Kilka dni temu urodziły się dwie kupy futra. Tak. Kupy futra. Czemu to takie dziwne? Bo ich mama była łysa! Dla Brzoskwinki taka sprawa była bardzo dziwna... Ale były troszkę denerwujące. Zajmowały połowę żłobka i nic nie robiły. Cicho podeszła do liliowego. Maluch kulił się obok łysego brzucha Golca. Trąciła go lekko łapką i odskoczyła nieco. Kociak pisnął przeraźliwie. Jego brat zbudził się z błogiego snu. Przestraszony trzepnął delikatnie Trzmiela (ale okropne imię?) a ten przewrócił się na Brzoskwinkę. Jako, że była blisko rodzeństwa, reakcja łańcuchowa się nie skończyła, dopóki ostatnia Cicha, nie klapnęła na podłoże. Zdenerwowany wzrok mamy zdradzał konsekwencje tego zachowania, a ostry głos rozległ się w żłobku:
- Brzoskwinko, co ci mówiłam o obchodzeniu się z młodszymi?- warknęła Leszczyna nie spuszczając wzroku z winowajczyni. Oprócz jej skarg na Brzoskwinkę, w kociarni było słychać szlochy maluchów rozpaczliwie uciszanych przez Golca.Wszyscy byli na nią źli. Ale czemu? Co ona takiego zrobiła? Przecież...-lecz jej rozmyślania przerwał wrzask matki.
- Wiesz, że mogła im się stać krzywda?- warknęła. Nie dopuszczając do głosu swojej córki, wskazała ręką dziurę. O nie. Znowu cały dzień spędzony w tym nudnym miejscu. Młoda prychnęła i napuszona wkroczyła do dołka. Jej spiczaste uszy ledwo co wystawały z zagłębienia. Ale ma głupią mamę... Przecież to tędy księżyc temu wydostała się na wycieczkę. Haha. Teraz tylko poczekać... I czmychnąć. Po kilku minutach tak zrobiła- wcisnęła swój zadek w dziurę obok (wcześniej ją powiększając). Mróz na polu zdziwiło małą. Także białe coś spadające z góry. Gdy takie "coś" spadło jej na pyszczek, poczuła, że to coś jest mokre i zimne. Pfe. Fuj. Szybko skoczyła dalej, starając się unikać tego czegoś. Mimo tego, białe okruchy wciąż spadały na nią. Przerażona pobiegła. Widziała to coś na ziemi, jednakże wtedy w większej ilości. A takie upadające na nią? NIe, jej futerko było na to za krótkie. Musiała znaleźć jakieś miejsce do schronienia. Wracać do żłobka nie było co... Ale miejsce pachnące ziołami zawsze napawało ją spokojem. Weszła do środka otrzepując się z wody.
- Idź stąd. - Burknięcie kremowo-białego kształtu powitało ją na wejściu.
- W taką pogodę? Psz...Ps...Psczóko, mogę tu na razie zostać? - zapytała najmilej, jak umiała i ekspresowo skoczyła do jednej wiązki ziół. - Co to?
- Nie twoja sprawa.
- Ale wiesz, że może mi to się przydać? - przypomniała. Nie mogła się poddać. Tak ją to ciekawiło...
- No masz rację. Tak często pakujesz się w kłopoty, więc... Dobrze, nauczę cię podstawowych ziół. - i medyczka chwyciła ogromny liść. Czarne ziarna wyglądały ciekawie... - To ziarna maku. Pomagają zasnąć. A to pajęczyny. Zalepia się nimi rany.
- Gdzieś ty polazła? - ktoś przerwał wykład Pszczółki. Zaskoczona Brzoskwinka zobaczyła, że to jej tata. Czarny, przemoknięty kształt wskoczył do środka, chwytając malutką w zęby.
- Tatusiu, ja się tu uczę! - zauważyła.
- Będziesz się uczyć, jak zostaniesz uczniem. Pszczółko, przepraszam jak ci w czymś przeszkodziła... Będę ją bardziej nadzorować. - miauknął i wyszedł na pole. Plucha, zimno oraz wszystkie niemiłe rzeczy wróciły. Drżąc na całym ciele próbowała wytłumaczyć wszystko ojcu, lecz śnieg (wreszcie przypomniała sobie nazwę!) wsypywał jej się do pyszczka. Gdy weszli do kociarni, Brzoskwinka otrzepała się i zwiesiła oczy. Pewnie znowu bura od matki. Ale nie! Leszczyna zaczęła ją lizać szalenie, a ojciec nie zajmował się już gagatkiem. Był zbyt zmęczony.
- Mamo...- zaczęła się tłumaczyć, jednak przerażony głos matki przerwał jej:
- Kochana, co ci się stało?
- N-nic- miauknęła cichutko.
- Wiesz jak się o ciebie bałam? Czemu wyszłaś?
- Bo tu było nudno... Bardzo. I byłam smutna.- pociągnęła noskiem. To była prawda.
- Już dobrze.- uspokoiła ją Leszczyna widząc zbierające się łzy w oku córki. - Chodźcie tu.- przywołała resztę dzieci. - Chciałabym, żebyście o wyjściach mi mówili. I... Chcę was przeprosić. Czasem byłam zbyt... Zbyt ostra. Po prostu, nie mogę czasami wytrzymać. Zrozumiecie to? A teraz do spania. Jak wstaniecie, to pójdziemy na dwór. Wiatr już słabnie. - Czule liznęła każde z dzieciątek po głowie. Brzoskwinka nigdy się nie spodziewała, że matka się przyzna do winy. Szybciutko podreptała na swoje miejsce przy brzuchu rodzicielki. Ciepło dochodzące z jej futra koiło wszelkie negatywne emocje. Tak czuła się najlepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz