- Jak ty żeś tam weszła? - miauknął, obserwując akcję ratowniczą.
Była bardzo wysoko! Niektóre gałęzie mogły być zbyt cienkie, aby utrzymać dwójkę kotów.
- Wieczornik powiedział, że ponoć słyszał, jak Truskawkowa Łapa mówi, że jeśli nie uda mi się wejść tak wysoko, to mnie wyrzucicie albo zabijecie.
Zjeżył sierść. Znów Truskawkowa Łapa! Co za mysi móżdżek! Jak mógł coś takiego powiedzieć? Było to kłamstwem! Czy on naprawdę chciał śmierci, tej uroczej kuleczki? Musiał przecież orientować się, że kocięta nie znają jeszcze świata, są więc naiwne i łatwe w manipulacji.
- Jesteś ze mnie dumny, Jesionku? - zawołała bengalka, znoszona na ziemię.
Czy był dumny? Cóż. Był to jakiś wyczyn. Rzadko jaki kot wchodził na drzewa. Zboże była chyba pierwszym, który zrobił dokładnie to, co on kiedyś. Ale go nie zastraszano śmiercią. Obserwował jak były mentor, znosi ostrożnie kociaka na ziemię. Widział tą panikę w jego oczach. To musiało być dla niego straszne przeżycie. Oby nie spadł. W końcu był nieco niezdarny, a upadek z takiej wysokości, najprawdopodobniej by ich zabił. Na szczęście, kilka uderzeń serca potem, oboje znaleźli się bezpiecznie na ziemi.
- Mas nie wchodzić na dsewa! - zganił kotkę płowy. - Następnym lasem mosemy ne psesyć tego!
- Spokojnie, Biały Kle. Ja z nią pogadam. Idź odpocznij. - powiedział, widząc w jakim stanie był kocur. Ależ dla niego musiały to być emocję.
- Jesteś na mnie zły, Jesionku? - zapytała Zboże, robiąc swoje wielkie, smutne oczy.
- Nie. Nie jestem zły. Jak mógłbym być? W twoim wieku zrobiłem dokładnie to samo.
- Naprawdę? - Zdziwiła się.
- Tak. Ale mnie nie straszono, zrobiłem to z własnej, nieprzymuszonej woli. - wyjaśnił. - I nie słuchaj słów Truskawkowej Łapy. Nikt by cię nie zabił, ani nie wypędził, gdybyś się nie wspięła jak najwyżej. Oszukał cię. W ogóle odkryłaś coś na tym drzewie?
- Tylko widziałam słońce!
- Hm... ja wtedy coś odkryłem, innego niż słońce.
- Co takiego?
- Pokaże ci. Jak pogoda dopisuję to na to poluję. Jest bardzo pyszne. Może nie zastąpi ryb, ale jest miłym smakołykiem. Chodź - Machnął ogonem i poprowadził bengalke do stosu ze zwierzyną. Obok leżało jedno, okrągłe jajo. Złapał je w pysk i położył przed kociakiem.
- To kamień? - zapytała obwąchując rzecz.
- Nie. Kiedyś myślałem podobnie, że to zabawka, ale się wcale nie toczy. Przypadkiem nadepnąłem na to, a to pękło i coś z tego wyciekło. Spróbowałem i bardzo mi zasmakowało. Chcesz spróbować? - powiedział nadeptując na skorupkę.
Rozległ się trzask. Z wnętrza zaczęło się sączyć coś pomarańczowego. Jesionowy Wicher oblizał pysk.
- To pomarańczowe jest najlepsze. Jak ci zasmakuję, to mogę cię nauczyć polowań na jaja, ale dopiero, gdy będziesz uczennicą.
<Zboże?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz