Odkąd odeszła Jarzębinowy Żar, zmieniło się wszystko.
Wydawało mu się, że wszyscy opłakują zmarłą szylkretkę. Tak naprawdę, to tak było. Chyba tylko co do jednej kocicy nie był pewien – wobec Rysiego Tropu. Miał co do niej mieszane uczucia. Nadal pamiętał makabryczny widok, jaki zastał po przebudzeniu się. Miał ochotę zwrócić swój dzisiejszy posiłek, gdy tylko sobie o tym przypomniał. Teraz była więźniem, strzeżonym przez wymieniających się rolą strażnika wojowników. Nie wiedział, czy ona także opłakiwała czarną szylkretkę.
Jedna z nich, Amorphina, także odeszła, jednak od tamtego momentu minęło już trochę czasu. Śnieżnobiała kotka umarła z głodu, oddając swoje posiłki innym częściej, niż byłoby to zdrowe. Stroczek poczuł, jak żołądek zaciska mu się w kłębek. Jak mógł jeść normalnie do tej pory? Nie czuć się obrzydzony sobą, swoim zachowaniem? Dlaczego nie zwrócił na kocicę więcej uwagi, tylko zajmował się, Klan Gwiazdy wie czym?! Może gdyby wcześniej jakoś zareagował, może gdyby samemu jej doglądał szczególniej, to nie wyglądałoby to w ten sposób. Czy mógł jakoś zapobiec śmierci Jarzębinowego Żaru? Czy Klan Gwiazdy naprawdę musiał odebrać ją, otulić własnymi ramionami, zapraszając na Srebrną Skórę tak prędko? Miał wrażenie, jakby wszystko było jego winą, chociaż było to absurdalne. Dlaczego to przez niego miałoby się to wszystko stać? Mimo kłócącego się rozumu z ciałem, nie potrafił tego pogodzić. Umysł mu ciążył, ciężko było mu wyjść z legowiska bez garbienia się czy ciągnięcia za sobą ogona. Miał wrażenie, jakby do jego łap doczepiono bardzo ciężkie kamienie. Musiał jeść i względnie o siebie dbać, bo inaczej… on także dołączyłby do gwiezdnych przodków. Ale nie mógł, za wcześnie na niego. Musiał pomagać swoim pobratymcom, wszyscy polegali teraz na nim i na Lisim Oście. Nikt inny nie miał takiej wiedzy medycznej, co oni.
Wybrał ze spiżarni parę potrzebnych ziół. Jednym z nich była oczywiście kora olchy, która widziała lepsze dni, aczkolwiek nie mógł teraz pozwolić sobie na próbę szukania tego jedynego, wybranego drzewa. Miodowa Kora potrzebował pomocy jak najszybciej, w końcu próchnica nie będzie czekała, aż medyk łaskawie wywlecze się ze swojej nory i porozgląda się po lesie pełnym wiekowych roślin. Położył ją sobie u łap, doszukując się czegoś, co pomogłoby na duszności. Ze względu na porę, były one niezwykle martwiące. W końcu duszności w połączeniu z upałem nie mogły skończyć się niczym dobrym. Chwycił w zęby malutkie, jasnoróżowe kwiaty oparte o długie łodygi. Po paru uderzeniach serca położył je na liściu, wyszykowanym specjalnie pod takie okazje.
Gdy wyjrzał na zewnątrz nory, momentalnie uderzyły go w oczy intensywne słoneczne promienie, które zaczęły grzać jego głowę w zastraszającym tempie. Zamrugał parokrotnie, próbując pozbyć się bólu oczu, a także dyskomfortu w postaci gorąca. Gdy wreszcie zaczął w miarę normalnie widzieć, dostrzegł w centrum dwójkę kotów, których szukał.
— Miodowa Koro, Poziomkowa Polano, chodźcie ze mną, proszę — miauknął uprzejmie, wskazując im ogonem swoją jamę. Rudemu nie umknęły nieprzyjemne oddechy i wydechy, jakie wydawał z siebie Poziomek. Stroczka bardzo martwił stan jego pobratymcy, musiał pomóc mu jak najszybciej.
Gdy tylko usadowili się wygodnie, zabrał się do pracy. Przysunął floks bliżej zielonookiego. — Zjedz go, pomoże ci z dusznościami. Przeżuj dokładnie, może być niesmaczny i gorzki, ale to konieczne — polecił. Poziomkowa Polana nie zwlekał długo z wykonaniem prośby – już moment później żuł uważnie różowe płatki kwiatów, marszcząc delikatnie nos. Stroczkowa Łapa spojrzał teraz na pręgusa. — Miodowa Koro, nadal dokucza ci ból zęba, prawda? Musisz pogryźć korę, ona sprawnie usuwa wszelkie niedogodności na kłach — podał wojownikowi wspomniany lek, był to sprawdzony sposób, dzięki któremu łatwo dało się zapobiec rozprzestrzenianiu się próchnicy, a nawet wypadnięciu zainfekowanego zęba.
***
Dzień zleciał szybciej, niż van mógłby tego chcieć. Wiedział, co stanie się nocą. Z jednej strony miał ochotę odkładać ten moment w nieskończoność. Nawet jeśli potrafił na jakiś czas zignorować paraliżującą go rozpacz, nie oznaczało to, że opuszczała go na dobre. To nie był kleszcz, którego dało się ot tak wyrwać i mieć z nim już święty spokój. W dodatku samo porównywanie tego uczucia do tak parszywego stworzenia byłoby wręcz… nie na miejscu. Potrząsnął głową, próbując wpaść na cokolwiek sensownego, ale nie szło mu to wcale sprawnie. Nie wiedział już, czego tak naprawdę chciał. Noc zastała każdego z nich, jednak tym razem świetliki nie udali się do swoich legowisk w celu wypoczęcia. Musieli wykonać jeszcze jedną, niezwykle istotną rzecz. Stroczkowa Nadzieja wyjrzał zza wejścia do nory medyków, widząc w centrum już wszystkich ustawionych, bacznie czekających. Wyszedł z niej pospiesznie z ziołami, które starannie wybrał w celu pożegnania swojej ukochanej mentorki. Jego broda kleiła się od słonych łez, kocur nie miał nawet czasu zadbać o swoje futro, nie mógł się na tym w żadnym stopniu skupić.
Zapach śmierci, unoszący się dookoła, tak niezwykle wyraźny, docierający z pewnością do każdego został zamaskowany kwiecistą, przyjemną wonią ziół. Rośliny doskonale się sprawdzały w tym przypadku. Reszta świetlików zaczęła kłaść przedmioty, które kojarzyły im się z medyczką. Liście jarzębiny, muszle, wszelkiego rodzaju liście czy nawet pióra, muskały delikatnie trójkolorowe futro kotki, której oczy zamknęły się na wieki.
Koty odbyły czuwanie, tylko Porywisty Dąb nie był obecny. Wszystko przez to, że musiał pilnować Rysiego Tropu. Stroczkowa Nadzieja miał ochotę nie opuszczać mentorki nawet na krok, mimo że prędzej czy później będzie musiał od niej się odsunąć. Trzeba ją pochować, okazać jej należyty szacunek. Zasłużyła sobie na spokój po śmierci. Serce vana zabiło boleśnie, gdy po raz ostatni nabrał powietrza, a wraz z nim nutę znajomego mu zapachu. Bliskiego, pocieszającego. Jarzębinowy Żar zrobiła dla niego tak wiele – zawsze była wsparciem dla kocurka, podczas całej tej nieprzyjemnej wyprawy, nauczyła go więcej, niż mógłby prosić. Nawet gdy jeszcze przebywali w Klanie Wilka, medyczka była dla niego życzliwa, ostrzegła go nawet przed niebezpieczeństwami, które mogły na niego czyhać podczas jego testu na ucznia. Zamknął oczy, wsłuchując się w śpiew nocnych istot. Świerszcze ćwierkały niczym ptactwo za dnia, grając swoją najpiękniejszą, kojącą melodię. Kto by pomyślał, że skrzydła owadów wskutek drgania mogły tworzyć tak piękne pieśni? Grane teraz niczym dla poległej kocicy, żeby uczcić i podziękować jej za wszystko to, co zrobiła i co oddała dla swoich bliskich. Drzewa szeleściły na wietrze, teraz dużo głośniej, niż za dnia, aczkolwiek nie przeszkadzało to nikomu. Stroczkowa Nadzieja czuł chłodny powiew wiatru przemierzający jego kręgosłup, mierzwiący jego lekko pokołtunione kłosy. Wtulił się w futro kocicy niczym zagubione kocię, szukające wsparcia u matki. Zatopił nos w jej wielokolorowym futrze, czując, jak wilgotne łzy mimowolnie spływają mu po policzkach. Przejechał parokrotnie językiem po splamionej sierści, jakby chciał w ten sposób przeprosić zmarłą za kłopot, jaki w tym momencie sprawiał. Skulił się, owijając ogon wokół jednej z tylnych łap. Miał wrażenie, jakby wraz z Jarzębinowym Żarem odeszło coś jeszcze, cząstka niego, o której nie zdawał sobie wcześniej sprawy. Uczucie straty, jakie nim wstrząsnęło, nie dało się porównać do niczego innego.
Podniósł się ciężko od ciała, ponieważ przyszedł już na to czas. Czuwanie dobiegło końca. Atmosfera, która zagościła między kotami, nie malowała się najlepiej. Nawet jeśli ktoś coś wcześniej mówił, Stroczkowa Nadzieja nie potrafił się na tym wcale skupić. Walczył z przykrościami, które teraz nie chciały opuścić jego umysłu. Nie potrafił pogodzić się z tym, że jego mentorka odeszła. Jarzębinowy Żar nie żyła.
Do przeniesienia szylkretki zostały wyznaczone dwa koty – Kosaćcowa Grzywa oraz Szczawiowe Serce, jego tata. Spojrzał na brązowofutrego z czystym smutkiem wymalowanym na kufie, kładąc po sobie uszy. Starszy posłał mu gorzki uśmiech, jakby próbował go pocieszyć, jednak nic chyba nie przyniosłoby obecnie rudemu pocieszenia takiego, jakiego by potrzebował. Klan Gwiazdy przecież nie wskrzesi Jarzębinowego Żaru.
Dwójka chwyciła delikatnie bezwładne ciało kotki, niosąc je teraz do miejsca pochówku. Stroczkowa Nadzieja chwycił jeden z upominków w pysk, dbając o to, żeby go przypadkiem nie zepsuć. Grupa kotów spokojnym krokiem dotarła w wyznaczone miejsce, czekał na nich już wcześniej wykopany dół. Medyk zmrużył oczy z rozpaczą.
— Klanie Gwiazdy, zyskałeś dzisiaj niezwykle cenną duszę. Kogoś, kto ofiarował ci całe życie, podążał twoimi ścieżkami z rozwagą i determinacją. Proszę, przyjmij ją z otwartymi ramionami, pozwól jej polować na najobfitszych terenach, jakie masz do zaoferowania. Żeby już nigdy nie doświadczyła głodu, smutku, wszelkich przykrości. Żeby Pora Nowych Liści już zawsze towarzyszyła jej. Niech poczuje się u ciebie niczym w ramionach kochającej matki, dostanie od ciebie miłość i spokój, na jaki zasłużyła. Niech zasiądzie na swoim miejscu wśród naszych gwiezdnych przodków — miauknął, otwierając po jakimś czasie oczy. Uniósł łeb ku górze, spoglądając w niebo przepełnione gwiazdami. Miał wrażenie, jakby jedna z nich została dzisiejszej nocy przypisana Jarzębinowemu Żarowi. Ciekawe, czy obserwowała ich właśnie? Czy była szczęśliwa?
Reszta świetlików także dorzuciła parę słów od siebie, życząc bliskiej wszystkiego, co najlepsze. Stroczkowa Nadzieja poczuł, jak robi mu się odrobinę cieplej na sercu. Cieszył się, że szylkretka mogła odejść na tych terenach. W miejscu, gdzie – zdawało mu się – Klan Gwiazdy nad nimi czuwał. Tutaj, gdzie Klan Wilka nie wisiał nad jej karkiem, niczym tykający zegar odliczający czas do jej końca.
Sok z jagód, jaki uzyskali dzięki obfitej porze, został odciśnięty na przednich łapach zmarłej. Jeden z członków grupy odcisnął je delikatnie, choć wyraźnie na kamieniu, który należał do niebieskookiej. Miało być to przypomnienie, że tutaj spoczywa jedna z nich, jej własny nagrobek.
Kotka została ułożona delikatnie, po czym zaczęto zasypywać jej ciało warstwą ziemi. Stroczkowa Łapa patrzył w dół, widząc, jak trójkolorowe futro znika w brązowym podłożu przy każdym kolejnym kawałku wsypywanym do dołu. Na górę grobu każdy z kotów położył starannie cenne rzeczy, należące do Jarzębinowego Żaru. Van dostawił ostatni przedmiot, poprawiając go, żeby zwrócony był ku nagrobkowi. Świetliki wrócili po posłanie do nory zielarzy. Chwycili je w pysk, dzieląc się kawałkami. Łoże, niegdyś należące do niebieskookiej, teraz zostało rozebrane. Rzeczy nakryto nim, pozostawiając na nich wyraźnie wyczuwalny zapach pręguski. Nowe miejsce spoczynku zostało w ten sposób naznaczone. Przyszedł czas na coś jeszcze.
Zielonooki odszukał wzrokiem rzecz, która została do zrobienia na sam koniec. Ten konkretny kamień, gdy namoczyło się go wodą, malował się na trzy różne kolory, które kojarzyły mu się z jego mentorką. Był podobnego ubarwienia, co jej wielokolorowe, piękne futro. W słońcu wysychał szybko, aczkolwiek prezentował się naprawdę porządnie. Chwycił go w pysk, po czym odłożył na grobie. Wraz z nim, postąpiła tak cała reszta świetlików. Stroczkowa Nadzieja wtulił się w futro na piersi ojca, garbiąc się odrobinę. Miał ochotę całkowicie się rozkleić. Nie wiedział, co ze sobą począć.
wyleczeni: Miodowa Kora, Poziomkowa Polana
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz