BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 marca 2022

Od Tygrysiej Łapy(Tygrysiej Smugi) CD. Rozżarzonego Płomienia

Nie potrafiła dać mu spokoju. Nie mogła przejść obojętnie obok kocura, którego każde spojrzenie było przesiąknięte czystą pogardą, a na pysku co rusz pojawiał się wyraz świadczący o poczuciu wyższości.     Ogromnie starała się nie przejmować podejściem Rozżarzonego Płomienia do tematu nierudych, a i tak nie mogła odpuścić. Czułaby się źle, gdyby nawet nie spróbowała zmienić sytuacji.
    Podążała za nim jak cień. Była w stanie stać nad nim przez cały dzień, byleby w końcu uległ i przyznał jej rację, że sama idea podziałów jest niedorzeczna i żałosna, bo śmiesznym tego nazwać się nie dało. To przynosiło dużo zbędnego cierpienia.
    — Zostaw. Mnie. W. Spokoju — zasyczał, na co jedynie zastrzygła uszami i lekko ziewnęła, znudzona faktem, że nie potrafił zrozumieć tak oczywistej rzeczy, iż będzie uparcie trzymać się swoich racji, a na dodatek zamierza go nimi zarazić.
    — Nie mogę — odparła, kręcąc powoli głową.
Wydawał się wściekły. Patrzył na nią z taką miną, jakby powiedziała coś nadzwyczajnie absurdalnego.
    — Bo? — mruknął cicho, starając się najwyraźniej chociaż przez chwilę zachować zimną krew.
    — Bo twoje myślenie jest bez sensu - stwierdziła. — I nie patrz na mnie tak, jakbyś chciał mnie rozszarpać, bo próbuję z tobą porozmawiać naprawdę pokojowo i twoje warkoty nie mają tu podstaw bytu — dodała.
    — Powiedziałem ci, że ze zdrajcami nie zamierzam rozmawiać, więc odsuń się ode mnie jak najdalej, póki jeszcze moja łapa nie dosięga twojego pysku — zagroził oschlej, ignorując ją na moment i zabierając się za swój posiłek.
    Zamierzała wygłosić mu kazanie o negatywnych wpływach zastraszania innych, ale się powstrzymała. Może rzeczywiście nie był dzisiaj w nastroju do dyskusji i powinna dorwać go wtedy, kiedy będzie w lepszym humorze.
    Brzmiało to jak coś niemożliwego, ale im dłużej wpatrywała się w znikającą pomiędzy jego łapami piszczkę, tym bardziej traciła nadzieję na sukces dzisiejszej misji. Żar zrozumie jeszcze kiedyś, że to, co mówi, nie jest dobre. I ona o to zadba.
    Powoli wstała i pochwyciła z nim na moment kontakt wzrokowy. Następnie jak gdyby nigdy nic - odeszła w stronę legowiska uczniów, licząc w głowie każdy krok, aby odciągnąć swoje myśli od pomysłu nagłe zawrotu i podjęcia się kolejnej rozmowy z rudzielcem.

***

    Tak jak mogła się spodziewać, dorwanie Rozżarzonego Płomienia na osobności nie należało do najłatwiejszych zadań. Ilekroć próbowała, ten otaczał się innymi kotami, albo całkowicie znikał z jej pola widzenia.
    Wątpiła, by bał się konfrontacji z nią. Raczej wymówką byłoby coś w stylu "Nie zamierzam tracić czasu na zdrajców".
    Zdążyła zostać wojowniczką. Chociaż w jej przypadku ta cała ceremonia miała miejsce dosyć późno. Ponad 20 księżyców na karku i bycie uczennicą nie świadczyło o niej dobrze, ale skoro teraz nosiła nowe imię, mogła być z siebie dumna.
    Postąpiła o krok, zapatrzona we własne łapy. Nie pasowała jej aktualna atmosfera w klanie. Koty znowu wydawały się być przybite, a ona — o dziwo — miała wręcz uczucia o przeciwnej mocy.
    Pojawiła się w niej pewna radość, do której trudno było jej się przyzwyczaić. Odnalazła siostrę, która okazała się być naprawdę interesującą istotą. Miała nadzieję widywać się z nią częściej, bo zaledwie jedno spotkanie z nią zdążyła wywołać w niej więcej emocji niż relacje z bratem, z którym widywała się tak naprawdę codziennie.
    Usłyszała warkot z naprzeciwka, kiedy prawie co wparowała komuś pod łapy. To ognisto rude futro rozpoznałaby wszędzie. Niemalże na jej pysk wkradł się uśmiech satysfakcji, ale jej zobojętniała natura go zakryła.
    — Rozżarzony Płomieniu — zaczęła spokojnie, dostrzegając na starcie złość w jego spojrzeniu. — W końcu mamy okazję porozmawiać, wspaniale, prawda? — zagadnęła.
    — Ani trochę — odparł, odwracając wzrok.
    Wyprostowała się, zauważając, że przez te księżyce zdążyła wyrosnąć i nie sięga mu już ledwo co do piersi, tylko bardziej się z nim zrównała.
    — Myślę, że miałeś dużo czasu do pomyślenia i powinieneś dojść do pewnym wniosków — oświadczyła.
    Przez moment poczuła się jak matka, karcąca swoje kocie i oczekująca poprawy w jego zachowaniu.
    Żar spojrzał na nią z rozbawieniem, jakby nie dowierzał w jej słowa.
    — Cokolwiek sobie teraz nie pomyślałeś, ja mówię poważnie - westchnęła. — Ten temat sam w sobie ciągnie się za długo. Nie powinieneś stosować tak bardzo negatywnej i bezpodstawnej krytyki wobec każdego, kto nie ma rudego w kolorze sierści — rzuciła.

<Żar?>

Od Zbożowej Gwiazdy

 Do ostatniej chwili zastanawiała się, czy iść na zgromadzenie. Nie miała siły ani ochoty, tego pierwszego już szczególnie. Siwizna na jej pysku zagościła się już na dobre stając się upierdliwym symbolem uciekających spomiędzy jej łap księżyców życia. Każdy kolejny dzień sprawiał, że patrzyła na wszystko z jeszcze większą niechęcią, może i nawet obrzydzeniem? Ciężko jej było powiedzieć. Na jakiekolwiek zadane pytanie zdawała się odpowiadać z pretensją, że ktoś jakkolwiek śmiał zakłócić jej święty spokój.
"Klan Gwiazdy się od nas odwrócił, Zbożowa Gwiazdo!"
Wściekła niczym rozjuszone stado os uderzyła z całą siłą w patyk, który pękł wydając z siebie cichutki trzask, płoszący ptactwo siedzące na pobliskim drzewie. Miała dosyć. Tak cholernie miała dosyć- Szczególnie tej sztucznej, wymuszonej troski. Widziała w ich oczach, oj już doskonale to widziała. Czekali tylko aż padnie! Tak! Nie mogli się doczekać, aż przykryją ją kilkoma garściami brudnej ziemi, pełnej obrzydliwych robali.
Pozwolą, żeby jej ciało zmieniło się tylko i wyłącznie w nic nie wartą kupkę kości.
Nie miała pojęcia, dlaczego tak się ostatnimi czasy czuła. Może to zgryzota, może starość, paranoja czy inne cholerstwo. Godziny jej snu wydłużały się z każdym dniem, dochodząc do momentu, kiedy przesypiała niemalże całe dnie, nie mając pojęcia co się dzieje w klanie.
To wszystko doprowadzało ją do szału. Nie tak powinien zachowywać się lider na osty i ciernie! 
Tęskniła za dawnymi czasami, kiedy żył Aroniowa Gwiazda, jej ukochany wujek był zastępcą a ona... tylko wojowniczką, która mogła mieć głęboko w dupie gdy tylko odbębni patrol oraz polowanie dla klanu. Powaga, którą musiała niejednokrotnie zachować była dla niej czymś wybitnie uwłaczającym, dziwnym, czymś co do niej nijak nie pasowało. Nadal zastanawiała się, jakim cholernym cudem Jesion powierzył ten cały pierdolnik.
Zwęziła ślepia, przyglądając się lekkiemu wzniesieniu w oddali. 
Zaśmiała się przy tym wszystkim kpiąco. Kiedyś miała siłę na wędrówkę dookoła terenów klanu nocy, polowanie i pewnie znalazłaby chociaż minimum energii by zrobić coś jeszcze.
Starość była uwłaczająca dla kotki, szczególnie, gdy nie potrafiła zrobić dookoła siebie większości rzeczy. Nie chciała, by się nad nią litowano i ze sztucznym uśmiechem opiekowano. Taka wegetacja to nie było życie, nienawidziła tego cholernego aktu litości. Wielokrotnie myślała o skróceniu tego całego cyrku, wysyłając samą siebie na tamten świat. 
Klan Gwiazdy? 
Nie wierzyła w nich specjalnie, cóż mogły zrobić jej cholerne zdechlaki? 
Kpina. Jeszcze ci głupcy trzęśli się przed nimi niczym kocięta przed wściekłą matką.
Wszystko się ruszało, pulsowało. Miała wrażenie, jakby uwiesiło się nad nią tysiąc par oczu. Niepewnie stąpała przed siebie, tłumiąc drgające, pełne strachu uczucie. Szum płynącej w oddali wody tłumił jej myśli. Bengalka oblizała nos, przypominając sobie, jak dawno nie miała nic w pysku. Jej klan głodował a ona pozbawiona sił witalnych nie była w stanie nic zrobić. 
Ptasi śpiew przycichł, gdy znalazła się u celu. Pierzaste stwory jakby rozumiały, że mają zachować ciszę i jej nie przeszkadzać. Kilka z nich poderwała się z gałęzi, strącając liście na głowę przywódczyni; ta wzięła głęboki wdech, napełniając płuca świeżym powietrzem. Rozluźniła stare, spięte mięśnie chociaż na moment. 
Jeden.
Dwa.
Trzy...
Sześć...
Dziesięć...
Dziesięć uderzeń serca musiało minąć, nim się odezwała. Rzuciła zawiniątko na ziemię, nawet nie kłopocząc się, by zmyć ze swojego pyska sok jagód śmierci, który przesiąkł mech. Przez chwilę rozważała zjedzenie ich jednakże ostatecznie zdeptała pakunek, rozrzucając go dookoła. Ułożyła się wygodnie, pilnując by mieć przed sobą wyschnięte kwiaty, które ułożyła tu jakiś czas temu.
Uśmiechnęła się zawadiacko, przymykając ślepia.
— Oszczędziłabyś sobie tej całej dramaturgi — znajomy, szylkretowy ogon smagnął ją w nos, zaś z gardła jego właścicielki uciekł perlisty śmiech. Zboże podniosła się niechętnie, oburzona, że ktoś raczył przerwać jej drzemkę. Wyprostowała ciało, prężąc je dumnie. 
Zielone ślepia w kolorze młodej, soczystej trawy zaiskrzyły figlarnie, gdy ich właścicielka zakręciła się dookoła bengalki; jej ciało poruszało się tak, jakby tańczyła. Wojowniczka zamruczała z aprobatą, ocierając się o jej policzek.
— Ja i dramat? Hah, cóż to za niedorzeczne spekulacje? — bury ogon przeciął powietrze, gdy ta zbliżyła się do szylkretowej kupy futra, która odskoczyła od niej dwa kocięce kroki. Później znowu, znowu i znowu. Tak długo, aż niemalże całkowicie zeszły ze wzniesienia.
— Myślisz, że zauważą? 
Zatrzymała się w półkroku. Tak bardzo nie chciała oglądać się za siebie, walczyła na każdym kroku by tego nie robić. Kotka uśmiechnęła się pokrzepiająco w jej kierunku, nakłaniając, by to zrobiła. Przez chwilę pozbawione jakichkolwiek emocji ślepia wodziły po nieruchomym, pstrokatym ciele, szukając jakiegokolwiek znaku. Zniesmaczona widokiem swojej słabości, odwróciła się pełna werwy.
— Pewnie tak — zamruczała, szukając ukojenia w bujnej sierści — A nawet gdyby nie... dla mnie już nic się nie liczy. Chodźmy nadrobić stracony czas, Konopio. 
Odeszły razem, splecione ogonami, pozostawiając sztywne ciało za sobą.
Ciało, które należało kiedyś do Zbożowej Gwiazdy. 
Pozwoliły rozpoczynającemu się deszczowi zmyć ślady.

Od Rysiej Łapy (Rysiego Puchu)

 Kotka tylko spojrzała na tłum kotów, próbując wykrzesać w sobie odwagę. Uniosła łeb i usiadła pod wysoką skałą.

- Dzisiaj zebraliśmy się, by mianować tą oto tutaj uczennicę na wojownika. - Jaśmin spojrzało na nią. - Ja, Jaśminowa Gwiazda, wzywam moich walecznych przodków, by spojrzeli na tą uczennicę. Pracowała pilnie i ciężko przez wiele księżyców, by poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Rysia Łapo, czy przysięgasz bronić Klanu Klifu nawet za cenę własnego życia?
W błękitnych oczach Ryś pojawił się błysk.
- Przysięgam. - miauknęła pewnie. Nie było rzeczy, której była bardziej pewna niż kwestia jej lojalności. Nie zdradziłaby Klanu nigdy. Nigdy przenigdy.
- W takim razie, na mocy Klanu Gwiazdy nadaję ci twoje wojownicze imię. Rysia Łapo, od teraz będziesz znana jako...
Wzięła głęboki oddech. Zbyt długo na to czekała. A teraz każda milisekunda trwała godzinę.
- ..Rysi Puch. Twój Klan ceni twoją siłę, lojalność i wytrwałość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Klifu.
...co?
Cofnęła się przed skałą, gdy stykała się nosem z Jaśminem.
Rysi... Puch?
Nie mogła wydusić z siebie słowa.
Czy to imię było na serio? Czy to nie jest jakiś ponury żart?
- Rysi Puch! Rysi Puch! Rysi Puch! - skandował Klan, patrząc na nową wojowniczkę, której postura ucieszonej i dumnej chowała się pod cieniem oczu, zdradzających wszystkie jej emocje.
- Rysi Puch! - podbiegł do niej z tłumu Lamparci Ryk, liżąc ją po uchu. - Przepiękne imię! Nie wiedziałem, że kiedykolwiek się tego doczekam. W tym dobrym sensie.
Milczała na pochwały. Wciąż jej nowe imię dzwoniło jej w uszach jak wyrok.
Czy naprawdę jej zasługi miały zostać przypieczętowane Puchem? Imieniem jak dla kocięcia? Niczym dla kota strachliwego, słabego, który boi się wyjść z legowiska?
Podeszło do niej więcej kotów. Jedna część po prostu gratulowała nowej posady, jedni mieli przygotowane bardziej dosadne kwestie, natomiast głos jednego z podchodzących szczególnie wrył się jej w pamięć.
- Rysi Puch. Jesteś godna tego imienia. - zgryźliwy ton zlewał się z innymi głosami, nierozpoznawalny. - Gratulacje.
Wśród innych pochlebstw, które w innym przypadku sprawiłyby, że zmiękłaby do poziomu zgniłej gruszki, tego nie mogła zapomnieć. Po prostu nie.
Widziała, że Lamparci Ryk to zauważył. Jak mógłby nie zauważyć? Widział każdą zmianę nastroju, emocję. Niczym wróg, śledzący innego, by poznać każdą jego tajemnicę. Często czuła, że to było niepokojące. Fakt, że potrafił zrozumieć niemal każdy sygnał wysyłany przez jej ciało. To było okropne. Był niczym szpieg. A jednak nie robił nic sobie z informacji, które znajdował. Wręcz przeciwnie, nie dość, że zdradzał swoje spostrzeżenia na jej temat, to jeszcze na swój. Nie wiedziała, dlaczego czarny był tak skrajnie nieodpowiedzialny. Mogłaby to wykorzystać już wiele razy.
- Hm, rgmh. Możemy pogadać, Rysi Puchu?
Oczywiście. Pogadać. Kolejne słowa, że się o nią martwi. Że ma coraz to nowsze rany, a Klan Klifu z nikim nie stoczył walki. Bo je mniej niż zazwyczaj, bo się zmieniła, bo jest inna. Kolejna pogadanka jak z kociakiem, że coś jest nie tak i czy nie chce porozmawiać na ten temat. Za każdym razem mówiła twarde nie, ale on wracał. Za każdym pieprzonym razem.
Jednak czy mogła mu odmówić?
- Piękna z was para. - miauknął ktoś z tyłu, gdy szła obok Lamparta na pogadankę gdzieś, gdzie będzie ustronniej. Para. Czy ktokolwiek mógł pomyśleć, że ona.. I on.. Nie. Nie było takiej opcji. Zacisnęła zęby. Kocur nie był jej partnerem! Czy ktoś mógłby pomyśleć, że wybierze taką osobę?
Niepokój unosił się w powietrzu. Wydobywał się z niego smród zaniepokojenia. Nie miała na to ochoty. Nie na kolejne puszczanie słów na wiatr, że zrobi to, że zrobi tamto. Że dobrze, już tak nie będzie, że się postara. Znowu dać parszywą nadzieję temu kotu i patrzeć jak się po raz kolejny załamuje. Może Ryś wyglądała na apatyczną na emocje innych, ale w głębi duszy żałowała, gdy zrobiła komuś przykrość. Oczywiście gdy tą osobą był Lamparci Ryk, bo inaczej miała to gdzieś. 
- Nie cieszysz się z nowego imienia?
Odetchnęła głęboko.
- Czy ty byś skakał z radości, jakby to ciebie ktoś nazwał Lamparcim Puchem?
- Cóż. Nawet nie brzmi źle. - zaśmiał się na chwilę, po czym znowu spoważniał. - Twoje imię nie ma znaczenia. Wciąż jesteś tym samym kotem, nie ważne czy Puchem czy Pazurem.
- Ale ja to wiem. - mruknęła, machając ogonem. Nie była głupia. - O czym tak bardzo chcesz porozmawiać?
- Coś chyba jest nie tak. Tu chodzi o coś więcej niż imię. Jesteś jakaś taka.. inna.
Parsknęła.
- Nie powtarzaj się. Mówisz to cały czas.
Czarny westchnął, patrząc smutnymi oczami na przyjaciółkę.
- Bo cały czas taka jesteś. Kiedyś cię znałem lepiej. Gadaliśmy sporo. A teraz mało kiedy widzę cię w obozie. Zawsze gdzieś wychodzisz w pojedynkę. Coś się stało?
- Może. - miauknęła, po czym ugryzła się w język. - Nic się nie stało. Wydoroślałam. - polizała się po łapie czując napięcie w brzuchu i w głowie. Nie przepadała za takimi rozmówkami. 
- No nie wiem. Jakoś dziwnie się zachowujesz.
- Od kiedy?
- Od niedawna. Paru księżyców może.
Zamrugał kilka razy.
- Coś się stało? - wyczuła jego zmartwienie w głosie.
- Mówiłam. Stałam się po prostu dorosła. Nie jestem już burzliwą nastolatką. - wspinały się po jej grzbiecie wyrzuty sumienia, wzbudzając dreszcze. Lampart, nie ważne jak irytujący, robił wszystko dla jej dobra.
Na Klan Gwiazdy.
- Ale doceniam, że się o mnie zamartwiasz. - dodała nerwowo ruszając końcówką ogona. - To miłe. Ale serio nic mi nie jest. Nie musisz tego robić.
Uśmiechnęła się sztucznie.
- Chcesz może iść na patrol? - spytała. Ugh. Tak bardzo nie chciała z nim nigdzie wychodzić. Nie teraz.
Ale z tyłu głowy już miała przeczucie, że jak będzie sama dopadnie ją Kogut, a to wolała odwlekać jak najdalej od siebie.

