— Czy Kokoszka śpi? — rozległy się słowa niebieskiego wojownika.
Świtezianka nie utrzymywała z nim kontaktu wzrokowego. Patrzyła zmartwiona na kocię chowające się w jej futrze.
— Nie, nie śpi. Jest tylko wstrząśnięta po poprzedniej nocy. — Królowa polizała kocięce plecy i zabrała ogon od Kokoszki, którym wcześniej ją okrywała, by ojciec kocięcia widział ją lepiej. Maluch się nie poruszył.
— Jak się czujesz, córeczko? — szepnął do liliowej koteczki, która była obrócona w stronę brzucha Świteziankowego Jeziora.
Córka nie odpowiedziała. Unikała spojrzenia ojca. Skuliła się w ciasny kłębek, do końca pobytu Szkwału nie wymawiając ani jednego słowa.
Była wściekła na cały świat. Na wszystko, co wcześniej kochała. Teraz w jej oczach to “wszystko” runęło. Wspaniała przyszłość u boku księcia została skreślona. No bo przecież, kto by pokochał taką kalekę jak ona?
Przede wszystkim była zła na siebie, na swoją głupotę, która później doprowadziła do przykrego obrotu spraw. Zamiast bawić się z rówieśnikami, musiała odwiedzać tych dziwnych medyków, którzy nie wydawali się zadowoleni kolejnym pacjentem. Wmawiała sobie, że nie była specjalnie traktowana. W końcu, gdyby tak było, może by ją przyjęli do rodu po tych długich, choć zimnych pogawędkach z Klekoczącym Bocianem lub starszą medyczką Gąbczastą Perłą… czy jak tam się zwała. Kokoszkę przestało już to wszystko obchodzić.
Pragnęła, tylko aby wreszcie wszystko wróciło do normy.
⊹₊˚‧︵‿₊୨*ੈ✩‧₊˚༺☆༻*ੈ✩‧₊˚୧₊‿︵‧˚₊⊹
Przed śmiercią Mandarynkowej Gwiazdy…
⊹₊˚‧︵‿₊୨*ੈ✩‧₊˚༺☆༻*ੈ✩‧₊˚୧₊‿︵‧˚₊⊹
Dzisiaj miała popracować z nią nad łowieniem ryb. Po nauczeniu się mniej więcej teorii, przeszli do jakże nudnej praktyki zwanej polowaniem. Bez nogi i ogona, co miała właściwie upolować? "Prędzej kolejna wydra mnie skonsumuje na śniadanie lub podwieczorek", pomyślała gorzko, idąc posłusznie za mentorką.
Kotki zatrzymały się nad rzeką. Kokoszkowa Łapa stanęła przed wodą z kamiennym wyrazem pyska. Spięła mięśnie, przypominając sobie, co również w tych odmętach mogło się kryć. Rozluźniła się na wołania mentorki, która poleciła jej spróbować złapać mniejszą rybkę przy brzegu. Zadanie wydawało się proste. Uczennica usiadła na piachu i czekała. Nie widziała ani jednej płotki w zasięgu wzroku, a ruch mógłby spłoszyć potencjalny obiad. Czekanie zaczęło irytować kotkę, a porady Wzlatującej Uszatki przy uchu wcale nie pomagały.
Zniecierpliwiona Kokoszka fuknęła i łapą walnęła w wodę. Wstała i spojrzała na zdziwioną mentorkę.
— Niczego mnie nie nauczysz! — warknęła zirytowana uczennica.
— Kokoszkowa Łapo… — zaczęła zaskoczona wojowniczka.
— Nie, nie będę cię słuchać! — krzyknęła Kokoszka, zmarszczyła brwi i obróciła się do niej tyłem, aby pobiec przed siebie. — Jesteś głupia! GŁUPIA! — dodała na koniec w emocjach.
Za sobą jeszcze słyszała żałosne nawoływania mentorki i próbę przywołania uczennicy do porządku, lecz przyszła wojowniczka nie słuchała.
Kokoszkowa Łapa pędziła przed siebie, wielce rozgoryczona. Bardzo była rozczarowana niekompetencją Uszatki. Dlaczego Mandarynkowa Gwiazda jej przydzieliła taką niemądrą kocicę?
Nagle przed sobą ujrzała znajome, niebieskie futro. Nie była to Manda, lecz ich ojciec! Ulewny Szkwał zapewne wracał z patrolu granicznego. Kokoszka uznała, iż była to idealna okazja do nauki z wojownikiem.
Podbiegła do fińczyka od tyłu i zawołała:
— Tato! Tato!
Kiedy zaskoczony ojciec się odwrócił, mógł ujrzeć szeroki, uroczy uśmiech swojej pierworodnej córeczki.
— Czy możemy porozmawiać? — miauknęła miękko.
[550 słów, łowienie ryb]
<Tatusiu? Bo ta sędziwa kotka jest głupia!>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz