Jego matka posłuchała się kocicy bez wypowiedzenia ani jednego słowa, jednak z jej oczu ciskały gromy, które godziły wojowników.
— Babcia cię odprowadzi w dobre miejsce, byś mógł wykazać się swoim wojowniczym instynktem, Dąbku — powiedziała teatralnie bura kocica i złapała go za kark, co musiało być dla niej bardzo trudne.
Dąbek doskonale zdawał sobie sprawę, że nie jest najlżejszy. Już słyszał, jak chwalono go za wzrost i siłę – przynajmniej robił tak jego ojciec. Jadał już porcje typowo dla dużego ucznia, a nawet wojownika. Dlatego też Borsucza Puszcza musiała poświęcić dłuższą chwilę, by dobrze go chwycić za kark.
W końcu wyniesiono go oraz jego rodzeństwo z obozu. Prowadzono go tak przez ciemny las, Jaskółcze Ziele i Sowi Zmierzch już dawno skierowali się w inne miejsca na terytorium Klanu Wilka, a on nadal ze swoją babką podążał w głąb puszczy, gdzie sam mógł już zauważyć, jak drzewa się przerzedzają. Przed nim otworzyła się niewielka polana usłana wysoką trawą, za to na obrzeżach wolnej przestrzeni stały pojedyncze drzewa.
Borsucza Puszcza położyła go na ziemi i poklepała ogonem po barku.
— Będziesz miał okazję się wykazać, Dąbku — zamruczała. — Kociaki, które wcześniej zostały tutaj zabierane na próbę, nie dawały rady, gdyż były zbyt słabe, jednak ty masz potencjał, nie to, co Pajęczynka!
— Kto to Pajęczynka?
— Cicho siedź, nie pora na pogaduszki. Pokaż, jak świetnym uczniem będziesz, tak by cały klan wraz z Mroczną Puszczą byli z ciebie dumni.
“Mroczną Puszczą?” – powtórzył w myślach. nie słyszał o tym od nikogo.
Miał już otwierać pyszczek, by zadać więcej pytań, jednak jego babka łapą przymknęła jego mordkę, przy tym o mało nie przeciął sobie języka.
— Niech Mroczna Puszcza ma cię w opiece, Dąbku — zamruczała Borsucza Puszcza na odchodne i uciekła z powrotem do obozu, przynajmniej tak sądził Dąbek.
“No, to teraz jestem zdany tylko na siebie…” – pomyślał, odwracając się w przeciwnym kierunku.
Dąbek poszedł w głąb polany. Wysokie trawy zasłaniały jego srebrne futerko oraz rzeczy dookoła niego. Nie był w stanie powiedzieć, gdzie znajdowały się najbliższe drzewa albo schronienie, które mogłoby uratować jego zadek przed jakimś drapieżnikiem.
“Pff i gdzie niby te wszystkie kuny oraz lisy?” – prychnął w myślach, mierząc swoim znudzonym wzrokiem ruchy traw.
Jego ojciec musiał się ostro pomylić, co do zwierzyny, która mogłaby zagrażać jego życiu podczas testu na ucznia. To była tylko noc w lesie! Nic nie mogło pójść źle. Prawda?
Znudzony siedzeniem i nic nie robieniem, położył się w trawie, tak jak stał. Nie miał potrzeby iść gdzieś pod drzewo lub inne paprocie. Było dość spokojnie, a duchota, która ostała się po codziennych upałach, zniechęcała kocurka do skrywania się pod kolejnymi warstwami wysuszonej zieleni. Grube i długie futro ciążyło na nim strasznie, a noc powoli pchała gwiazdy po srebrnej skórze.
Dąbek zwinął się w kłębek i zamknął oczy. Nie zamierzał stać jak drzewo przez całą noc i pilnować, by coś do niego się nie podkradło. Wilga i Kamyczek też nie powinni mieć problemu ze znalezieniem swojego miejsca na przeczekanie nocy w lesie.
Pamiętał dobrze, jak Miodowa Kora straszliwie panikował, że coś może mu się stać, jednak wokół niego panowała przyjemna cisza, która była co jakiś czas przerywana szumem drzew.
“To będzie bardzo proste” – pomyślał pewien siebie, jednocześnie wypierając dziwne słowa Borsuczej Puszczy.
Dość szybko zasnął. Mógł powiedzieć tak, gdyż przed nim rozciągał się las, a w jego zasięgu wzroku pojawiły się bardzo znajome futerka jego braci, którzy właśnie znikali w krzewach.
— Czekajcie na mnie! — zawołał, biegnąc za rodzeństwem.
Ogólnie rzecz biorąc, żadne z nich wcześniej nie było w lesie ani na żadnych patrolach, a jego bracia wydawali się znać bardzo dobrze drogę, bo kiedy tylko ich doganiał, to ich futra znikały za kolejnym drzewem, przez co musiał znowuż przyspieszyć kroku.
— Hej! To nie jest śmieszne! — warknął, kiedy puchaty ogon Wilgi zniknął pod paprociami.
W końcu jego bracia się zatrzymali. Ich miny nie były przyjazne, a raczej poirytowane i zniecierpliwione. Wydawali się też jakoś bardziej wyrośnięci od Dąbka, jakby byli już wojownikami!
“Co?! Jestem najmłodszy?” – nie dowierzał.
Stał tak naprzeciwko Wilgi oraz Kamyczka, czując, jak jego futro się jeży z zazdrości. Też chciał być wojownikiem!
— Spadaj do żłobka, ofermo! — fuknął Wilga, natomiast Kamyczek przyglądał się Dąbkowi z wymalowanym znudzeniem na pysku.
“Do żłobka? DO ŻŁOBKA?!” – skrzywił się ze złości Dąbek.
Nikt nie będzie nim tak pomiatał, a w szczególności jego brat! Wiedział dobrze, jaki jest bury. Od początku tamten był skrzywiony oraz rozumował swoimi innymi schematami, myśląc, że wszystkich ma w garści. Co za nudne myślenie… Takie aroganckie wręcz!
— Było walczyć, a nie pochrapywać smacznie niczym kociak w żłobku. — Wilga odepchnął go łapą, co jeszcze bardziej zdenerwowało Dąbka.
Spiął mięśnie i zamierzał już skoczyć na niego, gdy poczuł zimny wiatr na pysku.
Co mogło tak wiać?
Zmarszczył nosek, a świat zaczął blednąć oraz się topić. Jego bracia zostali pochłonięci przez czerń, a głosy spokojnego lasku zmieniły się drastycznie, gdyż do uszu Dąbka docierały odgłosy świerszczy.
Wybudził się ze snu, otworzył oczy leniwie i rozejrzała się po polanie.
Był poirytowany. Czemu musiał obudzić się w momencie, kiedy mógł rozkwasić pysk swojemu upierdliwemu braciszkowi?
Nagle usłyszał w oddali ciche trzepotanie skrzydeł, było ono bardzo delikatne i niosło się z wiaterkiem, który przybrał na sile. Odwrócił się w miejscu i w ostatniej chwili szybko padł na ziemię, by w miejscu, gdzie znajdowała się przed chwilą jego głowa, zacisnęły się szpony wielkiej sowy.
Wrzasnął przestraszony, całkowicie nie spodziewając się wielkiego ptaszyska, które chciało go zaatakować, po czym pobiegł najszybciej, jak tylko umiał w stronę świerku.
“Skubana! Gdyby nie ten delikatny szelest, to skończyłbym jako zwierzyna łowna!” – skupił się na oddychaniu i co jakiś czas sprawdzał, czy ptak za nim podąża.
Oczywiście sowa zawróciła wysoko nad drzewami, by znów zanurkować i chwycić Dąbka za jego gruby kark. Ewidentnie nie zamierzała porzucić tak dobrego i łatwego celu, jakim był opuszczony w lesie kociak.
Krew szumiała w uszach Dąbka, a jego oddech przyspieszył. Łapy nie były już tak ociężałe, mógł powiedzieć, że ze stresu nawet nie czuł, że nie tak dawno był zmęczony. Biegł tak szybko, jak tylko umiał, jednak sowa była szybsza, i chwyciła go za tułów. Pazury wbiły się w jego skórę, pozostawiając bolesne rany.
Dąbek w akcie szybkiej improwizacji złapał za gałąź, która leżała niedaleko jego łap. Zamachnął się i ostro przyrżnął kijkiem w głowę wielkiemu ptaszysku.
Rozległ się zdziwiony skrzek sowy, a on niezdarnie wślizgnął się po pniu świerka, chowając się w ciasnych gałęziach, które były chronione przez kłujące zielone igły.
Sowa wleciała na iglaka i starała się swoimi szponami dosięgnąć kocurka, jednak bezskutecznie. W zamian otrzymywała ukłucia oraz drobne ugryzienia od Dąbka. Sfrustrowana odleciała w odmęty lasu.
“Ufff, ale ulga”.
Rozluźnił się i opadł z ulgą na gałęzi, która ugięła się lekko pod jego ciężarem. Jego rany piekły i sączyła się z nich krew. Polizał je ostrożnie i skrzywił się, kiedy na języku poczuł smak jego własnej posoki.
“Już nic nie powinno mi się stać…” – wyjrzał przez lukę między gałęziami.
Było cicho i spokojnie, a ślad po sowie zniknął. Dąbek mógł jedynie zauważyć plamę swojej krwi, która znajdowała się niedaleko drzewa, na które się wspiął.
“Teraz zostało mi przeczekanie nocy” – westchnął, czując, jak jego powieki są okropnie ciężkie.
Zwinął się z powrotem w kłębek i szybko zapadł w sen.
***
Dąbek się obudził, gdy na jego pyszczek padały promienie światła, które przechodziły przez igły świerku. Przeciągnął się niezdarnie na gałęzi, gdy nagle jego łapska ześlizgnęły się i kocur runął z łomotem na ziemię.
— Ała! — syknął i ociężale się podniósł.
Oczywiście z jego szczęściem uderzył się o kilka gałęzi, podczas spadania.
— O, tutaj jesteś — odpowiedziała zdziwiona Borsucza Puszcza, która właśnie przeszła przez wysokie trawy. — Myślałam, że już cię zabiła sowa. Dobrze widzieć, że jednak przetrwałeś.
Babka brzmiała naprawdę beztrosko, przynajmniej jakby nie byli związani więzami krwi. Jakby był obcym kotem i wcale jej nie zależało na tym, czy on zostanie uczniem, czy umrze z kretesem w puszczy.
— Żyję i mam się wyśmienicie — skłamał, wyjmując ze swojego futerka igły.
— To dobrze, wracajmy do obozu.
Borsucza Puszcza nawet nie próbowała go podnieść, jak to zrobiła poprzednio, kiedy wyniosła go do lasu. Teraz musiał za nią podążać, nie był już kociakiem, tylko uczniem.
Po dłuższej chwili dotarli do obozu. Jego babka naprawdę postarała się i wybrała bardzo dalekie miejsce na jego test na ucznia. Czy chciała go zlikwidować? Możliwe, jednak nie miał na to żadnego dowodu.
“Żeby nie było jej zbyt wesoło, przyniosę jej kiedyś ciernie do posłania. To będzie za tą głupią sowę oraz głupie miejsce!” – zerknął na niewzruszoną wojowniczkę.
Przed nimi ukazał się tłum Wilczaków, którzy zebrali się przed mównicą, na której stał Nikła Gwiazda. Musieli czekać tylko na niego, gdyż Wilga i Kamyczek już niespokojnie siedzieli pod pniakiem. Iskrząca Nadzieja i Miodowa Kora na jego widok rozluźnili się i posłali mu szczere i dumne uśmiechy.
“Wszyscy przetrwaliśmy noc? Szkoda, że Wilga nie padł ofiarą lisa, czy jakiejś sowy. Byłoby więcej przestrzeni dla mnie”.
Posłał zadowolony uśmiech buremu bratu, który był bardzo podobny do ich babki, Borsuczej Puszczy. Oboje byli dziwni i Dąbek życzył im jak największej ilości cierni w posłaniach.
Kiedy usiadł obok nich, Nikła Gwiazda wstał i zaczął przemowę, w której po kolei zaczął mianować, jego rodzeństwo. Oczywiście Dąbek musiał być mianowany na końcu, gdyż jako ostatni wrócił do obozu.
Wilga został nazwany Wilgową Łapą i dostał za mentora dziwnego kocura – Mglisty Sen. Dąbek zaobserwował, że czarny wojownik, mimo iż był dziwny z wyglądu, był bardzo młody. Nie widział u niego żadnych blizn bitewnych ani żadnego naderwanego ucha, tak jak miała to ponad połowa kotów z Klanu Wilka. Natomiast Kamyczek został mianowany na Kamienną Łapę, a za mentora dostał również dość świeżo upieczonego wojownika – Wilczy Skowyt. Czekoladowy cętkowany kocur z bielą wyglądał na bardzo dumnego i ucieszonego z faktu, że dostał swojego pierwszego ucznia. Ciężko było powiedzieć to samo o czarnym wojowniku, który dostał burego ucznia. Wydawał się podejrzliwy oraz nie okazywał tyle emocji, co Wilczy Skowyt.
“Też bym był zawiedziony, jak bym dostał takiego bufona za ucznia”.
Kiedy jego bracia ze swoimi mentorami odsunęli się na bok, dając więcej miejsca Dąbkowi, Nikła Gwiazda kontynuował:
— Dąbku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz się nazywać Dębowa Łapa. Twoim mentorem będzie Miodowa Kora. Mam nadzieję, że Miodowa Kora przekaże ci całą swoją wiedzę.
Z tłumu kotów wyszedł na przód jego ojciec. Dumny i z wypiętą piersią podszedł do swojego syna i usiadł obok niego.
“Hahaha! Dostałem własnego ojca za nauczyciela!” – spojrzał się na skrzywione pyszczki swoich braci. “Patrzcie kogo Klan Wilka i rodzice kochają najbardziej!”.
— Miodowa Koro, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojej mentorki, Borsuczej Puszczy, doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją lojalność i pracowitość. Będziesz mentorem Dębowej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę.
Dębowa Łapa zetknął się nosem ze swoim ojcem, który od dzisiaj będzie go uczył. Już i tak wychodził z nim wcześniej poza obóz oraz rozmawiał z nim o różnych sprawach. Teraz mógł pokazać ojcu, jakim doskonałym uczniem będzie.
— Dębowa Łapa! Kamienna Łapa! Wilgowa Łapa! — słychać było skandowanie kotów, na co Dąbek ucieszył się jeszcze bardziej.
Wiedział, że był lubiany i zamierzał to wykorzystać, jak najbardziej tylko umiał, by dopiec Wilgowej Łapie, który był jedynym zepsutym owocem w plonie Iskrzącej Nadziei i Miodowej Kory.
— Tato, to co teraz robimy? — spytał ojca, jednak tamten jedynie pokręcił głową.
— Idziesz od razu do Cisowego Tchnienia, jesteś ranny po teście na ucznia i wolałabym, byś nie dostał zakażenia.
Musiał się posłuchać. Zrobił maślane oczka i został zaprowadzony do jego drugiej babki, która sprawnie opatrzyła jego rany, które zostały mu zadane przez sowę. Na jego nieszczęście, Cisowe Tchnienie powiedziała, że są one płytkie i nie zostaną po nich męskie blizny, które powinien mieć każdy super wojownik z Klanu Wilka.
***
Minęło kilka dni, a Dębowa Łapa mógł biegać i skakać, gdyż rany szybko się zagoiły. Właśnie jego ojciec oprowadził go po ich jakże wielki terytorium. Kocur wywęszył wszystkie oznaczenia zapachowe i kojarzył, jak pachną ich potencjalni wrogowie. Nie umiał tego przyznać przed ojcem, ale naprawdę podobał mu się zapach kwiatów oraz królików, który był charakterystyczny dla Burzaków. Może kiedyś jednego spotka i się zaprzyjaźni? Ważne, by jego kumpel z innego klanu był równie super, tak, jak on.
— To co teraz robimy? — spytał ojca, który właśnie zawracał w stronę obozu.
Niebo stawało coraz ciemniejsze i powoli pokazywała się nad nimi Srebrna Skóra.
— Nie chcę jeszcze wracać do obozu. Wilgowa Łapa opowiadał, jak Mglisty Sen bierze go na polowania nocne. Też chciałbym czegoś podobnego spróbować — zauważył, czując zazdrość co do treningów jego brata.
Nie mieli dużo czasu na nauki i patrole, gdyż Pora Zielonych Liści zmuszała ich do pozostawania w obozie na czas upałów.
— A jeśli nie, to możemy chociaż porozmawiać. Słyszałem, jak wiele kotów mówi o Mrocznej Puszczy. Co to właściwie jest? To jakaś wiara? Iskrząca Nadzieja nigdy nie mówiła mi o żadnej wierze.
Szczerze, sam się nawet nie zastanawiał nad tym, co dzieje się po śmierci. Był zazwyczaj za bardzo zajęty sobą, a w szczególności w przeszkadzaniu Wildze, który nie raz oddawał mu za jego psikusy.
<Miodowa Koro? Proszę, porozmawiajmy o wierze oraz moim bracie, którego bardzo nie lubię>
[2238 słów – trening wojownika]
[przyznano 45%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz