BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event OL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Event OL. Pokaż wszystkie posty

14 stycznia 2026

Od Czajki

Przeszłość

Dzień jak każdy inny, cichy, spokojny, bez zbędnych sensacji. Tego właśnie potrzebował Czajka. Jego życie zbyt często robiło niespodziewany obrót, który burzył dotychczasowy porządek. Trochę jakby Wszechamatka stwierdziła, że ma się za długo dobrze w tym młodym życiu i musi przeżyć jakieś burzliwe momenty za swego żywota. Jednak jemu już wystarczyło tych burzliwości.
Owocowy Las powoli wracał do tego, co było przed epidemią, a wszystko dzięki podróżnym uzdrowicielom, którzy wykazali się dobrym sercem, by pomóc ich kociej społeczności. Widać było, że koty już nieco przywykły do trójki przybyszy, co mogło to trochę jeszcze potrwać. Nie każdy od razu zaufa samotnikom, głównie z obawy o swoje i innych bezpieczeństwo.
Niebieski zwiadowca po porannym patrolu wyruszył z Pszczółką na polowanie, chcąc nieco spędzić czas z wojowniczką. Ostatnim razem miał przyjemność być z nią na patrolu, kiedy natrafili na Derwisza, Jeżogłówkę i Jaskra, od tamtego momentu jakoś nie było im po drodze. A szkoda, ponieważ kocur widział, że szylkreta należy do tych przyjaznych kotów, które chętnie pogadają z innymi. Kocur nieco żałował, iż tak mało miał okazji do poznania także innych kotów. Starsza była wojowniczką, a on zwiadowcą, więc ich drogi nie przecinały się zbyt często.
Po udanych łowach oraz rozmowach o wszystkim i zarazem niczym wrócili do obozu. Kotka zaproponowała, że zaniesie zdobycze na stos, na co młodszy podziękował z lekkim uśmiechem, akurat w dobrym momencie, gdyż został wyciągnięty na patrol graniczny. Nawet nie wiedział, kiedy dwójka wojowników zgarnęła go przy wyjściu między swoje ciała i razem opuścili obóz. Dopiero po paru krokach rozpoznał Topolę po swojej lewej stronie i Orchideę po prawej. Oboje byli pogodnymi kotami, co sprawiło, że niemal od razu na pyszczku Czajki pojawił się mimowolny uśmiech, zapewne spowodowaną zaraźliwą przyjazną atmosferą.
Wojownicy cały patrol graniczny rozmawiali ze sobą, co jakiś czas pytając młodszego, chcąc, by ten także uczestniczył bardziej w konwersacji, lecz niestety ten zwiadowca to typ słuchacza. Finalnie nie chcąc go niepotrzebnie zmuszać dali mu spokój, co poskutkowało, że kocur poczuł się bardziej swobodnie i sam co jakiś dorzucał swoje parę słów do omawianego tematu. Przyjemnie spędził ten czas, jednak musiał przyznać, że dwa patrole jeden po drugim zużyły większość jego energii i wypadałoby się posilić. Dlatego też, gdy ponownie tego dnia wrócił do obozu, to niemal pognał do stosu ze zwierzyną, chcąc wybrać sobie coś na spokojny posiłek.
Już miał się schylać po pierwszy lepszy kąsek, gdy nagle za sobą usłyszał niski, dość znajomy głos:
— Co tam dziś u panicza? — zaczepił go stojący z boku, uśmiechający się ciepło Derwisz. Zwiadowca od razu skierował wzrok na uzdrowiciela.
— Ach, witaj Derwiszu! — odpowiedział z lekkim uśmiechem na pysku. — I nie paniczu, mów mi po imieniu — dodał po chwili.
— Och, przepraszam — miauknął natychmiast ze skruchą, gdy został poprawiony. — Zapamiętam. I rozumiem, że wszystko u ciebie w porządku. To bardzo cieszy. Zdecydowanie wyglądasz lepiej, niż te kilka księżyców temu — zaśmiał się delikatnie, po czym zamilkł.
— Nie musisz przepraszać, po prostu w Owocowym Lesie mamy w nawyku zwracać się bezpośrednio imieniem danego kota — wyjaśnił, spoglądając kątem oka na stos, w myślach wybierając już dokładnie, którą piszczkę sobie weźmie. — Tak, w końcu jest czym wykarmić innych, także nie musimy się już tak ograniczać z posiłkami. Czy... Coś się stało? Wyglądasz na zamyślonego? — spytał. — Może chcesz spożyć ze mną posiłek? No, chyba że cię już obowiązki wzywają.
— Ach, że to o kulturę chodzi. Rozumiem — powiedział, machając szybko głową, jakby próbował się otrzepać. Ten gest wywołał cichy i krótki chichot młodszego. — Nie, nie, pomyślałem, że chodzi o coś innego. Spotkałem się już w ciągu życia z kotami, którym nie odpowiadało bycie kotką czy kocurem. Do żadnego z nich nic nie mam, oczywiście, miałem także takich bliskich. Przestraszyłem się tylko, że mogłem ci sprawić przykrość, a tego bardzo bym nie chciał. — Uśmiechnął się, wciąż przepraszająco. — A, no i chętnie coś przekąszę. Chorych jest coraz mniej i szybciej dochodzą do siebie, mogę sobie pozwolić na chwilę przerwy.
— Cóż... sam nie identyfikuje się typowo jako kocur, lecz wygodniej mi się używa takich zaimków, niż na przykład zrobiłom i typ podobne. Po prostu większości kotom jest wygodniej, gdy używa się tych lub tych zaimków — oznajmił, obracając się i nachylając nad stosem. Wybrał z niego nornice, by odsunąć się lekko na bok, dając możliwość Derwiszowi na wzięcie zwierzyny. — Nie sprawiłeś mi przykrości, a nawet jeśliby tak było to nieumyślnie, prawda? — dodał z gryzoniem w zębach, więc mógł nieco niezrozumiale brzmieć.
— Oczywiście... Jestem wdzięczny, że mi to mówisz. Wiem, że takie rzeczy potrafią być ciężkie... — Wstał na chwilę i trącił nosem zwierzynę z wierzchu, by wybrać sobie okrągłego mazurka. Powrócił na miejsce, by położyć się obok Czajki, który nieco odszedł na bok, by nie przeszkadzać innym Owocniakom w obowiązkach. — Mój brat też taki był — zaczął. — Z czasem z trzech sióstr zrobiły się tylko dwie. Najpierw było ciężko się przyzwyczaić, ale z czasem zrobiło się to naturalne, jakby od zawsze tak było. Zresztą, jak jest się samotnikiem, z za wieloma kotami się nie rozmawia, więc takie sprawy nie są największym problemem. No, chyba że się zdecydujesz na taką robotę jak ja. — Wziął gryza swojego posiłku. — Bardzo dobrze go wspominam. Zawsze się ze sobą dogadywaliśmy. Kiedyś jeszcze zdarzało mi się go odwiedzić, lecz później odszedłem tak daleko od rodzimych terenów, że gdybym chciał złożyć mu wizytę, musiałbym się wybrać na porządną wyprawę. No i kto wie, gdziem może teraz być... Nie każdy zostaje całe życie w jednym miejscu…
— Jak to jest być uzdrowicielem i podróżować? Tęsknota za rodziną Ci nie doskwiera? — spytał zaciekawiony po przełknięciu pierwszego kęsa. — Jak sobie radzicie z dalekimi podróżami i wrogo nastawionymi kotami?
— Każdemu czasem tęskno za kocięctwem — westchnął i oparł głowę o swój bark, uciekając wzrokiem. — Ale było, minęło. Każdy kot prędzej czy później odchodzi, by znaleźć własny teren i założyć swoją rodzinę, by jego kocięta poszły w świat i urodziły swoje kocięta, które wkrótce odejdą i urodzą swoje... Tak to już się ciągnie od pokoleń, taki nasz los. Pod warunkiem, że nie mieszkasz w zorganizowanej grupie, oczywiście. One są jednak rzadkie. Jesteście sporym wyjątkiem. Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tak wielką grupą, a już z pięcioma, licząc waszych sąsiadów... — Wrócił wzrokiem na zwiadowcę, który z uwagą przysłuchiwał się jego słowom. — Gdybym nie lubił mojego życia, to bym go nie prowadził. Bycie uzdrowicielem to jednak coś więcej niż tylko praca. To powołanie, za którym trzeba iść bez względu na warunki. Podróż mam we krwi tak jak moi wychowankowie. Wrogie koty... Zdarzają się, lecz nie są takim zagrożeniem, jak myślisz. Rzadko kiedy ktoś wymierza skoncentrowaną agresję na nas. Częściej starają się wykorzystać naszą dobroć poprzez kradzież zapasów, a te zawsze można uzupełnić.
— Rozumiem, ale mimo wszystko musi czasem być ciężko. W końcu w czasie podróży macie siebie jedynie, a inni nie zawsze okażą taką dobroć jak my na przykład... A przynajmniej w większości — mruknął.
W duchu był dumny z tego, że tamtego dni udało mu się przekonać resztę, by zaprowadzić trójkę uzdrowicieli do Pieczarki, choć Ziemniak to był najmniej zadowolony. Choć reszta kotów też na początku nie pałała radością z faktu nowych kotów w obozie — w końcu oznaczało to więcej pysków do wykarmienia w czasie epidemii. Mimo tego Owocowy Las przetrwał najgorsze chwile i zaczął odzyskiwać dawne siły.
— Ważne jest to, by samemu pielęgnować w piersi złote serce. Wtedy cały świat jest dla ciebie życzliwy. Przestajesz przejmować się wrogością innych; twoja czystość jest w stanie sama w sobie uchronić cię od wszelkiego zła — wyjaśnił, choć trudno było naprawdę uwierzyć w jego słowa, a przynajmniej tak było w przypadku młodszego. — Nigdy nie czułem, by czegokolwiek mi brakowało. Zawsze wiedziałem, że obiorę samotnicze życie. Może niekoniecznie takie jak teraz... Ale uwierz mi, czasem do szczęścia nie potrzeba wcale tak wiele. Możesz mieć inną perspektywę, gdy całe życie przeżyłeś w wielkiej grupie, ale większość kotów wychowała się z matką, może ojcem i kilkorgiem rodzeństwa i to wszyscy bliscy, których kiedykolwiek znali i może kiedykolwiek poznają. I im niczego nie brakuje — zamyślił się na moment, a jego wzrok uciekł w bok, w górę, w bezchmurne niebo. — Ale dobrze byłoby się spotkać z nimi po tych wszystkich księżycach. Przypomnieć stare chwile, poznać się na nowo... W końcu jak kot dorasta, dużo się w nim zmienia. Nawet nie wiem, czy może nawet mam siostrzeńców? Lub bratanków? Ach, jeśli tak, z pewnością są to cudowne dzieciaki…
— Piękne słowa, lecz świat naprawdę bywa okrutny, nawet dla kotów takich jak ty. Mimo to mam nadzieję, że wasza dalsza wędrówka będzie równie spokojna. Jesteście wędrowcami, więc zapewne, kiedy epidemia do końca zostanie stłumiona, to odejdziecie, mam rację? — spytał. — Obyś kiedyś spotkał się z rodziną czy to przed lub po śmierci.
— Dziękuję — mruknął, skłaniając głowę. — Zawsze idziemy tam, gdzie są potrzebujący. Nie będziemy wam potrzebni, gdy epidemia się skończy. Natomiast za waszymi granicami zawsze znajdzie się ktoś, komu przyda się pomoc... Taka jest istota naszej wędrówki — miauknął i zamilkł na chwilę. Zamknął oczy, gdy po chwili niespodziewanie z jego pyska uszedł cichy chichot. — Muchołówka zawsze była żądna przygód. Gdyby mogła, to poszłaby w świat z chwilą, gdy nauczyła się przebierać łapkami. Ją z pewnością wywiało gdzieś hen, hen daleko... Jaskółka była spokojniejsza. Miła, skromna, nikomu niewadząca... Została z matką i może to dla nich obu lepiej. Otwarty świat potrafi być przerażający. A gdy spotkałem Scypuła wiele księżyców temu, żył samotnie, lecz szczęśliwie. On nigdy nie potrzebował wiele do szczęścia, chociaż z pewnością ucieszyłby się, gdybym pokazał mu zioła, które poznałem... Może nawet mógłbym mu pomóc... — Uśmiechnął się.
— Mnie dawniej też nieco ciągnęło w świat, lecz teraz... Chyba chciałbym pozostać blisko rodziny, nawet jak czasem obowiązki nas pochłaniają. Świadomość tego, że mam do kogo wracać z każdego patrolu jest czymś nieopisanym. Nawet jeśli nie z każdym tutaj rozmawiam, to chce do tego wszystkiego należeć. Nawet jeśli... Pewien kot powoduje niewyobrażalny ból — przyznał, kładąc prawą łapę na swej piersi. Tak, mówił o Borowiku, gdyż ten do dziś dnia nie zamienił z nim choćby słowa. Zwiadowca chciałby to niedługo zmienić, lecz nie wiedział, czy na pewno jest to dobry pomysł. Może lepiej jest żyć z bólem serca niż ze złamanym? — Scypuła? Czyli nie tylko ty wybrałeś samotnicze życie w rodzinie?
— Oczywiście. Wszyscy je wybraliśmy, ale on już zupełnie. Żyje sam, na zdobytym skrawku terenów, które mu absolutnie wystarcza. No, chyba że od ostatniego spotkania znalazł sobie kompana lub kompankę... Choć wątpię. Raczej należy do kotów nieufnych. Nie lubi rozmawiać z innymi, bo obcy zawsze mają go za kotkę. Ponoć nawet znaleźli się jacyś zalotnicy, którym później połamał za to nosy... Kiedyś rozmawiałem z uzdrowicielką, która znała zioło, które pomaga takim kotom. Potrafi podobno zamaskować zapach tak, by po dłuższym użytkowaniu poznanie czyjejś płci stało się niemożliwe. Nie wiem, w jaki sposób działa i czy w ogóle, sam nigdy go nie stosowałem... Ale wydaje mi się, że dałoby mu to spokój ducha, przynajmniej w części.
— Niektórzy to jednak mają ciężko samemu... — westchnął, a na wspomnieniu o połamanych nosach, aż poczuł ten ból. Bardzo nieprzyjemne. — Zioła potrafią zamaskować zapach? Nie wiedziałem, że takie mogą istnieć. Ale w sumie pokazuje to, jak mało wiemy o otaczającym nas świecie. A ty, odkryłeś jakieś nowe zioła, które dotąd nie były znane nikomu? — spytał z widocznym zaciekawieniem. Zwykle się roślinnością nie interesował, lecz wspomniane zioło przykuło jego uwagę.
Starszy zaśmiał się delikatnie.
— Cóż, jestem uzdrowicielem, nie cudotwórcą. Są tacy, co testują co nowsze znaleziska na swoich pacjentach, ale ja nie chciałbym tak ryzykować ich zdrowiem. Uzdrowiciele często dzielą się ze sobą wiedzą, która jest przekazywana z ust do ust od pokoleń. Stosowane od księżyców przez różne koty techniki są o wiele bezpieczniejsze. Może pokusiłbym się o wypróbowanie czegoś nowego, gdyby to była sytuacja bez wyjścia... Ale nie lubię tak gdybać. Wolę się trzymać utartej ścieżki. — Wziął ostatni kęs zdobyczy, zostawiając na niej jedynie strzępki futra, kości i parę śmieciowych organów, które nie nadawały się do spożycia. Zebrał je zębami w jedno zawiniątko, by wyrzucić resztki poza obóz. — Dziękuję za wspólny posiłek — miauknął do Czajki z uśmiechem, nieco niewyraźnie przez trzymany w pysku przedmiot. — Do zobaczenia. Obowiązki wzywają... — zaśmiał się i odszedł, zostawiając zwiadowcę w samotności.
— Do zobaczenia — odpowiedział kocur, samemu po chwili ruszając z dotychczasowego miejsca. Po rozmowie ze starszym poczuł się nieco lepiej, jakby tego właśnie potrzebował, choć najbardziej go zainteresowały zioła, o których uzdrowiciel wspomniał.

