak mgła. Napięcie między nimi zdawało się zatruwać powietrze, jakby same rośliny wokół zaczęły gnić od nagromadzonych emocji. A może to one same nosiły w sobie to zgniłe zło?
— Gdybyś kazała mi skoczyć, zrobiłabym to. Wiesz o tym? — odezwała się nagle Pietruszka.
Słowa te wzbudziły natychmiastowe oburzenie w jej towarzyszce.
— Nie gadaj głupstw — wyszeptała Wieczne Zaćmienie, a w jej głosie drżał ból. — To ja powinnam skoczyć. Już dawno temu… lepiej byłoby dla…
— Dla kogo?! — przerwała jej gwałtownie wojowniczka, strzepując ogonem. — Dla ciebie? To skacz i zobacz, czy ktoś cię złapie, czy wody cię pochłoną. A może dla klanu? To, że te szczury nie pamiętają, co dla nich zrobiłaś, to tylko ich klątwa. Niech zdychają! — wycedziła przez zęby, a cała frustracja zaczęła wylewać się z niej jak rozżarzona lawa.
— Nie rozumiesz… to nie w nich problem — westchnęła Zaćmienie, unosząc spojrzenie ku gwiazdom. Jednak ich osądzający blask sprawił, że szybko je opuściła.
— To oni są głupcami! — wybuchnęła Pietruszka. — Oskarżają cię, zapominając, jak długo byłaś najlepszą medyczką!
Czuła jednak, że jej ukochana nosi w sobie ciężar, którego nie potrafiła nazwać. I wtedy starsza kotka gwałtownie zacisnęła szczęki, nastroszyła futro i odwróciła głowę w stronę wojowniczki.
— Zabiłam ich — wyszeptała chrapliwie. — Chcesz znać prawdę? Zabiłam Pluskającą Krewetkę. Zabiłam Oliwkowy Szkwał. Zabiłam Kornikową Korę. Odebrałam im życie. Za to cierpię. Zabijałam w imię Gwiezdnych, bo myślałam, że tak trzeba. Byłam głupia… a teraz karzą mnie za to.
Zatrzymała się na moment, po czym dodała jeszcze ciszej:
— I jeszcze… to, co jest między nami… — spuściła głowę, jakby te słowa były cięższe niż wszystkie poprzednie.
Pietruszka drgnęła, a potem zaśmiała się nerwowo, jakby nie wierzyła w to, co słyszy. Ale widok żółtych oczu Zaćmienia, błyszczących smutkiem i prawdą, uświadomił jej, że to nie była żadna gra. Każde słowo brzmiało jak pazury wbite w kark. Wojowniczka zachwiała się, jakby miała zaraz upaść z pozycji siedzącej. Zawsze widziała w szylkretowej partnerce kogoś nieomylnego, stworzonego z gwiezdnego pyłu, czystego jak łza. A jednak prawda okazała się inna. O wiele mroczniejsza, niż kiedykolwiek mogła się spodziewać.
— Zabiłaś… ale dlaczego? — zapytała Pietruszka, starając się, by jej ton nie zabrzmiał oskarżycielsko, choć serce ściskało jej się boleśnie.
— Nie wiem… myślałam, że to było odpowiednie na tamtą chwilę… — wydukała cicho szylkretowa, jakby każde słowo sprawiało jej trudność.
— Czyli dlatego nie możesz spać? — dopytała wojowniczka, unosząc delikatnie głos, w którym drżała nadzieja. — Bo Klan Gwiazd karze cię za te morderstwa? Ale… ale przecież ty tego żałujesz, prawda? — podniosła się lekko, jakby gotowa chwycić to jedno jedyne „tak”, które mogłoby przywrócić jej spokój.
— Jasne, że żałuję! — syknęła Zaćmienie, a jej głos zadrżał jak rozdartą nicią. — Jestem obrzydliwym potworem, zabijającym koty… Chciałabym cofnąć czas, by to się nigdy nie wydarzyło. Jednak… — tutaj urwała, a następne słowa, które padły z jej pyska, były tym, czego Pietruszka obawiała się najbardziej: — Gwiezdni karzą mnie za miłość do ciebie.
Ciało wojowniczki drgnęło. Podniosła się na łapy, jakby nagle powietrze stało się zbyt ciężkie. Złapała się za głowę, lekko szarpiąc ucho – jakby próbowała zmusić się, by to, co właśnie usłyszała, dotarło do jej umysłu i już tam zostało.
„Dlaczego byłam taka głupia? Jak mogłam się nie zorientować?” – karciła się w myślach, kręcąc głową na boki.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś?! — zapytała z wyrzutem i łzami w oczach. Czuła, jakby własnymi pazurami zadawała ból tej, którą kochała.
— Bo wtedy chciałabyś to zakończyć! — wypluła Zaćmienie, również podnosząc się z ziemi, jej futro stawało dęba.
— Jasne, że tak! — krzyknęła Pietruszka, a głos jej zadrżał. — Bo nie chciałabym, byś cierpiała! Gdybyśmy to zakończyły wcześniej, byłabyś zdrowa i szczęśliwa! — potrząsała głową, nie mogąc do końca zrozumieć tego wszystkiego.
— Mylisz się — odparła cicho Zaćmienie, a w jej tonie pojawił się dziwny, niemal spokojny upór. — Sprawiedliwość i tak by mnie dopadła. A poza tym… nigdy nie byłabym szczęśliwa.
Szylkretowa wzięła głębszy oddech, po czym mówiła dalej, jej głos stawał się miększy z każdym słowem:
— Bo widzisz, Pietruszko. Topienie się bez końca w błocie Mrocznej Puszczy, zdzieranie skóry z kości czy rozdrapywanie starych ran – nic z tego nie byłoby tak bolesne, jak brak twojej miłości. To właśnie ona mnie tu trzyma. Myśl, że zawsze przyjdziesz, usiądziesz obok mnie i spędzisz ze mną choć chwilę. To daje mi prawdziwe szczęście. Nieważne, ile okropnych snów i wizji pokaże mi Klan Gwiazd – przetrwam wszystko. Ważne, byś ty była przy mnie.
Zrobiła krok bliżej i łapą zadarła pysk ukochanej do góry, zmuszając ją, by spojrzała wprost w jej żółte oczy.
— Bo nawet gdybyśmy nie były razem, te wizje i tak by się pojawiły. Ale wtedy, gdybym była sama, nie przetrwałabym ich… — wyszeptała, a jej głos zadrżał jak łamliwy lód.
Ich spojrzenia spotkały się. W pomarańczowych oczach Pietruszki tliły się łzy, w żółtych oczach Zaćmienia – rozpacz i miłość splątane w jeden bolesny węzeł.
— Tak długo cię okłamywałam, teraz jednak może coś się zmieni — odezwała się wreszcie Zaćmienie, a jej głos niósł się ciężki, jakby zmęczony własnym ciężarem. — Nadal będę zatruwać Klan Klifu swoimi bluźnierstwami, jednak myślę, że bez jednego z nich nie mogłabym żyć. Nie chcę jednak, byś cierpiała… może gdybyś miała inną kocicę u swego boku, wszystko byłoby prostsze. Może…
— Choćby po kres Mrocznej Puszczy… będę kochać cię, nawet jeśli miałabym zanurzyć łapy w najgłębszej otchłani Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd — wymruczała Pietruszka, wtulając pysk w gęste, jasne futerko na klatce piersiowej Zaćmienia.
Na chwilę zapadła cisza, przerywana jedynie szumem fal bijących o klif.
— Odejdźmy… — wyszeptała nagle wojowniczka.
— Słucham? Gdzie? — zapytała zaskoczona Zaćmienie, unosząc uszy.
— Nie wiem. Daleko! — w głosie Pietruszki brzmiała desperacja. — Od tego szaleństwa! Niech oni sami bawią się z tymi duchownymi sprawami. Mogę ruszać teraz. Powiedz tylko słowo. Może nasze córki ruszą z nami…
— Przecież kochasz Klan Klifu — przerwała jej ostro szylkretowa. — Każdy dzień, każdy patrol, każde pożywienie sprawia ci radość! Wiem, że zostawienie tego byłoby dla ciebie koszmarem!
Pietruszka zaśmiała się lekko, jak kocię, które nie boi się niczego.
— Jednak nie jesteś nieomylna. Bo nie kocham Klanu Klifu. Kocham ciebie. I to dla ciebie w nim jestem. Gdyby nie ty, zapewne odeszłabym już dawno temu w poszukiwaniu swojej matki.
Nawiązały kontakt wzrokowy. Mimo że tak długo były razem, mimo że przeszły przez niezliczone przeszkody i były ze sobą szczere, to właśnie teraz, tej jednej nocy, naprawdę wszystko wyszło na jaw.
— Wychodzi na to, że to szaleństwo jest naszym szczęściem. I póki będziemy razem, to będzie dobrze… — odparła Zaćmienie, a w jej głosie brzmiała nuta niedowierzania, jakby nie mogła uwierzyć w prostotę tych słów.
Wtuliły się w swoje futro, jakby chciały zniknąć przed światem. A jednak ich spojrzenia wędrowały w zupełnie inne miejsca. Spojrzenie Wiecznego Zaćmienia pełzło po ciemnym lesie. Widziała, jakby gałęzie ociekały błotem… a może to była krew? Wiedziała jednak, że tak zapewne skończy po śmierci. Pietruszkowa Błyskawica wpatrywała się w horyzont, lecz jej wzrok omijał jasne punkciki. Patrzyła na ocean jak na nowy początek, na coś, czego jeszcze nie odkryła, a czego być może nigdy nie odkryje.
Jedna rzecz jednak była dla nich obu jasna. Prawdziwe szczęście i sens w ich życiu dawała im ta druga kotka. I pomimo szaleństwa zostaną razem – choćby miały utonąć w bagnie, ich łapy zawsze będą się splatać.
Wyleczeni: Kukułczy Wdzięk
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz