BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 kwietnia 2022

Od Bluszczowego Pnącza CD. Pierwszego Brzasku

    Przetarł łapą nos. Przebywając wśród chorych, zaczynał miewać wrażenie, że i go samego nieustannie próbuje dorwać jakaś dolegliwość. Od kilku dni słyszał jedynie kaszlenie i smarkanie innych kotów, a wszelkie kłótnie, które wywiązywały się pomiędzy Cichą Kołysanką, a jej uczniem, jeszcze bardziej zakłócały mu ukochany spokój. Uwielbiał ich, ale coraz mocniej tęsknił za obecnością za dawnymi czasami, szczególnie za Bursztynowym Pyłem. Gadulstwo jego mentora było wręcz kojące i zawsze poprawiało mu humor.
    Nie było go już jednak na świecie. Tak samo jak Jemioły bądź Mysiego Kroku. Te myśli zaprzątały mu głowę za każdym razem, kiedy próbował się skupić na problemach odwiedzających go wojowników. Droździ Trel chrypiał, a Gołębiemu Puchowi ciekło porządnie z nosa. Zarówno Perliczy Grzebień, jak i Łabędzia Pieśń, skarżyły się na bóle stawów.
    Gdyby nie obecność asystentki, mógłby mieć powoli dość. Posada medyka była dla niego wymarzoną profesją, ale momentami, tak z czystej ciekawości, zaczynał zastanawiać się, jak potoczyłby się jego los, jeśli zdecydowałby się zostać wojownikiem.
    Kto wtedy zająłby jego obecną rolę? Czy w klanie znajdował się ktoś, kto znacznie bardziej od niego nadawał się do tej roboty, a mimo to był skazany na naukę walki i polowań, bo wymarzona praca okazała się zajęta?
    Bluszcz skrzywił się. Był zdecydowanie za młody jak na tak pesymistyczne podejście, chociaż kto wie, od kiedy tak naprawdę zacznie czuć się stary? Gdy będzie już niezdolny do wykonywania swoich czynności? Czy może przyjdzie mu być silnym aż po ostatnie dni swej egzystencji?
    I gdy w progu zjawił się Pierwszy Brzask, jego myśli zaczęły dręczyć go na nowo. Ile tak naprawdę księżyców miał ten kocur? Trzymał się całkiem dobrze, a z pewnością był sporo starszy od liliowego.
Niebieskooki jednak również wydawał się być zatracony we własnym świecie. Bluszczowemu Pnączu nie było źle, że został w pewien sposób zignorowany. Ten tu najwyraźniej miał własne sprawy na głowie, a rolą medyka było pomóc w każdym problemie.
    — Ciebie też dręczy kaszel, co? — westchnął, słysząc, jak z gardła wojownika wydobywa się głośny charkot. Podniósł wzrok na z lekka załzawione błętkine ślepia i cofnął się do stosu medykamentów.
    — Nie jestem jedynym dzisiaj z tym problemem? — spytał, wciąż uśmiechając się z taką życzliwością, że medyk nie miał serca się za cokolwiek burzyć.
    — Przy takiej pogodzie to się nawet nie dziwię, że tylu z was choruje — stwierdził, biorąc do pyska jedno z ziół. — Sam jestem wdzięczny Gwiezdnym za zdrowie przy tych ciągłych deszczach — dodał, zawracając do niego i podsuwając mu lekarstwo. — Na razie przegryź to, co tu masz. Wzmocnisz sobie odporność i pomoże ci to na gardło.
    Pierwszy Brzask skinął głową i wysłuchał jego polecenia. Bluszcz powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, widząc, jak ten krzywi się od gorzkiego smaku roślin.
    Lubił takich jak on. Byli spokojni, nie unosili się i nie byli zwiastowaniem nadchodzącego chaosu. Było mu z lekka żal, iż ten zamierzał już odejść, ale zdawał sobie sprawę z wojowniczych obowiązków i nie chciał zawracać mu głowy.
    Mimo wszystko instynktownie wykonał parę kroków za nim, gdy ten chciał wyjść.
    — Coś się stało? - spytał bury, widząc, ze liliowy za nim podąża.
    — Mógłbym z tobą chwilę porozmawiać? Nie zajmę ci dużo czasu — obiecał.
    — Oczywiście — odparł.
    Wtem rozległ się krzyk Cichej Kołysanki. Ponownie miała pretensje do Truskawkowej Łapy, więc dwójka kocurów dla własnego bezpieczeństwa opuściła leże medyków, nie chcąc stać się ofiarą rozwścieczonej kotki. Zielonooki miał nadzieję, że tamci nie pozabijają się podczas jego krótkiej chwili nieobecności.
    Odeszli kawałek od wejścia, wciąż pozostając w obrębie terenów obozowiska. Skryli się w ustronnym miejscu przed deszczem. Podłoże, na którym stali, było wyjątkowo suche, więc mieli potwierdzenie, że tu, chociaż nie zmokną.
    Van omiótł ogonem ziemię, odrzucając drobne patyczki na bok. Usiadł, mrużąc oczy i zastanawiając się, jak zabrać się za rozmowę. Pierwszy Brzask wydawał się cierpliwy, ale Bluszcz w końcu nie był kociakiem, aby nie potrafić wykrztusić z siebie ani słowa.
    — W sumie to jak poradziłeś sobie z taką zmianą w życiu? To znaczy, byłeś wcześniej samotnikiem, a teraz żyjesz w klanie, gdzie panują całkowicie inne zasady. Nie męczą cię te... niektóre ograniczenia? — spytał. Nie zamierzał nawet wspominać o tym, że kocur nie jest młody i kwestionować to, jak sprawne są jego kości i czy wciąż daje radę ze swoimi obowiązkami.

<Brzask?>

Wyleczeni: Pierwszy Brzask, Droździ Trel, Perliczy Grzebień, Gołębi Puch, Łabędzia Pieśń

Od Kamiennej Agonii

 Jak gdyby nie starczyło całego tego okrucieństwa, które ją dotknęło, narodziły się jej kocięta. Jej plugawe kocięta. Dzieci Piaskowej Gwiazdy.
Została przeniesiona do legowiska starszyzny. Za morderstwo, z którym nie miała nic wspólnego. Zaśmiała się histerycznie w szarym ponurym kącie legowiska. Nie było tu żadnej żywej duszy. Wciąż unosił się znajomy zapach dziadka. Tęskniła. Cholernie tęskniła.
Spojrzała na kulki leżące obok niej. Ledwo się poruszały. Były nieruchome. Dopiero się rozwijały. Miały przed sobą całe życie. Całe życie w nieświadomości, że za ich życie odpowiada tyranka, która nigdy nie powinna być na miejscu przywódcy. Czarna wysunęła pazury i wbiła je w mech. Dlaczego Chabrowa Bryza wybrała kogoś takiego? Gdyby nie ta jedna głupia decyzja, wszystko byłoby okej. Nie byłoby żadnych kociąt. Nie byłoby żadnego smutku. Może byłaby teraz w zupełnie innym miejscu.
Jej wzrok wędrował mętnie po ścianach legowiska. Nie chciała znowu patrzeć. Chciała zamknąć oczy i pogrążyć się w smutku. Skoro nawet klan nie miał nic przeciwko bezpodstawnemu oskarżeniu o morderstwo w jej stronę - co ją tu broniło?
Poród był bolesny dwa razy bardziej, gdy miała świadomość, że na świat przychodzi potomstwo Piaskowej Gwiazdy. Skrzywiła pysk. Dlaczego kremowa tyranka użyła ciała Zajęczej Gwiazdy, by to zrobić? Splugawiła go gwałtem. 
Z jej gardła wydobył się kolejny nerwowy śmiech. Pomoc z góry nie przyszła. Może Klan Gwiazdy to kłamstwo? Albo słodkie kłamstewko wpychane każdemu kocięciu do pyska, albo banda niewdzięcznych umarlaków, którzy nie dostrzegali cierpienia na tym pieprzonym świecie.  Dlaczego patrzyli na to wszystko, co ją spotkało, i nie protestowali? Dlaczego pozwolili Piaskowej Gwieździe dojść do władzy? Dlaczego pozwolili, by liderka zabiła jej matkę? Dlaczego pozwolili na śmierć jej mentora? Dlaczego pozwolili na śmierć jej ojca? Dlaczego pozwolili na nienawiść? Dlaczego pozwolili na podział i rasizm? Dlaczego pozwolili na bezpodstawne oskarżenie o morderstwo kociąt? Na gwałt?
Nie byłaby w stanie znowu kogoś zabić. Morderstwo Pszczelego Pyłku leżało na jej barkach, odciskając straszliwe piętno za każdym razem, gdy chciała przekonać się o własnej dobroci. 
Nawet, gdyby przeprosiła świat za swoje występki, nikt by nie posłuchał. Tak to działało. Nie ma miejsca na litość. Prychnęła. Nienawidziła wszystkiego, co ją otaczało. Klan Burzy już nie był dla niej jak dom. Był jak wylęgarnia rasistów i obrzydliwych popleczników Piasek. Nienawidziła ich wszystkich.
Zamknęła oczy, czując napływające do nich łzy, gdy jedno z kociąt zbliżyło się do jej brzucha. Odwróciła pysk w stronę zawiniątka i otworzyła lekko powieki. Jej futro nastroszyło się, gdy zobaczyła znajome żółte ślipia. Odsunęła się gwałtownie w sam kąt. Jej pazury łapczywie łapały się twardego skalnego podłoża. 
Żółte oczy.
Szylkretowe futro.
One były rude. Urodziła rude dzieci.
Dreszcz przeszedł przez całe jej ciało, paraliżując każdą najmniejszą jego partię. 
Czy świat z niej kpił?
W zielonych oczach odbiło się przerażenie. Wzrok powiódł po kociętach. Zbyt młodych, by rozumieć, co się dzieje wokół. 
Te złociste ślepka były zbyt znajome. Wpatrywały się w nią niezrozumiałym spojrzeniem. Ale widziała w nich tylko drwinę. Pogardę i szyderstwo Piaskowej Gwiazdy. 
Nosiły na sobie jej znak.
Nosiły na sobie JEJ żółte oczy. 
Wsunęła pysk we własne łapy. Tyranka będzie miała ubaw.
Dostała swoją zemstę. Niech już idzie. Niech zostawi ich wszystkich w spokoju.

Od Jałowego Pyłu CD Kamiennej Agonii

Po słowach kotki czuł niepokój. To nie była ta sama Kamienna Agonia co kiedyś. Ta czarna, w której hulał żywioł, furiatka nie do zatrzymania. Za każdym razem, gdy patrzył w jej mętne oczy, zapyloną sierść i flegmatyczne ruchy wydawało mu się, że widzi tylko zniekształcone odbicie tej, którą znał. Prawdziwej Kamiennej Agonii, co nie boi się żadnego lisa ani Piaskowej Gwiazdy, co jest jak prawdziwy kamień, którego nie złamiesz. A teraz po nawierzchni tej ponoć niezniszczalnej masy widniała masa pęknięć.
- Um, przynieść ci trochę mchu? Jesteś głodna?
Kotka westchnęła i położyła brodę na swoich łapach.
- Jak chcesz.
- A chcę.
Nie wiedział czemu, ale zależało mu na czarnej kocicy. Sam fakt, że wyglądała jak kupka nieszczęścia sprawiał, że aż łapy świerzbiły go do pomocy. Kamienna Agonia była wcześniej dla niego jak starsza siostra, z którą można wychodzić polować, gadać o wszystkim i o niczym, pośmiać się. Teraz przeobrażała się w Sasanka. Bolesne i nie tak stare wspomnienia zagruchotały, aż się głucho zrobiło wokół. Niebieski nie żył. Musiał to zaakceptować. 
Może sam wziął jakieś jagody.
Możliwe, że kogoś poprosił.
Ale czy jego brat chciałby dobrowolnie tracić życie?
Nawet tak dobrze po tym wszystkim go nie znał, by odpowiedzieć na to pytanie. 
Nieważne. Garstkę mchu nasączył w jeszcze niezamarzniętym źródełku. Jednocześnie złapał też jakąś byle-mysz ze stosu. Gdy wszedł do żłobka delikatnie położył obie te rzeczy przed karmicielką. Trąciła mysz nosem, wody upiła ledwie łyka, po czym ponownie zatraciła się w transie, powłoce myśli. Jak duch, nieobecna duszą, dryfująca gdzieś między przestrzeniami. Chciałby wierzyć, że to tylko taki okres przejściowy, krótkotrwała faza. Coś, co szybko się skończy, a w niej obudzi się stary wigor. Już raz się na to nabrał, a nadzieja zanikała jak wypalający się patyk, aż został sam popiół. To bolało. Stracił brata już dawno. Nie chciał przechodzić tego po raz drugi. Tym razem się postara. Nie zawiedzie. Nie tym razem. Teraz jej pomoże. Tak, by się udało z tego bagna wyjść, a nie pójść pod nie. Tylko nie to. 
Słyszał własne bicie serca, Ile minęło już czasu? Zatracił się w tym. Nie chciał odchodzić. Było mu jej szkoda. Tak okrutnie szkoda. 
Jednak obowiązki czekały na niego. Obiecał Koperkowemu Powiewowi, że pójdzie z nim na patrol. Wstał z lodowatej ziemi i rzucił ostatnie, pożegnalne spojrzenie.

***
też zima, trochę wcześniej niż odpis bo pianka nie umie się wyrobić w czasie
Obłoczna Myśl zachowywała się dziwnie. Skąd to wiedział? To oczywiste. Ojciec znał swoje dzieci. Coś się wydarzyło.
A gdy szylkretowa, wcześniej smukła, obecnie napęczniała kotka przeniosła swój tłusty zadek do kociarni, wiedział już wszystko. Będzie pierdolonym dziadkiem. Wziął coś ze sterty w przypływie gniewu. Nie zwrócił nawet na uwagi czy jest zjadliwe, czy trujące. Przekroczył próg żłobka. Rzucił wróblem w stronę odpoczywającej kotki. Piszczka poturlała się aż do jej łap i spojrzała na kocura, stojącego w wejściu.
- Coś ty sobie myślała w ogóle?! - zawarczał, podchodząc bliżej. Dawno nie szalały nim takie nerwy, aż sam siebie przechodził, przeklinając w głowie. - Masz ledwo powyżej dwudziestu księżyców, a już się zaczynasz zabawiać z facetami!
- To moje życie i moja decyzja. - miauknęła chłodno kotka. 
- Nie chcę mi się dawać wiary w to, że oboje chcieliście kociąt.
- Lepiej, jakbyś uwierzył i trochę mnie wsparł w ciąży. - polizała się kilka razy po barku. - Będziesz miał piękne wnuki, to ci zapewniam. 
- Mam większą nadzieję na to, że zamiast ładne będą ułożone. 
- Mógłbyś wezwać Wiśniową Iskrę? Chyba jestem chora. 
Zacisnął zęby i wyszedł ze żłobka. Skierował się w stronę legowiska uzdrowicieli.
To co tam zobaczył było istnym chaosem. 
Z jednej strony Cisowy Gąszcz z wykręconym barkiem. Fu. Gdy tylko odwrócił łeb w inną stronę stał tam Dziki Gon doglądany przez Jeżową Ścieżkę, z ohydnym, zaropiałym okiem. Czekoladowy nakładał mu jakąś dziwną papkę i smarował sokiem z niej zakażone ślepie. Jeszcze bardziej fu.
Musnął go w bok Orlikowy Płatek, wychodząc z tego gmachu. Chyba nawet wiedział, po co tu był. Gdy go słyszał rano miał okropną chrypę. Cóż, może przynajmniej medycy ukoili jego gardło a Jałowego uszy, które pękały od tego irytującego dźwięku. Co chwilę ktoś przechodził w te i we w te. Na Klan Gwiazd, ile ich się tu namnożyło?
W tym dosłownym gąszczu kotów wypatrzył Marchewkowy Grzbiet, która charczała coś do Wiśniowej Iskry. Właśnie, już trochę czasu minęło kiedy z rudą ostatni raz mówił. Może to dobry pomysł powiadomić ją o ciąży Obłocznej Myśli. 
- Nie nadwyrężaj głosu. - głosiła nauki szylkretowa medyczka. - Staraj się nie krzyczeć, przyjdź jutro po drugą dawkę leku.
- Marchewkowy Grzbiecie? - przyciszonym głosem zwrócił uwagę rudej.
- Medyk kazał mi nie nadwyrężać głosu. - parsknęła pod nosem. 
- Nie będziesz musiała. - zapewnił ją - Chciałem cię tylko powiadomić, bo nie wiem czy wiesz..
- Co się stało w końcu?
- Obłoczna Myśl jest w ciąży.
Twarz rudej w moment zmieniła się z obojętnej w płonącą gniewem.
- Co?! Do cholery, niewdzięczne bachorzysko! - zawarczała głośno. Wiśniowa Iskra chciała jeszcze coś powiedzieć, ale wojowniczka szybciej wyszła. Zniosła to gorzej niż się spodziewał. Myślał, że dzieciaki już jej nie obchodzą. Eh... Niech się dzieje jej wola. 
- Właśnie, Wiśniowa Iskro. - zwrócił się w stronę szylkretowej uzdrowicielki, która nie wtrącała się w ich sprawy rodzinne i szukała jakiegoś zioła dla jednego z pacjentów. Gdy usłyszała swoje imię tylko burknęła coś niezrozumiale na znak tego, że słucha. - Obłoczna Myśl mówiła mi, że jest chora. Sporo kaszle. 
Czarnoruda westchnęła. Po prostu wzięła jakieś zawiniątko z podłogi i ze stoickim spokojem poszła leczyć awanturującą się z matką kotkę. Współczuł jej.
W oddali legowiska zobaczył znajomą mordkę.. Koperkowy Powiew? Co on tu robił?
- A ciebie jaki wirus tu przybłąkał? - szturchnął skupionego kocura i wytrącił go z transu tak, że aż podskoczył z zaskoczenia. - Spokojnie, Koper. To tylko ja.
Rudy uśmiechnął się, odstawiając na ziemię jakieś listki. 
- Żaden wirus. Jak Wiśniowa Iskra dała mi zioła stwierdziłem, że zostanę. I jakoś tak wyszło potem. Pomagam im.
- Ziołomaniak z ciebie. - parsknął żartobliwie i usiadł na ziemi obok niego. - A co u ciebie?
- Spokojnie. A ty?
- Jeśli zajrzysz do żłobka to zobaczysz jaki harmider mi się zrobił. - warknął. - Wiesz, że Obłoczna Myśl jest w ciąży?
- Świtem była tu i Jeżowa Ścieżka to stwierdził. Powiedział mi to, jak przyszedłem.
Zdziwił się. Już wiedział? I mu nie powiedział?
- Właśnie, jak się Jeż trzyma? Widziałem, że wam.. Wiśni jeszcze pomaga. 
- Przy mniej skomplikowanych rzeczach. Ale jest już stary. Niedługo pewnie Wiśniowa Iskra zostanie sama.
- A ty? Nie chciałbyś być medykiem?
Koperek zamrugał kilkakrotnie.
- Nieee, raczej nie. Jestem już chyba trochę za stary na bycie uczniem. - zaśmiał się cicho. - Wolę być wojownikiem. A medyczna wiedza się przyda zawsze.
- Nie chciałbyś rozprostować łap? Wydaje mi się, że już sobie poradzą.
- P-pewnie. - miauknął rudy, rozciągając się.
Wyszli razem z obozu. A to, co robili później, było tylko im znane. Żarty, tarzanie się w śniegu, obrzucanie białym puszkiem, przyjemny spacer. Po co zaglądać im w prywatne sprawy?

***

Obłoczna Myśl urodziła swoje pociechy zaledwie kilka wschodów słońca temu. Ile, dwa, trzy? Tyle czasu spędziła już szylkretka ze swoimi dziećmi. Jednak obóz obudził się tego poranka z wrzaskiem, a tak właściwie okropnym krzykiem właśnie jego córki. Był pierwszym, co dobiegł do żłobka i wpadł tam jak burza. A tam istny chaos. 
- Jak śmiałaś! Gdzie są moje kocięta! - rozpaczała Obłok, patrząc z zawiścią na Kamienną Agonię i wręcz ściskając łapą rudą Narcyz. 
- Co się dzieje? - miauknął zmieszany oglądając całą scenerię. Był pewny, że niebiesko-kremowa urodziła trójkę, nie jednego. Tak! Były takie piękne. Jałowiec, który wyglądał jak Kamień oraz Sarna, wyglądający jak on. Był taki dumny, patrząc na to, że w tych kociętach kryło się jakieś dobro.. Gdy je zobaczył wręcz ucieszył się i odetchnął z ulgą, że były nierude. Tylko gdzie one były?
- Sarna i Jałowiec.. Zniknęli. - spadały na ziemie żeliwne łzy kotki. - Gdy się obudziłam nie było ich. Obudziłam się w porę. Jedynie Narcyz ze mną została.
- Kto to zrobił? - spytał ktoś z tłumu.
Na to już Obłok nie odpowiedziała, tylko wbiła wzrok w mętne oczy Kamiennej Agonii, jakby to ona miała być odpowiedzialna za zniknięcie synów. 
- Kamienna Agonia je zamordowała? - znów pojawił się głos w tłumie.
- Przecież nienawidzi rudych! Zobaczyła, że Klan dostał silne kocięta i nie mogła się z tym pogodzić!
- Oczywiście, że tak! Kto inny mógłby to zrobić i po co?
- Dopiec tylko nam!
I te wszystkie plotki tuż obok nosa czarnej królowej, której poród zbliżał się nieuchronnie. Widział jej zmęczenie. To nie mogła być ona. Po co miała to robić? Mordować jego wnuczęta? Taką piękną dwójkę? 
To nie było możliwe.
Prawda?
<Kamienna Agonio?>


Wyleczeni: Cisowy Gąszcz, Marchewkowy Grzbiet. Koperkowy Powiew, Wrzosowa Rzeka, Dziki Gon, Orlikowy Płatek, 

Od Fiolet (Fioletowej Łapy) CD Pierwszego Brzasku

 Za kocięcych czasów

Rano znalazła mały, brązowy patyczek. Czerpała przyjemność z obryzania go. Jeszcze przyjemniejsza była cisza - jej rodzeństwo spało. Niestety, nie mogło to trwać wiecznie.
Usłyszała donośne ziewnięcie i żwawe kroki. 
Nad jej głową stanął rudy kocurek. 
- Cześć Fiolet! - miauknął zadziornie Truskawek. - Myślisz że rodzice śpią?
- Uh... zdaje mi się, że tak... - mruknęła z niechęcią.
- To co, budzimy ich? A no tak, zapomniałem - przecież z tobą nie można, bo ty nie chcesz. - warknął z pogardą.
Znowu komentował. Tak bardzo ją irytował. Miała chęć wsadzenia sobie mchu do uszu.
- Przestań. Idź już. Budź ich sobie z kimś innym.
- Spodziewałem się tego, no cóż. 
Miał już wykonać zwrot w tył, miał odejść od Fiolet. Było tak blisko.
- Hej! A co ty tam trzymasz? - spytał.
O nie. 
Zauważył jej patyk.
- Dawaj to! - krzyknął, skacząc na zabawkę Fiolet z pazurami.
Nie zamierzała się poddawać. 
Odepchnęła kocura, który następnie się odsunął. Poczuła się się silna.
Ku jej nieszczęściu, nie odsunął się przez nią.
To dlatego, że Pierwszy Brzask się obudził. 
- Truskawku? Co to za krzyki? - zapytał patrząc w kierunku syna.
Rudy jednak nic nie odpowiedział. Wytknął siostrze język i podreptał w kierunku ojca. 
- Truskawku, rozmawialiśmy o tym. - miauknal pouczająco. - Nie rób tak siostrze i zostaw jej patyka. Mam tutaj coś, co może się ci spodobać. Ale dam ci to ale pod warunkiem, że będziesz grzeczny.  
Mały kocurek szybko kiwnął łebkiem.
Rzeczą, na ktotej zależało małemu kocurkowi był niewielki, ciemny kamień. Sięgnął po niego z uśmiechem.
Szylkretowa posłała bratu gniewne spojrzenie i wróciła do gryzienia patyczka.

***
Teraźniejszość
Wracała z treningu. Umiała już łapać myszy. Niosła w tej chwili jedną w pysku. 
Zauważyła swojego ojca rozmawiającego z Jaśminową Gwiazdą. 
Zaczęła iść w jego stronę. Potrzebowała z nim porozmawiać.
Kiedy stała już naprzeciwko kocura, Jaśmin udało się w kierunku żłobka.
Pierwszy Brzask uśmiechnął się i przybliżył do córki.
- Witaj, Fioletowa Łapo. Domyślam się, że wracasz z treningu?
- Tak... - odpowiedziała, kładąc swoją zdobycz na trawie. 
- Niezły okaz. - przyznał. - Lubisz polować?
Otworzyła pysk, jednak żadne słowo się z niego nie wydobyło.
Nie lubiła polować.
Największa strata czasu i przykry obowiązek. Chciała się od niego uwolnić.
- Nie... nie lubię...

< Pierwszy Brzask? >

Od Mrocznego Omenu CD. Rysiego Puchu

 — A masz kogoś na oku, że cię nie męczą?
Uśmiech wpełznął na jego twarz jak żmija na skały. Spokojne spojrzenie obmierzyło kotkę od góry do dołu. Wstał i okrążył ją powolnym krokiem, czując za sobą kropelki wody buzującej w wartkim potoku.
— A czy to ważne? — miauknął.  — W Klanie Wilka nie ma nikogo, kto mógłby mnie interesować. Ale znam kotkę, która jest lepsza od nich wszystkich. Razem wzięta. 
Nie wyobrażał sobie nikogo kochać. Miłość była obrzydliwa, a koty, które ją wyznawały, okazem słabości. Dlatego tym bardziej śmieszyło go, że Ryś zadawała mu takie pytania. Ciekawe, czy coś tym sugerowała. Nie zamierzał wyprowadzać jej z błędu. Niech żyje w przekonaniu, że obchodzą go jej problemy. 
Na jego słowa Rysi Puch onieśmieliła się, a jej pysk i sztywne kończyny doskonale wskazywały na to, że zrozumiała aluzję. Otworzyła pysk, jednak żadne słowo nie wyleciało z jej gardła. Zaśmiał się z tą samą dostojnością, z jaką robił to zawsze.
— Tak, Rysi Puchu. Mówiłem o tobie. — wymruczał. — Jeśli masz jakiś problem, ode mnie zawsze otrzymasz wsparcie.
Liczył, że te słowa zachęcą ją do wyjawienia mu czegoś o Klanie Klifu. Jakąś słabość, którą dałoby się wykorzystać. Chciał jak najbardziej jej sprzyjać i  komplementować, by mu zaufała. By uznała go za przyjaciela, a nie potencjalnego wroga. By w pewnym momencie zapomniała ugryźć się w język i powiedziała mu coś, co mogłoby dać Wilczakom przewagę. W jakikolwiek sposób. Mieli problemy u Nocniaków, bo Papla się zdradziła - może w ten sposób to Ryś zdradzi mu za dużo o Klifiakach? Liczył na to. Ale nie potrafił określić, jak długo będzie musiał udawać. Od tego przesłodzenia chciało mu się rzygać. Ale nie mógł teraz zrezygnować, skoro miał ją już na haczyku. 
— To... To miłe — wybąkała kotka.
Jego pysk zadrżał w uśmiechu. Miał plan, jak zbliżyć ją do siebie jeszcze bardziej. Ale musiał zaczekać. Nie chciał jej mówić wszystkiego o sobie. 
— Wiesz co, Rysi Puchu?
Kremowa jak na znak wyprostowała się i ogarnęła swoje wcześniejsze onieśmielenie. Widział jej drgający koniuszek ogona. Widział jej niebieskie oczy. Czy to była kotka, która mogła mu powiedzieć trochę więcej o swoim klanie?
— Tak?
— Mroczny Omen to nie jest moje jedyne imię. — miauknął, rzucając jej uważne spojrzenie. Wciąż pamiętał swoje miano z sekty. Było jego wizytówką, którą zwykle się nie przedstawiał. 
— Naprawdę? Masz ich więcej? — odpowiedziała. Nie spuszczała z niego wzroku.
Mimo, że była tylko narzędziem, które po użyciu można było wyrzucić w las, trzeba było jej przyznać, że miała pewność siebie. Chociaż łatwo było zniszczyć tą maskę.  Odkryć kruchą kotkę, którą była. Dobrze. Poznał jej słabość.
— Tak — wymruczał. — Nigdy go nikomu nie zdradzałem.
Spojrzał w górę. Niebo przecinało jasne słońce zasnute gdzieniegdzie chmurami.
— Wygląda na to, że powinienem już iść. Obowiązki czekają, a przebywanie zbyt długo poza obozem będzie zwracało uwagę. Żegnaj, Rysi Puchu.
— Żegnaj — wyszeptała kotka. Ona sama również odwróciła się. Woda strumienia zmoczyła jej łapy. 
Podniósł wysoko brodę i zaczął przemieszczać się po terytoriach. Pobojowisku zamieszkanym przez dziki. Stawiał tak ciche i uważne kroki, jak tylko był w stanie.

* * *

Klan obiegła wiadomość o narodzinach kolejnych kociąt. Był zadowolony z tego faktu. Może nowi członkowie wśród Wilczaków okażą się mniejszymi półgłówkami od reszty. 
Usiadł, wylizując dokładnie łapy. U jego boku siedział Krzaczasty Szczyt. Jego uczeń, który jakiś czas temu doczekał się mianowania. Poszło mu szybko, co napawało Mrok dumą. 
— Patrolowałeś granice? — spytał Krzak swoim grubym, gardłowym głosem. 
— Tak. — odparł van. Jego wzrok powędrował w kierunku zbliżającego się w górę słońca.
— Ciekawe, czy będziemy się przesiedlać. Przez Paplę. 
— Jastrzębia Gwiazda nie jest głupi. — miauknął Mroczny Omen. Wiecznie chłodny i obojętny krok nie spuszczał wzroku z jednego punktu. — Mamy problemy u Nocniaków i niewystarczająco siły, by się z nimi uporać w razie wojny. Próbowałem przekonać zapchlonego rybojada, że to tylko bajka dla kociąt, ale nie łyknął. I wcale mu się nie dziwię.
Krzaczasty Szczyt westchnął. Miał wysoko uniesioną brodę, a gęsta sierść dodawała mu majestatu. Vana satysfakcjonowała postawa ucznia. Cieszył się, że wytrenował prawdziwego kota, a nie tchórza. Liczył, że Krzak też sobie poradzi jako mentor, gdy przyjdzie mu taka okazja.
—  Na  miejscu Jastrzębiej Gwiazdy dałbym jej większą karę. — prychnął. — Przeniesienie do żłobka i zakaz gadania? Co to ma być? To zbyt łagodne. Dałbym jej jeszcze dodatkowe obowiązki. Przynajmniej by się nauczyła, by nie kłapać językiem, bo doprowadzi to do takich konsekwencji.
Mroczny Omen podchodził sceptycznie do zdania Krzaczastego Szczytu. Również pragnąłby większej kary dla Papli, zwłaszcza po tym, jak musiał zajmować się nią na zgromadzeniu, a ta i tak znajdywała pretekst, by drzeć swój głupi pysk. Ale w świetle klanu zawsze trzeba zgrywać tego dobrego i litościwego, jeśli nie chce się mierzyć z plotkami. 
— Większość osób pewnie by chciała — stwierdził niebieskooki. — Nic dziwnego. Ale to wciąż tylko kocię — mruknął, jakby go to jakkolwiek obchodziło. Była głupia. Czy kociak, czy uczeń, czy wojownik, zachowała się jak ostatnia idiotka. 
W całym tym natłoku przypomniał sobie uczennicę pachnącą Klanem Burzy, która wzięła stronę Kuny.  Swoją postawą trochę go zaciekawiła. Miała odwagę, by podejść do obcego wojownika i w pewien sposób rzucić mu wyzwanie, broniąc cętkowanej. Miał nadzieję, że na następnym zgromadzeniu będzie miał okazję z nią porozmawiać. 
Skinął swojemu uczniowi głową na pożegnanie, gdy udał się do komory, w której spali wojownicy. Rozejrzał się i zmrużył oczy, widząc śpiących obok siebie Ostowego Pyła i Zakrzywioną Ość. Miał ochotę splunąć z pogardą na ich widok, ale się powstrzymał. Po tym, co zrobiła to ohydna samotniczka ledwo powstrzymywał od zdzielenia im w pysk. Chociaż walczyli dobrze i to musiał przyznać. Nie żałował jednak, że zamordował ich kolegę. Cieszył się z tego. 
Położył się na swoim posłaniu i zwinął w kłębek przy odgłosie świerszczy. 

* * *

Łapy poprowadziły go na granicę z Klanem Klifu. Śmierdzący klifiakami potok przecinał oba tereny, naznaczając między nimi wyraźną granicę. Liczył na spotkanie nieopodal Rysiego Puchu. Ciekawe, czy zianteresowały ją jego poprzednie słowa. Położył uszy, gdy wyczuł intensywniejszy zapach dzików. Musiał na to uważać i nie pozwolić się rozproszyć. Nie chciał umierać. 
Schował się za którymś z iglastych drzew. Czy Ryś tym razem przyjdzie? Miał nadzieję. Chciał zbliżać się do niej kroczek po kroczku, by w końcu zaufała mu kompletnie. 
Zobaczył kocią posturę zbliżającą się w jego stronę. Z początku myślał, że to jakiś obcy klifiak, ale w końcu rozpoznał sylwetkę Rysi. Wyszedł zza drzew z chłodnym wzrokiem i fałszywym uśmiechem wymalowanym na pysku.
— Witaj, Rysi Puchu. — przywitał się.

<Ryżowy Puchu?>


Od Jeżowej Ścieżki

Jeżowa Ścieżka miał lata młodości za sobą. Czas leciał, sezony przemijały, a każdy kolejny księżyc czynił z niego seniora. Na świecie ważne było zachowanie równowagi, dlatego kto się narodził, musiał kiedyś odejść z tego świata. Większość klanowych kotów wierzyła, że po śmierci znajdzie się na Srebrnej Skórze, dołączając do szlachetnego Klanu Gwiazdy. Istniała również Mroczna Puszcza, jednak tam trafiały koty, których serce splamiła nienawiść. Te dwa miejsca różniły się od siebie jak księżyc i słońce. Musiały jednak istnieć, żeby równoważyć zasady świata, dobra i zła. Niewiele księżyców wcześniej Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd zyskało potężną siłę. Problemy wiązały się nie tylko z opętaniem, lecz przyniosły wiele cierpienia mieszkankom klanów. Jeżowa Ścieżka nie pamiętał kiedy ostatnio miał okazję wziąć udział w spotkaniu medyków w Ustach Matki. Księżycowy Kamień rozpadł się na mniejsze odłamki i tak medycy zyskali po jednym. To pozwoliło zachować im chociaż cząstkę spokojnego ducha i czuć obecność przodków. Dzięki temu odbyło się mianowanie Wiśniowej Iskry. Młoda kotka już nie przypominała tej samej uczennicy, której trening rozpoczął się od podstaw. Dorosła. Jeżowa Ścieżka był świadomy upływu czasu. Czuł na swoim karku ciężar starych lat. Dzięki uprzejmości liderów mógł pozostać medykiem. Nie chciał iść na emeryturę. Nie wyobrażał sobie lenistwa w legowisku. Uwielbiał swoją pracę. 
Medyk Klanu Burzy odetchnął cicho, wciąż nie otwierając niebieskich oczu. Powietrze w legowisku było rześkie. Pora Nowych Liści zawitała do klanu, budząc zwierzynę, strumienie, ogólnie mówiąc przyrodę. Była to kolejna Pora Nowych Liści w jego długim życiu. Czekoladowy kocur nawet nie potrafił zliczyć, ile już przeżył zmian pór roku. Podczas panującej wiosny czuł się jak pąk rozkwitający na drzewie, czekający na szansę na odrodzenie. Mógł niemal przysiąc, że czuje krople ocierające się o jego pąki, promienie słońca i lekki wietrzyk pobudzający do ruchu. Miał się stać pięknym kwiatem, w przyszłości owocem. 
Jeżyk urodził się i wychowywał w Klanie Burzy, jako syn Brzozowego Szeptu i Kucykowego Ogona. Rodziców wspominał z ciepłem oraz szacunkiem. Nauczyli go ważnych wartości. Poradzili sobie świetnie z wychowaniem zarówno Jeżyka, jak i jego sióstr - Psiankowej Szyi, Rzecznego Nurtu i Srebrnej Łapy. Dwie kotki nie żyły, zabrane do lepszego świata. Pozostawiły po sobie uczucie tęsknoty i długiej żałoby w klanie i sercu ich brata. Srebrna Łapa jako jedyna została samotniczką. Gdy po wielu księżycach się odnaleźli, Jeż czuł się szczęśliwy. Odzyskał siostrę. Szkoda, że obecnie nie mógł jej ponownie zobaczyć i dowiedzieć się, czy dalej tak dobrze jej się powodzi. Oprócz sióstr miał jeszcze starszego brata. Ośle Ucho był dobrym kocurem i wspaniałym ojcem dla swoich kociąt. Najbardziej Jeżowa Ścieżka pokochał swojego bratanka, Drżącą Ścieżkę. Medyk okrył pyszczek ogonem. Wiele by dał za ich ponowne spotkanie i pewność, że jest bezpieczny wraz z bratem.
Rodzina Jeżowej Ścieżki rosła, przyjmując do siebie coraz więcej członków. Nie tylko to się zmieniało. Świadomość, jak ważna jest rola medyka, rosła wśród wszystkich mieszkańców. Praca odpowiedzialna, cierpliwa i pokorna. Medyk leczył, ratować życie, zbierał zioła i pomagał w przyjściu na świat kolejnym pokoleniom. Był łącznikiem między światem rzeczywistym a Klanem Gwiazdy. Często dostawał sny, których interpretacja była niezwykle ważna. Każdy mógł świadczyć o jakimś zagrożeniu i chociaż medycy nie angażowali się w życie klanów, musieli strzec porządku jako jego strażnicy. Jeżowa Ścieżka uśmiechnął na wspomnienie wszystkich zebranych ziół, odbytych wycieczek na spotkania medyków i niezbyt lubiane przez niego Zgromadzenia. Były również porody, które wspominał ze wzruszeniem. O wiele lepiej pamiętać miłe rzeczy, niż budzić do siebie żal i smutek za śmierć starszych, schorowanych lub ciężko rannych pobratymców. Jeżowa Ścieżka nie zważał na pochodzenie, każdemu starając się nieść pomoc. Był spokojny, cierpliwy i oddany swojej pasji. Może właśnie dlatego zasłynął jako dobry medyk i słuchacz. Jeżowa Ścieżka zawsze udzielał rad potrzebującym i bardzo chętnie wysłuchiwał wszystkiego, co leżało im na sercu. Jako medyk miał pomagać, lecz nie tylko ten obowiązek pchał go do udzielania pomocy - Jeżyk taki był w całym swoim charakterze, sercu i w duszy. 
Nie od zawsze wiedział, że chce zostać medykiem. Tą ścieżką podążył dopiero jako uczeń wojownika. Pliszkowy Krok była dobrą mentorką, ale to właśnie u Zajęczej Stopy odnalazł miłość do lecznictwa. Postanowił podążyć tą ścieżką, dumnie kończąc trening i przyjmując imię Jeżowej Ścieżki. Potem on sam został mentorem. Najpierw Konwaliowe Serce, swoją pierwszą i ulubioną uczennicę. Traktowali się jakby byli rodziną. Konwalia była jego córką, którą mógł nauczyć wszystkiego, co sam umiał. Owszem Jeż traktował jako swoje kociaki każdego członka, którego poród odebrał i mógł obserwować przebieg dorastania. Czuwał przy nich w gorszych chwilach, był pocieszeniem i lekarstwem. Gdyby kodeks nie zabraniał i mógł zostać ojcem, z pewnością byłby troskliwy dla swoich maluchów. Konwalia była wyjątkowa i dlatego tak mocno zabolało go jej odejście. Niczym strzała trafiona prosto w serce. Szkolił również Stokrotkową Łapę i Sierpówkową Łapę. Żadne z nich nie dokończyło szkolenia. Zginęli tragicznie, wpędzając mentora w poczucie winy oraz straty. Musiał jednak wziąć się w garść. Klan potrzebował silnego medyka. Pracoholik, jak można nazwać Jeżyka, wykonywał swoją pracę nieprzerwanie. W jego życiu pojawiła się ostatnia uczennica. Wisienka została jego terminatorką w bardzo młodym wieku. Mimo tego miała w sobie iskrę, zapał do zostania świetnym medykiem. Niejednokrotnie udowodniła, że Klan Burzy znajdzie się w najlepszych łapkach. Jeżowa Ścieżka mógł spokojnie odejść z tego świata, wiedząc, że jego misja dobiegła końca, a klan będzie bezpieczny.
Czekoladowy kocur otworzył niebieskie ślepia. Wpatrywał się przez jakiś czas w ścianę swojego legowiska. Odsunął ogon, uniósł lekko głowę i niemal od razu opuścił ją z powrotem na posłanie z mchu. Czuł się słaby. Każdy skrawek ciała domagał się odpoczynku. Od kilkunastu księżyców, odkąd stał się seniorem, nie było to dla niego zaskoczeniem. Męczył się szybciej, musiał zaprzestać wędrówek i spędzać czas wyłącznie w legowisku lub w obozie. Tęsknotę z zbieraniem ziół przelał w ich segregowanie. Wiśniowa Iskra przejęła większość obowiązków, on był tylko jej stróżem, towarzyszem i dawnym mentorem. Nikt nie był w stanie zatrzymać tego, co przygotował los. Jeżowa Ścieżka pogodził się z wiekiem. Stał się staruszkiem, jako jedyny ze swojego licznego rodzeństwa. Długo trwał jako medyk, jednak jego pąk miał nie rozkwitnąć na kolejną wiosnę. Wiedział to. Czuł każdym skrawkiem swojego ciała. Zmęczony umysł i sylwetka domagały się porządnej porcji wiecznego snu. Jeżowa Ścieżka uniósł wzrok. Jak będzie w Klanie Gwiazdy? Czy tak pięknie jak podczas przyjemnych, sennych wizji? Nie wątpił, że Klan Gwiazdy przyjmie go do siebie. Srebrna Skóra stanie się jego drugim domem. 
W Klanie Gwiazdy czeka na niego rodzina, pobratymcy, przyjaciele. Dotąd obserwowali Jeżyka, strzegąc go z gwiezdnego raju. Jeżowa Ścieżka nie mógł doczekać się kolejnego spotkania z najbliższymi. Poznał wielu przyjaciół i pamięć o nich nigdy nie przeminie. Pamiętał każdego przywódcę, którego miał zaszczyt prowadzić do Księżycowego Kamienia. 
Najbardziej w jego wspomnieniach dominowała Iskra. Ponownie ogarnęło go ciepłe uczucie. Kotka wędruje innym niebem, wiecznie wolny wędrowiec. Może kiedyś uda im się odnaleźć. 
Czekoladowy jęknął pod nosem na ostry ból przeszywający jego pierś. Łapy odmawiały mu posłuszeństwa, więc nawet nie mógł dostać się do składziku, żeby wziąć zioła na bolące stawy i problemy z oddychaniem. Medyk, pomimo nadchodzącej śmierci, czuł się spokojny. Wyczekiwał na moment, gdy Klan Gwiazdy zabierze go do siebie. Miał dobre, ciekawe życie, oddane całkowicie pomocy innym. Może nawet zostanie zapamiętany jako jeden z lepszych medyków w Klanie Burzy. Jeżowi nie zależało na sławie. Jedyne czego pragnął, to być dobrze pamiętanym wśród obecnych i przyszłych pokoleń. Odchodził szczęśliwy i spełniony. 
— Jeżowa Ścieżko, chcesz coś zjeść? Nie jadłeś obiadu. — Wiśniowa Iskra weszła do legowiska. 
Czyli słońce od dawna unosiło się na najwyższym punkcie. Jeżowa Ścieżka zwrócił pyszczek na swoją asystentkę. Jego błękitne ślepia lśniły mądrością i spokojem. 
— Odejdę stąd z poczuciem, że na czele Klanu Burzy będzie stała cudowna medyczka. Będę czuwał nad wami z Klanu Gwiazdy. Wiem, że sobie poradzisz. Nie mogłem mieć lepszej następczyni. — lekki uśmiech zniknął z jego pyska. — Nigdy nie pozwól zgasić swojej iskry.
— Jeżowa Ścieżko? Jeżowa Ścieżko? O czym ty mówisz? — zaniepokojony głos kotki dotarł do jego uszu. — Nigdy. Moja iskra nigdy nie zgaśnie.
— To chciałem usłyszeć. — miauknął. 
Jakby świat wiedział, że przyjdzie mu odejść... Ucichły wszystkie dźwięki, zapachy, myśli przestały wirować. Otulała go cisza i miękki mech pod brzuchem. Jeżowa Ścieżka ostatni raz spojrzał na Wiśniową Iskrę. Dojrzał niepokój w jej oczach. To zawsze przykre, gdy umiera ktoś bliski. Wisienka znała go od wielu księżyców. To on odbierał poród Borówkowej Mordki. Nadszedł jednak moment ich pożegnania. Nie bał się śmierci. Był medykiem, wiedział, że po drugiej stronie zostanie przywitany jak dobry przyjaciel i że będzie mu tam świetnie.
— Pochowajcie mnie obok moich sióstr. To było dobre życie. — wydusił ostatnie słowa, zanim pozwolił pochłonąć się ciszy. 
Jego głowa opadła na posłanie. Zamknął oczy, oddychając z coraz większym trudem. Z każdym kolejnym uderzeniem serca, czuł się coraz słabszy. Śmierć ze starości. Widok gwiazd i jasnego, oślepiającego światła. Oddech Jeżowej Ścieżki ustał. Bok przestał się unosić. Oczy kocura nie otworzyły się więcej, zamykając w sobie błękit. Leżał na posłaniu spokojnie, jakby ucinał sobie drzemkę. Jeżowa Ścieżka podążał w stronę światła i głosów swoich bliskich. 



Żegnaj, Jeżyku [*]
Zmarły w wieku 126 księżyców 

Od Jeżowej Ścieżki CD. Iskry

Zazdrość to zła cecha. Niebezpieczna. Skazany na nią kot jest gotowy uczynić wszystko, żeby wyjść korzystnie. Jeżyk i Kudłacz wpatrywali się w siebie z niechęcią. Gęsta atmosfera unosiła się w powietrzu. Gdyby dało się ją dostrzec, trudność sprawiałoby jej przecięcie. Kudłacz spiął mięśnie na zbliżenie Iskry do Jeżyka. Miękka sierść kotki dotykała jego barku. Coś go podkusiło, nawet nie byłby w stanie opisać dokładnie tego ucisku, ale położył swój ogon na boku Iskry. Zmrużone niebieskie ślepia wpatrywały się w brązowe towarzysza jego przyjaciółki. Kudłacz poruszył ogonem w geście irytacji. Nie zmienił napiętej postury ciała. Jeżyk również napiął mięśnie. Obecność Iskry zdawała się zarówno popychać, jak i powstrzymywać od podjęcia dalszych kroków. Jeżowa Ścieżka walczył z opanowaniem. Dlaczego obecność Kudłacza była taka bolesna? Przecież to dobrze, że Iskra miała kogoś bliskiego. Nawet bardzo dobrze, tak! Nie powinien się martwić. Nadal będzie jej najlepszym przyjacielem. Jeżyk nie potrafił odwrócić wzroku od Kudłacza. 
— Nie, wszystko w porządku. — odpowiedział na pytanie Iskry dopiero po dłuższej chwili. 
— Najlepszym. — burknięcie młodszego kocura było zrozumiałe dla czekoladowego. 
Iskra nie wydała się przekonana. Patrzyła to na jednego, to na drugiego, uważnie obserwując ich pyszczki. Jeżowa Ścieżka speszył się. Wiedział, że nie będzie umiał kłamać, jeśli będzie dalej pytać.
— Dołączę do ciebie później, Kudłaczu. Chce jeszcze porozmawiać z Jeżykiem.
Młody kocur nawet nie ośmielił się protestować. Musiał darzyć Iskrę głębokim uczuciem. Jeż mu się nie dziwił. Iskrę potrafiła każdego oczarować. Miała dobre serce i duszę wędrowca. Była też mądra, sprawiedliwa i odważna. Jeżowa Ścieżka odkrył z małym zdziwieniem, że jest w stanie wymienić wiele zalet swojej przyjaciółki. Znali się już tyle sezonów, pełnych niesamowitych przygód i tęsknoty. Jeżyk odwrócił wzrok, spoglądając na pobliski średniej wielkości kamień. Iskra podeszła bliżej, kładąc mu łapę na piersi. 
— Coś cię niepokoi. 
— Nic... naprawdę. Cieszę się, że znalazłaś partnera. Oby był dla ciebie dobry. Zasługujesz na najlepszego. — mruknął, zmuszając się do spojrzenia w piękne ślepia kotki. 
Oczy czekoladowej rozbłysły z rozbawienia. Spuścił głowę, spoglądając na własne łapy na pare uderzeń serca. Kudłacz nie zrobił na nim najlepszego wrażenia, ale skoro Iskra go wybrała, to wiedziała co robi. Pozory często myliły, powinien się przełamać i poznać bliżej z czarnym kocurem. Może okaże się miły. Zdecydował się unieść wzrok tylko dlatego, żeby dojrzeć jej roześmiany pyszczek.
— Kudłacz to towarzysz mojej wędrówki. Jest mi bliskim przyjacielem. Nasze łapy przeszły niejedną wspólną ścieżkę. — wymruczała.
Po jego ciele rozlała się fala ulgi. Nie miała partnera. Ta informacja go uspokoiła. Uśmiechnął się lekko.
— Chyba mnie nie polubił. — zaśmiał się, chcąc rozładować atmosferę. 
Podniósł z ziemi kwiat, który wcześniej spadł na ziemię. Był cały i nadal piękny. Jeżyk chwycił go najdelikatniej jak umiał. Przybliżył się do Iskry, wczepiając kwiat za jej ucho. Dodał jej uroku. Takie chwile pragnął zachować w pamięci na zawsze. 

***

Wiatr musnął jego czekoladowe futro. Lekko zmierzwione wyglądało jak u prawdziwego jeża. Medyk poruszył rozbawiony wąsami. To musiał być zabawny widok dla mijających go pobratymców. Jeżyk odwrócił się za siebie dla pewności, że o niczym nie zapomniał. Z samego rana sprawdził składzik z ziołami. Brakowało nagietka. Nie był to obecnie produkt pierwszej potrzeby. Uznał, że wybierze się po niego dopiero po kilku obowiązkach. Początek dnia spędził na zajmowaniu się stawami starszyzny. Miał nawet kilku pacjentów z błahymi problemami. Szybko się uwinął ze swoją pracą. Uwielbiał mieć łapy pełne roboty. Zawsze czuł się wtedy spełniony i zadowolony. Chociaż większość kotów mogła nazwać go pracoholikiem, to określenie wcale mu nie przeszkadzało. Miał silną wolę do pomagania potrzebującym. 
Jeżowa Ścieżka skierował się do wyjścia niespiesznym krokiem. Miał jeszcze sporo uderzeń serca przed nadejściem późnego popołudnia. Dzień dopiero się zaczynał, rozświetlając swoimi promieniami okolice. Czekoladowy z zainteresowaniem rozglądał się po gęstych krzewach, niskiej trawie, odległych polach. Terytorium Klanu Burzy nie okrywały żadne drzewa i wręcz nadawał się do biegania. Z kryjówkami bywało tutaj o wiele trudniej. Jeżowa Ścieżka przyspieszył kroku, truchtając teraz ku granicy. Nie spieszyło mu się do obozu. Tam miał wszystko ogarnięte. Żadnych potrzebujących leczenia pacjentów, składzik z medykamentami był pełny, pobratymcy nie prowadzili żadnych sporów. Obóz Klanu Burzy wpędzał w uczucie spokoju, podobne do tego odczuwanego po usłyszeniu śpiewu ptaków. 
Syn Kucykowego Ogona zatrzymał się pośpiesznie, unosząc uszy. Dźwięk złamanej gałęzi zmusił go do zachowania czujności. Jeżowa Ścieżka napiął mięśnie. W razie potrzeby był gotowy do ucieczki. Chociaż starał się być przyjazny względem każdego, to nie każdy musiał to odwzajemniać, a różne koty chodziły po wielkim świecie. Jeżyk podszedł do nagietka, zrywając roślinę z korzeniami. Położył ją przy swoich łapach. Przyda się na powrót do obozu.
— Jeżyk.
Kocur odwrócił się z szerokim uśmiechem na pysku. Głos Iskry rozpoznałby wszędzie. Czekoladowa stała na granicy, wpatrzona w niego lśniącymi ślepiami. Odwzajemniła uśmiech.
— Iskra. Dobrze cię widzieć. Wybrałaś się na spacer? — stanął naprzeciwko kotki. Ich czekoladowe futra zmywały się ze sobą jak dobrzy przyjaciele. 
— Przyszłam do ciebie. — wyjaśniła. — Potrzebujesz pomocy?
— Na pewno nie odmówię. — poruszył wąsami, wskazując głową na rosnący nagietek. 
Dwójka kotów podeszła do rośliny, siadając przy niej i zajmując się wyrywaniem cennego medykamentu. Jeżowa Ścieżka nie lubił marnować ziół. Uznawał, że każde jest ważne i nawet jeśli suche, to może być kiedyś przydatne. Każdy lubił świeże rośliny, należało jednak dziękować za najmniejszy dar zesłany przez naturę. Może taki nagietek kiedyś uratuje komuś życie. Gdy więc z Iskrą uzbierali niewielką kępę nagietka, ogłosił, że tyle wystarczy. Będzie musiał przenieść to wszystko do obozu i starannie ułożyć na odpowiednim miejscu w składziku. Tam również panowała harmonia. W składziku ziół zawsze musiał panować porządek, żeby szukanie lekarstwa nie zajmowało dużo czasu. W roli medyka liczył się czas. To on okazywał się sprzymierzeńcem bądź przeciwnikiem.
— Wszystko u ciebie dobrze? — zapytał, idąc z Iskrą ramię w ramię. Przekroczyli granicę z Klanem Burzy, udając się przed siebie. Kierunek był znany wyłącznie im. A może oboje wybrali przypadkową drogę? 
— Dobrze. — padła krótka odpowiedź tylko po to, żeby w następnie dodać kolejne słowa. — Od naszego pierwszego spotkania upłynęło wiele sezonów. 
— Oj tak. Byliśmy wtedy tacy młodzi. Czas zbyt szybko leci. — uśmiechnął się z nostalgią.
— Układa się w Klanie Burzy?
— Nie mamy powodów do narzekań. — odpowiedział od razu na zadane pytanie. 
Zatrzymali się na skraju drogi prowadzącej do niewielkiego zagajnika. Spoczywająca na ich ścieżce płaska skała, zachęcała do spoczynku. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Dwójka kotów usiadła na skale. Jeżyk owinął ogon wokół łap. Zwrócił pyszczek mu Iskrze. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią bez słowa. Promienie słońca wplątały się w futro kotki. Czekoladowa zerknęła na niego kątem oka. Ukryła delikatny uśmiech. 
— A... jak tam u Kudłacza?
To pytanie zdawało się ją rozweselić.
— Został ojcem. Jaskółka rośnie jak na drożdżach. 
— Jak wdała się w ciocię Iskrę, to pewnie wybierze się na niejedną przygodę. — miauknął spokojnie. Jego niebieskie oczy wpatrywały się niestrudzenie w przyjaciółkę. Miał nadzieję, że była zdrowa. Energia młodości zapewne ją opuściła, oddając sterowanie starczej mądrości. Jeżowa Ścieżka również się starzał. Coraz więcej księżyców spadało na jego barki. — Może nawet wybierzecie się we wspólną podróż.
Posmutniała. Pokazała to tylko przez uderzenie serca, ale zdążył wyłapać smutny błysk w ślepiach. Coś musiało się stać. Napiął instynktownie mięśnie. Dla niego Iskra pozostała tą samą Iskrą. Wędrowcem. Szamanką. Przyjaciółką. Wiek jedynie mógł zapewniać jej ból stawów. Jeżyk nie przyjmował do siebie myśli, że to ona odejdzie pierwsza. Był młodszy, ale liczył, że gdy nadejdzie czas pożegnania, to on pierwszy odejdzie polować z przodkami.
— To moja ostatnia wędrówka. 
Usłyszana odpowiedź odbiła się w jego uszach. Otworzył szerzej ślepia. W jednej chwili uśmiech zszedł z jego pyska. 
— Jesteś... jesteś pewna? — tylko to przeszło mi przez gardło. Ona wiedziała. Skinęła głową.
Słyszał kiedyś, że kot wie, kiedy nadchodzi jego czas na odejście. Widział niejedno pożegnanie ze światem. Gdzie Iskra trafi, gdy jej ciało wypuści ducha? Czy będzie błądzić po każdym niebie? 
— Muszę ci coś powiedzieć. — spoglądali sobie głęboko w oczy. Jeżyk uświadomił sobie, że znaczyła dla niego więcej niż jakikolwiek inny kot. To uczucie, które czuł gdzieś głęboko, rosło przy każdym kolejnym spotkaniu. Odkąd odnaleźli się po wędrówce Iskry, kolejne pożegnanie nie było akceptowane. Ich przyjaźń stała silniejsza. Często się widywali, wymieniając wrażeniami. Ich życia różniły się od siebie, a jednak coś połączyło dwójkę czekoladowych kotów. Coś niesamowitego, co rodzice od urodzenia mu wpajali. Dopiero teraz zrozumiał, że to uczucie było z nim przez ten cały czas. Musiał pozwolić mu wyjść z ukrycia. 
— Odkąd wróciłaś z wędrówki, ciągle czuję się przy tobie jak najszczęśliwszy kot na świecie. Jesteś niesamowita, Iskro. Odważna wędrowniczka, wspaniała nauczycielka, najlepsza przyjaciółka i powierniczka. Masz w sobie iskrę, która nigdy nie gaśnie, rozgrzewając twoje dobre serce i popychając cię do właściwego celu. Nigdy się nie poddajesz. I myślę, że nie bez powodu nasze ścieżki ciągle się ze sobą krzyżują. Jesteś dla mnie naprawdę ważna...
Iskra w jej oczach znowu zalśniła. Jeżowa Ścieżka czuł przyspieszone bicie serca. Każdy włosek na ciele łaskotał go od emocji. Uczucia zlewały się w jedno silne, powodując ciepło na sercu. Chociaż kotka milczała, jej oczy przemawiały za nią. Był to język czysty, pełen melodii i ciepła. 
— Nie jesteś mi obojętna. 
— Ty też jesteś dla mnie ważny, Jeżyku. — poczuł lekką nieśmiałość. Delikatnie pochylił głowę. — Jesteś moim słońcem i księżycem. Wodą i ogniem. Melodią ptaków i rzeką. 
Czy słyszał bicie jej serca? 
Oczy Iskry błyszczały, podobnie jak jego. Teraz faktycznie mogły przypominać rzekę, gotową połknąć wszystkie złożone dary. 
— Słyszysz? 
Jeżyk zamknął oczy, wsłuchując się w otaczające ich dźwięki. Szelest liści, skrzypce świerszczy, trzask pobliskich gałęzi, szum wody. Otworzył oczy. Znajdowali się blisko siebie. Na tyle, że mogliby dotknąć się nosami. Słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo w kolorze pomarańczowym. Ten widok zapierał wdech w piersi. Jeżyk odwrócił pyszczek.
— Przepraszam, ale nie mogę... Gdybyśmy urodzili się w innym życiu, w innych wcieleniach. Gdyby moja ścieżka pozwalała mi wiązać się z ukochaną... Ale to nie jest właściwa droga. Jestem medykiem i muszę być lojalny wobec Klanu Gwiazdy, Klanu Burzy i wszystkim zasadom, które zostały ustalone. Nie mogę ich złamać, gdy wszyscy mi ufają i gdy sam wiedziałem, że będzie to życie w samotności. Nie mogę nam tego zrobić. Ale odnajdę cię na każdym niebie i tam już nie będą trzymały nas ziemskie troski. Obiecuję ci to, Iskro. 
Ty i ja.
Iskra postawiła krok naprzód i swoim czołem dotknęła tego należącego do Jeżyka. Uczynił podobnie, zamykając przy tym ślepia. Wybierał Klan Gwiazdy, Klan Burzy i drogę medyka. Dotąd myślał, że nigdy z tego powodu nie przyjdzie mu cierpieć. Ale musiał odrzucić Iskrę i to bolało jak cierń wbity głęboko w serce. Zaznał uczucia miłości tylko po to, żeby pozwolić mu odejść.

Iskra rozumiała. Trwali w tej samej pozycji, stykając się czołami, jeszcze przez wiele kolejnych uderzeń serca. Ich ogony poruszały się wraz z podmuchami wiatru. Szeptała mu kojąco, że tak już musi być, ale się odnajdą. 
Wraz z nadejściem nocy i pierwszych gwiazd, musieli wracać do siebie. Chociaż nagietek zapełniał jego pysk, Jeżowa Ścieżka czuł się tak, jakby nic w nim nie miał. Zapach Iskry wciąż docierał do jego nosa.

W ciągu następnych dni odwiedzał granicę i tereny blisko Owocowego Lasu. Chciał zabrać kotkę na wspólne zbieranie ziół. Wciąż przecież byli przyjaciółmi. Ale Iskra nie pojawiła się tego dnia, kolejnego i jeszcze następnego. Przestała przychodzić. W końcu zrozumiał powód jej nieobecności. Jeżowa Ścieżka wybrał się ostatni raz w miejsce, gdzie się pożegnali. Uniósł wzrok ku niebu słysząc krzyk gęsi. 

<Hellga, mam nadzieję, że zrobiłam ci miłą niespodziankę i nic nie zepsułam. Ta historia nie znalazła szczęśliwego zakończenia, ale była na swój sposób piękna. Dziękuję ci za sesję <3>

01 kwietnia 2022

Od Plusk CD Wiśniowej Iskry

- No dobrze, Plusk. Powiedz mi teraz, które z tych jagód to Jagody Śmierci. - miauknęła Wiśniowa Iskra.
Szylkretowa kotka wskazała ogonem na rozłożone zioła.
Plusk zrobiła krok do przodu i zaczęła przyglądać się medykamentom. Najbliżej rudej położone były ciemne, granatowe jagody.
- Zdaje mi się że to trujące jagody. Pokrzyk wilcza jagoda.
- Nie. To jagody jałowca. Łagodzą ból brzucha. Nie są niebezpieczne.
Mieszkanka Owocowego Lasu położyła uszy. Musiała postarać się bardziej. Pomyliła zioła. Czuła wstyd.
- Następne jagody, te obok - miauknęła wskazując ogonem na małe, czerwone jagody - są trujące. To jagody cisu.
- Dobrze. A te? - spytała asystentka Jeżowej Ścieżki.
- Zdaje mi się, że to jagody ostrokrzewu. Niebezpieczne dla kociąt.

***

Nadeszła Pora Nowych Liści. To oznaczało dla Plusk łapy pełne roboty. Spodziewała się tego, że zaraz przyjdzie masa kotów, z masą chorób. 
Tak się też stało.
Do legowisku wtargnął niebieski kocur, który narzekał na ból łapy, a zaraz po nim czarna kotka ze zwichniętym ogonem. Słyszała również rozmowy i kroki z zewnątrz - zmierzały do niej kolejne koty. 
W wejściu stanęła niebieska kotka, koło niej pojawiła się kotka o liliowej maści. 
Na razie miała czterech pacjentów. 
- Co się stało, Fretko? Wyglądasz wyjątkowo źle. - miauknęła do liliowej córki Raroga.
- Mam... - chrząknęła - okropny kaszel. 
- Zaraz przyniosę ci lekarstwo. Zaczekaj tutaj. - powiedziała. - A wam, co się stało? 
- Mnie coś bardzo swędzi za uchem. - miauknęła Maczek.

***

Ten poranek był niezwykle pracowity. Ciągle przynosiła zioła, rozdawała je chorym. Było to męczące, a czekał ją jeszcze trening w Klanie Burzy i uzupełnienie zapasów ziół na stosie w Owocowym Lesie.
Ruszyła w kierunku terenów klanu. Była ciekawa co będzie dziś robić.

***

Była już w obozowisku. Zauważyła znajomą, szylkretowa sylwetkę.
- W-Witaj, Wiśniowa Iskro. 

< Wiśniowa Iskro? >

wyleczeni: Komar, Jaskółka, Fretka, Maczek

Od Jeżowej Ścieżki CD. Wiśniowej Iskry

 Leżeli obok siebie, posilając się zajęczym mięsem. W normalnych okolicznościach teraz Wisienka odbierałaby gratulacje od innych medyków, a później wróciliby do obozu pod osłoną gwieździstej nocy. Nie mogli jednak urządzić tradycyjnego spotkania medyków, więc miał nadzieję, że przynajmniej w ten sposób wynagrodzi Wiśniowej Iskrze brak tradycyjnego mianowania. Wspólne spędzanie czasu było naprawdę przyjemne. Zakończyła się ich wspólna wędrówka jako mentor i uczennica. Wciąż będą ze sobą współpracować, ale Jeżyk będzie mógł dać Wisience więcej swobody w leczniczym działaniu. Na chwilę nastała cisza. Wiśniowa Iskra podniosła momentalnie wzrok.
- Jeżowa Ścieżko... - zaczęła spokojnie. - Dlaczego nadałeś mi imię Iskra?
Medyk podniósł wzrok na swoją wychowankę. Przełknął kawałek mięsa, żeby móc udzielić odpowiedzi. Jego pyszczek zalśnił uśmiechem.
- Odkąd rozpoczęłaś szkolenie uważnie ci się przyglądałem. Byłem świadkiem jak wyrastasz na prawdziwą medyczkę. To twoja iskra. Pasja, która płonie w twoim sercu, oczach i duszy. Właśnie ta iskra prowadzi cię wybraną ścieżką i czyni wyjątkową. 
Iskrę w ślepiach widział dotąd tylko raz. Prowadziła jego najdroższą przyjaciółkę, oddaną zupełnie innym celom. Odnajdując w sobie iskrę, jest się spełnionym tak długo, jak bije serce.
- Przejmiesz więcej obowiązków, ale nie obawiaj się, zawsze będę gotów cię wspierać. Podobno uczymy się całe życie. Pamiętam swoje mianowanie. Opowiadałem ci o mojej mentorce, Zajęczej Stopie? To była dobra, uczciwa kocica. Wszystko, co umiem, zawdzięczam właśnie jej. To ona pomogła mi zrozumieć, że moja ścieżka wiedzie przez życie medyka.
Chłodniejszy powiew wiatru otarł się o futro medyka. Jeżyk drgnął lekko. Instynktownie spojrzał na rozgwieżdżone niebo. Gwiazdy migotały na nocnej skórze, spragnione podziwu. 

<Wisienko? Możesz dać ostatni odpis lub uznajemy sesje za zakończoną> 

Od Mrówki

 Mrówka odwróciła się za siebie tylko na uderzenie serca. Właśnie ten czas wystarczył, żeby Słonecznik ją dogonił. Posiadanie rodzeństwa miało dużo swoich plusów. Odkąd zmarła Kostka, Mrówka starała się być wsparciem dla brata, jego światłem podczas straszliwej burzy. Ich rodzina stanęła przed ogromną próbą. Strata tak bliskiego kota, jakim była dla nich Kostka przyniósł żałobę, żal i rozpacz. Orzeł najgorzej znoił stratę partnerki. Mrówka próbowała dotrzeć do ojca, przekonać go, że Kostka nie chciałaby widzieć u nich słabości. Kocur nie opowiedział, wpatrując się tępo w jeden punkt, chudnąc w oczach. Natomiast Słonecznik doceniał swoją siostrę. Mrówka stała się strażnikiem ich rodziny, pilnując każdego członka oraz dbając o ich potrzeby, ile tylko miała ił w łapach. 
- Wszędzie cię szukałem! - kocurek zatrzymał się zdyszany. 
Mrówka przekrzywiła łebek, zaciekawiona. 
- Ktoś skręcił kark? To dopiero widowisko! 
- Co? Nie! Słyszałem jak Brzoskwinka rozmawia z Błysk o dzisiejszej ceremonii!
Poruszyła wąsami. 
- Ceremonii? 
- Wiesz, co to oznacza. Kocięta nie są jeszcze duże na mianowanie, a to znaczy, że....? 
- Że mianuje kogoś z uczniów. Przerabialiśmy to milion razy, braciszku. To lisie łajno uważające się za liderkę, ma zbyt dużego kamienia w tyłku, żeby dostrzec najlepszą wojowniczkę w Owocowym Lesie - prychnęła z pogardą do liderki. Zbyt długo czekała na swoje mianowanie, szansę na zostanie wojowniczką, żeby powróciła nadzieja, że może właśnie dzisiaj spełni się jej cel. 

- Twoje mianowanie byłoby najlepszym, co nas spotkało w ciągu ostatnich księżyców. - Słonecznik zerknął na własne łapki. Mrówka przeniosła wzrok na okoliczne drzewo. Mimo wszystko myśl, że mogłaby stać się dojrzała, była piękna i kusząca. 

* * *

Zatopiła zęby w świeżym mięsie myszy. Ciepły posiłek napełnił jej brzuszek, zapewniając przyjemne uczucie sytości. W tymczasowym obozowisku panował ruch. Większość pobratymców wróciła z patroli lub treningów z uczniami. Mrówka leniwie polizała się po piersi. Ten dzień nie przyniósł nic nowego. Ale może to lepiej. Nowe wiązało się z nieznanym, a to mogło okazać się nieprzyjemną niespodzianką.
Znalezienie się Błysk w miejscu przemówień nastąpiło tak nagle, że trochę czasu zajęło, zanim Mrówka podniosła się z ziemi, dreptając w wyznaczone miejsce, żeby wysłuchać, co przywódczyni ma im do opowiedzenia. Ziewnęła ostentacyjnie, siadając obok swojego brata. Poczuła na grzbiecie muśnięcie jego ogona. Obecność kocurka dodawała jej sił. 
- W życiu każdego z nas nadchodzi moment próby. To jej wynik decyduje o tym, czy jesteśmy gotowi wstąpić na nową drogę życia, stając się dojrzali, odważni i lojalni wobec całej naszej społeczności. Dzisiaj powitamy nową wojowniczkę, która po wielu księżycach intensywnego treningu, jest gotowa przyjąć nową rolę. Mrówko, wystąp. 
Serce złotej kotki przyspieszyło. Usłyszała przy swoim uchu zadowolone wetchnięcie Słonecznika. Rozejrzała się w poszukiwaniu ojca. Nawet Orzeł spoglądał w jej stronę, na chwilę wyrywając ze stanu żałobnika. Mrówka odetchnęła głęboko. To działo idę naprawdę. Zostanie wojowniczką! Najlepszą ze wszystkich wojowniczek! Kotka wstała, prostując dostojnie sylwetkę. Dumny wzrok powędrował ku liderce jeszcze przed tym, zanim stanęła przed nią, unosząc wysoko pyszczek. 
- Nadszedł czas żebyś dołączyła do grona wojowników. Wykazałeś się determinacją i wiernością. Czy przysięgasz pozostać lojalna naszej społeczności i walczyć o jej dobro? 
- Przysięgam.
- Witamy cię zatem jako nową wojowniczkę Owocowego Lasu!
Mrówka zamknęła oczy. Rozkoszowała się dźwiękiem swojego imienia, wypowiadanym przez wszystkich zgromadzonych. Najgłośniej krzyczał jej brat. Uśmiechnęła się ciepło. Nareszcie spełniła swój cel. Teraz miała prostą drogę o stania się legendą.