10 stycznia 2026

Od Wiciokrzewu CD. Poranku

— Musimy ustalić, gdzie będziemy trzymać chorych — odezwał się, cierpliwie czekając na odpowiedź kolegi po fachu.
Wiciokrzew zamrugał kilka razy, trochę zakłopotany. Co miał na myśli Poranek? Czy chodziło mu o zbudowanie… izolatki? Tylko jak zamierzali to zrobić? Wiciokrzew poruszył się niespokojnie, po czym spojrzał na własne łapy.
— M-może… p-poza o-obozowymi ścianami, lecz w-wciąż… niedaleko — mruknął cicho, podnosząc głowę i spoglądając w stronę wyjścia z lecznicy. — Za-zamierzamy wyraźnie ich o-odgrodzić? — dopytał, poruszając delikatnie ogonem.
Poranek westchnął ciężko, jakby się nad czymś zastanawiał.
— Nie wiem… Ustalimy to, gdy już znajdziemy odpowiednie miejsce — oznajmił niemal szeptem.
Rozmowy dwójki uzdrowicieli nie były zbyt… przyjemne, jeśli można to tak nazwać. Dwa kocury, bojące się własnego cienia, nie były dobrym duetem. Każdy z nich wahał się przed wypowiedzeniem kolejnego słowa, jakby ten drugi miał za to skazać go na śmierć. To było głupie – obaj byli niemal jak dwie krople wody; żaden z nich nie odważyłby się pisnąć choćby jednego złego słówka o drugim. A jednak wciąż trwali w tym napięciu, nie potrafiąc się rozluźnić.
W końcu liliowy skinął głową i zrobił krok w stronę wyjścia, zachęcając tym samym Poranka, by zrobił to samo. Raczej nie będą budować izolatki w lecznicy – było w niej za mało miejsca na takie konstrukcje. A szkoda, bo przynajmniej chorzy byliby dobrze osłonięci od świata.

* * *

Jakby nie miał już wystarczająco na głowie...
Wiciokrzew ślęczał bezradnie nad małą, krzywiącą się Daglezją. Ojciec, prawdopodobny sprawca całego zamieszania, chował się przed odpowiedzialnością i nie było po nim śladu. Znudzona Jaśminowiec siedziała gdzieś z boku, czekając, aż problem się rozwiąże. Kocię musiało zjeść coś nieodpowiedniego, co spowodowało ostry ból brzucha. Próby Wiciokrzewu w rozwiązaniu tego problemu spełzały jednak na niczym. Na każde podane jej zioło Daglezja kręciła nosem – krwawnik pachniał za ostro, pięciornik smakował za gorzko, a o pokrzywie była pewna, że ją poparzy (nawet jeśli były to tylko nasiona...).
W progu lecznicy pojawiła się drobna sylwetka Jeżogłówki, trzymającej w pysku pakunek z ziołami, które najwyraźniej uprzednio zerwała, by zasilić zasoby Owocniaków. Zatrzymała się na moment, zamrugała ze zdziwienia tą sceną i przeszła obok marudzącego malca, by szepnąć do Wiciokrzewu:
— Co się stało...?
Kocur podniósł wzrok na szylkretową samotniczkę i nieco położył po sobie uszy. Co sobie o nim pomyśli Jeżogłówka? Może powinien być bardziej surowy dla swojej siostrzenicy? Co to za uzdrowiciel, który nie potrafi podać dzieciakowi zioła...
Westchnął ciężko.
— N-nic… nic nadzwyczajnego. Da-Daglezja musiała zjeść coś… n-nieświeżego, co jej za-zaszkodziło — wyjaśnił.
Pokiwała głową na znak zrozumienia, patrząc jeszcze raz na leżące wokół zioła.
— I wybrzydza z każdym lekiem? Klasyk... — westchnęła cicho, by kotka jej nie usłyszała. — Krwawnik, pięciornik... — wymieniała pod nosem widziane medykamenty, jakby analizując, z czym jeszcze można by spróbować. Umilkła na moment zamyślona. — Macie ostropest? Może to jej posmakuje... — miauknęła po chwili.
Wiciokrzew na moment zamilkł. Ostropest? Czy mu się wydawało, czy nigdy nie słyszał o tym, by ostropest miał jakiekolwiek zastosowanie medyczne?
— N-nie… n-nie wiem…? — przyznał niepewnie. — Ra-raczej nie… Nie używamy o-ostropestu. Przynajmniej ja nie u-używam — mruknął cicho. Nie mógł oczywiście mówić za Purchawkę czy Poranka; oni może wiedzieli więcej niż on.
— Może powinniście zacząć. Przydałoby się. No ale skoro nie macie, to... Chwila — urwała, jakby nagle przypomniała sobie o czymś. Obróciła się, by spojrzeć na pozostawione przy wejściu zioła. Poszła w ich stronę, a Wiciokrzew mógłby przysiąc, że mamrotała pod nosem coś w rodzaju cichego: “głupia ja, głupia ja…”.
Rozgryzła liście, które zakrywały zawartość pakunku i sięgnęła do środka. Wiciokrzew nie miał pojęcia, co spodziewał się zobaczyć, lecz nieco zdziwił się, gdy Jeżogłówka z wnętrza wyciągnęła podłużny... Orzeszek.
— Często zbieramy go z Derwiszem. Jest... Przydatny. Bardzo dobrze działa na wszelkie zatrucia, od tych delikatnych, po naprawdę intensywne. Derwisz mówił mi niegdyś, że uratował nim niejednego kota, któremu przyszło na myśl spróbować trujących jagód... — wyjaśniła.
Liliowy przytaknął.
— To i-imponujące — mruknął bez namysłu, widząc, jak Jeżogłówka podchodzi do małej Daglezji.
Szylkretowa młodziczka wpierw skrzywiła się instynktownie, lecz zaraz potem spojrzała na ostropest spod zmrużonego oka i nieco się rozluźniła. Przy innych ziołach od razu nadymała pysk i nie chciała nawet odwracać głowy w ich stronę, a tym razem… wydawała się jakaś spokojniejsza.
Wiciokrzew spojrzał na samotniczkę i zamrugał kilka razy.
— N-na Wszechmatkę! Jest ja-jak oczarowana! — stwierdził szeptem, obawiając się, że gdyby Daglezja to usłyszała, mogłaby się speszyć.
Faktycznie, tym razem nareszcie udało się udobruchać dzieciaka. Trudno było jednak powiedzieć, czy była to kwestia samego zioła, czy może upodobanie sobie przez Daglezję jej ciotki ponad jakiegoś losowego uzdrowiciela. Trudno było jednak powiedzieć to samo o drugiej stronie...
Gdy Jeżogłówka podchodziła do kocięcia, zdawała się spięta i niepewna. Trzymała dystans, nie chciała się zbytnio zbliżyć, choć wcześniej Wiciokrzew nie zaobserwował, by ta zachowywała się dziwnie w towarzystwie dzieci. Patrzyła na małą kotkę przeciągle, lecz bez jakiegoś zachwytu czy rozkoszy wynikającej z uroku kociaka. Był to wzrok, którym ktoś mógłby obarczyć latającego jeża. Nie świadczył o żadnych pozytywnych uczuciach względem swojej bratanicy.
Może były to dalekosiężne wnioski, lecz zdawało się, że Jeżogłówka wcale nie przepadała za kociętami swojego brata, a może nawet i całą sytuacją, w której ten się znalazł...
Podała jednak lek i wróciła, a na miłe słowa Wiciokrzewu tylko delikatnie się uśmiechnęła, choć z jej pyska jednocześnie można było odczytać lekkie przygnębienie.
Kocur widział negatywne emocje, jakie majaczyły na pysku Jeżogłówki. Widział je – oczywiście, że tak. Nie był ślepy; był natomiast nieśmiały. Nie miał dość odwagi, by spytać o nie wprost. Chciał to zrobić, bardzo chciał, ale jego gardło zdawało się samo zaciskać na myśl o poważnej rozmowie z szylkretką.
Zamiast tego ruchem ogona dał znak, by wyszli na obozową polanę, zostawiając małą Daglezję za sobą.
— To m-moja siostrzenica, w-wiesz? — odezwał się bezmyślnie, po czym zaraz położył uszy. — Ty… to też t-twoja rodzina, p-prawda? — dopytał ciszej, mrugając kilka razy.
Wpierw kotka spojrzała na niego dziwnie, po czym jej oczy rozbłysły, jakby nagle sobie coś uświadomiła. Nie było to jednak nic przyjemnego.
— Ach, tak... Wiem, bardzo dobrze wiem — westchnęła cicho. — Nie zachowałam się jakoś nie w porządku, prawda? Wybacz, po prostu... Nie mogę się do tego przyzwyczaić — wyznała. — Mieliśmy przyjść tu na chwilę i zwinąć się, gdy będzie po wszystkim... Nie odbierz tego źle, Owocowy Las to piękne miejsce z wieloma cudownymi kotami, ale... Po prostu... Chciałabym w końcu skończyć ten epizod i wrócić do tego, co było dawniej. Wędrowanie z Jaskrem i Derwiszem było miłe. A teraz? Co teraz, skoro Jaskier znalazł sobie jakąś partnerkę i jeszcze został ojcem?
Wyraźnie się speszyła, powiedziawszy jak na siebie zdecydowanie za dużo.
Liliowy milczał, nieco przytłoczony wyznaniem Jeżogłówki. Nigdy nie był zbyt dobry w pocieszaniu innych… raczej. Nawet samego siebie nie potrafił pocieszyć! Zdecydowanie nie nadawał się do tej roboty.
Dotknął grzbietu szylkretki ogonem, próbując w ten sposób przekazać jej, że jest tu z nią, że ją rozumie.
— Za-zachowałaś się… jak me-medyczka. Fo-formalnie — mruknął, wlepiając wzrok w jakiś obiekt przed sobą. Po chwili znów przeniósł spojrzenie na samotniczkę. — Cóż… Ja-Jaśminowiec ma jeszcze L-Lna. We dwójkę po-poradzą sobie z wychowaniem… tych ko-kociąt. Tak że Ja-Jaskier będzie mógł wrócić do po-podróżowania… Choć mo-może być to trochę nie-niesprawiedliwe… — stwierdził.
Chciał dodać coś jeszcze, ale nie chciał wywoływać u Jeżogłówki żadnych wyrzutów sumienia. Obawiał się, że gdyby zaczął mówić dalej, szylkretka poczułaby się tylko gorzej. Taki już był jego urok.
Jeżogłówka słuchała go do końca, jej ogon subtelnie drżał, zmiatając z ziemi pył i kurz. Gdy Wiciokrzew zamilkł, nastała między nimi chwila ciszy.
Westchnęła.
— Może... — miauknęła głosem, w którym nie było wcale przekonania. Jej wzrok powędrował na ziemię. — Nie, nie — wymruczała do siebie prawie bezgłośnie po krótkiej przerwie. — Przepraszam, Wiciokrzewie, to nie ma znaczenia. Powinnam wrócić do pracy. Liście już zblakły, nadchodzi ciężki sezon. Już kaczki zlatują się na zimowanie... Przyda się wam więcej zasobów. — Ostatnie zdanie bąknęła znacznie wyraźniej, jakby jej poprzednia gadanina była głośno wypowiedzianymi myślami. Obróciła się i wyszła prędko z lecznicy, nim Wiciokrzew zdążył ją zatrzymać. Cóż! Najwyraźniej nie był to temat, który chciała ciągnąć.
Liliowy podniósł łapę i przyłożył ją do pyska, marszcząc brwi. Ależ on był głupi! Dlaczego powiedział akurat to, co powiedział? Czy naprawdę nie mógł ująć tego lepiej? A może po prostu powinien był zamknąć pysk i się nie odzywać? Westchnął ciężko, odkładając łapę na ziemię i lekko się garbiąc. No nic… chyba zdążył już przyzwyczaić się do tego, że prowadzenie konwersacji nie było jego mocną stroną.

* * *

Pośród kotów przebywających w lecznicy to z Porankiem chyba rozmawiał najrzadziej. Rudy kocur sam nie był tak gadatliwy, jak na przykład Purchawka, więc Wiciokrzewowi ciężko było poprowadzić z nim konwersację. Ich interakcje opierały się raczej na wypowiedzeniu krótkich zdań między sobą, a potem rozejściu się, by wrócić do swoich obowiązków.
Liliowy postanowił jednak, że dziś spróbuje do uzdrowiciela zagadać. Może będą mogli wymienić się swoją medyczną wiedzą? Może Poranek wie więcej niż Wiciokrzew?
Gdy zielonooki napotkał rudego, wychodzącego z lecznicy, mruknął:
— Hej, Po-Poranku — przywitał się, uśmiechając się trochę nerwowo. — Przejdziemy się g-gdzieś? Jeśli nie ma-masz czasu, nic n-nie szko-szkodzi — oznajmił, wbijając spojrzenie w łapy. — Tak ty-tylko myślałem, że mo-może moglibyśmy ze sobą po-porozmawiać, jak ku-kumpel z kumplem...

<Poranku?>

24 listopada 2025

Od Jaśminowiec

Wczoraj dostała niespodziewane zaproszenie. Jaskier - jeden z wędrownych zielarzy odwiedzających akurat Owocowy Las, poprosił o jej obecność następnego dnia wieczorem w Śliwkowym Gaju. Jaśminowiec nie chciała się przyznać, że wyczekiwała tego spotkania. Odkąd Miłostka zniknęła właściwie nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Len stawał się coraz nudniejszym towarzyszem - owszem, wciąż się spotykali, jednak w jej oczach ten związek przestał mieć sens jak tylko szylkretowy ogon znikał sprzed jej nosa. Chodziła na patrole, odwiedzała częściej Purchawkę przynosząc jej drobne piórka i szukała najróżniejszych sposób na to, jak załatać dziurę w codzienności, jaką zaginiona pointka po sobie zostawiła. Niestety z brakiem powodzenia. Liczyła, że może to nieco odwróci jej uwagę. Pół dnia się stroiła, nawet poprosiła szamankę o pomoc w dobraniu nowych roślinnych ozdóbek do futerka, aż nie nadeszła pora spotkania. Udała się wdzięcznym krokiem do Śliwkowego Gaju, rzucając Lnowi jakąś wymówkę o polowaniu. Kremowego niekoniecznie nawet obchodziło, że czekoladowa gdzieś wychodzi. Nawet lepiej. 
Między drzewami dostrzegła ślicznie ułożone, rudo-białe futro, jednak nie widok, a zapach przykuł jej uwagę. Była ciekawa, w czym się musiał Jaskier wytarzać, żeby uzyskać taką woń. Im bliżej Jaśminowiec podchodziła, tym mocniejszy zapach wyczuwała. Koty tak nie pachniały. Był intensywny, lecz nie mdły i zatykający nozdrza. Najmocniej wybijała się korzenność i ziemistość, gdzieś dalej jeszcze nuta słodyczy. To, co trzeba było powiedzieć to to, że zdecydowanie był przyciągający. Najwidoczniej zielarze mieli swoje sztuczki.
— Heeej — miauknął przeciągle, gdy kotka podeszła wystarczająco blisko. 
— No dobry wieczór — uśmiechnęła się ładnie do kocura, przysiadając się obok. — Czymże zasłużyłam na zaproszenie na spotkanie z tajemniczym wybawcą Owocowego Lasu?
— Och, błagam, ktoś taki jak ty nie potrzebuje robić nic, by sobie na cokolwiek zasłużyć! Zresztą — zachichotał — nie przesadzajmy już z tymi wybawcami. Ot, zwykła pomoc. No i nie jesteśmy tu chyba po to, byś to ty mi schlebiała. Bardzo ci w tych listkach ładnie — miauknął, przechylając delikatnie głowę. Mimo tego co powiedział, było widać, że komplement bardzo go ucieszył — Nawet ładniej niż zazwyczaj, a to naprawdę wyczyn.
— Słodzisz mi, słodzisz — zamruczała, łakomie łykając komplementy lejące się z pyska kocura. Ah, gdyby Len też jej takie rzeczy mówił częściej... w końcu próbując ukraść go Miłostce to raczej srebrna zabiegała o jego względy. Miło było być po drugiej stronie. Czując, jak jej ego jest przyjemnie karmione, Jaśminowiec nie miała zamiaru zniechęcać kocura. Widziała delikatny błysk w jego zielonych oczach jak przyszła, a łącząc to ze schlebianiem nie trudno było wywnioskować, że czekoladowa wpadła Jaskrowi w oko - dlaczego się tym nie pocieszyć? Przecież to tylko niewinne spotkanie, zielarze i tak są tylko tutaj na chwilę, a Jaśminowiec znudziło się zabieganie o już bezsensowną uwagę Lnu. Poza tym, atencja od nowego kota zawsze poprawiała jej humor, czego ostatnio mocno potrzebowała. — Ładne miejsce wybrałeś — pochwaliła rudzelca. — I ładnie pachniesz. To jakaś mieszanka ziół na specjalne okazje? — zachichotała, zerkając na towarzysza ciekawsko.
— Zgadzam się. Miejsce równie urokliwe jak osoba, która je zamieszkuje... Ach, więc cię zaintrygował, hm? Nic dziwnego. Nikt nie jest w stanie mu się oprzeć — zamruczał, obchodząc kotkę wokół i stając z drugiej strony. Gdy muskał swoim futrem o jej, Jaśminowiec poczuła podobne (choć oczywiście słabsze) pobudzające wrażenie do ocierania się o kocimiętkę. — Korzeń całunki, moja droga. Rośliny o pięknych, kwiatach i niepozornym cudzie, który rośnie pod ziemią. Zresztą, co ja będę opowiadał... — Znów ruszył, tym razem przed siebie. Połowa jego ciała zniknęła za pniem śliwy, by zaraz znów się pojawił, wychodząc po drugiej stronie. Tym razem jednak trzymał w pysku pewien słodko, miodowo pachnący kwiat. — Normalnie ich rozkwit przypada na porę zielonych liści, lecz ten zakwitł wcześniej. Czyżby dla kogoś wyjątkowego? — miauknął, stawiając podarek przed Jaśminowiec.
"Nikt nie jest w stanie mu się oprzeć", co? Jaśminowiec położyła po sobie z niezadowoleniem uszy, słysząc to zdanie. Nie lubiła, jak ktoś używał sztuczek, by zdobyć jej przychylność, a na pewno nie takich. Jednak słodka woń na futrze kocura rzeczywiście była bardzo kusząca, a sam zapach mile drażnił pobudzająco jej nosek. Przecież to nie kocimiętka ani sfermentowane owoce. Od odrobiny zapachu przecież nic się nigdy złego nie stało. — Że też takich chwytów używasz na pierwszym spotkaniu — Jaśminowiec pokręciła głową. — Miłe słówka, atmosfera, prezenty... Wiesz, jak podejść kotkę, co? — miauknęła, mimo wszystko przyjmując podarunek. Bo kto jej zabroni? Len? Jest ostatnio za bardzo zajęty sobą i swoimi rzeczami, żeby ją zauważyć w obozie. Jaskier zaśmiał się delikatnie. 
— Wie się to i owo... Czy kwiatek i parę szczerych słów to naprawdę tak dużo w Owocowym Lesie? Musicie mieć naprawdę prostackie kocury wśród swoich... — miauknął, w końcu na powrót siadając naprzeciwko Jaśminowiec. Można było odnieść wrażenie, że mówił o jakiejś konkretnej osobie... — Tylko żebyś nie pomyślała, że chcę cię po prostu jakoś parszywie udobruchać, jak niektórzy są w stanie! Żadnych sztuczek nie stosuję! To po prostu piękny kwiat i jeszcze piękniejsze perfumy. Musiałem przynajmniej spróbować dorównać twojemu poziomowi, ale cóż... Poległem... Jak mogłem się tego spodziewać... — Teatralnie opuścił głowę, kręcąc nią z udawanego rozczarowania. Prostackie kocury... W zasadzie to tak! Nikt nie dawał jej ostatnio wystarczająco godnej uwagi. Może to dlatego tak się przejmowała odejściem Miłostki. Len ostatnio, oprócz ich schadzek oczywiście, ledwo ją zauważał, bardziej zajęty... Czymkolwiek to on robi ze sobą w obozie. Najwyższy czas by się to zmieniło, a jak jej własny "chłopak" nie dawał jej tego, co potrzebowała, to czemu miałaby zawracać sobie nim głowę, szczególnie na tak miłym spotkaniu. — Wstyd i hańba — przyłączyła się do teatralnego kręcenia zwieszonym łbem. — Teraz nic tylko znaleźć sobie ładny dołek do zakopania się... — westchnęła, by po chwili ciszy wybuchnąć chichotem. Jaskier miał coś w zielonych oczach. Były nawet odrobinkę podobne do Miłostkowych... — Cóż, będziesz miał szansę się poprawić na następnym spotkaniu, skoro aż tak Ci zależy — puściła mu oczko.
Uniósł jedną z łap, jakby chciał ją oprzeć o swoje czoło, jeszcze dodając dramaturgii. — Będę próbował, ale obawiam się, że wszystkie próby i tak spełzną na niczym... Masz ci los! — miauknął, po czym zamilkł – tylko na moment. Minęło parę uderzeń serca, a on roześmiał się, najwyraźniej nie potrafiąc utrzymać swojej roli za długo. — Och, wybacz. Może teraz coś innego... Właśnie, głupi ja, nawet nie zapytałem. Jak damie minął ten dzień? — zapytał już normalnym głosem. — Mi jak zwykle. Za dużo się u was nie zmienia, wiecie? Przyjść, ogarnąć tych churchających i wieczorem wrócić do gniazda. Można sobie umilać czas — puścił kotce oczko — lecz jestem już przyzwyczajony do ciągłej przygody.
— To prawda, rutyna powoli dopada nas wszystkich, szczególnie w naszej obecnej sytuacji — westchnęła. Miała nadzieję, że jej mama się wyliże z choroby. Tyle kotów już straciło życie... To, że tyle jej się udało przetrwać musi pokazywać, że w końcu wyzdrowieje. — Ale to nie czas i miejsce na zamartwianie się szarą codziennością — miała się przecież rozerwać na tym spotkaniu! Jaskrowi już przynajmniej na chwilę udało się wciągnąć ją z po-Miłostkowego dołka, dlaczego teraz próbowała się przypadkiem wpędzić w słaby nastrój?! Pokręciła szybko główką, by wrócić do topienia się w kuszącym zapachu Jaskrowego futerka. Przybliżyła się nawet na tyle, by ich ogonki mogły się dotknąć. — Przyzwyczajony do przygód mówisz? Cóż, w takim razie może to spotkanie też rozpocznie jakąś nową przygodę, hm? — zamruczała, trzepocząc rzęskami. — A mój dzień? Na pewno pewien pan sprawił, że stał się dużo lepszy~
Gest kotki zdecydowanie nie był mu obojętny. Próbował trzymać fason, lecz jej dotyk skutecznie mu to utrudniał. Jego łapy zrobiły się kluchowate, a pewny głos zadrżał. — To wie-wielki zaszczyt — miauknął. — A ja na każdą przygodę jestem gotowy. Takiej jeszcze nie doświadczyłem, ale to nic. Wiem, że będzie najlepszą z nich wszystkich.
— Zobaczymy... — posłała mu zalotny uśmieszek. — Tylko może nie wspominajmy o tym innym, szczególnie tym "prostackim kocurom". Niech to będzie na ten moment nasza tajemnica, później sobie wyjaśnię z nim... znaczy z nimi sprawę, dobrze? — zatrzepotała ładnie rzęskami, po czym obeszła Jaskra dookoła, delikatnie ocierając się o jego pachnące futro. — To może spacerek? — zachęciła go do wstania. Mieli jeszcze czas zanim powinni wrócić do siebie, nie spieszyli się nigdzie, czemu nie pocieszyć się wieczorem trochę dłużej?
Wieczór z Jaskrem nieco się przedłużył i zakończył milej, niż na początku zakładała. Wracając do obozu wpadła za to na Lna. Sprzedawszy mu wymówkę, że to dla niego się tak wystroiła i wypachniła, kocur zdawał się być całkiem zadowolony. Korzystając z faktu, że mieli jeszcze kawałek do obozu postanowiła jeszcze okazać mu nieco wymuszonych czułości. Nie chciała, żeby kremowy nabrał jakiś większych podejrzeń. Jeszcze nie teraz… chociaż i tak wydawało jej się, że Len by się nie przejął za bardzo wieścią, że między nią a Jaskrem nieco zaiskrzyło. Znała go na tyle dobrze, żeby móc stwierdzić, że kocurowi raczej nie zależy na nikim innym niż na sobie. Na pewno nie zależało mu na niej na tyle, by chociaż kiwnąć pazurem na Jaskra, gdyby ich mała tajemnica się wydała. Mimo wszystko - wolała nie kusić losu i chociaż jeszcze chwilę utrzymywać pozory przed Lnem, przed sobą, przed Owocowym Lasem, że nic się nie zmieniło. Utrzymywana relacja z Lnem miała być dowodem tej niezmienności. Romans z Jaskrem - rozproszeniem, odwróceniem uwagi od nieszczęścia, w jakie się wkopała. I miało być tylko jej, im dłużej, tym lepiej.

15 listopada 2025

Od Wiciokrzewu

Nastał poranek. Pierwsze promienie słońca przebijały się przez chmury i drzewa, gdy niebo rozświetlało powoli barwami żółci i delikatnego pomarańczu. Nieważne... Jaki był z nich pożytek, skoro w nos i tak szczypał mróz?
Wiciokrzew stawiał prędkie kroki, idąc samotnie przez Owocowy Lasek, zostawiając ślady w cieniutkiej warstwie opadłego tej nocy śniegu. Szedł w kierunku Upadłej Gwiazdy, by zebrać uzdrowicieli do obozu i polecić im, by zabrali część swoich zapasów. Cóż. Klanowy składzik z każdym wschodem słońca robił się coraz skromniejszy. Nie było jak tego ukryć. A chorych tylko przybywało...
Coś przykuło jednak uwagę kocura, nim dotarł do celu. Słyszał już z oddali pewne dziwne dźwięki. Jakby... Szuranie w ziemi? Między pniami drzew był w stanie dojrzeć tylko czyjąś białą sierść, co nie zdradzało dużo o tożsamości uzdrowiciela. Chyba że to wcale nie był uzdrowiciel...
Postanowił to sprawdzić. Choć czuł niepokój i dobrze wiedział, że nie potrafi walczyć, a na dodatek bał się prawie wszystkiego, tak nie mógł zignorować ryzyka, że na teren Owocowego Lasu mógł zakraść się jakiś niebezpieczny samotnik.
Ruszył więc w stronę, z której dochodził dźwięk, ostrożnie lawirując między pniami drzew. Uszy miał lekko położone, dudnił mu w nich jego własny, przyspieszony oddech. Miał tylko nadzieję, że ten, kto tam jest, nie okaże się mu wrogi.
Gdy podszedł bliżej, dojrzał prócz białego futra także to czarne i rude. Szybko rozpoznał w tajemniczym kocie Jeżogłówkę, ale nadal coś było nie tak. Gdy podszedł bliżej, zauważył, że kotka wypuszcza coś z pyska na ziemię. Wpatrywała się w nią smętnie. Czemu znajdowała się poza swoim legowiskiem o tak wczesnej godzinie? Cokolwiek robiła, musiała być całkiem skupiona – wciąż nie usłyszała kroków Wiciokrzewu.
By zwrócić jej uwagę, postanowił się odezwać:
— P-przepraszam… — wymamrotał cicho, wychodząc jej naprzeciw. Patrzył jej prosto w oczy, choć w środku aż go skręcało z ciekawości, by zerknąć na to, co leżało pod jej łapami. Nie miał jednak na tyle odwagi.
Przez chwilę oboje milczeli, aż w końcu liliowy odezwał się ponownie:
— C-co ty tu… ro-robisz tak wcześnie?
Gdy tylko pierwszy dźwięk opuścił jego pysk, Jeżogłówka podskoczyła spanikowana, gwałtownie rozglądając się wokół, przygotowana do ucieczki. Jej nastroszona sierść opadła dopiero, gdy zobaczyła znajomą twarz pośród drzew. Natychmiast uszło z niej całe powietrze w jednym westchnięciu ulgi.
— Och, to tylko ty! — miauknęła cicho, po czym na chwilę umilkła, zakłopotana zaistniałą sytuacją. — Cóż... Jakby to powiedzieć... Wyszłam na moment i zauważyłam ptaka leżącego samotnie w zaroślach. Nie wiem, co mu się stało. Może w coś uderzył, może był chory i padł... ale nie mogłam go tu tak zostawić. Poczułabym się z tym źle. Wykopałam w ziemi jamę, choć ta była zbita i zmarznięta i... no.
Więcej nie musiała tłumaczyć, bo gdy Wiciokrzew podszedł bliżej, zobaczył dokładnie to, o czym mówiła kotka. Martwego ptaka, dokładniej sierpówkę, który leżał w dziurze. Wystarczyło tylko przysypać od góry, by dać mu odejść na wieczny spoczynek.
Zdziwił się. Nie spodziewał się, że właśnie o to chodzi. Nie chciał być niedelikatny, lecz w głowie kłębiło mu się kilka pytań. Na przykład… dlaczego nie chciała zjeść tego ptaka? W Porze Nagich Drzew każde pożywienie było na wagę życia. Z drugiej strony rozumiał ją… sam szanował naturę i inne stworzenia, a także uważał, że każdemu należy się godny spoczynek.
— Och… — wyrwało mu się tylko. Jego ogon drgnął na wietrze. — T-to bardzo… m-miłe z twojej strony — wydukał w końcu, wlepiając wzrok w nieruchomą sierpówkę. Co więcej mógłby jeszcze powiedzieć?
Kotka odmruczała coś niezrozumiale, po czym kilkoma ruchami łapy przysypała wykopaną uprzednio ziemią ciało ptaka. Jego ciepłoszare piórka zniknęły pod brązowymi grudami. Na kilka uderzeń serca zapadło milczenie. Jeżogłówka wpatrywała się intensywnie w swój twór. Kiedy już zaczynało się robić nieco niezręcznie z powodu przeciągającej się ciszy, ta nagle szarpnęła głową.
— Nie... — mruknęła do siebie pod nosem i zaczęła iść do przodu. — Musimy jeszcze znaleźć coś na dekorację. Bez tego wygląda niekompletnie. I tak... biednie — miauknęła, zatrzymując się i patrząc na Wiciokrzewa z oczekiwaniem.
Liliowy nie widział sensu w takim mrozie szykować grobu dla ptaka, ale nie chciał, by Jeżogłówka była smutna. Skinął głową i podążył za szylkretową kotką.
— Co ch-chcemy znaleźć w ta-takim… mrozie? — zapytał niepewnie, zatrzymując się razem z nią. Jej spojrzenie sprawiało, że czuł presję, by coś wymyślić, ale w jego głowie panowała kompletna pustka. Wydobył z siebie tylko krótkie “eee” i zamilkł, czując, jak uszy zaczynają go piec.
— Hmm...
Znów zamilkła. Wyglądało na to, że nie była zbyt rozmowna, podobnie jak jej towarzysz.
Szli chwilę przez Owocowy Lasek, wypatrując czegoś, co nadawałoby się na ozdobę godną grobu. Pytanie Wiciokrzewu było właściwie całkiem trafne... Cóż, Pora Nagich Drzew nie oferowała za dużo piękna. Była raczej pełna szarości, czerni, brązów i okazjonalnej bieli.
Przez to wszystko z oddali kotka dojrzała przebijającą się inną barwę. Delikatną żółć. Popędziła w tamtą stronę.
Pod jednym z drzew rosła samotna roślina, która zakwitnęła, choć jeszcze nie zawitały nowe liście. Miała kilka kwiatów, część jeszcze nieotwartych, lecz te, które zdążyły dojrzeć, miały pięć sercowatych bladożółtych kwiatów z intensywniejszym środkiem. Wybijały się na tle jałowego, smutnego krajobrazu. Kotka uśmiechnęła się na ich widok.
Liliowy przyjrzał się uważnie roślinie, którą znalazła Jeżogłówka. Próbował sobie przypomnieć, czy ją zna, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Trochę wstyd, prawda? W końcu był uzdrowicielem, powinien znać się na ziołach. Może po prostu było jeszcze wcześnie i chwilowo wyleciało mu z głowy. Westchnął cicho, spoglądając na szylkretkę z lekkim zakłopotaniem.
— Wiesz, c-co to za ro-roślina? — zapytał nieśmiało. — Gło-głowa mnie trochę bo-boli... — dodał po chwili, jakby chciał się usprawiedliwić. Czuł, jak serce dudni mu w klatce piersiowej. Zastanawiał się, co by było, gdyby ta roślina okazała się silnie trująca.
Zanim odpowiedziała, Jeżogłówka podeszła bliżej i obwąchała kwiaty. Nie miały mocnego zapachu, lecz przebijała się delikatna, słodka nuta.
— Pierwiosnka. Jedna z tych, które zakwitają najwcześniej. Szkoda, że to nie kocimiętka. Przydałaby się teraz — zaśmiała się delikatnie, choć z odrobiną goryczy. — Ale jest bardzo ładna, a to najważniejsze.
Wiciokrzew mógł się uspokoić, to nie jego pamięć zawodziła. Roślina ta nie miała żadnych lekarskich właściwości, a przynajmniej nie takie, o których by wiedziało którekolwiek z nich.
Kotka nachyliła się nad kępą pierwiosnek, by je zebrać i zanieść na kurhanek sierpówki.
— T-tak... Jest całkiem u-urokliwa — przytaknął, idąc za towarzyszką, która już kierowała się z powrotem w stronę, z której przyszli.
Gdy dotarli nad miejsce, gdzie pochowali ptaka, Jeżogłówka ostrożnie położyła na nim zebrane kwiaty.
— Nie spo-spodziewałem się, że i-idąc tu... b-będę mu-musiał wykonać takie za-zadanie! — zaśmiał się cicho, uśmiechając się nieco niezręcznie w stronę szylkretki.
— Ja też nie... — odpowiedziała, na chwilę milknąc. Nastał kolejny moment ciszy. Kotka znów wpatrywała się intensywnie w ziemię, pod którą leżał ptak. Wyglądała, jakby myślała o czymś dłużej. — Wy czcicie ptaki, prawda? — zapytała cicho, trochę nieśmiało, jakby nie była pewna. — Derwisz mi coś mówił. Wydaje się zainteresowany waszymi zwyczajami.
Kocur przełknął ślinę, zastanawiając się przez chwilę.
— Ee... tak. Głównie je-jerzyki i jaskółki — odpowiedział, po czym między nimi zapadła cisza. Przypomniał sobie ten niefortunny dzień, gdy nawdychał się kolorowej wody i potem gadał bzdury o tym, że i maki są święte. To było... coś. — Gdyby chciał do-dowiedzieć się o Wsze-Wszechmatce tro-trochę więcej... — zaczął ostrożnie — ...to m-mógłbym z nim po-porozmawiać...!
Skinęła głową, by pokazać, że przyjęła do siebie to, co powiedział Wiciokrzew. Poprawiła ruchem łapy jeden z kwiatów, by ładniej leżał na stosie, po czym cichutko westchnęła.
— Ptaki zawsze były dla mnie wyjątkowe. Wydawały mi się zawsze takie szczęśliwe i wolne... Bez żadnych zmartwień lub ograniczeń... — miauknęła, a jej głos był bliski szeptu. Trudno było stwierdzić, czy mówiła bardziej do stojącego obok niej Wiciokrzewu, czy do siebie. Po chwili spojrzała na kocura. — Zabrałam kilka piór, które leżały wokół niego na ziemi. Może... chciałbyś jedno? — zapytała, przechylając głowę.
W zielonych oczach uzdrowiciela błysnęły iskierki.
— Ja-jasne! — odpowiedział szybko, po czym od razu odwrócił wzrok, unikając spojrzenia Jeżogłówki. — Jeśli to nie pro-problem... o-oczywiście — dodał jeszcze, starając się nie zabrzmieć zbyt natarczywie. Mimo wszystko bardzo doceniłby taki gest ze strony samotniczki.
Kotka zniżyła głowę i wyjęła z futra na piersi jedno niewielkie piórko. Miało jasnoszarobrązową barwę i biały puszek od nasady. Trzymając je w pysku, podeszła blisko do uzdrowiciela i włożyła je gdzieś pomiędzy kosmyki futra za jego uchem.
— Proszę — miauknęła, delikatnie i nieco niezręcznie się uśmiechając. Nagle jej oczy nieco się rozwarły, jakby pojawiła się w jej głowie nagła myśl. — A tak w ogóle... dlaczego tu przyszedłeś? To zwykle my przychodzimy do was, a nie na odwrót... Nic się nie stało? — dopytała, wyglądając na nieco zmartwioną i może trochę złą na siebie, że nie zapytała o to wcześniej. Wcześniej jakoś nie zwróciła uwagi, że uzdrowiciele Owocowego Lasu raczej nie szlajali się o świcie na spacerkach w środku Pory Nagich Drzew...
— Um... — zaczął, po czym zamilkł, próbując sobie przypomnieć, po co właściwie tu przyszedł.
— Ach! Chciałem wa-was poprosić... żebyście za-zabrali trochę ziół i po-poszli ze mną do o-obozu, żeby po-pomóc... cho-chorym — wyjaśnił z trudem, w myślach złoszcząc się na swoje jąkanie.
— Ach, no tak... Dobrze... Chodź — powiedziała, obracając się w stronę Upadłej Gwiazdy. — Derwisz i Jaskier powinni już się obudzić. Popatrzysz i powiesz, czego wam brakuje. Mówiłeś też coś o bólu głowy, prawda? Zaraz coś zaradzimy... — mruczała, idąc przed siebie.
— Nie! N-nie trzeba, na-naprawdę. Zaraz mi prze-przejdzie… nie będę ma-marnować zasobów, które w tym o-okresie są tak cenne! — zapewnił.
Wkrótce koty dotarły do Upadłej Gwiazdy i natknęły się na dwójkę samotniczych uzdrowicieli. Już nie spali, choć nie byli też w pełni rozbudzeni. Liliowy skinął im głową na powitanie, po czym zaczął tłumaczyć, w jakim celu się tu pojawił.

***

Kilka dni później

Cieszył się, że na tereny Owocowego Lasu przybyła ta trójka uzdrowicieli – dzięki temu nie musiał już tak bardzo martwić się epidemią. Wciąż jednak czuł się przygnieciony obowiązkami, które miał na barkach. Śmierć Świergot, potem Kruszynki… a do tego doszedł uczeń, sporo chorych kotów i… poczucie winy, bo niemal w tym samym czasie odeszło tylu starszych. Leszczyna, Malinka, Mirabelka, Migotka, Chrząszcz, Kaczka… wszyscy pokonani przez zielony kaszel. Cała ta szóstka była już w podeszłym wieku, jednak najbardziej bolała go śmierć Paprotka. Był jeszcze kociakiem, nowonarodzonym i zupełnie bezbronnym. Wiadomo było, że jako dziecko samotniczki – Szafran – w przyszłości nie będzie miał łatwo, ale wieczny odpoczynek nie był dla niego rozwiązaniem. Nie powinien był umierać.
Wszechmatka powinna zabrać jego samego, a zostawić Paprotka przy życiu. Liliowego już i tak nic dobrego nie czekało; równie dobrze mógłby nie stąpać po tej ziemi. To nie miało większego znaczenia.
Przy życiu trzymał go chyba tylko Osetek i strach, że gdyby odszedł, Porankowi byłoby zbyt ciężko. Nie chciał, by ktoś cierpiał przez jego zniknięcie – a wiedział, że tak by było. Może tamtej nocy powinien być uważniejszy? Może, gdyby matka go nie przyłapała, zjadłby te jagody i odszedł w spokoju dużo wcześniej, gdy nie był żadnym kluczowym elementem?
Nieważne.
W tej chwili do legowiska wszedł Puma. Kulał lekko na jedną łapę – było widać, że przyszedł w bólu. Jego pysk miał delikatnie skwaszony wyraz, choć nie na tyle, by wyglądał na gbura.
Wiciokrzew uniósł na niego wzrok i spróbował się uśmiechnąć, jakby chciał choć na moment zetrzeć ze swojego pyska odwieczny smutek.
— C-co cię tu sprowadza? — zapytał cicho. Puma, jako kot z medyczną wiedzą, nie musiał się tłumaczyć. Westchnął i podszedł do składziku.
— To… zwyrodnienie łapy — mruknął, lustrując wzrokiem kępki ziół.
— S-szczaw będzie do-dobry-
— Wiem — uciął krótko. Na moment spojrzał na uzdrowiciela swoimi brązowymi oczami, po czym wrócił do wyszukiwania zielonych, ostro pachnących liści. Wiciokrzew nie miał siły ani ochoty mu przerywać. Pozwolił Pumie samemu się obsłużyć.

Wyleczeni: Puma

05 sierpnia 2025

Od Wiciokrzewu

Bitwa z sępem
TW: Opisy walki, krew

Liliowy uczeń stał w miejscu, jakby przywarł do gleby. Wszystko działo się tak szybko – w dodatku na jego oczach. Jego pobratymcy krzyczeli, walczyli, a potem… padali martwi, jak zwykłe robaki, zmiażdżone przez silniejszą jednostkę. Krew była wszędzie wokół, a on czuł, jak jego serce bije na tyle mocno, że po klatce piersiowej rozpływa się ból. Przełykał ślinę z ogromnym trudem, a jego pysk był suchy jak wiór. Wtedy też zobaczył ją – Maślak. Leżała na ziemi, nieruchomo. Jej ciało było wiotkie, słabe, a futro pozlepiane szkarłatem. Jeszcze niedawno z nią rozmawiał. Byli przecież znajomymi, prawda? A teraz… już jej tu nie było. Nie ruszała się, a jej bok nie unosił się i nie opadał rytmicznie. Wiciokrzew poczuł, jak jego ostatnio zjedzony posiłek podchodzi mu do gardła. Przez pewien czas nie mógł nawet drgnąć, tępo wpatrując się w sylwetkę splamioną posoką. Świat dookoła zamilkł, jednak i on nie mógł tak stać wieczność. Nie teraz, gdy tyle się działo. Czuł, że musi walczyć, że musi w końcu na coś się przydać. Tyle księżyców spędzonych na przynoszeniu wszystkim wokół zawodu. W końcu musiał za nie zapłacić. Cierń, Rokitnik, Sówka – oni wszyscy zasługiwali na przeprosiny.
Zacisnął szczękę, zmarszczył brwi i… pobiegł. Rzucił się przed siebie, a pazury wysunęły się same. Łapy niosły go wprost na wroga, który zacięcie walczył z innymi kotami. Był wielki, miał ogromne skrzydła i długie szpony, ostre jak brzytwa. Wiciokrzew rzucił się na niego, używając całej siły, jaką w sobie zgromadził. Celował w jego klatkę piersiową, chcąc go zranić, zadać mu ból, w akcie zemsty za to wszystko, co już zrobił.
Chybił.
Sęp uniknął jego ataku zaskakująco zwinnie, a uczniowi nie udało się go nawet drasnąć. Upadł ciężko na ziemię, aż po polu bitwy rozniósł się cichy trzask. Poczuł, jak jego futro oblepione zostaje kurzem i pyłem, a uszy mimowolnie przyciskają się do głowy. Czuł się upokorzony, słaby i drobny. Kiedy uniósł wzrok, dostrzegł pewne gniewu spojrzenie sępa, które zawieszone było właśnie na nim. Zabrakło mu tchu, miał nawet wrażenie, że jego serce na moment przestało bić. Długa, sępia szyja wyciągnęła się w jego stronę, a dziób kłapnął niebezpiecznie blisko barku. Wiciokrzew usłyszał kilka głuchych klekotów, nim jego kark zapłonął. Nie ogniem, lecz bólem. Sęp wyrwał kawałek jego skóry, odrzucając go na bok, a po ciele kocura przeszedł dreszcz. Czuł, jak krew zlepia kosmyki jego futra – podkulił ogon, łapy, a głowę schował między pazurami. Czekał na najgorsze, lecz zamiast tego, usłyszał tylko stopniowo cichnące kroki sępa.
Gdy z trudem otworzył oczy, wszystko dookoła zdawało się rozmazane. Mrugnął kilkukrotnie, próbując złapać ostrość, a wtedy dostrzegł znajomą sylwetkę czarno-białego kocura – Czernidłaka. Kocur stał nieopodal, cały napięty, z zębami zaciśniętymi na tyle mocno, że jego szczęka lekko drżała. W jego oczach błyszczał czysty lęk i przerażenie, a jego futro sterczało na karku, niczym kolce jeża. Wiciokrzew ledwo zdążył się poruszyć, a zwiadowca już ruszył do ataku. Jego mięśnie napięły się w jednej chwili, by następnie wystrzelić w górę prosto na sępa. Pazury Czernidłaka błysnęły w świetle, nim z całkiem sporą siłą uderzyły w pierś ptaka – dokładnie tam, gdzie wcześniej celował liliowy. Poczuł, jak jego ciało zalewa fala gorąca. Nie z dumy, a ze wstydu. Czernidłak sobie poradził, trafił i zranił tego paskudnego drapieżnika – a on? On chybił, przynosząc swojej rodzinie zawód. I to już nie pierwszy raz. Przez chwilę uczeń miał ochotę zapaść się pod ziemię i zniknąć, ale ta chwila nie trwała zbyt długo. Powietrze rozdarł sępi wrzask. Jego ogromny dziób zacisnął się na skórze zwiadowcy, rozdzierając ją aż do krwi. Szkarłat począł spływać po futrze pobratymca, a Wiciokrzew ze strachem wciągnął powietrze przez zęby. Czuł, jak kręci mu się w głowie – i choć obraz wirował mu przed oczami, czuł, że nie może teraz zemdleć. Ta walka była zbyt ważna, zbyt kluczowa, by przeleżeć ją w bezruchu, nie pomagając najbliższym.
Nim zdążył zareagować, Sówka także dołączyła do walki. Rzuciła się na te potworne ptaszysko z takim zapałem, że ziemia pod uczniem aż zadrżała. Jej pazury także wbiły się w pierś drapieżnika, ale to wciąż nie wystarczyło, by go pokonać. Sęp nie odpuścił. Jego dziób błysnął, a potem wbił się w grzbiet Sówki z przerażającą dokładnością. Krzyk, który wyrwał się z jej gardła, sprawił, że kilka kotów w okolicy zamarło. Był pełen bólu, strachu i rozpaczy, jakby liderka właśnie ginęła w cierpieniu. Rana była głęboka, a krew spływała strużkami po jej boku. Jej łapy zaczęły się chwiać – widać było, że Sówka z ogromnym trudem utrzymuje teraz swój ciężar ciała. “Proszę, tylko nie ona!” – pomyślał, rozpaczliwie wyciągając łapę w jej stronę, jakby chciał jej pomóc na odległość. Wiedział, że gdyby przywódczyni umarła, koty wpadłyby w jeszcze większą panikę, niż obecnie.
W pewnym momencie, pośród hałasu, krzyku i trzepotu skrzydeł, dało się usłyszeć coś innego. Zduszony, przytłumiony jęk. Nie był głośny, ale pełen strachu, co od razu przykuło uwagę reszty. Wszyscy spojrzeli w stronę, z której dobiegał dźwięk – a wtedy ich oczom ukazała się Leszczyna. Ledwo trzymała się na łapach, a po jej szyi ciągnęła się długa, głęboka rana. Jej futro w tamtym miejscu było zbite i ciemne od czerwieni, a w oczach migotał ból. Rokitnik błyskawicznie podbiegł do siostry, a jego twarz – chyba po raz pierwszy od sezonów – była pełna strachu i niepokoju. Szybko sprawdził, czy kotka wciąż trzyma się na nogach, a gdy już miał pewność, że jakoś sobie radzi, postanowił przejść do ataku. Zacisnął zęby, odwrócił się i gniewnie rzucił się w stronę wroga. Walczył tak zaciekle, że Wiciokrzew rozdziawił pyszczek w szoku. Jeszcze nigdy nie widział swojego mentora aż tak zaangażowanego w walkę! Skrawki futra i ptasie pióra latały wokół, a bitwa trwała dalej. Powietrze zdawało się ciężkie, gorące, a także przesycone zapachem krwi i przerażenia. Ziemia pod łapami kotów zdawała się coraz bardziej śliska – od krwi, od łez, od brudu. Gdzieś na uboczu Świergot wraz z Pumą opatrywali rannych. Ich ruchy były precyzyjne i szybkie. Wiedzieli, że nie mogą zwrócić na siebie uwagi sępa. Robili wszystko, co mogli, by uratować jak największą ilość rannych – uciskali rany, przykładali zioła, oklejali je pajęczynami, nie patrząc na to, co dzieje się wokół, by jak najlepiej skupić się na pracy. Mróz leżał niedaleko, nieruchomo, cały w opatrunkach. Jego bok unosił się miarowo, ale kocur wciąż był nieprzytomny.
Właśnie wtedy rozległ się głośny, donośny trzask, niczym łamana gałąź. Wiciokrzew z tyłu już wiedział, co się stało, lecz i tak się obejrzał. Ślimak – a właściwie jego nieprzytomne ciało, zwisało bezwładnie z dzioba sępa. Ten okropny, sinoniebieski dziób zaciskał się dokładnie na jego karku, który wyglądał, jakby został zmiażdżony. Na futrze starszego znajdowało się zaledwie kilka plamek krwi, lecz wszyscy wiedzieli, że był to już jego koniec. Kości zostały złamane, choć szkarłat się nie rozlał. Potem jego ciało spadło na ziemię z głuchym plaśnięciem, a wtedy, jak na zawołanie, z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu. Uderzały w rozgrzane futra kotów, dając im moment wytchnienia i ulgi.
Deszcz nie był jednak końcem bitwy, a jedynie jej nowym początkiem – i chociaż spadające z nieba kropelki chłodziły promieniujące ciepłem sylwetki, w powietrzu wciąż unosił się niepokój i zapał do walki. Wszyscy byli zmęczeni, przemoczeni i przerażeni, ale walka wciąż trwała i nie zapowiadało się, by miała się prędko skończyć. Mirabelka, mimo że była roztrzęsiona, nie zamierzała stać z boku. Nagle rzuciła się do przodu i pazurami przeorała bok sępa. Jej ruchy były szybkie i zdeterminowane, lecz ptak natychmiast się odwinął i ugryzł ją, ale nie użył do tego całej swojej siły. Mimo to szylkretka skrzywiła się z bólu, jednak nie zamierzała się poddać. W tym czasie Miodek ruszył do przodu. Nie mógł pozwolić, by coś się stało Mirabelce – nie wybaczyłby sobie tego, a tym bardziej nie mógłby spojrzeć w oczy Migotce. Gdy kotka odskoczyła na bok, by złapać oddech, sęp zamachnął się na czekoladowego kocura swoim wielkim skrzydłem, chcąc go odepchnąć. Wojownik był jednak szybszy. Korzystając z sytuacji, skoczył na skrzydło i wbił zęby w jego twardą, kościstą część. Sęp zawył z bólu i od razu rzucił się w stronę ogona Miodka, a wtedy powietrze przeciął przerażający dźwięk – wpierw trzask łamanych kości, a po chwili rozpaczliwy pisk. Czekoladowy zwinął się z bólu, a w jego oczach pojawiły się łzy. Ptak wyrwał mu ogon z taką siłą, że nawet wojownikowi ciężko się było pozbierać. Wiciokrzew, który to wszystko widział, poczuł, jak zbiera mu się na wymioty.
Oczy Wiciokrzewa były szeroko otwarte, a całe jego ciało drżało. Nie wiedział, co robić – wszystko działo się tak szybko, że nie potrafił nawet zebrać własnych myśli. W powietrzu wciąż wirował zapach świeżej krwi, razem z kurzem i brudem. Liliowy co każde uderzenie serca słyszał kolejne ciężkie oddechy, kolejne piski, jęki i lamenty, a także odgłosy szamotaniny – i gdzieś pomiędzy tym chaosem, dostrzegł Przepiórkę. Była wściekła, uczeń jeszcze nigdy nie widział jej w takim stanie. Była cała zjeżona, a w jej oczach błyszczały iskierki furii. Wyglądała dokładnie tak, jakby za niedługo cała miała wybuchnąć. Napięła mięśnie do skoku i wystrzeliła w powietrze.
— Ty padlinożerny, przebrzydły, obrzydliwy i chamski gnoju! — wrzasnęła tak głośno, że koty wokół aż się wzdrygnęły. Widać było, że zamierza rzucić się sępowi do gardła, ale ptaszysko okazało się szybsze. Obróciło się z zaskakującą zwinnością, a Przepiórka, zamiast trafić pyskiem w jego szyję, wylądowała na skrzydle. Bez wahania wbiła w nie zęby, nie spuszczając gniewnego wzroku z przeciwnika. Wiciokrzew widział, jak zaciska szczękę coraz mocniej i mocniej, z chorą satysfakcją wymalowaną na pyszczku. — Miodku, wszystko w porządku!? — krzyknęła po chwili, nawet nie odwracając głowy. Wtedy sęp postanowił się odwdzięczyć. Dziobem rozciął jej bok tak bezlitośnie, że liliowy na moment odwrócił głowę. Krzyk Przepiórki był tak głośny i bolesny, że na chwilę po nim, zapanowała kompletna cisza. Rana wyglądała okropnie – była długa, ciągnęła się przez cały bok, zalepiając futro dookoła krwią. Łapy kotki zaczęły się przeraźliwie chwiać, z trudem utrzymując jej ciężar ciała. Wiciokrzew miał ochotę uciekać jak najdalej stąd, ale nawet tego nie potrafił.
Nie mógł oderwać wzroku od Jeżyny. Patrzył, jak rzuca się zacięcie na skrzydło sępa, tym samym sycząc wściekle. Wgryzła się w nie mocno, a jej pazury wbijały się w pióra i skórę przeciwnika, który wydał z siebie skrzek i poderwał skrzydło w górę. Jeżyna musiała się puścić, bo inaczej poleciałaby razem z nim. Wiciokrzew widział, jak kotka traci równowagę, a potem, jak ogromny dziób błyska w powietrzu i z rozmachem uderza. Ostrze dzioba przecięło ogon Jeżyny, rozlewając jej krew na glebę. Bura wrzasnęła na tyle głośno, że Wiciokrzew aż skulił się ze strachu. Rana była głęboka, rozpościerała się po całym ogonie, barwiąc go na szkarłatny kolor. Liliowy miał ochotę rzucić się jej na pomoc, lecz coś uparcie trzymało go w miejscu – gdzieś między fruwającymi skrawkami futra, dostrzegł Figę. Kotka spoglądała raz na Jeżynę, a raz na sępa, aż nagle bez słowa rzuciła się do ataku. Skoczyła prosto na szyję wroga, wgryzając się w nią z całych sił, nie oferując sępowi litości. Chciała go rozszarpać, zabić, lecz ptak nie był głupi. Odbił jej atak, dziobem precyzyjnie celując w jej pysk, z którego strużkami zaczęła lecieć krew. Ciało kotki zadrżało, a oczy zaszły bólem.
Trzask łamanego ogona Miodka wciąż odbijał się echem w uszach Wiciokrzewa. Brązowy kocur, który jeszcze chwilę temu z zapałem walczył, teraz leżał poskręcany z bólu, pozostawiony sam sobie z marnym, pokrzywionym ogonem. Ta scena zagnieździła się gdzieś głęboko w zakamarkach umysłu liliowego ucznia. Czuł, jak jego własny strach zaczyna przybierać na sile, jak dławi go od środka. Co jeszcze ten bezlitosny sęp był w stanie zrobić? Ilu jeszcze pozbawi życia, ilu porani, pozbawiając ich kończyn? Gdy potworne ptaszysko skrzyżowało z nim wzrok, Wiciokrzew poczuł, jak w jego żyłach krew zamarza. Dreszcz przemknął prędko przez jego ciało, a klatka piersiowa zaczęła gwałtownie pulsować. Serce waliło mu jak oszalałe, jakby próbowało złamać mu żebra i uciec z jego przerażonego ciała. Wszystko wokół zwolniło, jakby świat przystanął na moment, ale tylko dla niego. Czas dla sępa biegł dalej. Pierwszy cios był jak błyskawica, nagle rozdzierająca niebo. Oślepiający ból przeszył pysk Wiciokrzewa. Dziób potwora rozorał jego twarz, zostawiając obficie krwawiące ślady. Ciepła, gęsta ciecz zaczęła sączyć się z ran, zalewając mu oczy, odbierając tym samym wzrok. Nie oślepł, ale widział tylko czerwień – jakby jego świat utonął w szkarłatnej kałuży. Zanim zdążył zareagować, sęp już wykorzystywał jego zdezorientowanie. Ból znów przeszył jego ciało, tym razem na karku. Futro zostało wyrwane z brutalną siłą, powiększając tym samym wcześniej utworzoną ranę. Wiciokrzew, kierowany desperacją, uderzył na oślep.
Pazury niespodziewanie zatopiły się w odsłoniętym boku przeciwnika, co wywołało przeraźliwy skrzek. Ale to nie była jeszcze wygrana kocura, a jedynie zapowiedź zemsty sępa, która za chwilę miała nadejść.
I nadeszła. Piekący ból przemknął po jego grzbiecie. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Nie miał już siły, żeby myśleć, walczyć, ani nawet uciekać. Umysł zaczął się zacierać w jednej, wielkiej fali cierpienia, która ogarnęła całe jego ciało. Każdy skrawek jego ciała prosił już tylko o to, aby to wszystko się skończyło. Już niemal się poddawał.
Potem myślał, że to koniec walki, że może w ostatnim akcie litości koty pobiegły mu na ratunek. Ale nie. Nogi zadrżały mu jak z waty, serce zamarło, ciało zaczęło się chwiać. Wtedy nadeszło najgorsze. Dziób potwora chwycił jego tylną łapę. Ból... był nie do opisania. Krzyknął rozpaczliwie, ale odpowiedziała mu tylko cisza... i ten ohydny trzask, chrupot, a potem plusk jego własnej krwi. Nie wiedział, co się stało. Czy teraz jego ogon został, tak samo, jak Miodka, połamany? A może stracił coś więcej? Jego świadomość rozmywała się jak mgła w świetle dnia, aż w końcu nadeszła ciemność. Czy była ona wieczna, czy może kocur jeszcze będzie miał szansę ujrzeć próg obozu?

***

Wiciokrzew ocknął się, dopiero gdy został już przeniesiony do lecznicy. Na początku nawet nie wiedział, gdzie się znajduje. Najpierw poczuł znajomy zapach – ostry, ziołowy. Potem wilgotny mech i patyki, które delikatnie kłuły jego skórę. Dopiero po jakimś czasie otworzył powoli oczy, a wtedy zauważył, iż czuwa nad nim Świergot. Ostrożnie pochylała się nad jego opatrunkami, a jej oczy; zmartwione, zaszklone. Gdy zacisnęła powieki, futro na jej policzku pociemniało z wilgoci. Pyszczek miała blady, a spojrzenie pełne troski. W jej ruchach było jeszcze coś więcej – smutek, żal, współczucie. Jakby cierpiała przez fakt, że musiała patrzeć na Wiciokrzewa w tak opłakanym stanie. “Jest aż tak źle?” – przemknęło mu przez głowę, nim zdążył całkiem się obudzić. Chciał się podnieść, choćby trochę, ale nie miał siły. Jego ciało było jak głaz, ciężkie i obolałe. Spróbował poruszyć łapą, lecz w odpowiedzi poczuł tylko piekący ból i paraliżującą bezsilność. Jego ruch był delikatny, ale wystarczył, by przykuć uwagę szamanki. Liliowa spojrzała w jego stronę, a w jej oczach na moment pojawiła się iskra nadziei. Zielone oczy ucznia ospale analizowały jej wyraz pyszczka.
— Och, Wiciokrzewie! — powiedziała półszeptem. Jej głos był taki łagodny, delikatny, a mimo wszystko spięty. Uczeń słyszał, jak jej ogon wystukuje nerwowy rytm na posadzce. On jednak nie odpowiedział. Patrzył tylko w jej oczy, próbując się w nich doszukać jakiejkolwiek otuchy. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu poczuć się lepiej, bezpieczniej. Jakby nie wszystko było jeszcze stracone – jednak i to poszło na marne. Czuł się skończony.
Świergot westchnęła cicho, po czym usiadła obok niego, owijając ogon wokół łap. Jej uszy były przyciśnięte do głowy, a wzrok opadł w dół. Siedziała zgarbiona, w tym momencie wydawała się starsza, jak nigdy dotąd.
— Tak się bałam, że już cię straciliśmy. Że nigdy nie otworzysz już oczu, że się nie obudzisz… — mruknęła, zamykając oczy i poruszając delikatnie wibrysami. — Że nigdy nie doczekasz się mianowania… — dodała, obracając głowę w stronę liliowego. Na jej licu zagościł uśmiech, subtelny, zmęczony, lecz szczwany. — Na wojownika, rzecz jasna! — Po lecznicy rozbrzmiał jej cichy chichot. Wiciokrzew wygiął pyszczek w niemrawym uśmiechu.
Leżał oklejony pajęczynami, z wilgotną ziołową papką przyklejoną do ran. Czuł ich zapach, czuł ich zimno, ale nie to było najgorsze. Gdy tylko spróbował głębiej odetchnąć, fala bólu przemknęła po jego ciele. Wszystko nagle zaczęło szczypać, palić, uwierać. Wnet miał wrażenie, że ktoś zdziera z niego skórę kawałek po kawałeczku. Zacisnął szczęki, ale mimo to z jego gardła wydobyło się ciche charknięcie. Jego łapy zaczęły drżeć, a ciało samo z siebie drgać, jakby chciało stąd uciec. Zaczął się szamotać, choć tak naprawdę nie z własnej woli. Nie myślał, jego instynkt walczyło za niego.
— Kruszynka! Podaj mi mak! Szybko! — Usłyszał gdzieś między szmerami i kolejnymi szarpnięciami. Głos Świergot był podniesiony, wystraszony i zdezorientowany. Wiciokrzew sam już nie wiedział, czy naprawdę coś się działo, czy były to tylko i wyłącznie jego halucynacje. W pewnym momencie czyjaś łapa przycisnęła jego głowę delikatnie do posłania – potem poczuł, jak do pyska zostaje mu wciśnięte kilka ziarenek. Przełknął je, a gdy nie czuł już niczyjego nacisku, rozluźnił mięśnie. Stopniowo wszystko zaczęło wirować, aż w końcu jego myśli nie ucichły, a ból nie zniknął.

30 lipca 2025

Od Sówki

*tw: krew, śmierć, walka*

Wraz z patrolem przemierzała podmokłe tereny Rozlewiska. Ciemne chmury przemierzały niebo razem z nimi, jakby dotrzymywały im towarzystwa, ale tak naprawdę tylko sprzyjały tworzeniu tej napiętej atmosfery. Sówka odczuwała to już przed wyjściem z obozu. To oczekiwanie na najgorsze, cisza przed burzą. W końcu nikt nie wiedział, co czeka ich na miejscu i jak okrutna będzie walka z przeciwnikiem. Przerażenie chyba każdego ściskało od środka, lecz nie każdy dawał to po sobie poznać. Sówka również starała się zachować spokój, jak zwykle założyła swoją maskę, nawet jak ochydne szpony niepewności ściskały ją za gardło. Nikt nie miał pewności czy na pewno wróci do obozu żywy, a mimo to szli przed siebie. Dobrym przykładem była Skałka, która to szła na samym końcu grupy, cała się trzęsąc. Biło od niej przerażenie, a mimo to błysk determinacj lśnił w jej oczach, co po tym wszystkim było rzadkością. Tuż przy niej stąpała Świergot wraz z Pumą, jacy uparcie postanowili, że wejdą w skład krytycznej delegacji, by móc zapewnić rannym natychmiastową pomoc medyczną. W pyskach trzymali zioła, futra mieli praktycznie całe posklejane od niesionych pajęczyn. Z tłumu wyróżniał się jeszcze Ślimak, który mimo swojego zasłużonego zwolnienia ze służby, tego dnia nie zamierzał wygrzewać się w bezpiecznym legowisku. W jego zaciśniętej szczęce można było dotrzeć żarliwe pragnienie zemsty, a być może i również… chęć odejścia z tego świata w honorowy sposób? Sam zresztą wszystkim tłumaczył, że czasu i tak zostało mu niewiele. Tłumaczenia te nie sprawiły jednak, że Sówka była pewna co do zabrania go wraz z patrolem. Nie chciała narażać i tak starszego już kota. Nie chciała narażać nikogo, jednak nie miała zamiaru też sprzeciwiać się Ślimakowi. Ale jedno było pewne - jego zachowanie było naprawdę szlachetne i wzbudził on podziw nie jednego kota. Teraz razem z nimi jechał na tym jednym wózku, który nie wiadomo czy zaraz nie straci kół.
— Ciekawe co to będzie! Na pewno raz dwa sobie z nim poradzimy. Wszechmatka nad nami czuwa mentorko! Czuje to w kościach! Pewnie to ja ubije to stworzenie pierwszy! Ha! — Mróz zadarł dumnie łeb idąc, rozpoczynając tym samym rozmowę. Idąca obok Mirabelka zrknęła na niego z niepokojem.
— No nie wiem — zaczęła cicho, jakby bojąc się, że mówiąc głośniej, jeszcze wywoła tego demona z lasu. — nigdy nie mieliśmy do czynienia z czymś takim. Nie mamy pojęcia jak zachowuje się w przypadku konfrontacji. Coś nie napawa mnie dobre przeczucie…
— Możee nie z czymś takim, ale ja widziałem w swoim życiu naprawdę ogromne i strasznie krzykliwe mewy – wtrącił się Miodek. – Myślicie, że jest gorszy? Wiem, że w Klanie Klifu straszyli dzieciaki, że jedna może je ukraść... Jesteście pewni, że to nie mewa — rzucił ostatnie pytanie też do reszty.
— Myślę, że nie... Mewa nie wyrządziła by takich szkód. - Przerwała nagle Przepiórka, na chwilę spoglądając powątpiewająco. Sówka nie włączyła się w rozmowę, zamiast tego odrobinę przyspieszyła kroku. Czy na pewno rozumiała powagę sytuacji? Sama musiała przyznać, że nie zawsze. Kilka dni przed akcją starała się nie myśleć o tym za wiele. W końcu musiała utrzymać swój uśmiech, a ostatnio i tak była chodzącym kłębkiem nerwów. Starała się dla Kaczki, dla dzieci, dla Owocowego Lasu... Ale teraz? Teraz była poważna do szpiku, starając się zapanować nad wszystkim emocjami, które walczyły w jej ciele i umyśle. Wizja ogromnego, drapieżnego ptaka była coraz wyraźniejsza, a strach przed utratą bliskich, którzy wyruszyli wraz z nią, był tylko bardziej realny i bliski jej sercu. Czy aby na pewno dobrze postąpiła? Czy aby na pewno podjęła dobrą decyzję? W głowie znów pojawiła jej się myśl, że tą jedną decyzją pogrąży Owocowy Las.
Wbiła wzrok w swoje łapy, starając się wyrzucić negatywne myśli z głowy. Nie mogła tyle myśleć. Musiała się skupić, jeśli chciała, by cała akcja poszła zgodnie z planem. Potrząsnęła lekko głową i kątem oka spojrzała na idące za nią koty. Widziała na niektórych pyskach przerażenie, słyszała ciche szepty. "Oby to się udało" – pomyślała, obawiając się tego, że właśnie skazała wszystkich zebranych na śmierć.
Teren pod łapami kotów stopniowo stawał się bardziej nierówny. Gdzie niegdzie wszyscy mogli dostrzec wielkie odłamy skalne. Otoczenie sprawiało wrażenie ciemniejszego, jednak nikt nie był w stanie z całkowitą pewnością określić czy to z powodu większego zalesienie tych terenów, porę dnia czy jeszcze inną przyczynę. Powietrze zaczynał wypełniać specyficzny zapach. Woń czegoś w rodzaju stęchlizny. Jego źródło jednak pozostawało nieznane. I to wtedy czekoladowa poczuła na sobie czyiś wzrok. Jakby była obserwowana. Czyżby tylko jej się zdawało, czy może ktoś naprawdę czyhał na nich za rogiem?
— Dalej, żwawo! Hop, hop, hop! Musimy go upolować nim zajdzie słońce! — rzucił nagle Mróz do swoich towarzyszy, wybiegając bardziej na przód. Chyba tylko on był tak pozytywnie nastawiony do całej sytuacji. Mirabelka szybko popędziła za nim, już kierując w jego stronę słowa cichej reprymendy. Koty z tyłu dalej rozmawiały, chcąc chyba rozładować atmosferę, lecz na liderkę to nie działało. Chodzący kłębek nerwów jak był taki pozostał, choć sama kotka momentami chciała włączyć się w rozmowy, jednak jakoś ani razu nie było okazji. W dodatku była przywódczynią i musiała zachować czujność oraz tym razem się nie rozpraszać, jak to miała w zwyczaju. Dlatego szła dalej w ciszy i dopiero gdy zauważyła, że reszta kotów troszeczkę zwolniła, odwróciła się do rozmawiającej grupki. Jej wzrok skrzyżował się z tym Przepiórki, który skutecznie spowodował, że liderka znów spojrzała przed siebie. Speszona położyła uszy na głowie. Było widać po liliowej, że z powodu tylu spojrzeń, zrobiło jej się niezręcznie, albo głupio, a wzrok Sówki dodał tam swoje dwa grosze. Czekoladowa ze świstem wypuściła powietrze. Nie chciała sprawić, by wojowniczka poczuła się niekomfortowo! Ale cóż mogła już poradzić? Ruszyła nieco do przodu. Słuchała jednym uchem rozmów towarzyszy, jednak nie zwracała już na nie większej uwagi, by przypadkiem nie wyszło jak przed chwilą. Dodatkowo sama starała się skupić, a nie jak zwykle się rozpraszać. Jednak myśl dotycząca rozmowy z kimkolwiek, by wyładować nieco napięcie, kłębiące się w jej ciele i w ciałach towarzyszy, było coraz bardziej kuszącą myślą, choć na początku specjalnie się odsuwała. Dlatego więc gdy usłyszała głos swojego dawnego ucznia, skierowany do Wiciokrzewa postanowiła się lekko dołączyć. Chyba nie będą mieli nic przeciwko, prawda?
– Czernidłak ma rację. Choć wszyscy jesteśmy nieco poddenerwowani, damy radę. Jesteśmy silną grupą – powiedziała, uśmiechając się do dwójki pobratymców, jak to miała w zwyczaju. Jednak mimo uśmiechu, bardziej spostrzegawcze oko mogło dostrzec też inne emocje, skryte przez tak długi czas, takie jak strach, stres czy smutek, wszystkie wywołane ostatnimi wydarzeniami. Chwilę po jej słowach, do jej nosa doszła okropna woń, a dookoła powoli było widać tylko więcej much i innych latających owadów. Zwróciło to nieco uwagę przywódczyni, jednak zanim zdążyła cokolwiek zrobić, czy na cokolwiek zwrócić swoją uwagę, zobaczyła Mroza, nagle wysuwającego się bardziej do przodu. Usłyszała dość dziwny dźwięk i po chwili wzrok skierowała na łapy kocura. Łapy zanurzone w rozkładającej się padlinie, na której znajdowała się cała masa robaków. Oczy lekko jej się rozszerzyły, a sierść na karku się podniosła, jakby była gotowa na niespodziewany atak wroga.
— H-hej spokojnie, nic się nie dzie- — zaczął Miodek, ale w końcu miał widok na źródło zgniłej woni. Wybałuszył oczy i stanął otępiały. — Na Klan Gwiazdy... Obrzydlistwo, okropne obrzydlistwo... Myślicie, że zrobił to ten ptaszor? Wszystko, co na niebie... Przecież skoro rozdziobał, rozszarpał tego lisa... To, co on może zrobić z nami? — wyjąkał, wzrokiem zaczynając błądzić wśród zgromadzonych. Po chwili Sówka również rozejrzała się po towarzyszach. Przez chwilę jej wzrok skrzyżował się ze wzrokiem Miodka. Wzrokiem już jakby błagalnym, jednak ona nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego słowa. Gdy tylko Miodek oderwał wzrok, ona rozglądała się dalej, widząc na pyskach towarzyszy tylko strach... I coś obślizgłego, co znajdowało się na pysku Mirabelki po wskoczeniu jej ucznia w padlinę. Spojrzała na Listka, a po chwili na Jeżynę. "Oby nic takiego się nie stało" – pomyślała, nie mogąc nawet sobie wyobrazić co by było, gdyby któreś z jej dzieci tak skończyło. I dzieci i którykolwiek inny członek tego patrolu. To było... Przerażające.
— Ohyda - skwitowała krótko Figa. - Myślicie, że lis walczył? Jeśli tak to mógł pokaleczyć swojego wroga i teraz on jest ranny, a co za tym idzie, słabszy.
– M-Musimy zachować spokój, choć to trudne... Nie wiemy co się stało z tym stworzeniem nie licząc tego, że już dawno nie żyje – mruknęła cicho liderka, gdy tylko mogła się znów odezwać. Chwilę oswajali się jeszcze z odrażającym widokiem, a gdy wszyscy byli gotowi, ruszyli dalej, czując tylko coraz większy ścisk w żołądku. Dookoła było cicho, w oddali rozbrzmiewała tylko złowroga pieśń puszczyka, która jakby miała za zadanie przygotowanie ich do tego, co za chwilę nastąpi. W końcu doszli na nieznaną im polanę. Zaczęli się rozglądać niepewnie dookoła. Nieprzyjemne uczucie zagrożenia tylko mocniej dawało o sobie znać, zwłaszcza gdy oczom Sówki ukazała się szczelina pośrodku skały, która znajdowała się naprzeciwko. Najprawdopodobniej było to wejście do jaskini. Czekoladowa zaczęła stawiać pierwsze kroki na polanie, kierując się w stronę tajemniczej jaskini, jednak zanim zdążyła naradzić się z resztą nad dalszymi krokami ich planu, do jej uszu dotarł szelest. Wstrzymała oddech, gdy szelest ten przerodził się w donośne świsty przecinanego powietrza. Nim zdążyła zorientować się, co się dzieje, ogromne stworzenie runęło niczym grom z jasnego nieba, na cel przyjmując jednego z członków patrolu - Mroza. Jej uśmiech znikł na dobre, gdy krwiożerczy sęp złapał w szpony ciało kocura. Szkarłatna barwa pokryła szpony napastnika, które beztrosko zaciskały się na ciele poszkodowanego. Wszyscy bezradnie obserwowali jak stworzenie zrobiło piruet w powietrzu by następnie... Wypuścić swoją ofiarę z uścisku. Mięśnie czekoladowej całe się spięły, gdy jej oczy wyłapały spadającego Mroza, a huk, z jakim młody uderzył o ziemię, zaczął odbijać się echem po jej czaszce. Poczuła nieprzyjemny dreszcz i szpony przerażena, ściskające jej brzuch i gardło, niepozwalając wypowiedzieć nawet słowa. Przeszły ją dreszcze, na widok zakrwawionego ciała jej pobratymca. Z bólem oglądała jak przerażona Świergot zajmuje się własnym synem, jednym, który został w klanie. Sęp za to, jakby niewzruszony wylądował na jedynym pieńku, znajdującym się na polanie. Wydał z siebie przeraźliwy wrzask, który wwiercił się w umysły zgromadzonych, tak, by na zawsze przypominał im o zaistniałej sytuacji. Chwilę po tym Sówka usłyszała ryk Mirabelki, która rzuciła się na zwierzę, wgryzając się w jego bok. Wszystko wyglądało dobrze dopóki... Jej wzrok wbity był w nieruchome ciało Maślak, której to gardło przed chwilą zostało ściśnięte przez szczęki bestii. Gdy się nieco uspokoiła, szybko przejechała wzrokiem po towarzyszach, widząc na ich twarzach przerażenie. Wzięła głębszy oddech i odsunęła się nieco od sępa.
– Odsuńcie się trochę, atakuje tych z przodu – rozkazała, starając się utrzymać głos, by się nie łamał – Nie możemy stać w zbitej kupie, rozstawcie się bardziej dookoła niego, łatwiej będzie nam atakować jeśli będziemy z różnych stron – oznajmiła stanowczo i wraz z innymi szybko ustawiła się na dobrej pozycji, tym razem bardziej z boku bestii. Nastroszyła sierść i wyciągnęła pazury. Czy wiedziała co robi, albo czy jej rozkazy przyniosą jakikolwiek skutek? Nie, jednak wiedziała, że nie ma wystarczająco czasu by się dłużej zastanawiać. Wszyscy się spięli, przerażenie na twarzach niektórych było tylko wyraźniejsze, u niektórych zamieniło się ono w determinację. Wszystko działo się bardzo szybko, czasem czekoladowa nie rejestrowała każdego ataku. Przez pierwsze chwile przyglądała się całemu starciu, nie mogąc się czasem nawet odezwać. Czuła jak przerażenie ściska ją za gardło, zwłaszcza widząc je również na twarzach swoich towarzyszy, jednak nie zamierzała się poddać. Musiała walczyć, by wreszcie na terenach Owocowego Lasu było spokojnie. By na terenach jej społeczności wreszcie zapanował spokój. W końcu wbiła swoje spojrzenie w sępa, czując jak strach przemienia się powoli w adrenalinę. Momentalnie wysunęła pazury i skoczyła na swojego przeciwnika, trafiając go w klatkę piersiową. Jej sierść od razu się zjeżyła, widząc wielkie stworzenie tak blisko siebie. Sęp zaatakował. Czuła jak gardło tylko jej się zdziera, wydobywając z siebie niekontrolowany krzyk. Krew spływała powoli po jej ciele, sklejając ze sobą futro i brudząc wszystko dookoła. Ból przejmował nad nią dużą kontrolę, a drżące łapy ledwo dawały radę dalej utrzymywać ciężar jej ciała. Rana wykonana przez sępa na jej ciele była naprawdę ogromna. Odsunęła się na chwilę na bok, łapiąc oddech. Po chwili podniosła głowę i zobaczyła Ślimaka. Żołądek jej się ścisnął na widok martwego starszego. Automatycznie przypomniała sobie jego słowa, ale też swoje własne rozmyślania na temat jego udziału w patrolu. Reszta działa się już szybko. Jej spojrzenie skakało z kota na kota, starając się nadążyć nad dziejącym się na jej oczach koszmarem. Widziała rannego Miodka, który wcześniej tyle razy posyłał w jej stronę wystraszone spojrzenia. Przepiórkę i Jeżynę, które zdobyły kolejne rany, które w przyszłości najprawdopodobniej zostaną bliznami. Figę, aż w końcu... Krzyki dalej odbijały się w jej głowie, jednak wtedy wszystko ucichło. Źrenice same jej się rozszerzyły, a drżące łapy tylko bardziej zaczęły się uginać. Czuła jak robi jej się słabo na widok rannego Wiciokrzewa. Tego samego, którego jeszcze chwilę wcześniej pocieszała wraz z Czernidłakiem. Zapewniała, że wszystko będzie dobrze. Łzy zebrały jej się w kącikach oczu. Nie wiedziała już co robić. Czy to wszystko było w ogóle dobrym pomysłem? W jej głowie pojawiły się kolejne wątpliwości, powoli zabraniające jej trzeźwo myśleć. Nie powinna była ich zabierać. Może dało się wymyślić inny sposób? Widok sępa atakującego Czernidłaka ją w jakimś stopniu obudził. Potrząsnęła lekko głową, starając się wyrzucić myśli. I tak było już za późno, by się wycofać i cofnąć każdy wybór. Wzięła głębszy oddech i mimo wszystko skoczyła na sępa, trafiając go w bok. Przerażenie zawładnęło jej ciałem, gdy poczuła szczęki sępa na swojej szyi. Kolejna fala bólu ją zalała, a ona sama ledwo powstrzymywała się przed wydaniem z siebie jakiegokolwiek dźwięku. W końcu zwierzę puściło, a Sówka zaczęła łapać oddech, dziękując, że rana na jej szyi nie jest na tyle głęboka i wielka, by odebrać jej życie, jak to skończyło się już z dwoma innymi pobratymcami. Jednak ta liczba w zastraszającym tempie się zmieniła. Gdy tylko czekoladowa usunęła się na bok, zobaczyła oko Leszczyny. Żołądek poraz kolejny jej się ścisnął, wywołując lekkie mdłości. Przez chwilę ją to rozproszyło, a jej myśli skupiły się na tym, co właśnie zobaczyła. Dopiero upadek Skałki znów przywrócił ją do rzeczywistości. Potrząsnęła głową, już poraz kolejny, czując jak z każdym atakiem napastnika nie może się skupić. Za dużo działo się dookoła niej. Wszystko za bardzo rozpraszało, każda myśl, przerażenie w oczach pozostałych i to odczuwalne wśród niej. Wiedziała, że ten obraz będzie prześladował ją jeszcze długo.
Kątem oka zauważyła Czernidłaka, jednak nie zarejestrowała w pełni jego obrażeń. Zamiast tego sama skoczyła na sępa, zbierając w sobie całą siłę, jaka jej jeszcze pozostała. Odbiła się i z sukcesem trafiła w głowę potwora, nie chcąc już myśleć co dostanie w zamian. Jej przeciwnik jednak tym razem zaatakował dużo słabiej, pozwalając jej tym samym na chwilę odpoczynku, mimo to cały czas czuła ból i tą lepką ciecz sklejającą jej futro. To wszystko było już bliskie końca, to wrażenie jej nie opuszczało, ale nie miała pewności, kto tę walkę zwycięży. Wtedy zobaczyła nadzieję w ataku sępa na Figę, która z łatwością uniknęła jego ciosu. Wiedziała, że to się jeszcze nie zdarzyło, w końcu zwierzę walczyło jakby nie traciło w ogóle sił. A teraz? Nie miała pewności, ale nie miała też czasu by analizować dziejące się przed jej oczami przedstawienie. Powoli ruszyła w stronę sępa. Czuła jak wali jej serce, oddech łapała z małym trudem. W końcu skoczyła na bestię, kalecząc jego bok, już czekając na kontratak. Kontratak, który jednak nie doszedł do skutku. Wielkie stworzenie nie zdołało zaatakować, albowiem runęło na ziemię, wywołując na pyskach wszystkich żywych wyraz ulgi. Umarł. Udało im się go pokonać. To oznaczało koniec tej walki, która dla Sówki ciągnęła się jakby w nieskończoność. Czekoladowa odwróciła się w stronę reszty, już chcąc się odezwać, lecz wtedy usłyszała ten bezradny pisk. Nie zdążyła nawet rozejrzeć się po zebranych, ponieważ znów obróciła głowę w stronę martwego już przeciwnika i podbiegła, by zobaczyć swojego syna, przygniecionego przez ciało sępa.
– Listku! – samo jej się wyrwało i ze strachem podbiegła bliżej niego, już starając się znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Nie mogła przecież dopuścić, by coś się stało jej synowi! I to z jej winy. W końcu postanowiła spróbować jakoś przepchać ciało, by uwolnić Listka. Gdy zaczęła próbować, wzrok posłała w stronę stojących obok wojowników i zwiadowców, licząc o pomoc od tych mniej poranionych i miejących jeszcze siłę. Oczy Listka się zaszkliły.
— M-mamo… — zaczął z wysiłkiem — to… chyba… nie ma… s-sensu. — Zacisnął powieki, usilnie próbując pozbyć się łez. — Wbiło… mi się… w tors.
Nie zwracała uwagi na nic innego, co działo się dookoła. Nawet słowa Jeżyny, czy pomoc Przrpiórki. Teraz najważniejszy dla niej był tylko jej ranny syn, przygnieciony przez ciało sępa. Starała się zepchnąć ciężar całą swoją siłą, nie zwracając już uwagi na ból czy zmęczenie. Koty powoli podchodziły pomóc i choć zazwyczaj nie była za pomocą, tym razem w duszy strasznie im dziękowała.
– Zamknij się, ma sens – odparła przez zaciśnięte zęby, wyłapując wypowiedź syna. Kątem oka spojrzała na niego, pod łapami czując tą kałużę krwi. Łzy same zaczęły zbierać się jej w kącikach oczu. Nie mogła go stracić. Nie mogła dopuści do jego śmierci. Przecież miał całe życie przed sobą! Nie mógł zginąć.
W końcu ciało sępa się poruszyło, tym samym wypuszczając przygniecionego Listka. Sówka od razu stanęła przy wojowniku, czując jak łzy spływają jej po policzkach. Rana umiejscowiona na klatce piersiowej Listka obficie krwawiła, a sam wojownik jakby nie kontaktował za dobrze. Czekoladowa zauważyła jak powoli zamykały mu się oczy. Zamarła, przez chwilę nie mogąc sie nawet ruszyć.
– Listku! Listku nie zamykaj oczu! Proszę! – odezwała się w końcu, co jakiś czas szturchając czekoladowego – Świergot chodź tu wreszcie! – syknęła w stronę szamanki, która już biegła wraz z ziołami do rannego. Sama liderka przykucnęła przy synu, dalej powtarzając te same słowa. Świergot naraz przyspieszyła, upuszczając pajęczyny i zioła obok rany Listka.
— Sówko, ja… — mimo to zawahała się, z przejęciem przyglądając się niereagującemu kocurowi. Przełykając ślinę, nadstawiła policzek nad jego nozdrza. Po odczekaniuc chwili, wyraz jej twarzy wyraźnie spochmurniał. — Odszsdł. Nie oddycha — oznajmiła, nie będąc w stanie spojrzeć w oczy liderce. Słowa Świergot brzmiały w jej uszach, nie chcąc dać jej spokoju. Przerażony wzrok wbity był w nieruchome ciało syna, a drżące łapy mimo ogłoszenia szamanki, dalej starały się jakoś obudzić Listka, lekko szturchając wojownika. Nic jednak nie pomagało, a do Sówki powoli dochodziła ta przerażająca rzeczywistość. Jej syn umarł. I był kolejną bliską osobą, której nie udało się jej uratować. Kolejną, która umarła na jej oczach, a ona nie potrafiła nic z tym zrobić. Zacisnęła mocniej powieki i głowę oparła o bok syna, nie mogąc się uspokoić. Żadne inne słowa już do niej nie dochodziły. Nie wiedziała co się dzieje i choć z tyłu głowy miała tą świadomość, że teraz, jako liderka, powinna być obecna i dokonywać jakichkolwiek rozkazów, co dalej, nie potrafiła się do tego zebrać. Czuła jak cała drży, a w głowie to myśli przejęły nad nią jakkolwiek kontrolę.
– Listku proszę... Przepraszam... – mówiła co jakiś czas cicho, w przerwach od płaczu. Dopiero dotyk jakiegoś innego kota ją obudził. Spojrzała za siebie, gdzie stała Gruszka, której ogon znajdował się na jej barku.
– Sówko, nie mamy czasu opłakiwać Listka – oznajmiła z nieodgadnionym dla Sówki wyrazem twarzy. – Musimy zdecydować, czy wejść do jaskini. To twoja decyzja – powiedziała. Przywódczyni kiwnęła głową. Gdy otarła nieco łzy, rozejrzała się, zauważając jaskinie. Gruszka szybko wyjaśniła jej jeszcze kilka spraw i choć Sówka nie mogła przestać myśleć o synu, postarała się jak najbardziej skupić się na wypowiedzi swojej zastępczyni, by choć na chwilę odciągnąć myśli od koszmaru, który nawiedzał ją na jawie.
– Możemy tam w-wejść – powiedziała Sówka, gdy wysłuchała wszystkiego, dalej lekko się jąkając od płaczu. – Miodku, możesz n-nas prowadzić – zwróciła się do wojownika. – Tylko zachowajcie ostrożność...
Na jej rozkaz Miodek zaprowadził patrol w stronę jaskini. Ona sama szła jednak nieco z boku, nie mogąc się tak łatwo pozbierać. W końcu umarł jej kochany syn. Przez nią. Przez jej decyzję. Przez to, że się zgodziła na jego udział w patrolu. Jak ona spojrzy w oczy Kaczki? Jak ona spojrzy w oczy kogokolwiek z rodziny poszkodowanych? Jak ona spojrzy ze swojego stanowiska na cały Owocowy Las? Odpowiedź była prosta - nie spojrzy. Kotka wiedziała, że nie będzie w stanie. Już teraz nie mogła spojrzeć w oczy kogokolwiek, lub spojrzeć na leżących rannych. Nawet jeśli niezasłużone to jednak wyrzuty sumienia waliły się tylko na nią, utrudniając jej każdy krok. W jej głowie to ona miała dzieloną odpowiedzialność za obrażenia grupy. W końcu to ona posłała ich wszystkich na tą misję.
Starała się iść do przodu, uważnie stąpać po tej niepewnej powierzchni. W końcu to ona musiała przewodzić tą misją, musiała się pozbierać, być silna. Kątem oka spojrzała na swoją córkę, idącą nieco z tyłu. Dlaczego nie potrafiła uchronić również jej drugiego dziecka? Syknęła coś cicho, czując jak łzy poraz kolejny spływają jej po policzkach. Jednym uchem wyłapała wypowiedź Mirabelki, Miodka i Figi, dopiero po chwili zdając sobie sprawę ze znacznia tych słów.
– Cokolwiek to j-jest macie zachować ostrożność – zaznaczyła, sama głowę kierując w stronę nieznanego obiektu.
— Banda tchórzy — wtedy prychnął głośno Rokitnik, wychodząc przed szereg. Po chwili dołączył do niego jego partner. Ruszyli zsynchronizowanym krokiem, czujnie rozglądając się na boki. Kiedy już znaleźli się w odległości lisiego skoku od tajemniczego obiektu, wszystko stało się jasne.
— To kości — stwierdził Żagnica, wskazując na białe, teraz widocznie porozrzucane elementy.
— Gratulacje, przestraszyliście się kości — parsknął bury do wszystkich, przenosząc swoje spojrzenie na brązowy przedmiot obok. Swój pysk wykrzywił w jeszcze większym grymasie. — Kości i jakiegoś nędznego kawałka kory, niesamowite.
Już mieli iść dalej, kiedy to uwagę całej grupy przykuła Mirabelka, wskazując miejsce nieopodal znalezionych kości. Widniał tam podłóżny i walcowaty kształt, który to zakończony był ostrymi, sinoniebieskimi szczękami dzioba. Dokładnie takiego jak u ich martwego przeciwnika. Przed nimi znajdował się kolejny sęp. Chyba nawet jeszcze większy od poprzedniego. Nastała cisza, wwiercająca się w głowę Sówki. Czekoladowa przyglądała się kolejnemu stworzeniu z wielką gulą w gardle. Samo wyobrażenie kolejnej walki wywoływało u niej mdłości.
– Wygląda na martwe – nagle odezwał się Rokitnik, zwracając uwagę na zamknięte oczy stworzenia oraz jego nieruchome ciało. — Tak, zdecydowanie — zawtórował mu Żagnica, prychając przy tym głośno. Ptaszysko nawet nie drgnęło. — Jaki ptak zresztą kiedykolwiek naturalnie przyjmuje taką pozycję? Nawet podczas snu stoją albo siedzą, a nie tak plaskaczem na brzuchu.
Mirabelka postanowiła wtrącić swoje trzy wibrysy.
— Definitywnie coś musiało się stać — zgodziła się, oddychając z ulgą. — Nigdy nie widziałam czegoś takiego.
— Może został otruty? - odezwała się Figa, podchodząc do leżącego sępa. - Mógł zjeść coś, czego nie powinien i proszę, umarło mu się. – powiedziała już prawie nachylając się nad jego ciałem. Sówka oglądała kroki kotki, nie rozumiejąc za bardzo, jaki mają one cel i wtedy z gardła niby martwego zwierzęcia wydobył się przeraźliwy wrzask. Wielkie skrzydła samicy zaczęły uderzać o ściany jaskini, podczas gdy ostry dziób głośno kłapnął praktycznie przy karku Figi. Mimo próby ataku, sęp jednak nie mógł dosięgnąć zwiadowczyni, a sama jego pozycja się nie zmieniła, dokładnie tak jakby coś blokowało mu ruch. Sówka nastroszyła sierść. Dalej nie była w stanie się uspokoić. Bała się. Jednak nieco z przymusu wzięła głębszy oddech, starając się powstrzymać kolejną falę łez, która już napływała jej do oczu.
– Nie podejmujcie tak lekkomyślnych decyzji – zaznaczyła. Tak lekkomyślnych decyzji, powiedziała kotka znana z lekkomyślnych decyzji od kociaka, jednak Sówka już o tym nie wspomniała. – Musimy być bardzo ostrożni – mruknęła cicho, patrząc niepewnie na sępa. Sama chciała się ruszyć, jednak łapy chwilowo odmówiły jej posłuszeństwa.
— Zdecydowanie, nigdy więcej nie chcę wiedzieć czegoś takiego — skomentowała ostrym tonem Gruszka, zgadzając się z Sówką. — Powinnaś się poważnie zastanowić, Figo, czy tytuł zwiadowcy aby na pewno jest dla ciebie. To bardzo istotna rola, w której rozwaga powinna być na pierwszym miejscu. A takie szczenięce rzucanie się za błyskotkami jest wręcz hańbiące dla całości reprezentacji naszej rangi. Dlatego nie każdy się do niej nadaje — dodała, surowo spoglądając na młodą kotkę.
Gniewnie trzepnęła ogonem, przerzucając swoją uwagę na uwięzionego sępa.
— Musimy się zdecydować co z nią zrobić.
— Jej partner musiał ją dokarmiać, stąd te kości i woda. — odezwała się Świergot — Wiem jak to dla niektórych z was może zabrzmieć, ale spróbujcie na to spojrzeć na to z punktu widzenia tego, co jest właściwe — poprosiła łagodnym głosem. — Na ten moment wiadome są trzy rzeczy: jeśli ją tutaj zostawimy, umrze z głodu; wygląda na to, że przy pomocy kilku kotów dałoby się ją uwolnić; ona sama nie wyrządziła nam krzywdy.
— Co chcesz przez to powiedzieć? — dopytała Mirabelka, w skupieniu nieznacznie mrużąc oczy.
— Uważam, że powinniśmy dać jej szansę i podać pomocną łapę. Widać wyraźnie, iż sporo przeżyła — Szamanka skinięciem głowy wskazała na samiczkę sępa, aktualnie spoglądającą na zgromadzonych smutnymi, wzbudzającymi litość ślepiami. Zmęczenie wydawało się ponownie zmusić ją do bezwładnego leżenia na zimnej, kamiennej posadce. Nie sprawiała wrażenia, jakby była w dobrej kondycji fizycznej. — Wszechmatka głosi szanowanie każdego istnienia, niezależnie od tego, czy ono się nam podoba, czy nie. Powinniśmy możliwie zapobiegać cierpieniu innych, bierność na krzywdę i umywanie łap od odpowiedzialności nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem — stwierdziła zdecydowanie. — Dlatego moim zdaniem, mimo wszystko, powinniśmy podjąć ryzyko i ją oswobidzić. Jednakże ostateczna decyzja oczywiście należy do was.
— Ja myślę, że nie powinniśmy ingerować — odezwał się Chrząszcz, nerwowo drgając ogonem. — Nie rozumiem, czemu jej śmierć miałaby być naszą winą. Zastaliśmy ją taką, więc to nie nasze zmartwienie, jeżeli już w pierwszej kolejności nie mieliśmy z tym nic wspólnego. Brak zaangażowania daje nam zarówno gwarancję bezpieczeństwa, jak i czyste sumienie.
Po jaskini poniosły się szepty.
— No tak, zawsze najłatwiej jest nic nie robić — prychnęła pogardliwie Leszczyna, niespodziewanie włączając się dyskusji. — Rozumiem Świergot, co próbujesz nam przekazać, lecz to wciąż zbyt niebezpieczne rozwiązanie. Jak dla mnie najodpowiedniejszym wyjściem z tej sytuacji byłoby… sprawne zakończenie jej żywota. W ten sposób mamy całkowitą pewność, że nie ma szans już więcej nam zagrozić, jednocześnie oszczędzając jej długiej i bolesnej śmierci z głodu.
— J-ja zgadzam się z Leszczyną... To moze być niebezpieczne. Jeden klaps tym dziobem i nawet chcąc jej pomóc możemy stracić kolejnego kota... – przedstawił swoją opinię Miodek.
— Myślę... Myślę, że uwolnienie jej przyniosło by nam więcej problemów, niż... No — Jeżyna wtrąciła się do rozmowy, podnosząc wzrok. — Co, jeżeli cała sytuacja powtórzyła się? Trzymanie... Ogromnego ptaka, drapieżnego, na naszym terytorium równa się kolejnej katastrofie.
— Zostawmy ją tu, niech zdechnie sama. - Oznajmiła Figa, trzymając w pysku piórko, które jednak udało jej się zdobyć po ryzykownym podejściu do jednak nie martwego sępa. - Nie mamy sił ani zasobów żeby z nią walczyć albo próbować uwalniać.
— Zgadzam się z Figą… – powiedział Czernidłak – Nie mam zamiaru ryzykować życia dla tego przerośniętego ptaszyska. Niech ginie, wolę to, niż śmierć w jego dziobie — rzucił ze zdenerwowaniem. Liderka przeniosła na niego swój wzrok. Przez całą dyskusję obserwowała przemawiających, uważnie słuchając ich wypowiedzi. No, przynajmniej się starając. Sama nie wiedziała, co o tym myśleć. Z jednej strony bała się, że jeśli uwolnią sępa, cała sytuacja się powtórzy, ale z drugiej zwierzę wyglądało na ranne i niegroźne na dłuższą metę. Jeśli coś jej się stało i tak po jakimś czasie by umarła, może nie mogąc samodzielnie polować, lub z wyczerpania. W każdym razie nie byłaby zagrożeniem.
– Nie możemy jej wypuścić – mruknęła, spoglądając to na zwierzę, to na pobratymców. – Nie chcemy by ta sytuacja się powtórzyła, nie możemy tak bardzo ryzykować poraz drugi – oznajmiła, przełykając głośniej ślinę, na myśl o kolejnej takiej masakrze i kolejnych problemach. – Jeśli chcemy teraz oszczędzić jej cierpienia, to kilka kotów musi spróbować, tak by nie miała jednego jasnego celu. Inaczej skończymy w jej szczękach, co sytuacja Figi zobrazowała. Dlatego uważam, że mimo to powinniśmy iść dalej. Nie chcemy kolejnych rannych, już i tak mamy z tym duży problem...
— Czyli postanowione. Ruszajmy dalej zatem — skiwtowała zastępczyni, spoglądając wymownie na Miodka. Nim jednak wojownik zdążył jakkolwiek zareagować, kolejny wrzask zdążył dobiec do uszu zgromadzonych. Tym razem natomiast znacznie wyższej itonacji i brzmiący bardziej żałośnie, niż realnie groźnie. — No świetnie. Jeszcze tylko powtórki z rozrywki nam brakowało. Miejmy to już za sobą. — Łapą machnęła na Miodka, wydając się być już zbyt zmęczoną, by martwić się dalszym przebiegiem wydarzeń. Ruszyli dalej. Miodek niepewnie prowadził ich wgłąb jaskini, starając tym samym nie zwracać zbyt dużej uwagi na znajdujące się tam obiekty, które przyprawiały wszystkich o dreszcze oraz mdłości. Zapach stęchlizny tylko bardziej trafiał do nozdrzy każdego członka patrolu, a tęsknota za świeżym powietrzem pewnie już pojawiła się w głowie każdego z nich. Sówka również zaczęła już myśleć o powrocie do domu, do tego ciepłego legowiska. Chciałaby się położyć i po prostu zasnąć, chcąc obudzić się następnego dnia i dowiedzieć się, że cała ta sytuacja to był tylko sen. Nieprzyjemny koszmar, który jednak minął wraz ze wschodem słońca i już nigdy nie powróci. Lecz to nigdy nie będzie możliwe, a cały ten patrol już na wieki zostawi ślad na jej psychice, jeśli już nie zostawił wystarczająco dużego. A jednak jej łapy nie zawracały. Dalej brnęły przed siebie, napędzane ciekawością, która gdzieś tam kłębiła się w ciele czekoladowej, centralnie obok strachu.
Zagłębiali się dalej wgłąb, a z każdym ich krokiem skrzeki samicy były tylko głośniejsze, jakby starała się ich odciągnąć od czegoś dla niej ważnego. Nim jednak oni zdążyli do tego dojść, znaleźli się przed czymś, co wyglądało jak dużo mniejsza, bardziej szkaradna i chyba pokojowo nastawiona wersja sępa. Były małe i łyse, a ich piski roznosiły się echem po jaskini, jakby chciały odpowiedzieć matce.
— Ponawiam mój postulat — odezwała się Świergot, tym razem jeszcze pewniejszym głosem, twardo stawiając łapę na ziemi. — Umrze bez naszej pomocy, mimo że nie jest niczemu winne. To nie powinno tak wyglądać. A w przeciwieństwie do swojej mamy już zdecydowanie nie jest nam w stanie zagrozić, więc dlaczego mielibyśmy się wahać?
Charakterystyczne, głośne prychnięcie dobiegło z tyłu, zwiastując pozbawioną szacunku odpowiedź.
— Żartujesz sobie? — Rokitnik spojrzał z pogardą na szamankę, na co ta mimowolnie napuszyła swoje futro. Coraz mocniej sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała znaleźć się na granicy. — Taką świetną okazję mielibyśmy zaprzepaścić w imię tych twoich kretyńskich morałów-dyrdymałów? Nie ośmieszaj się już więcej — zażądał, podczas gdy w jego oku pojawił się niemal psychotyczny błysk. — Zjedzmy to.
— Nie wiem jak wy, ale ja akurat jestem bardzo głodny — dołączył do niego Żagnica, nieskrępowanie oblizując pysk. — Od której kończyny chcemy zacząć? — zachichotał nisko, niebezpiecznie zbliżając się do swojej wymarzonej ofiary.
— H-heJ! Może... Może jeszcze to przemyślimy? – zasugerował niepewnie Miodek, zwracając się do dwójki kocurów – Znaczy, wiecie... — zaplątał się w słowach. Podszedł bliżej, uważając aby nie zahaczyć o kogoś ogonem. — Ono jest takie... Małe... Całkiem słodkie, takie biedne... Nie możemy go zjeść! — Ostatnie słowo powiedział mocniej, patrząc w oczy Rokitnika, który przewrócił oczami. — W sumie to... Jest takie łyse... Wygląda trochę jak Cierń...
— Miodek ma trochę racji — uznała Jeżyna, patrząc na łysą głowę zwierzęcia. — Poza tym... Jedzenie... Tego czegoś wydaje się być trochę dziwne. To tak jakby... Zjedlibyście młodego lisa? Chyba nie. A one też nas atakują.
Podeszła o krok bliżej. — Nie możemy tego też tu zostawić? Albo... Coś. Nie wiem, chyba żadne z nas nie wie, jak zaopiekować się... Ptakiem.
— Świergot, wybacz, ale gdzie Twój zdrowy rozsądek? - wtrąciła się Figa, kierując swoją wypowiedź w stronę szamanki. Jej oczy dziwnie błyszczały w mroku. - Nie widziałaś ile krwi przelaliśmy? Ojciec tego czegoś wyrżnął połowę z nas, a TY chcesz to ratować?!
Prychnęła pod nosem, gniewnie mając ogonem. — Albo je zjedzcie jak chcecie albo je zostawmy. Niech zdychają! To i tak nie zwróci nam martwych pobratymców! – Kontynuowała, a w jej głosie tańczył żal, zmęczenie, rozdrażnienie. — Mirabelko, Miodku – zwróciła się do jedynych, którzy byli przeciwni zabijaniu lub zostawieniu tutaj ich wrogów. - Jak chcecie, to próbujcie go ratować. Matka na pewno wam na to pozwoli. Dokończy to co zaczął jej partner, zabije was choćby sama miała zginąć. To bardzo wysoka cena. Opłaca się, prawda? W końcu mało kotów jeszcze straciliśmy!
Wydarła się na nich, cała najeżona.
— Nie wiem jak wy, ale ja bym tego nie jadł... — wymamrotał cicho Czernidłak, zwracając tym samym uwagę zgromadzonych. — Zakładam, że są zatrute czy coś... Ale jeśli Żagnica i Rokitnik koniecznie chcą spróbować to proszę bardzo, w razie czego nic się nie stanie, jeśli się otrują... W każdym razie ja wziąłbym te dziwactwa ze sobą. Czy w przyszłości będą stanowić dla nas zagrożenie? Może i tak. Ale hej, kto nie chce się pochwalić sępem na zgromadzeniu? Moglibyśmy zobaczyć, jak sobie rosną... Wziąć kilka ładnych piór... To ryzykowne, ale gdyby jakoś do nas przywykły... Może nie zjadłby nas? Ewentualnie nie wiem, zostawmy je albo zabijmy dla spokoju ducha, jeśli nie podoba wam się pomysł oswojenia zabójczych ptaków. W każdym razie ja nie mam zamiaru ich jeść. Jak myślicie, w jakim wieku byłyby w stanie zjeść kota?
Czekoladowa słuchała, dalej oczy mając wbite w małe stworzenia. Wyglądały tak bezbronnie, ale jednocześnie ta świadomość, że to maszyny do zabijania... Cała ich bezbronność wyparowała w jednej chwili, mimo to to też były żywe stworzenia, po tym odkryciu wszystko w głowie Sówki zaczęło nabierać więcej sensu. Wbiła pazury w ziemię, odwracając wzrok od młodych drapieżników.
– Nie będziemy ich jeść – zwróciła się do Żagnicy i Rokitnika. – Nie możemy im nic zrobić. To jest ich matka, a jak coś stanie się jej dzieciom, to najpewniej nie zostanie z nas nic – mruknęła. – Ona chce ich bronić. Tak samo jak ten poprzedni sęp. Ewidentnie nie mogli dalej iść i musieli się osiedlić... Akurat tu, a że znaleźli... – zatrzymała się na chwilę i przełknęła ślinę. – ...c-coś czym mogli się posilić. To tu zostali. W każdym razie jeśli zostawimy matkę, dzieci też umrą. Są za małe by przetrwać samodzielnie. A zrobienie doświadczenia i sprawdzenie, kiedy mogą zjeść kota, nie jest najlepszym wyjściem – zwróciła się do Czernidłaka, który już zaczął wymyślać im przyszłość w klanie. – Zabranie ich ze sobą jest ryzykowne. I przy okazji pewnie szybko zginą, patrząc na to, że jesteśmy kotami, a nie wielkimi sępami. Nie mamy pojęcia o zajmowaniu się ptakami – nastała chwila ciszy. Sówka odwróciła się w stronę Świergot i posłała jej swoje spojrzenie. – Przepraszam Świergot, ale nie mamy jak im pomóc. Jeśli je chociażby dotkniemy, ich matka może uznać to za atak. A wiesz, co w takiej sytuacji może zrobić każdy rodzic. Wybacz mi, ale ja nie widzę w tym wyjścia, zwłaszcza bez strat w naszych szeregach. Jeśli masz jakiś pomysł to chętnie wysłucham. I tyczy się to każdego z was – odwróciła się w stronę pozostałych. – Jeśli ktoś ma jakiś pomysł, proszę mówić, jednak zastanówcie się przy tym dwa razy. Straciliśmy już za dużo kotów – syknęła cicho i wbiła wzrok w ziemię.
— Zawsze wybieracie te najnudniejsze opcje po prostu. Żadnej satysfakcji z wygranej nawet nie można poczuć, bo wielce przestraszeni odrzucacie wszystko, co w niej dobre — żąchnął się Żagnica, otrzymując pomruk zgody od swojego partnera.
— Próba uratowania niewinnego życia, nawet jeśli się nie powiedzie, nigdy nie jest stratą czasu. Mama pisklęcia natomiast jest wyraźnie uwięziona, gdyby mogła się uwolnić – już dawno by to zrobiła — stwierdziła stanowczo Świergot, coraz bardziej podirytowana, że nawet tak oczywiste rzeczy musiała tłumaczyć innym. Jakby sami nie mieli wystarczająco połączeń w umyśle, żeby pod tym względem przydać się na cokolwiek. — Ale szanuję wasz punkt widzenia — dodała, chociaż w tym momencie wcale nie sprawiała wrażenia, jakby rzeczywiście to robiła.
— Proszę po prostu chodźmy stąd — powiedziała cicho Mirabelka. — Jak już ustalimy co z tym pisklęciem, wyjdźmy z tej jaskini. Niczego sensownego już tu nie znajdziemy, jedynie jeszcze więcej trupów. — Wzdrygnęła się.
— Mirabelka ma rację. Możemy nawet porozmawiać o pisklaku poza jaskinią? Jest tutaj tak... Duszno, no i śmierdzi. Zaczyna kręcić mi się w głowie, niedobrze mi... — mruknął słabo Miodek. — Świeże powietrze wszystkim dobrze zrobi. Może... Może te sępy też oszalały przez ten smród i zaduch.
Reszta również zaczęła się zgadzać z pomysłem opuszczenia jaskini. Czernidłak nie czekając na odpowiedź liderki, znalazł się przy wyjściu z jaskini. Miodek i Mirabelka ruszyli za nim i stanęli obok. Reszta powoli robiła to samo, jednak Sówka dalej stała w miejscu. Odwróciła głowę w stronę dalszej części nieznanego im miejsca. Chciała już wyjść, zapomnieć o tym wszystkim i zaszyć się w bezpiecznym obozie, choć wiedziała, że nie będzie w stanie wymazać tych obrazów z pamięci i sumienia przez wiele księżyców. Lecz ta ciekawość, ściskająca ją za gardło, powoli prowadząca łapy w przeciwnym kierunku niż pobratymcy... Ta ciekawość, której nigdy nie umiała się oprzeć, która ścigała ją już od małego.
– Sówko? – usłyszała głos Gruszki i odwróciła się w stronę swojej zastępczyni.
– Chciałabym sprawdzić co jest dalej – wyznała czekoladowa.
– Przecież przed chwilą wspominałaś o stratach w naszym składzie.
– Ja wiem! Ale mimo to ciekawi mnie co jest dalej – powiedziała, dodając w myślach słynne "nie mam już nic do stracenia". – Jeśli chcemy jednak wracać, możemy to zrobić, ale nie zostawię tego tak po prostu. Teraz może macie rację – mruknęła, odsuwając od siebie ciekawość, a dopuszczając w jej miejsce krwawą rzeczywistość.
Świszczący wiatr wpadł do wnętrza jaskini, w momencie, w którym mieli wychodzić. Futra zgromadzonych jakby naturalnie lekko się podniosły, podczas gdy otwór pieczary na moment rozświetlił się ostrym blaskiem. Zaledwie po dwóch uderzeniach serca rozległ się głośny huk grzmotu.
— Zostańmy tutaj może — odezwał się jako pierwszy Chrząszcz, rozglądając się nerwowo. — Mamy przynajmniej dach nad głową.
Świergot pokręciła głową.
— To nie jest bezpieczne miejsce. — Dotknęła ściany jaskini, wskutek czego jej część się skruszyła. — Nie jest stablina. Już wcześniej jej fragment przygniótł matkę pisklęcia. Możemy być następni.
— Bez przesady, pewnie zaraz się rozejdzie. Przecież… — zaczął swoje prychanie Żagnica, jednak nie zdołał go dokończyć.
W jednej chwili rozległ się kolejny głośny huk, pozbawiając każdego ochoty do kontynuowania dyskusji. Cała grota się zatrzęsła, jakby pod wpływem zrzuconego na nią ciężaru. Kilka kamieni oderwało się od konstrukcji wraz ze spoczywającym na stropie skały pyłem, spadając centralnie na patrol.
— Odwrót! — zakrzyknęła całym tchem Gruszka, nie czekając aprobatę Sówki. Na jej słowa liderka od razu ruszyła z resztą do wyjścia. Cała ciekawość momentalnie wyparowała z jej ciała, ustępując miejsca innym emocjom, które to targały uciekającą w stronę wyjścia kotką. Zatrzymała się na zewnątrz, nosem próbując wciągnąć jak najwięcej świeżego powietrza, którego w jaskini tak brakowało. Na chwilę wszystko zwolniło. Krople deszczu spadały na jej futro, przyjemnie przypominając o świecie poza jaskinią. Dopiero po chwili odwróciła się do reszty, chcąc sprawdzić stan patrolu, jednak do tego nie doszło. Zamknęła się gdy tylko usłyszała ten przerażający krzyk, wydobywający się z gardła Rokitnika. Zanim zdążyła zareagować, Jeżyna ruszyła w stronę rannego, starając się mu pomóc. Sama Sówka nie wiedziała już co robić. Patrzyła na wpół zmiażdżone ciało jej pobratymca, przez pierwszą chwilę nie mogąc wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Kątem oka zauważyła szybko mijającego ją Żagnicę, który popędził do swojego partnera, za nim dopiero po chwili ruszyła szamanka, chcąc określić stan poszkodowanego. Dopiero wtedy Sówka się otrząsnęła. Sama również podeszła do Rokitnika, starając się z góry nie zakładać najgorszego. Na szczęście, albo i nie przez ból, który musiał w tamtej chwili czuć kocur, wojownik żył. Przez ten fakt byli zmuszeni do wyciągnięcia Rokitnika spod głazu, który go przygniótł. Tylko jak? Sówka nie miała zielonego pojęcia. Przecież jak złapią go za łapy i będą próbować wyciągnąć na siłę, jego obrażenia będą jeszcze większe, a głaz to nie sęp, którego można było spróbować tak o przesunąć. Na tę myśl czekoladowa zadrżała, wstrzymując na chwilę oddech. Jej głowę znów wypełniły te same myśli, nie pozwalające skupić jej się na obecnym problemie. Gdy podeszła Gruszka, liderka posłała jej swoje marne spojrzenie. Czy w ogóle uda im się wyciągnąć Rokitnika bez zadawania mu większego bólu? W tym przypadku Sówka życzyła kocurowi tylko utraty przytomności, by choć przez chwilę mógł odpocząć od tego piekła.
 
***
 
Od powrotu siedziała w swoim legowisku. Zignorowała ból z jeszcze nie opatrzonych ran, zignorowała pytania Kaczki, nie była w stanie spojrzeć w jej zapłakane oczy. Nie była w stanie spojrzeć nikomu w oczy. Jedyne co zrobiła po powrocie to prośba skierowana do Świergot i Pumy, by opatrzyli pozostałych rannych, ona sama za to zniknęła w głębi swojego ciemnego legowiska. Wzrok miała wbity w ścianę. Łzy już nie spływały po jej policzkach. Mimo wielkiej chęci do płaczu, nie była w stanie, jakby straciła tą umiejętność po tym wszystkim co spotkało ich patrol. Spuściła głowę i spojrzała na swoje dalej zakrwawione łapy.
– Mężu... – głos Kaczki przebił się przez jej myśli, jednak nie sprawił, że czekoladowa się odwróciła.