***

Ten dzień nie był taki zły.
Lamparci Ryk był mniej irytujący niż zwykle.
Ziemia jakoś mniej grząska.
Słońce jakieś takie cieplejsze.
Ale w końcu nadeszła noc, otulając senne koty księżycową kołdrą, by zasnąć w spokoju. Ona nie mogła jednak zasnąć.
Legowisko wojowników było inne niż to uczniowskie. Po pierwsze, było tu o wiele więcej kotów, co sprawiało, że czuła się bezpieczniej. Lamparci Ryk zaproponował jej miejsce obok siebie, ale Rysi Puch wybrała to na końcu. Chciałaby usnąć i nie martwić się o własną skórę, ale szepty Koguciego Dzioba drapały ją po karku jak kara.

***

To miejsce było nawet jeszcze bardziej obślizgłe niż wcześniej.
- Kogo my tu mamy? - warknął z niskim chichotem kocur, którego nie chciała tu spotkać. - Naszego kochanego tchórza?
- Chcę cię najmocniej przeprosić. - szepnęła cicho, nieśmiało podchodząc w stronę czarnego, zniżając łeb. - Żałuję mojego zachowania bardziej niż myślisz.
- A ty myślisz, że tutaj przepraszam ma jakiekolwiek znaczenie. - łapa i pazury kota minęły ją zaledwie o długość wąsa. Zrobiła prędki unik, odskakując dalej. - W Mrocznej Puszczy przepraszam nie uratuje ci życia. - teraz to on skoczył i złapał kotkę w sidła, przyduszając do ziemi.
- Teraz możemy rozmawiać. Nie martw się, nie zamierzam ubić takiego szczura jak ty. - warknął, widząc przestraszony błysk w oku Rysiej. - Trudziłem się za długo, by dostać takie ścierwo, które kota z innego Klanu zabić nie potrafi. - syknął, wbijając kremową w twardą ziemię, tak że aż bolały ją kości.
Milczała. Po prostu nie wiedziała jak wyrazić własny żal. Parzyły ją wyrzuty sumienia. Nie potrafiła zrobić czegoś prostego jak połknięcie płotki.
- To moja wina. Pierdolona wina. - wyrwała się z uścisku, gdy się nie spodziewał. - Jestem tchórzem. - zacisnęła powieki. - Ale.. Ale zrobię wszystko, by ci to wynagrodzić. Każdą rzecz jaką tylko chcesz. Bez wyjątku.
Kocur uśmiechnął się. Widziała niepokojący błysk w jego oku.
Czuła, że pożałuje swojej przysięgi. 

25 marca 2022

Od Mrówki

- Tato. Tato, musimy iść. On tutaj idzie. 
Spoglądała na ojca zapłakanymi żółtymi ślepiami. Mógł dojrzeć jej błaganie. Dwunożni mogli w każdej chwili ich zaatakować, dorwać w swoje łapska, zamordować lub uwięzić. Owocowym Lasem wstrząsnęła tragedia. Krew lała się strumieniami, zdobiła martwe ciała pobratymców. Jeszcze rankiem widziała ich radosne mordki, żeby teraz nosić w sercu żałobę. Atak Dwunożnych był niespodziewany i przerażający. Członkowie Owocowego Lasu musieli uciekać, zostawić wszystko za sobą, oraz trafić do bezpiecznego miejsca. Wzrok złotej powędrował ku Dwunożnemu, trzymającemu w łapie jedną z norek i zmierzającego w ich kierunku.
- Mama by nie chciała, żeby nas złapał. 
Orzeł wybuchnął kolejną falą płaczu. Jak ojciec mógł płakać w takim momencie? Ona również tęskniła za matką, ale wiedziała, że musi ocalić własną skórę. Kostka zmarła, już nic nie mogło jej przywrócić do świata żywych, pozostanie jedynie w ich wspomnieniach. Oni nie mogli podzielić jej losu.
Ciocia Daglezja pojawiła się w samą porę. Wraz z Mrówką siłą odciągnęły kocura i zdołały umknąć w jakieś zarośla. Dłuższą drogą zaczęli biec do wyjścia. Daglezja prowadziła, dobrze znając tereny Owocowego Lasu.
- Szybciej, Mrówko! Szybciej! — nakłaniała do zwiększenia wysiłku swoją bratanicę.
Mrówka nie miała problemu ze zwinnym i prędkim poruszaniem się po terenie. Bardziej jej obawy skłaniały się ku Orłowi. Kocur ledwo dreptał, pociągając nosem. 
- Nie powinienem jej zostawiać.
- Zginąłbyś, mysi móżdżku. - upomniała go ostrzej Daglezja. Wojowniczce spieszyło się, żeby jak najszybciej opuścić sad. 
Mrówka z nieopisaną ulgą przyjęła widoczne na horyzoncie Ogrodzenie. W tle mignęły kształty kotów. W pobliżu Ogrodzenia dojrzała ciała Puchacza, Raroga, Jerzyk i biednej Uszatki. Całe zakrwawione, jakby nie był to wyczyn Dwunożnego lecz czegoś innego. Mrówka pierwsza przedarła się przez Ogrodzenie. Orzeł i Daglezja mieli być następni, lecz wtedy rozległ się niezrozumiały krzyk. Kotka odwróciła się akurat w momencie, gdy jeden z Dwunożnych wycelował w jej stronę. Mrówka na uderzenie serca straciła oddech. Spoglądała szeroko otwartymi oczami na ciało swojej ciotki upadające na ziemię. Poczuła zapach krwi i śmierci.
Tym razem ojciec nie protestował. Mrówce udało się wyprowadzić Orła z niebezpiecznego terenu. Wspólnie skierowali się śladem pobratymców. W głowie złotej kotki roiło się od wielu pesymistycznych scenariuszy. Łzy same zalewały jej oczy. Przypomniała sobie te wszystkie dni spędzone w żłobku na wtulaniu się w sierść Kostki, słuchaniu jej opowieści, rad, czasem kazań. Kostka była surowa, ale kochała z całego serca ich małą rodzinę. Mrówka również ją kochała i tęskniła za kocicą. Obiecała, że będzie godnie reprezentować krew tak wspaniałej i bohaterskiej wojowniczki.
- Mrówka! - Słonecznik podbiegł do siostry, mocno wtulając się w jej sierść. Jej uwadze nie umknęły jego zabłocone łapy i poszarpane futro. - Martwiłem się o was. Gdzie mama?
Odsunęła się od brata. 
- Nie żyje. Podobnie jak ciocia Daglezja i wielu innych mieszkańców. Dwunożni to bestie. 
- C-co.... 
Oczy kocurka momentalnie zaszły łzami. Mrówka objęła go, mocno przytulając do swojej piersi. Łagodnie polizała brata za uszami, jak to robiła Kostka, gdy było im smutno i żadne motywacyjne słowa nie działały. Słonecznik pociągnął nosem. Mrówka odwróciła wzrok, wbijając gniewne spojrzenie w Błysk i Brzoskwinkę. To wszystko wina przywódczyni i zastępczyni!
- Zamierzacie coś zrobić? - syknęła w ich kierunku z wściekłością. Poruszyła ogonem. - Za późno została przeprowadzona ewakuacja. Co z ciebie za liderka, że nie umiesz ochronić własnych pobratymców?
- Orle, zabierz swoją córkę. - warknęła Błysk.
Mrówka wstała. Ojciec nie był teraz w stanie nigdzie iść, wolała mieć go na oku. Spojrzała na Słonecznika z determinacją. Od tej pory oboje byli za niego odpowiedzialni. 

24 marca 2022

Nowy Członek Pustki!

Powód odejścia: decyzja administracji
Przyczyna odejścia: morderstwo

Odeszła do Pustki!

Od Bzu CD. Plusku

Smutno śledził kroki kotki. Ostatnio była taka inna. Taka obca. Widząc na sobie jej spojrzenie, położył uszy. Ogon smętnie pozamiatał podłogę. Widział, jak jej żółte ślipia pytająco na niego spoglądają. Zrobił krok w tył. 
Gdyby tylko umiał się z nią skomunikować.

* * *

Lisy zjawiły się w ich obozowisku. Krążyły wśród nich, jak u siebie. Jaskółka wesoło kroczyła w towarzystwie rudej kity. Zupełnie jakby zapomniała o całym świecie. O wszystkim co im zrobili. Bez to widział. Pamiętał do dziś. Nie tylko u niego obecność rudzielców przynosiła ból. Tuż za Jaskółką wędrował zazdrosny wzrok jej partnerki. Krecik przyglądała się temu wszystkiemu. Smutek bił od niej, sprawiając skrzywienie na mordce vana. Ćma i Maczek szeptali coś, kręcąc nerwowo ogonami. Jedynie Komar wraz z Sadzą u boku przypatrywali się temu z uśmiechem. Para kotów oglądała to wszystko z góry niczym przedstawienie. 
Wzrokiem szukał znanej mu puszystej sylwetki. 
Rude futro wpadło mu w ślipia. W towarzystwie nieznanego burego. Zmarszczył brwi. Nie znał go. Kiedy on tu się zjawił. Napotkawszy zielone ślipia obcy posłał mu wywyższające spojrzenie. Bez położył uszy. Nie rozumiał o co chodziło tamtemu. 
Szybkim krokiem oddalił się, czując dziwną gorycz w sercu, której nie rozumiał. 

* * *

Śniła mu się Plusk.
Pamiętał jak spoglądał niepewnie w jej żółte ślipia. Nie chciał tego zakończyć w tak sposób. Pachniała radością, więc czemu reagowała w taki sposób. Dlaczego to robiła. Tracił ją ponownie, aż zaczęła się śmiać. Na dobrze znanym mu rudym pysku zakwit uśmiech, za którym tak tęsknił. Odetchnął z ulgą. Widok śmiejącej się kotki był taki błogi. Taki pocieszny. Tracił ją jeszcze raz, aż ich pyszczki znów się spotkały. Tym razem trwało to dużej. Żar palił go po całym ciele. Przyjemne pieczenie. Chęć dotyku. Nigdy wcześniej nie myślał, że może poczuć coś takiego dotykając drugiego kota. Plusk odsunęła się, zasłaniając mu pysk łapą. Spojrzała na niego z wyrzutem, ruszając pyskiem. I znów? Bez spojrzał niepewnie na nią. Zaczęła znów poruszać pyskiem, spojrzała na swoje łapy. Znów posmutniała. Bez położył uszy. Nie chciał znów widzieć w tym niezrozumiałym dla niego stanie. Tracił kotkę. Plusk zaskoczona, pacnęła do lekką łapą. Bez znów lekko naparł na nią. Nie spodziewała się tego, gdyż obydwoje znaleźli się na chłodnym śniegu. Kotka ruszyła pyskiem. Zrobiła groźną minę. Bez uśmiechnął się lekko i zetknął się z nią nosem. Zły nastrój opuścił kotkę. Przyciągnęła go lekko do siebie.
Otworzył ślipia, by uderzeniu serca je zamknąć. Nie chciał wracać do szarej rzeczywistości. Nie chciał opuszczać przyjemnego snu. Coś poruszyło za nim. Zaskoczony zerwał się na łapy.
Ruda kotka niespokojnie kręciła się przez sen. Bez rozejrzał się wokół. Niebo powoli zabawiało się na czerwone barwy. Wspomnienia ostatniej nocy zaczęły bombardować umysł kocura. Serce zabiło szybciej. Wraz ze świadomością, jak martwi będą, gdy liderka odkryje co zrobili.
Trącił lekko onieśmielony kotkę. Plusk poruszyła pyskiem, by po uderzeniu serca zasłonić go łapami. Zdawała się też mieć miły sen. Bez nie chciał go przerywać, lecz nie miał wyjścia. Nie jeśli chcieli uniknąć gniewu liderki. Zdezorientowana ruda w końcu przebudziła się. Żółte ślipia spojrzały na niego pytająco. Ziewnęła, wstając leniwie.
Bez zatupał łapami, próbując dać kotce do myślenia, jak ważna jest kwestia czasu. Ruda spojrzała na niego nieobecnym spojrzeniem. Rozejrzała się wokół i spojrzała zmartwiona na pysk kocura. Zrozumiała. Razem prędkim krokiem udali w stronę znajomych terenów. Nieznane tereny prezentowały się zupełnie inaczej za dnia. Bezkresne polany. Zapach królików unoszący się w powietrzu. Niskie i wysokie nieznane trawska. Bez przyglądał się temu ile mógł, biegnąc przed siebie.
Byli już blisko.
Zatrzymał się gwałtownie widząc na horyzoncie szarą sylwetkę.
Komar.
Kocur uśmiechnął się do nich. Zaczął poruszać pyskiem. Podchodzić bliżej. Bez zdezorientowany spoglądał na Plusk. Beztroska zniknęła z płaskiego pyska. Uszy jak i ogon opadły. Odpowiedziała coś wojownikowi, który zdawał się bawić znakomicie. Pomimo powagi na pysku pachniał radością. Radością zmieszaną z podekscytowaniem. Bez nie rozumiejąc nic z tego co się działo, jedynie spoglądał a to na jedno, a to na drugie.

* * *

Leniwie otworzył ślipia. Ponura pogoda nie zachęcała do wyjścia. Podobnie jak głód. Powrót do dawnego domu coraz częściej chodził wszystkim po łbie. Każdy tego pragnął. Tam nie znali głodu. Tam nie znali niebezpieczeństwa. Odizolowani. Bezpieczni.
Wstał niechętnie. Długie, białe łapy wlokły się po ziemi. Metaliczny zapach uderzył do jego nosa. Niewyraźna sylwetka stała na środku obozu. Niewielka.
Kocię?
Potarł zaspane ślipia.
Nie.
Nie wierzył w to co widział.
Wraz z jego paniką zjawiły się inne koty. Równie przerażone. Woń strachu i niepokoju mieszała się ze sobą. Nie musiał słyszeć, by wiedzieć co mówią do siebie. Wszyscy zamarli, gdy bura sylwetka wyszła ze swojego legowiska. Żółte ślipia przeszyło niedowierzenie. Potem gniew. Ryk tak potężny, iż nawet najdrobniejsze kamyczki zadrżały na ziemi.
Bez starał się odnaleźć Plusk wśród przerażonego tłumu. Rude futro wyjątkowo stało się trudne do wyłapania.
Krąg nad cynamonowym łbem poruszał się samoistnie, dyrygowany przez panikę. Matki tuliły swe kocięta. Komar zasłonił łapą widok Agrestowi. Gronostaj płakał cicho wtulony w brata. Jaskółka wraz z lisią towarzyszką spoglądały na to z niedowierzeniem.
Wszystkim chodziło jedno pytanie po łbie.
Kto zamordował Drewno?


<Plusk?>

Od Blasku

 Albinos usiadł wygodnie na posłaniu z mchu i zamruczał, gdy poczuł na swojej półdługiej sierści język matki. Była czasami nieco zbyt opiekuńcza, ale kochał ją. I szanował. Podobnie jak ,,tatę". Poza tym uwielbiał swoje rodzeństwo. To znaczy... Z Jarzębinką nie spędzał za dużo czasu.  Ale Zimorodek była świetną kompanką do rozmów, a nawet do zabaw. Każda chwila spędzona z rodziną nigdy nie była nudna. Umilała dorastanie w żłobku. 
— Jak zostanę uczniem, to będę mógł wychodzić poza obóz? — zapytał.
Zawsze ciekawiły go rejony poza bezpiecznym azylem, w którym znajdowały się legowiska członków Klanu Klifu. Kociętom nie wolno było opuszczać obozu bez opieki żadnego wojownika. I nie spierał się z tym. Wolałby chyba przesiedzieć te sześć księżyców w żłobku, niż zostać pobitym przez lisa czy borsuka.
— Jeśli twój mentor ci pozwoli i przy tobie będzie, to tak — odparła Rdzawe Futro. — Ale nie wyrywaj się tak, ledwo co przyszliście na świat.
— Wiem — mruknął albinos. Spojrzał na wyjście z kociarni, a potem na swoje rodzeństwo. Ciekawił się, czy jego siostry też chciały już być mianowane.
Każdy księżyc dłużył się niemiłosiernie. Blask ledwo co ujrzał świat na oczy, a już chciałby dostać własnego mentora i zostać uczniem. Z jednej strony ta myśl była ekscytująca - a z drugiej, cóż, chyba jednak cieszył się, że jeszcze sporo księżyców dzieliło go od ceremonii. Mimo wszystko tęskniłby za tym zapachem mleka roznoszącym się po żłobku i za beztroskimi zabawami.
— Gdy... Gdy się zostaje uczniem, to nie można już wrócić do żłobka?
— A co, chciałbyś?
— Nie. Po prostu... Tak pytam. — miauknął kocurek, wędrując wzrokiem po całym legowisku. — Trochę zazdroszczę uczniom, bo mogą już wychodzić poza obóz i polować, walczyć. Też bym chciał. 
— Jesteś jeszcze młody, skarbie. Szybko to zleci, sam zobaczysz. Czas w żłobku przeminie ci jak uderzenie serca.
— Co jeśli uczeń nieumyślnie złamie kodeks? Albo wojownik? Ktokolwiek?
— No wiesz, czasami się zdarzają takie wypadki — mruknęła Rdzawa. — Ale to zależy od tego, jak wyrozumiały jest lider.
— Co, jeśli będę złym uczniem? I sobie nie poradzę?
— Na pewno sobie poradzisz. Ty i twoje siostry. — miauknęła Rdzawe Futro, liżąc go po łebku. — Mogę przyrzec na Klan Gwiazdy, że będziecie najzdolniejszymi uczniami w całym lesie!
Blask spuścił wzrok. Było mu głupio, że mama go tak chwaliła, ale uśmiechnął się blado.
— Dzięki. Kocham cię — wymruczał. Jego oczy mimowolnie same się zamknęły pod wpływem ciszy, która na długo zastała w legowisku. Gdy myślał o rodzinie, czuł się jakoś bardziej bezpiecznie. 

23 marca 2022

Od Pasikonika (Pasikonikowej Łapy)

Nieznane jej legowisko. Niezręczna cisza. Tylko ona i mama. Ledwo wyczuwalne napięcie. Nieznany jej starszy kocur gruzdał się. Zdawał się nigdzie nie spieszyć się. Zdawał się nie wyczuwać niechęci siwej jaka z niej promieniowała. 
Pasikonik odczuwała silne zirytowanie. Rosnące w niej z każdym zmarnowanym uderzeniem serca w towarzystwie matki, która nawet nie skrywała, że chce uciec jak najdalej stąd. Widziała jej nerwowość. Widziała, jak jej ogon nerwowo szura po ziemi. Jak pomarańczowe oko zerka co uderzenie serca w stronę wyjścia.
Lecz Jeżowa Ścieżka szukał i szukał zioła.
Szylkretka miała ochotę wykrzyczeć, że jeśli jest taki stary, że oślep jak kret to nie powinien być medykiem.
Złość gotowała się w niej z każdą kolejną sekundą wybitą w legowisku medyków. Palący ból w gardle skutecznie ją powstrzymywał. Nieprzyjemne uczucie nie chciało zniknąć. Jedynie woda je łagodziła, lecz ciągłe picie kończyło się ciągłym chodzeniem w krzaczki.
— Proszę. — podsunął pod ich łapy jakiś chwast.
Brązowe ślipia zmierzyły go ostrym spojrzeniem.
— D-dziękuję. — wykrztusiła, biorąc roślinę do pyska.
Matki już nie było z nią. Opuściła pośpiechem legowisko, gdy tylko do stała co chciała. Nie poczekała na nią. Nie wrócą razem do kociarni. Cały czas przed nią uciekała. Cały czas nią gardziła. Zupełnie jakby było z nią coś nie tak. Jakby była wielkim obrzydliwym pająkiem.
— Coś nie tak, Pasikoniku? Źle się czujesz? — troskliwy głos starca odbił się echem po norze.
Pokręciła smutkiem łebkiem. Nie chciała mu się zwierzać. Nie po tym jak mu tak źle życzyła. Wstydziła się tych myśli. Tego złego toku myślenia. Nie wiedziała dlaczego tak często jej się przytrafiało. Nie chciała być niemiła. Nie chciała być złym kotem.
— Twoja mama jest trudnym kotem, ale nie jest zła. Musisz jej dać czas. Wiele przeszła. — miauknął do niej.
Pasikonik wbiła pazurki w ziemię, żałując wcześniejszych myśli. Nic nie wiedział! Nic nie rozumiał! Ona traktowała ją jak zginiłe gówno. Nie chciała nawet na nią spojrzeć. Nigdy się do niej nie odezwała z własnej woli. Nigdy jej nie przytuliła. Nigdy nie dała jej najmniejszego ciepła i czułości. Nienawidziła jej. Całym swoim zestresowanym sercem nienawidziła jej.
Pasikonik nie wierzyła, że ktoś kto tak nienawidzi własnych kociąt może być dobrym kotem.




wyleczone: Wilcza Zamieć, Pasikonik

Od Blasku CD. Pierwszego Brzasku

 — No, i są też samotnicy. Żyją poza klanami, na własną łapę. A czasami dołączają do klanów. Jak ja. – Uśmiechnął się trochę blado.
Blask popatrzył się grzecznie na wojownika, próbując powstrzymać zafascynowane spojrzenie. Więc był wcześniej samotnikiem? Ciekawe, od kogo dowiedział się tylu informacji o klanach. Też by chciał. Mama mu trochę opowiadała, ale nie to, co sięgało aż tak daleko.
— A więc dołączył pan do klanu? To naprawdę ciekawe. — uśmiechnął się łagodnie. Brzask był miły i fajny. Czerwonooki już go lubił. — A... Czy samotnicy są agresywni? Słyszałem, że często atakują klanowe koty, gdy te są na patrolach. Nie wiem, czy to prawda.
— Wiesz, to zależy — miauknął Brzask, śmiejąc się cicho pod nosem. Spojrzał gościnnie w oczy malca, gdy zaczął mówić. — Niektórzy samotnicy naprawdę mogą być niebezpieczni i powinieneś na nich uważać, ale nie wszyscy. Zdarzają się też naprawdę sympatyczni włóczędzy i nie należy od razu atakować, gdy któryś się zbliży do granicy. Zawsze warto być czujnym, ale nie warto osądzać innych kotów zbyt wcześnie.
Albinos kiwnął głową. Te słowa były naprawdę mądre i czuł, że z pewnością kiedyś jeszcze porozmawia z wojownikiem. Teraz jednak usłyszał wołanie swojej matki, więc musiał przeprosić wojownika i odwrócić się, by do niej dołączyć.
— Wybacz, muszę już iść. Bardzo panu dziękuję za rozmowę — miauknął. 
Rdzawe Futro od razu zaczęła go wylizywać, gdy tylko ponownie pojawił się w progu żłobka. Rodzeństwo rozmawiało w którymś kącie kociarni, ale nie zwracał na nich uwagi. Był zbyt podekscytowany tą ciekawą rozmową.
— Naprawdę lubisz dokuczać wojownikom, co? — stwierdziła nieco ironicznie mama, uśmiechając się lekko.
— Nie dokuczam. Pierwszy Brzask był bardzo miły — odparł Blask, wysuwając z dumą klatkę piersiową. — I dużo się dowiedziałem. Widzisz, jak szybko się uczę?
— Tak, tak. Zdecydowanie — miauknęła pobłażliwie Rdzawe Futro. — A teraz lepiej idź odpoczywać. Następnego świtu sobie porozmawiasz.

***


— Hej, chcesz się pobawić? — syknęła mu zaczepnie do ucha Zimorodek. — Jarzębinka nie chciała się wybudzić!
— Jeszcze nie teraz, zmęczony jestem — wymruczał jedynie. Otworzył ślipia i niemal natychmiast je zamknął, gdy zobaczył światło porannego słońca zasłoniętego gęstymi chmurami, ale wciąż rzucającego jasne promienie. Nie chciał wstawać. Zamrugał parę razy powiekami, by strzepnąć łezki z oczu. Mrużąc je, skupił je na swoich łapach. Nienawidził poranków. A jeszcze bardziej nienawidził pór szczytowania słońca. Jasność go dobijała. Niewygodnie było być zmuszonym w patrzenie na jasne punkty, od których łzawiły mu oczy. Równie niewygodne było wylegiwanie się na słońcu tylko po to, by parę minut później czuć okropne pieczenie na całej jego skórze. Najchętniej by jeszcze pospał, ale z drugiej strony sumienie nie pozwoliło mu siedzieć bezczynnie w legowisku. Dlatego niepewnie wstał, chociaż krótkie łapki sprawiły, że podejście do mamy zajęło mu parę uderzeń serca.
— Chciałbym porozmawiać jeszcze z Pierwszym Brzaskiem. Mogę?
— Hej! — miauknęła z tyłu Zimorodek, jak gdyby żartobliwie urażona, że kocurek wolał rozmowy z jakimiś wojownikami, niż zabawy. 
Rdzawe Futro ze zmartwieniem popatrzyła w wyjście z kociarni, a potem westchnęła.
— No dobrze, ale nie oddalaj się. I pójdźcie porozmawiać w jakimś zacienionym miejscu. Nie zadawaj wścibskich pytań.
Blask uśmiechnął się lekko, słysząc zgodę matki. Wyszedł ze żłobka z nową energią. Niebo było ponure, zasnute chmurami jak pajęczyną, ale w jakiś sposób napawało go pozytywnym myśleniem, nawet, jeśli zbierało się na deszcz. Kuśtykał na króciutkich łapkach, unosząc dumnie brodę, co z perspektywy wojowników musiało wyglądać komicznie. Gdy tak z przymrużonymi oczami spacerował, nawet nie zauważył, że napatoczył się komuś pod łapy. Odskoczył, gdy poczuł, że ustał na większą i masywniejszą kończynę. Podnosząc pysk w górę, zobaczył twarz Pierwszego Brzasku.
— Wybacz mi, proszę pana! — miauknął natychmiast. — Mam nadzieję, że nie zabolało! Przepraszam, byłem nieuważny. Niech się pan na mnie nie gniewa. — nieco zmartwiony wyraz pyska skierował się w stronę partnera Iskrzącego Kroku.

<Brzask?>


Od Pasikonik (Pasikonikowej Łapy)

Mama znów gdzieś zniknęła. Pozostawiła ich pod opieką uśmiechniętego Zajęczej Gwiazdy. Pasikonik lubiła wujka, lecz coś w nim budziło niepokój. Mama była przepełniona smutkiem. Przygnębiona. Pełna żalu. Zestresowana. Zapach stresu zawsze unosił się wokół niej. Przesiąkła nim. Wujek zdawał się przeciwieństwem. Zawsze miał czas. Zawsze miał chęci na zabawę. Czułe zielone ślipia. Ciepłe białe futro. Zapach kwiatów.
Byli jak dzień i noc.
Chłodny mrok i słoneczny poranek.
Pasikonik nie widziała tak drastycznej różnicy pomiędzy swoim rodzeństwem. Chyba. Choć słaba ich znała. Wychowywali się razem. Czasem razem bawili. Lecz tamta trójka zdawała się lepiej rozumieć. Lepiej razem bawić. Czajka i Róża miały siebie nawzajem. Zbudowały wspólnie biedronkę dla mamy. A Węgielek? Węgielek miał dziwną panią, która jedynie jego uwielbiała. Jej czarna posyłała jedynie chłodne spojrzenie zielonych ślip. Tak podobne do jej mamy.
Pasikonik chciała mieć własną Kamienną Agonię. Kogoś kto będzie ją kochać.
Niepewnie wyszła z kociarni. Mokra trawa powitała ją, mocząc futro na łapkach kotki. Wzdrygnęła lekko, czując nieprzyjemny chłód. Nie wolno było jej wychodzić samej. Tak przynajmniej mówił, nazywany przez Węgielka, biała mama. Lecz przez drobne ciałko przemawiała ciekawość.
Chciała się dowiedzieć gdzie znika mama.
Może miała gdzieś inne kocięta. Może je kochała? Z nimi siedziała z przymusu i dlatego tak emanowała niechęcią. Wszystko zaczęło się łączyć w niewielkim łebku. Cała wielka intryga skrywana przez wszystkich została przez nią odkryta.
Aż coś ją zapaliło w łapkach.
Musiała znaleźć mamę.
Szybko.
— A ty gdzie? — ostre słowa.
Uniosła łebek do góry. Nieznana jej sylwetka przeszywała ją spojrzeniem. Spanikowana jedynie potrafiła patrzeć na obcego.
— Zupełnie jak matka. — syknęła pogardliwie, odwracając się na pięcię.
Uszy Pasikonik stanęły. Znała jej mamę? I jej nie lubiła. Może ona nie będzie ukrywać przed nią prawdy.
— Znasz m-moją mamę?
Sylwetka zatrzymała się.
— Każdy ją tu zna. To bezużyteczne drżące ścierwo. — parsknęła z obrzydzeniem, skrzywiając się. — Mam nadzieję, że będziesz bardziej użyteczna. Obyś się wrodziła w ojca.
Pasikonik przekrzywiła łebek. Nic nie rozumiała.
— Znasz mojego tatę? — miauknęła z nadzieją.
Los się do niej uśmiechnął. Po raz pierwszy od tak dawna. Świat naprawdę się do niej uśmiechnął. Odpowiedź na wszelkie męczące pytania stała przed nią, obrażając jej mamę.
— Może. Nie interesuj się, kupo futro. — mruknęła, odchodząc znów.
Pasikonik ruszyła za kotką. Nie mogła tego od tak zostawić.
— Ogłuchłaś? Czy straciłaś rozum po drodze? — kolejne niemiłe słowa wypadały z pyska kotki.
Szylkretka przyglądała się jej zaciekawiona. Obca była reprezentacją tego czego zawsze się wystrzegała. Co zawsze uważała za złe. Była niemiła. Bluźniła. Ostra. Nie kryła się ze swoimi uczuciami.
— Powiedz mi... proszę. — dodała cichutko, wstydząc się trochę, że nie umie być taka twarda jak kotka.
Pomarańczowe ślipia tak inne od mamy spojrzały na nią. Zadrżała mimowolnie. Wredny uśmiech wkradł się na pysk nieznajomej.
— Zastanowię się.