Kocimiętkowa Łapa uniosła brwi, wciągając głęboko powietrze i zatrzymując je na chwilę w płucach. Potem powoli wypuściła je i przechyliła głowę.
— Walczyłaś ze swoim bratem? — dopytała, zerkając na bliznę nad nosem szylkretki. — Ojej! Wiesz, ja też walczyłam z siostrą w ramach treningu, ale wcale nie zrobiłyśmy sobie żadnych blizn. To była taka… pokojowa walka! W ogóle nie chciałyśmy zrobić sobie krzywdy — przyznała, kiwając powoli głową. O tym, jak wtedy trochę za mocno ugryzła Makową Łapę, wolała nie wspominać. — Właściwie… czy ta wasza walka coś zmieniła między wami? Ja bym się bała, że moja siostra obraziłaby się na mnie po czymś takim! — westchnęła.
Pomrok spojrzała gdzieś w głąb lasu, unikając wzroku rudej kocicy. W jej postawie było coś takiego, jakby chciała jej przekazać: “nie rozumiesz”.
Kocimiętka zastrzygła uchem, zaintrygowana. O czym wiedziała Pomrok, o czym ona nie wiedziała? Pewnie o wielu rzeczach… ale to nie znaczyło, że ma teraz traktować rudą z jakąś wyższością.
— Z bratem nigdy nie miałam po drodze — powiedziała nagle, dość obojętnym tonem. Kocimiętka zmrużyła oczy.
— Ale to przecież twój brat, prawda? Z tego, co wiem, Zalotna Krasopani nie jest twoją prawdziwą matką, więc Cień to chyba jeden z niewielu, z którymi łączą cię więzy krwi! Ja starałabym się utrzymać z rodziną bliską relację… ale dobra, nie będę ci się wtrącać do życia — mruknęła, wbijając wzrok w ziemię. Brązowooka nic nie odpowiedziała. Kocimiętka nie była jednak pewna, czy Pomrok milczy, bo naprawdę rozmyśla nad jej słowami, czy po prostu je krytykuje.
Chwilę temu wróciła z treningu, który bardzo ją wymęczył. Siedziała przed wejściem do legowiska uczniów, zastanawiając się, za ile uderzeń serca zrobi się ciemno i rozszaleje się kolejna śnieżna wichura. Wtem, gdy była jeszcze pogrążona w rozmyślaniach, przed nią pojawiła się ruda, masywna sylwetka.
— Makowa Łapo! Nie widzisz, że myślę? — wymamrotała, nawet nie patrząc na kota, który przed nią stał. Ten jednak zmarszczył brwi i uderzył łapą o ziemię.
— Kocimiętko! Własnej matki nie poznajesz? — odezwała się kotka – Dyniowa Skórka. Zielonooka przeraziła się, zamrugała szybko i z rozdziawionym pyszczkiem spojrzała na wojowniczkę.
— Mamo! To… to ty! Przepraszam! Myślałam, że to Mak… wiesz, wszystkie jesteśmy takie rude, że łatwo się pomylić! — rzuciła nerwowo, spuszczając wzrok z pyska matki. Dynia zaśmiała się pod nosem, po czym odwróciła się i zrobiła krok w stronę wyjścia z obozu.
— Przejdziesz się? — zapytała, na co Kocimiętka szybko skinęła głową. Nie mogła przecież się nie zgodzić, tym bardziej po tym, jak odezwała się do niej tak niemiło!
Razem wyszły z obozu, idąc w ciszy przez las. Nie szukały konkretnego miejsca – Dynia chciała po prostu porozmawiać jak matka z córką.
— Jak ci się podoba w Klanie Wilka? Treningi dobrze ci idą? — zapytała, spoglądając w stronę drzew obok siebie. Kocimiętka odparła szybko:
— Tak! Tak… chyba. Mam tu kilka koleżanek, więc nie jest źle. Na treningach też nie jest najgorzej, już dużo potrafię.
Dyniowa Skórka skinęła głową.
— To dobrze. Słyszałam, że Mak nie uczy się zbyt dobrze. Może spróbujesz przemówić jej do rozsądku? Jesteście siostrami, pewnie ciebie bardziej posłucha… — westchnęła z bólem w głosie.
Kocimiętka zdziwiła się – nie sądziła, że jej siostrze gorzej idzie w nauce.
— Jasne! Ostatnio razem ćwiczyłyśmy, właściwie to walczyłyśmy. Wygrałam, rzecz jasna! Ale… wydawało mi się, że idzie jej całkiem dobrze — miauknęła. Bursztynowooka dzielnie się potyczkowała, odpierając ataki swojej siostry.
Dyniowa Skórka pokręciła głową, przenosząc wzrok na ziemię przed sobą.
— Nie wiem. Mam tylko nadzieję, że uda jej się zostać wojowniczką bez żadnych przeszkód. Nie chciałabym, by znowu została samotniczką! Wiesz, jaki bym miała dylemat? Kocham was obie i nie wiem, czy chciałabym zostać w klanie, czy z niego odejść! — przyznała, co trochę zielonooką zabolało.
To znaczy, wiedziała, że Dynia kocha obie swoje córki równie mocno, ale jakoś zawsze liczyła, że może jednak będzie tą lepszą córką.
— No… to naprawdę ciężka decyzja — westchnęła. — A może w trójkę byśmy odeszły i wróciły do miasta, żeby odnaleźć tatę? Na pewno za nami tęskni!
Dyniowa Skórka zatrzymała się jak wryta, marszcząc nos.
— Nie! Nie tęskni za nami. Mógłby to pokazać, gdy jeszcze nas miał. A wiesz, co robił zamiast tego? Uciekał! Codziennie rano wychodził, wracał wieczorem. Nigdy się wami nie opiekował, nie pomagał mi! — wygarnęła. — Nie wracamy tam.
Na zewnątrz było już ciemno, a śnieżna burza szalała w najlepsze. Kocimiętkowa Łapa spoglądała w stronę wyjścia z legowiska uczniów, obserwując, jak świat tonie w białych, pędzących śnieżynkach. Wszystko poza ścianami bezpiecznego legowiska wydawało się odległe, jakby za gęstą mgłą. W taką noc można by pomyśleć, że gdyby ktoś teraz wyszedł na zewnątrz, już nigdy by nie wrócił.
Ruda podniosła się z posłania i ostrożnie podeszła do progu. Wystawiła nosek na zewnątrz, ale natychmiast się wzdrygnęła, gdy przeszył ją chłód. Cofnęła się pospiesznie, a w jej oczach błysnęła iskra ciekawości. Było tak dziwnie, ponuro… Wydawało się, że poza nią i kilkoma innymi uczniami w obozie nie zostało już żadnych żywych dusz. Inne legowiska ginęły w ciemnościach, lecz Kocimiętka mogłaby przysiąc, że między świstami wiatru słyszała ciche, kocie pomruki.
Ciekawe, czy gdyby była teraz Pora Zielonych Liści, byłoby jaśniej? Pewnie tak – w końcu, im zimniej, tym dni krótsze. To potwornie ją irytowało! Mniej słońca oznaczało mniej czasu na zabawy, a więcej siedzenia na tyłku w posłaniu.
Nagle za jej plecami coś się poruszyło. Zielonooka odwróciła się gwałtownie i zobaczyła sylwetkę zanurzoną w półmroku. Z początku się wzdrygnęła, nawet lekko odskoczyła, ale szybko rozpoznała Pomroczną Łapę.
— Pomrok! Nie strasz mnie tak! — pisnęła, a język odrobinę jej się poplątał. Przeszedł ją dreszcz, choć sama nie była pewna, czy to z chłodu, czy przez to, jak bardzo się przestraszyła.
— W nocy przed mianowaniem na ucznia też tak reagowałaś na każdy szmer? — mruknęła Pomrok, uśmiechając się delikatnie pod nosem. Kocimiętka przewróciła oczami z udawaną rezygnacją. Właściwie to tamtą noc po prostu przespała, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć, prawda?
— Aj, przestań! Tamtej nocy poszło mi całkiem dobrze, przysięgam — odparła, siadając na ziemi. Pomrok również przysiadła obok, wbijając swoje brązowe ślepia w pysk uczennicy.
— Współczuję kociętom, które musiały spędzać noc poza obozem przy takiej śnieżycy… — wymamrotała Kocimiętka, po czym szybko się otrząsnęła. — Nieważne. Ej, a może opowiesz mi, jak minęła twoja noc poza obozem? Chętnie posłucham, jak sobie poradziłaś! U mnie nie działo się nic nadzwyczajnego, ale… może ty miałaś jakieś przygody?
— Walczyłaś ze swoim bratem? — dopytała, zerkając na bliznę nad nosem szylkretki. — Ojej! Wiesz, ja też walczyłam z siostrą w ramach treningu, ale wcale nie zrobiłyśmy sobie żadnych blizn. To była taka… pokojowa walka! W ogóle nie chciałyśmy zrobić sobie krzywdy — przyznała, kiwając powoli głową. O tym, jak wtedy trochę za mocno ugryzła Makową Łapę, wolała nie wspominać. — Właściwie… czy ta wasza walka coś zmieniła między wami? Ja bym się bała, że moja siostra obraziłaby się na mnie po czymś takim! — westchnęła.
Pomrok spojrzała gdzieś w głąb lasu, unikając wzroku rudej kocicy. W jej postawie było coś takiego, jakby chciała jej przekazać: “nie rozumiesz”.
Kocimiętka zastrzygła uchem, zaintrygowana. O czym wiedziała Pomrok, o czym ona nie wiedziała? Pewnie o wielu rzeczach… ale to nie znaczyło, że ma teraz traktować rudą z jakąś wyższością.
— Z bratem nigdy nie miałam po drodze — powiedziała nagle, dość obojętnym tonem. Kocimiętka zmrużyła oczy.
— Ale to przecież twój brat, prawda? Z tego, co wiem, Zalotna Krasopani nie jest twoją prawdziwą matką, więc Cień to chyba jeden z niewielu, z którymi łączą cię więzy krwi! Ja starałabym się utrzymać z rodziną bliską relację… ale dobra, nie będę ci się wtrącać do życia — mruknęła, wbijając wzrok w ziemię. Brązowooka nic nie odpowiedziała. Kocimiętka nie była jednak pewna, czy Pomrok milczy, bo naprawdę rozmyśla nad jej słowami, czy po prostu je krytykuje.
***
Chwilę temu wróciła z treningu, który bardzo ją wymęczył. Siedziała przed wejściem do legowiska uczniów, zastanawiając się, za ile uderzeń serca zrobi się ciemno i rozszaleje się kolejna śnieżna wichura. Wtem, gdy była jeszcze pogrążona w rozmyślaniach, przed nią pojawiła się ruda, masywna sylwetka.
— Makowa Łapo! Nie widzisz, że myślę? — wymamrotała, nawet nie patrząc na kota, który przed nią stał. Ten jednak zmarszczył brwi i uderzył łapą o ziemię.
— Kocimiętko! Własnej matki nie poznajesz? — odezwała się kotka – Dyniowa Skórka. Zielonooka przeraziła się, zamrugała szybko i z rozdziawionym pyszczkiem spojrzała na wojowniczkę.
— Mamo! To… to ty! Przepraszam! Myślałam, że to Mak… wiesz, wszystkie jesteśmy takie rude, że łatwo się pomylić! — rzuciła nerwowo, spuszczając wzrok z pyska matki. Dynia zaśmiała się pod nosem, po czym odwróciła się i zrobiła krok w stronę wyjścia z obozu.
— Przejdziesz się? — zapytała, na co Kocimiętka szybko skinęła głową. Nie mogła przecież się nie zgodzić, tym bardziej po tym, jak odezwała się do niej tak niemiło!
Razem wyszły z obozu, idąc w ciszy przez las. Nie szukały konkretnego miejsca – Dynia chciała po prostu porozmawiać jak matka z córką.
— Jak ci się podoba w Klanie Wilka? Treningi dobrze ci idą? — zapytała, spoglądając w stronę drzew obok siebie. Kocimiętka odparła szybko:
— Tak! Tak… chyba. Mam tu kilka koleżanek, więc nie jest źle. Na treningach też nie jest najgorzej, już dużo potrafię.
Dyniowa Skórka skinęła głową.
— To dobrze. Słyszałam, że Mak nie uczy się zbyt dobrze. Może spróbujesz przemówić jej do rozsądku? Jesteście siostrami, pewnie ciebie bardziej posłucha… — westchnęła z bólem w głosie.
Kocimiętka zdziwiła się – nie sądziła, że jej siostrze gorzej idzie w nauce.
— Jasne! Ostatnio razem ćwiczyłyśmy, właściwie to walczyłyśmy. Wygrałam, rzecz jasna! Ale… wydawało mi się, że idzie jej całkiem dobrze — miauknęła. Bursztynowooka dzielnie się potyczkowała, odpierając ataki swojej siostry.
Dyniowa Skórka pokręciła głową, przenosząc wzrok na ziemię przed sobą.
— Nie wiem. Mam tylko nadzieję, że uda jej się zostać wojowniczką bez żadnych przeszkód. Nie chciałabym, by znowu została samotniczką! Wiesz, jaki bym miała dylemat? Kocham was obie i nie wiem, czy chciałabym zostać w klanie, czy z niego odejść! — przyznała, co trochę zielonooką zabolało.
To znaczy, wiedziała, że Dynia kocha obie swoje córki równie mocno, ale jakoś zawsze liczyła, że może jednak będzie tą lepszą córką.
— No… to naprawdę ciężka decyzja — westchnęła. — A może w trójkę byśmy odeszły i wróciły do miasta, żeby odnaleźć tatę? Na pewno za nami tęskni!
Dyniowa Skórka zatrzymała się jak wryta, marszcząc nos.
— Nie! Nie tęskni za nami. Mógłby to pokazać, gdy jeszcze nas miał. A wiesz, co robił zamiast tego? Uciekał! Codziennie rano wychodził, wracał wieczorem. Nigdy się wami nie opiekował, nie pomagał mi! — wygarnęła. — Nie wracamy tam.
***
Na zewnątrz było już ciemno, a śnieżna burza szalała w najlepsze. Kocimiętkowa Łapa spoglądała w stronę wyjścia z legowiska uczniów, obserwując, jak świat tonie w białych, pędzących śnieżynkach. Wszystko poza ścianami bezpiecznego legowiska wydawało się odległe, jakby za gęstą mgłą. W taką noc można by pomyśleć, że gdyby ktoś teraz wyszedł na zewnątrz, już nigdy by nie wrócił.
Ruda podniosła się z posłania i ostrożnie podeszła do progu. Wystawiła nosek na zewnątrz, ale natychmiast się wzdrygnęła, gdy przeszył ją chłód. Cofnęła się pospiesznie, a w jej oczach błysnęła iskra ciekawości. Było tak dziwnie, ponuro… Wydawało się, że poza nią i kilkoma innymi uczniami w obozie nie zostało już żadnych żywych dusz. Inne legowiska ginęły w ciemnościach, lecz Kocimiętka mogłaby przysiąc, że między świstami wiatru słyszała ciche, kocie pomruki.
Ciekawe, czy gdyby była teraz Pora Zielonych Liści, byłoby jaśniej? Pewnie tak – w końcu, im zimniej, tym dni krótsze. To potwornie ją irytowało! Mniej słońca oznaczało mniej czasu na zabawy, a więcej siedzenia na tyłku w posłaniu.
Nagle za jej plecami coś się poruszyło. Zielonooka odwróciła się gwałtownie i zobaczyła sylwetkę zanurzoną w półmroku. Z początku się wzdrygnęła, nawet lekko odskoczyła, ale szybko rozpoznała Pomroczną Łapę.
— Pomrok! Nie strasz mnie tak! — pisnęła, a język odrobinę jej się poplątał. Przeszedł ją dreszcz, choć sama nie była pewna, czy to z chłodu, czy przez to, jak bardzo się przestraszyła.
— W nocy przed mianowaniem na ucznia też tak reagowałaś na każdy szmer? — mruknęła Pomrok, uśmiechając się delikatnie pod nosem. Kocimiętka przewróciła oczami z udawaną rezygnacją. Właściwie to tamtą noc po prostu przespała, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć, prawda?
— Aj, przestań! Tamtej nocy poszło mi całkiem dobrze, przysięgam — odparła, siadając na ziemi. Pomrok również przysiadła obok, wbijając swoje brązowe ślepia w pysk uczennicy.
— Współczuję kociętom, które musiały spędzać noc poza obozem przy takiej śnieżycy… — wymamrotała Kocimiętka, po czym szybko się otrząsnęła. — Nieważne. Ej, a może opowiesz mi, jak minęła twoja noc poza obozem? Chętnie posłucham, jak sobie poradziłaś! U mnie nie działo się nic nadzwyczajnego, ale… może ty miałaś jakieś przygody?
<Pomroczna Łapo?>
[1045 słów]
[przyznano 21%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz