BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 maja 2026

Od Mordor CD. Smoka

Kiedyś 

Mordor leżała przy matce, jednak nie trwało to zbyt długo. Już chwilę po tym jak Rohan ułożyła za blisko niej Smok, zdecydowała się zwiać. Szylkretowa koteczka przyglądała się więc swojej rodzince z boku. Zmarszczyła lekko nosek i podniosła fragment mchu z części jednego z legowisk. Wzięła takich kawałków kilka, po czym ułożyła sobie z nich własne legowisko. Zamruczała cicho do siebie i usiadła na swoimi mini “łóżeczku”, dumnie unosząc pyszczek.
“Tutaj mogę ich pilnować” pomyślała z niecnym uśmiechem na pyszczku.
Za chwilę usłyszała jeszcze, jak królowa mówi jakieś bliżej nieokreślone słówka w stronę jej siostry i ułożyła się nieco wygodniej chcąc iść spać. Z całej tej rodzinki to chyba Gondor wyglądał według kotki na najnormalniejszego. Chociaż może to z Pierścieniem najprędzej mogła porozmawiać. Widząc odwrócony w jej stronę pyszczek Smoka, zmrużyła oczy niezadowolona.
“Będzie znowu gadać! Pacnę ją!” pomyślała, najwyraźniej mając ochotę zapaść się pod ziemię. Smok wypowiedziała kolejną, tą samą frazę słów co wcześniej, powtarzając jak to jej się nie nudzi w żłobku i jak to nie chciałaby już wyjść na zewnątrz. Mordor nie paliła się do tej czynności tak samo jak jej czarno ruda siostra. Gdy miała już nadzieję, że kotka przestanie w końcu gadać po raz kolejny się odezwała. To był moment, w którym krótki lont żółtookiej nagle zapłonął. Bez zastanowienia podeszła nieco bliżej i pacnęła drugą kotkę w łebek. Smok jednak odwdzięczyła się kotce i już za chwilę Mordor stała w pełni przygotowana do kocięcej walki. Pisnęła, w ten swój dziwny, charakterystyczny sposób. Zjeżyła futerko, położyła uszy po sobie, sycząc niezadowolona.
— Nu! — miauknęła, nie mając najmniejszej nawet ochoty na rozmowy, tym bardziej że szurniętą siostrą. — Ić siobje! — pisnęła, machając nerwowo ogonkiem na boki. — Pseskadzas!! — zawyła z wściekłości.
— Smok, Mordor. Nie kłóćcie się — mruknął Gondor, a Mordor spojrzała na niego tak jakby coś zrozumiała i zmrużyła wrogo złote oczka.
— Nu!! Ucis! — miauknęła, wskazując łapką na czarnofutrą.

<Irytująca pchło?>

Od Mordor do Rohan

Niebieska szylkretka spojrzała na mamę ze zmrużonymi oczkami. Na zewnątrz był upał, a w obozie Owocowego Lasu nie można było już znaleźć ani kałuż, ani nawet wystarczająco wilgotnego mchu, który dałby się zwinąć w kulkę. Był to główny powód, dla którego śmieszna kulka tuptała rozzłoszczona po żłobku. W końcu jej figurki się psuły! Nie wiedziała nawet, czy poprzednie jej tworzywa przetrwają takie upały aż do następnego deszczu, gdy to będzie mogła spróbować je naprawić. Nie, żeby te śmiesznie stworki, które próbowała tworzyć, cokolwiek przypominały. Rozdziawiła pyszczek, ale zaraz go zamknęła, obserwując burą.
— Chcę poza obóz! Tam jest więcej wody! Mamo! — zawołała nagle, patrząc na królową zdesperowanymi, ale też pełnymi złości żółtymi oczkami. — Maaaamooo!! — zapiszczała po raz kolejny, zaczepiając łapę kotki.
Tykała ją co chwilę łapką, oczekując szybkiej reakcji, która nadeszła wkrótce po jej dziwnym ataku uporczywych łapek i przerażających pisków.
— Jasne! — odmiauknęła kotka, chcąc już wyjść ze żłobka, jednak w ostatniej chwili odwróciła się, patrząc na nabuzowaną małą szylkretkę. — TylkoTylko że poza obozem też nie ma wody. Nic z tym nie zrobimy — dodała zaraz.
— A-Ale moje figulki. Mamo one się lozpadają… Nie wiem z czego, mogę je lobić. Mech i błoto nie działają — rozpaczała niebieska, coraz bardziej się denerwując i zatracając w bezradności, tak jak czasem miewają kociaki.
Koteczka skrobała przez chwilę łapką w ziemi, aż w końcu wpadła na genialny pomysł.
— Mamo Rohan! Słyszałam kiedyś od jednego z wojowników, że istnieje taka śmieszne ziemia, która się lepi. Jakoś na literkę g… Pomożesz mi ją znaleźć proooooszę? — zaświeciła złotymi oczkami z nadzieją wymalowana na pyszczku.

<Mamo?>

Od Mordor

Jakiś czas temu

Trzy kocięce kuleczki leżały wtulone w swoją mamę Rohan. Zaraz obok stał Gondor, rozczulony maluchami ojciec. Kocur jak zwykle przyszedł odwiedzić swoją partnerkę, a także czasem przynieść jej zwierzynę, jeśli tego potrzebowała. Kocięta rosły z dnia na dzień. Cała trójka zdążyła już jakiś czas temu otworzyć swoje oczka, a Smok i Pierścień zdążyli nawet już wypowiedzieć swoje pierwsze słowo. W przypadku czarnej kotki było to jej imię. Pierścień zdołał wymówić nieco łatwiejsze słówko “mama”, jednak rodzice byli równie dumni. A może nawet bardziej? Byli za to zmartwieni o najmniejszą kotkę. Ta z kolei wypowiadała dosyć dobrze same sylaby, fragmenty słów. Zmuszenie jej do powiedzenis całego słowa było nie lada problemem. Same jej części słowne były już trochę boleśnie wypowiadane, przez wyraźny problem z wypowiadaniem literki “r”. To jednak nie było niczym strasznym, gdyż większość malców miała z tym problem. Gdyby skończyła już kilka księżyców i dalej byłaby w stanie pokonać ją ta straszna literka, wtedy możnaby się uprosić i spotkanie z uzdrowicielem. Było to jednak naturalne, więc zapewne nie trzeba było się tym martwić. Brak słówek był jednak zastanawiający. Mordor spojrzała w górę prosto w oczy matki, a następnie na swojego ojca. Zmrużyła lekko oczka i kichnęła, zaraz wycierając pyszczek łapką. Ze strony szylkretki nie było jednak w tym nic skomplikowanego. Po prostu nie chciała mówić. A poza tym zapewne wyznawała zasadę, że lepiej potrzymać ptasie móżdżki w niepewności.
— Mor-dor. No dalej. Maa-ma — miauknęła Rohan, liżąc mała kotkę po poliku.
Niebieska podniosła łapkę, próbując odsunąć pyszczek burej od swojego futra. Wydostała się od matki i przedostała się w stronę złotookiego. Spojrzała na niego.
— Gon… Gonn… — zaczęła.
— Dor. Gondor. Chyba, że wolisz to Gondol — miauknął biały kocur, śmiejąc się cicho.
— Gon-dol? Gondol? — zawahała się kotka.
— Zgadza się — uśmiechnął się.
— Moldol — dodała z słabym uśmieszkiem, wskazujący na siebie łapką.
— Brawo — mruknął Gondor, a mała tortie wyglądała jakby miała zaraz pęknąć z dumy.

Od Iskrzyka

Dzień już dawno nastał, a słońce przesiadywało już na samym błękitnego nieba. Promieniom słońca nie przeszkadzało w świeceniu nic, nawet ani jedna chmurka nie gościła wtedy na niebie. Było więc tego dnia naprawdę, ale to naprawdę ciepło. Rzeka szumiała delikatnie, płynąć wolnym, ślimaczym wręcz tempem. Nic w niej nie zwracało uwagę na to ciepło z powodu tego, jak zimna w porównaniu do temperatury poza nią była dziś woda. Delikatne nierówności na niej wiły się niczym srebrzyste węże. Odbijało się od wody, do tego światło w taki sposób, że przypominając nieco przy tym masę tańczących gładkich rybich łusek. Zarówno jeśli chodzi o ich kolor, jak i o ich błysk. Rzeka przypominała nieco w tym momencie niektóre rzeczy, które czasem w lesie wyrzucali dwunożni, jednak w odróżnieniu od nich ta nie potrafiła poparzyć ci łap. Wręcz przeciwnie była chłodna i wydawała się idealnym schronieniem przed ciepłem, które z każdym biciem serca wydawało się tylko rosnąć, i rosnąć. Jednakże nie była jedynym ukojeniem, które było obecne, jeśli chodzi o uciekanie przed ciepłem. Bryza wiejąca raz na jakiś czas bez wątpienia wydawała się ratować przed ugotowanie żywcem liczne istoty żywe występujące dokoła. Większości zwierząt niestety to niezbyt jednak wystarczało, dlatego też wydawały się pochować w swoich dziuplach i norach lub gdzieś w głębi pobliskiego lasu, który rósł niedaleko tej spokojnej rzeki. Świat tego popołudnia był po prostu miejscem niemalże cichym, gdyż nie wiele zwierząt miało siłę głośno się odzywać. Nic zbytnio tej ciszy też nie próbowało zakłócać nawet od czasu do czasu. Ptaki nie śpiewały dzisiejszego poranka zbyt chętnie i choć faktycznie było słychać ciche piski (bądź jak to niektórzy nazywają śpiewy) te nie były tego dnia zbyt liczne. Towarzyszyło temu też dźwięki robaków, którym jako jedynym wydawało się to ciepło podobać. Także co nie gdzie było słychać dźwięki much, pszczół lub innych owadów. Była to więc dosyć spokojna sceneria, sprawiająca, że uśmiech sam przychodził na pysk. I tak faktycznie było, przynajmniej jeśli chodziło o pewnego kremowego kocura wpatrującego się w lśniącą niczym księżyc rzekę. Szedł powoli, zostając z tyłu patrolu. Obserwowanie rzeki przez drzewa sprawiło, że nieco zapomniał o swoich obowiązkach. Uważał to, co widzi, za piękne, uwielbiał naturę. Iskrzyk cieszył się z daru Wszechmatki, jakim był ten widok. Czyż życie nie było czasem piękne? Kocur westchnął więc głęboko, wdychając przy tym świeże powietrze, jakby próbując zapamiętać zapach, który towarzyszył mu w tych pięknych momentach. Poczuł więc malutkie ukłucie żalu, gdy tylko usłyszał głos należący do Hiacynta:
– Możesz iść nieco szybciej Iskrzyku? – zapytał były mentor Iskrzyka.
– Dobrze! – odrzekł kremowy.
Po tym młody zwiadowca przyśpieszył kroku, wyrównując w dosyć szybkim tempie z resztą kotów. Parę uderzeń serca później i odeszli od rzeki znikając wśród drzew.

Od Smoka do Zewu

Nie no, teraz to już w ogóle nie uda jej się uciec ze żłobka! Podjęła aż dwie próby wydostania się z azylu, by pozwiedzać tereny Owocowego Lasu, i ani razu nie zakończyły się one sukcesem. Z każdą taką nieudaną akcją poziom trudności kolejnej rósł, bo koty wokół coraz lepiej znały zachowanie Smoka i to, co mogło z niego wyniknąć.
Właśnie dlatego postanowiła, że tym razem będzie zachowywać się nienagannie, by uśpić czujność rodziców i reszty Owocniaków. Dzięki temu, zamiast ruszyć w stronę wyjścia z kociarni, spokojnie i grzecznie podeszła do jednego z czwórki kociąt Purchawki. Był to czarny, dymny kocurek o krótkim ogonie, który akurat przyglądał się progowi żłobka, jakby sam również planował ucieczkę.
— Kolego, hej! — mruknęła, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.
Gdy kocur wreszcie uraczył szylkretkę spojrzeniem, ta od razu kontynuowała:
— Nie wiem, czy wiesz, ale nazywam się Smok. Trochę tu nudno, nieplawdaż? — westchnęła ciężko, kręcąc głową. — Właśnie dlatego pomyślałam, że z tobą polozmawiam! O ile, oczywiście, jesteś ciekawy. Bo jeśli jest z ciebie nudziaz, to możesz stąd zmiatać! — dodała, szczerząc swoje kiełki.
Czarnofutry przez moment wpatrywał się w Smoka, jakby próbował rozszyfrować tę chaotyczną plątaninę słów.
— Co? Masz jakiś ploblem, lozlazły ślimaku? — prychnęła, wysuwając pazurki. — Bo jeśli tak, to mogę zabić tę nudę nieco mniej pokojowym sposobem! — zagroziła mu, już napinając mięśnie, by wyskoczyć w jego stronę.

<Kolego?>

Od Smoka do Wrony

Rohan zdążyła już dowiedzieć się o ostatniej ucieczce Smok, więc teraz obserwowała kotkę znacznie uważniej. Zdawało się też, że czasami specjalnie powstrzymywała się przed zaśnięciem, by nie stracić małej urwiski z oczu choćby na jedno uderzenie serca. Nigdy nie wiadomo było, co takiego Smok mogłaby odwalić w tak krótkim czasie, ale zapewne wiele...
Teraz kotki wpatrywały się w siebie podejrzliwie, jakby bawiły się w to, która pierwsza mrugnie. W końcu Rohan wzięła głęboki wdech i mruknęła:
— A co powiesz na spacer po obozie... pod nadzorem taty? — zaproponowała młódce, uśmiechając się lekko. — W ten sposób będziemy mieć pewność, że nic ci się nie stanie, a ty będziesz mogła trochę pozwiedzać tutejsze zakamarki!
Czarno-ruda nie chciała jednak tego słuchać. Gdy tylko mama wspomniała o tacie, prychnęła i odwróciła łepek od Rohan, udając oburzoną.
— Nie będę chodzić z tatą po obozie! To wstyd! — oznajmiła, gniewnie uderzając końcówką ogona o ziemię. — Albo pozwolisz mi pospacelować samemu, albo ucieknę pod twoją nieuwagę! — dodała, ponownie spoglądając na matkę.
— Nie, nie. To ja tu stawiam warunki! Albo pójdziesz z tatą, albo nie pójdziesz wcale — mruknęła Rohan, powoli kręcąc głową.
Wtedy Smok zrozumiała, że nawet jeśli wyjdzie ze żłobka z Gondorem, i tak będzie w stanie od niego zwiać. W jednej chwili zmieniła więc zdanie.
— No... dobze! Mogę wyjść z tatą — prychnęła, jakby od niechcenia, po czym podniosła się z miejsca i rozejrzała po żłobku.
Trochę czasu minie, nim białofutry zjawi się w kociarni, więc musiała czymś się zająć.
Uznała, że dobrym pomysłem będzie w końcu zapoznanie się z nowymi towarzyszami ze żłobka. Niestety większość z nich właśnie ucinała sobie drzemkę — poza jednym. Był to czekoladowy kocurek o żółtych ślepiach, który siedział pośród swojego śpiącego rodzeństwa.
Smok podeszła do niego, nawet niespecjalnie starając się nie obudzić pozostałej trójki.
— Cześć! Jak ci na imię? — zapytała od razu, jednak nie czekając na odpowiedź kocurka, kontynuowała: — Ja się nazywam Smok! Fajnie, plawda? Nie wiem, co to słowo oznacza, ale na pewno coś lównie potężnego, jak ja! — zaczęła się przechwalać. — Wiesz, że już udało mi się uciec ze żłobka? Widziałam, co takiego znajduje się poza jego ścianami! Och, jak było niebezpiecznie! Gdy tylko wysunęłam nos z kocialni, pzeleciał pzede mną taki oglomny ptak! Z długimi szponami i ostlym dziobem! — kontynuowała, dumnie wypinając pierś. — Plawie mnie złapał, ale i tak poszłam dalej! I wtedy spotkałam oglomnego lisa! I wspięłam się na jego plecy! — mówiła dalej, a w jej oczach błyszczała ekscytacja. — Niestety... później TWOJA mama mnie od niego zablała! — fuknęła gniewnie w stronę czekoladowego, marszcząc nosek.
— Huh? — odparł kocurek, wyraźnie nie nadążając za opowieścią Smok. — Ja... Ja mam na imię Gończyk — mruknął w końcu, po czym przechylił głowę. — A ty... naprawdę widziałaś lisa? W takim razie opowiedz mi, jak wygląda! — zażądał.
Szylkretka otworzyła szeroko oczy.
— Jak wygląda? No, cóż...
Nim jednak zaczęła go opisywać, w żłobku rozległ się znajomy głos. To tata zawitał w progach kociarni!
— Ja muszę już spadać! Ja wychodzę ze żłobka, a ty się dalej w nim malnuj! — zachichotała, wystawiła Gończykowi język, po czym pobiegła do Gondora.
Uderzyła w jego przednią łapę i zaczęła pchać ją do przodu.
— Tato! Tato! Ja chcę na zewnątz! Mama się zgodziła! — mówiła, jednocześnie próbując wypchnąć Gondora poza kociarnię.
— Dobrze, już idziemy... — mruknął białofutry, ruszając z miejsca.
Biedaczek nie miał nawet czasu przywitać się z partnerką i resztą swoich pociech, bo Smok nie dawała mu ani chwili spokoju.
Gdy znalazła się w obozie, od razu rozejrzała się wokół, wypatrując nowej ofiary, która mogłaby zabrać ją poza azyl. Tak bardzo skupiła się na poszukiwaniach, że odeszła nieco dalej od swojego taty. Ten natychmiast przytrzymał ją łapą i przysunął bliżej siebie, obawiając się, że kotka zaraz znowu ucieknie.
— Daj mi spokój! — fuknęła szylkretka, zirytowana zachowaniem ojca.
Już miała kontynuować obrażanie starszego, gdy nagle tuż obok przemknęła czarnofutra kotka o zabawnych uszach. Smok natychmiast wysunęła pazurki i podbiegła do niej, uczepiając się jej tylnej łapy.
— Ty! Plędko! Poza obóz! — powiedziała, zanim uczennica zdążyła się zatrzymać, zaskoczona.
— Oj nie, nie tym razem! — rozległ się głos białofutrego kocura, który szybko dogonił czarnofutrą kotkę, do której przyczepiona była jego latorośl. — Nie zmusisz kolejnego ucznia do tego, by pokazał ci tereny Owocowego Lasu!
Szylkretka pokazała mu język, jednak widząc jego rozgniewane spojrzenie, szybko puściła łapę starszej kotki i wróciła do ojca.
Nim jednak uczennica zdążyła odejść, Smok rzuciła w jej stronę:
— Ej, a czemu ty masz takie dziwne uszy? — zapytała, mrużąc podejrzliwie ślepia.

<Śmiesznoucho?>

Od Smoka do Borowika

Smok i jej rodzeństwo rosło jak na drożdżach. Jednak wraz z łapami szylkretki rosła też jej chęć ucieczki ze żłobka i zaznania wolności.
Właśnie tak — po tych dwóch księżycach jej zapał do odkrywania świata wcale nie osłabł, a wręcz przeciwnie! Z każdym kolejnym dniem spędzonym pod okiem Rohan coraz bardziej świerzbiły ją łapy, by rzucić się do wyjścia z kociarni i pobiec jak najdalej przed siebie. W końcu siedzenie w żłobku było nudne, nawet jeśli teraz musiała dzielić go z dodatkową czwórką kociąt, do których jeszcze nie miała okazji zagadać. Może przynajmniej one okażą się warte jej uwagi…? Kiedyś na pewno się tego dowie, gdy w końcu otworzy do nich pyszczek.
Słyszała tylko, że dwójka z nich już niedługo zniknie z Owocowego Lasu i przejdzie do jakiejś innej przynależności, ale nie pamiętała dokładnie której. Ach! Oni to się mieli dobrze. Ona też chciała podróżować, a nie siedzieć w tym zapyziałym Owocowym Lesie!
Ze złości aż kichnęła, a całe jej niewielkie ciałko zadrżało. Szybko obróciła głowę, by upewnić się, że nie obudziła mamy. Gdy dostrzegła, że powieki Rohan są przymknięte, uśmiechnęła się chytrze i chwiejnie podniosła się na łapki.
— Pzygodo! Nadchocę! — mruknęła pod nosem, kierując wzrok ku wyjściu, przez które do środka wpadały ciepłe promienie słońca.
Mama opowiadała jej już o porach roku. Obecnie panowała Pora Zielonych Liści, czyli najcieplejsza z nich wszystkich. Dobrze się składało, bo przynajmniej Smok miała pewność, że nie zamarznie na zewnątrz.
Szybko pognała w stronę wyjścia ze żłobka, jednak nim zdążyła je przekroczyć, rozległ się zdumiony głos Purchawki. Szylkretka niewzruszenie biegła dalej, aż wypadła z kociarni i wpadła na jakiegoś starszego kocura. Miał krótkie, bure futro i inteligentne ślepia, ale wzrostem ledwo przewyższał Smoka!
— Sybko! Biez mnie na plecy i uciekaj stąd! — wydukała pospiesznie, po czym wybiła się na łapkach, próbując wspiąć się po boku ucznia na jego grzbiet.
Ten jednak zamarł w bezruchu, patrząc na młodszą koteczkę z wyraźnym zaskoczeniem.
Wtem ze żłobka wybiegła Purchawka, która od razu zlokalizowała małe źródło chaosu i złapała je za skórę na karku, ściągając szylkretkę z boku burego kocura. Posłała mu przepraszające spojrzenie i zaczęła wycofywać się do kociarni, lecz Smok zaczęła wierzgać się i wiercić.
— Puść mnie, mysia papko! — syknęła gniewnie, po czym zwróciła się do ucznia: — Co tak stoisz?! Latuj mnie!

<Buly koleżko?>

Nowa członkini Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Starość
Zasłużenie: Przynależność do kultu, czczenie Mrocznej Puszczy, liczne morderstwa

Odeszła do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!

Od Mrocznej Wizji

Wstawające słońce rzucało promienie na obóz Klanu Wilka, oświetlając legowisko starszych. Mroczna Wizja z dumą obserwowała, jak jej syn, Pustułkowy Szpon, przydziela koty do porannych patroli. Pewnego dnia zostanie liderem Klanu Wilka. Spełni oczekiwania rodziców, w przeciwieństwie do niej, która nigdy nie potrafiła dorównać ojcu. I już nigdy tego nie dokona.
Ta myśl jednak nie napełniała jej bólem, który od zawsze jej towarzyszył. Dziś Mroczna Wizja była spokojna. Wiedziała, że Klan Wilka, z przewodniczącą mu córką Zarannej Zjawy, będzie miał się dobrze przez jeszcze wiele księżyców.
Lubiła myśleć, że po części przyczyniła się do tego sukcesu. Kult rozrastał się, a ona była jego Wielką Kapłanką. Być może jednak sprawiła, że Jadowita Żmija i Błękitna Gwiazda są z niej dumni. Wierzyła, że patrzą się na nią z góry i czuwają nad nią.
Spojrzała w niebo w zamyśleniu. Przez całe życie służyła przodkom. Poświęciła się w imię kultu Mrocznej Puszczy. Niczego nie żałowała. Zabijanie weszło jej w nawyk, stało się to dla niej tak naturalną czynnością, jak oddychanie. Gdy odbierała kolejne życia i składała je duchom w ofierze, czuła się częścią czegoś większego. Czasami miała wrażenie, że podczas rytuałów wypełnia ją nieznana dotąd energia, która dodaje jej siły i pozwala trwać.
Na tym jednak się kończyły jej relacje z przodkami. Kiedyś, kiedy była kocięciem, wierzyła, że jest wcieleniem Mrocznej Gwiazdy i że jest kimś wyjątkowym. Dziś rozumiała to w trochę inny sposób. Choć nigdy nie otrzymała żadnej wizji od Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, to wiedziała, że jej mentorka i rodzice ją obserwują. Jej wiara była na tyle silna, że przez całe życie nigdy nie zwątpiła w słuszność swojego działania. Czuła, że pomagając innym kultystom odnaleźć swoją drogę, spełnia się w służbie. Zawsze dawała z siebie wszystko.
Koty przydzielone do patroli przez Pustułkowego Szpona właśnie opuściły obóz, kiedy ze swego legowiska wyszła Zalotna Gwiazda. Mroczna Wizja podniosła się i schyliła głowę z szacunkiem. Leniwie przeciągnęła się i zbliżyła do liderki Klanu Wilka.
— Jak się dziś miewasz, Mroczna Wizjo? — zapytała starszą. W jej oczach czarna kotka ujrzała troskę i niepokój. — Nie wyglądasz dziś najlepiej.
Mroczna Wizja przez chwile miała wrażenie, że nie stoi przed nią liderka klanu, a jej matka, Zaranna Zjawa. Ta iluzja trwała jednak zaledwie kilka uderzeń serca. Starsza zastrzygła uszami.
— Wszystko w porządku, Zalotko, dziękuję — odparła spokojnie, zgodnie z prawdą. Nie czuła się bowiem inaczej niż zwykle. Liderka wpatrywała się w nią przez jeszcze chwilę, a później pokiwała głową.
— Gdybyś czegoś potrzebowała, daj mi znać — miauknęła. Mroczna Wizja pochyliła głowę.
— Chciałabym wybrać się na spacer. Muszę rozprostować kości — wyznała starsza i już miała wychodzić z obozu, kiedy Zalotka powstrzymała ją koniuszkiem ogona.
— Pozwól, że pójdę z tobą — poprosiła.

*****

Las roztaczający się na terytorium Klanu Wilka wyglądał dziś inaczej niż zazwyczaj, jednak Mroczna Wizja nie potrafiła powiedzieć, jakie zaszły zmiany. Dwie kotki szły przez chwilę w milczeniu, a miękkie podszycie uginało się pod ich łapami.
— Zaczęła się już Pora Zielonych Liści — odezwała się w końcu Mroczna Wizja.
Zalotna Gwiazda jedynie pokiwała głową. Czarna kotka czuła, że liderkę przepełnia smutek, jednak nie potrafiła określić, co się stało.
— Na naszym terytorium jest mnóstwo zdobyczy, w którą nasz klan może się zaopatrzyć — kontynuowała.
— Mroczna Wizjo? — spytała Zalotna Gwiazda, zatrzymując się przy Spalonej Zatoczce. — Chciałam ci podziękować, za opiekę nade mną. Wiem, że moja matka bardzo cię ceniła.
Mroczna Wizja spojrzała na kotkę zaskoczona.
— Dziękuję — odparła. Zalotna Gwiazda tylko skinęła głową, jakby trudno jej było powiedzieć cokolwiek więcej.
Dziwne… Mroczna Wizja miała wrażenie, jakby świat nagle stracił kolory. Już wcześniej czuła, że las jest inny. Teraz ledwo poznawała własne terytorium, które znała tak dobrze, które było jej tak bliskie. Czuła ciepło liderki idącej obok niej i była jej wdzięczna, że wybrała się na spacer razem z nią. W przeciwnym wypadku nie wiedziała, czy dałaby radę dojść z powrotem do obozu.
— Chcesz się zatrzymać, Mroczna Wizjo? — zapytała się jej Zalotna Gwiazda smutnym głosem.
— Poproszę — odparła kotka. — Jesteśmy przecież zmęczone po pogoni Nocnego Kwiatu, która z Liściastym Futrem postanowiła spotkać się z Klanem Gwiazdy. Czy je złapałyśmy? — zapytała się liderki, bo choć zdarzyło się to przed chwilą, nie mogła sobie przypomnieć. — Ach tak, Zaranna Zjawa wydłubała Liściastemu Futru oko. Teraz medyczka nigdy nie będzie już widzieć tak, jak dawniej.
— Tak, Mroczna Wizjo — powiedziała liderka.
— Czemu twój głos tak dziwnie brzmi, Zalotna Gwiazdo? Czemu jest taki ochrypły? To pewnie przez pożar — zrozumiała starsza kotka. — Musiałaś nawdychać się dymu. Całe szczęście tu jesteśmy bezpieczne. Choć wierzbowa zatoczka spłonie, my jesteśmy przy wodzie.
— Tak, Mroczna Wizjo — powtórzyła Zalotka. — Nic nam tu nie grozi.
— Czemu jest ci smutno? Pójdę do obozu i powiem Zarannej Zjawie, nic się nie martw.
— Nie… nie idź. Niedługo się spotkacie i wszystko jej opowiesz. Chcesz usiąść, Mroczna Wizjo?
— Poproszę. Jesteśmy przecież zmęczone po polonii Nocnedo Fiatu i Liciasteto Futla. Czy je zlapalysmy? Czy nam sieł udalo?
Poczuła, jak opiera się o bok Zalotnej Gwiazdy i nagle leżała już przy wodzie, tuż obok swojej liderki, która z zamkniętymi oczami wtulała pysk w jej sierść. Nagle Mroczna Wizja zobaczyła wszystko wyraźnie, jak gdyby ktoś przetarł jej oczy.
— Umieram, prawda, Zalotko? — powiedziała Mroczna Wizja słabym wzrokiem. — Nie smuć się, będę patrzeć na ciebie z góry. Obiecuję, że cię nie zostawię.
— Żegnaj, Mroczna Wizjo — powiedziała liderka. — Byłaś wspaniałą córką, uczennicą, wojowniczką, mistrzynią, matką, partnerką, Wielką Kapłanką kultu Klanu Wilka i starszą, a także najlepszą przyjaciółką.
Wtedy dookoła Mrocznej Wizji wszystko zawirowało. Zobaczyła, jak Zalotka zamyka jej oczy i wtula się w jej ciało. Ona stała nad nimi, a obok poczuła ciepły oddech.
— Twoja służba jeszcze się nie skończyła, Mroczna Wizjo — usłyszała przy uchu. Obróciła się, jednak nikogo nie ujrzała.
— Mamo? — zapytała. — Jadowita Żmijo?
— Nie ma jej wśród nas. Chodź, czeka na ciebie ktoś inny.
Mroczna Wizja musnęła nosem Zalotną Gwiazdę, wciąż czuwającą obok jej ciała. Przeniknęła przez nią jak… duch. Obrzuciła ostatni raz terytorium Klanu Wilka, a w górze dostrzegła ciemny las. Pod drzewem, w cieniu, stała bardzo dobrze jej znana postać.

[*] Mroczna Wizja, pierwsza postać, którą doprowadziłam od samego początku, do samego końca, postać miesiąca w styczniu, spoczywaj w spokoju w Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Mrocznej Wizji

Mroczna Wizja podniosła wzrok na Kocimiętkę, czekając na jej reakcję.
— A… a co, jeśli mi się nie uda? Jeżeli zawiodę wszystkich? — zapytała niepewnie rudofutra.
— Pracuj nie dla innych, lecz dla Klanu Wilka. Niby to samo, ale twoje nastawienie się zmieni. Zamiast naprawiać porywczego ucznia, pomyśl, że kształtujesz przyszłego wojownika, który będzie bronił godności klanu.
Kocimiętkowy Wir pokiwała niepewnie głową.
— Mroczna Wizjo… Wcześniej wspomniałaś o pewnej kotce. Co się z nią stało?
Starsza przeciągnęła się z zadowoleniem. Zapowiadało się na długą opowieść…

* * *

TW: Krew, brutalność

Mistrzyni wzięła sobie do serca opowieść o Nocnym Kwiecie, którą opowiedziała jej czarnofutra starsza Klanu Wilka. Najwyraźniej wyszło jej to na dobre, bo Księżycowa Łapa radził sobie coraz lepiej na treningach i wszystko wskazywało na to, że wkrótce Kocimiętka pójdzie do Zalotnej Gwiazdy i ogłosi, że jej uczeń jest już gotowy, by zawalczyć o swój nowy tytuł. Niezmiernie cieszyło to zielonooką. Gdy po raz pierwszy ujrzała tego płaczliwego, wątłego kocurka, nie sądziła, że uda jej się tak dobrze go wyszkolić!
Była jednak ciekawa, kogo liderka wybierze do walki z Księżycową Łapą. Mistrzyni modliła się, by przeciwnik białofutrego ucznia nie przewyższał go umiejętnościami i żeby Księżyc z łatwością wygrał. Pokazał już swoje techniki podczas walki z Garbatą Łapą, przez co Kocimiętka pokładała w nim duże nadzieje. Byłaby wręcz wniebowzięta, gdyby jej pierwszy w życiu uczeń przyniósł jej dumę i zwyciężył w swojej pierwszej walce! Nawet Ognikowej Słocie nie udało się tego dokonać, choć nie znaczyło to, że pręgowana ją za to winiła. W końcu Cykoriowy Cykor była dosyć ciężkim przypadkiem i żaden mentor nie potrafiłby sobie z nią poradzić. Chyba nawet sama Zalotna Gwiazda miałaby problem z poskromieniem tej krnąbrnej kocicy!
Kocimiętkowy Wir siedziała właśnie w kącie obozu, wylizując swoje futro. Był już wieczór, a trening z Księżycową Łapą miała na ten dzień za sobą. Zamierzała podejść do któregoś z pobratymców — może Nadciągającego Pomroku albo Ognikowej Słoty — i jeszcze chwilę porozmawiać przed snem, gdy nagle okrył ją cień.
Podniosła głowę, a jej oczom ukazała się starsza Klanu Wilka — Mroczna Wizja. Dawniej kotka była mistrzynią, co skłoniło Kocimiętkę do skinienia głową na znak szacunku.
— Dobry wieczór, Kocimiętkowy Wirze — przywitała się czarnofutra, uśmiechając się nieznacznie do młodszej.
— Dobry wieczór! Czy coś się stało, że opuściłaś legowisko starszych? — zapytała z przejęciem, przekręcając głowę.
— Czy musi się coś dziać, bym chciała przejść się po obozie? — odparła Mroczna Wizja.
Rudofutra od razu energicznie pokręciła głową.
— Ależ nie! Po prostu... trochę się zdziwiłam — przyznała, szczerząc się niezręcznie.
Starsza przez moment milczała, wpatrując się w mistrzynię, jakby nad czymś intensywnie rozmyślała. W końcu zapytała:
— Nie chciałabyś przejść się ze mną poza obóz?
Kocimiętkowy Wir zamrugała kilkakrotnie. Czy to nie było przypadkiem niebezpieczne? Gdy ostatnim razem starsza opuściła obóz, już do niego nie wróciła — została porwana przez Dwunożnych...
— Jesteś pewna, że to bezpieczne? Borsucza Pu-
Mroczna Wizja zmrużyła ślepia, jakby miała zaraz wyśmiać zielonooką za tę odpowiedź.
— Daj spokój. Mam już ponad sto księżyców na karku. Nawet jeśli Dwunożni zechcieliby mnie porwać, nie byłaby to wielka strata — zaśmiała się, po czym strzepnęła ogonem i bez dalszych wyjaśnień ruszyła w stronę wyjścia z azylu.
Kocimiętka oczywiście podążyła tuż za nią, zachwycona faktem, że Mroczna Wizja zaszczyciła ją wspólnym spacerem.
Kotki zmierzały w stronę Ciernistego Drzewa. Choć szły w ciszy, czarnofutra raz po raz spoglądała na młodszą mistrzynię, jakby analizowała każdy jej ruch. Ruda była tym zachowaniem nieco zdezorientowana, ale mimo wszystko starała się zachowywać naturalnie. Szła dumnie, chcąc sprawiać wrażenie porządnej członkini Klanu Wilka.
— A więc... jak idzie ci trening z Księżycową Łapą? — zapytała w końcu starsza.
Zielonooka odetchnęła i nieco się rozluźniła.
— Świetnie! Twoje słowa bardzo mi pomogły, a Księżyc spisuje się znakomicie. Walczy i poluje jak prawdziwy mistrz! Jestem pewna, że już niedługo wstąpi w szeregi wojowników — zaczęła chwalić ucznia, poruszając wibrysami z ekscytacji.
— No widzisz — odrzekła Mroczna Wizja, uśmiechając się lekko. — Wiedziałam, że ci się uda.
Zamilkła na chwilę, po czym mruknęła:
— A powiedz mi, jak u niego z wiarą?
Pręgowana zawahała się.
— Wierzy w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, oczywiście! Gdyby było inaczej, nie mogłabym go nazywać swoim uczniem — zażartowała, przewracając oczami. — Ma przecież dobrą matkę. Naprawdę polubiłam Jaskółcze Ziele! Na pewno opowiadała mu o Mrocznej Puszczy, gdy siedziała z nim w żłobku.
Czarnofutra skinęła głową ze zrozumieniem.
Kocimiętkowy Wir nie wiedziała, dlaczego starsza tak ją wypytuje, ale uznała, że może to jedynie próba nawiązania rozmowy albo zwykła chęć upewnienia się, że ruda nadaje się na stanowisko mistrzyni.
— A jak wygląda to u ciebie? Zakładam, że również wierzysz w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, ale czy zamierzasz szerzyć tę wiarę wśród młodszych pokoleń? — Mroczna Wizja zdawała się zdeterminowana, by dowiedzieć się o Kocimiętce jak najwięcej. — I czy sama zamierzasz kiedyś mieć kocięta, by umocnić Klan Wilka?
— Cóż, jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. Nie mam partnera, ale gdybym kiedyś go miała, to chętnie sprawiłabym sobie kilka puchatych kuleczek! — mruknęła szczerze. Choć nigdy nie podobał jej się żaden osobnik płci przeciwnej, myślała, że może miłość przyjdzie do niej z czasem. — No i to oczywiste, że opowiadałabym im o Mrocznej Puszczy! Zresztą pewnie nie tylko ja! Jestem bardziej niż pewna, że Ognikowa Słota często przychodziłaby w odwiedziny. Nie mogłabym się doczekać, aż zostaną uczniami i pokazałybyśmy im, jak polować na króliki! — zachwyciła się, już wyobrażając sobie, jak wraz z szylkretką szkoli swoje latorośle.
— Czyli mam rozumieć, że Ognikowa Słota jest ci bliska? — miauknęła nagle Mroczna Wizja.
Kocimiętka zachichotała i odwróciła wzrok.
— No tak, przyjaźnimy się jeszcze od czasów uczniowskich! Bardzo cenię jej towarzystwo. Często razem wychodzimy na polowania, a poza tym wiem, że Słota lubi czasem odwiedzać kocięta, by upewnić się, że są na dobrej drodze — wyjaśniła.
— Więc skoro tak ją lubisz, jak zareagowałabyś na jej śmierć?
Ruda przełknęła ślinę, wyraźnie zbita z tropu. Dlaczego Ognikowa Słota miałaby umierać? Pytania Mrocznej Wizji robiły się coraz dziwniejsze...
— Nie wiem... Na pewno byłoby mi smutno, bo jest w końcu dosyć ważna zarówno dla mnie, jak i dla Klanu Wilka, ale starałabym się dalej wykonywać swoje obowiązki jako mistrzyni! — odparła, wciąż przekonana, że starsza jedynie sprawdza, czy nadaje się na swoje stanowisko. — Wojownicy w końcu sami się nie podszkolą, prawda? Byłoby słabo, gdyby po śmierci Słoty Klan Wilka stracił aż dwie mistrzynie!

* * *

Gdy Mroczna Wizja skończyła już zadawać te dziwne pytania Kocimiętce, skierowały się w stronę granicy z Klanem Klifu. Ruda zastanawiała się, jak długo jeszcze będą tak chodzić. Musiała przyznać, że choć starsza miała już sporo księżyców na karku, wciąż miała energii za dwóch! Nie potrzebowała żadnych przerw na odetchnięcie podczas tego długiego spaceru, co dziwiło mistrzynię, która najchętniej przysiadłaby teraz w ciepłym świetle słońca i odpoczęła. Nie mogła jednak wyjść na słabą przed tak ważną osobistością, dlatego za każdym razem, gdy chciała ponarzekać na ból łap, gryzła się w język.
— Kocimiętko — mruknęła nagle Mroczna Wizja, chcąc zwrócić uwagę młodszej.
— Tak? — odparła od razu, a jej ucho drgnęło.
— Gdy ostatnio tędy przechodziłam podczas spaceru, wyczułam coś dziwnego. Pójdziesz ze mną to sprawdzić? — dodała, przyjmując zmartwioną minę.
— No pewnie! — Kocimiętka nawet się nie zawahała. Co takiego mogło zaniepokoić byłą mistrzynię? Zielonooka liczyła na to, że nie będzie to nic wielkiego, ale możliwości było sporo. Wiele rzeczy mogło pachnieć “dziwnie”.
— Wydaje mi się, że zapach dochodził z tuneli... — kontynuowała czarnofutra, skręcając w stronę wejścia do jednego z nich.
Czyżby jakaś mysz się w nich zgubiła, umarła, a potem zgniła? A może utknął w nich jakiś Klifiak? Kocimiętka słyszała, że niektóre podziemne ścieżki prowadzą aż do terenów drugiego klanu! Oby tylko w tych ciasnych korytarzach nie spotkała swojego głupiego ojca — Króliczej Prawdy. Choć tak właściwie nawet nie było na to szans! Podobno zwiał z Klanu Klifu, a także okazał się niebezpieczny i niezrównoważony psychicznie. Kocimiętka nie wiedziała, co wcześniej widziała w swoim tacie i dlaczego wydawał jej się taki miły i zabawny. Był zupełnym przeciwieństwem! Był zdrajcą, oszustem!
Tak bardzo sfrustrowała się na myśl o kremowym kocurze, że nawet nie zauważyła, kiedy dokładnie znalazła się pod ziemią, a w jej nozdrza uderzył wręcz paraliżujący smród. Miała ochotę jak najszybciej stąd zwiać, nim ta woń sprawi, że zwróci ostatnio zjedzony posiłek. Widząc jednak, jak Mroczna Wizja brnie przed siebie, postanowiła zachować wszelkie komentarze dla siebie.
Po dłuższym czasie błądzenia po śmierdzących tunelach czarna kotka gwałtownie się zatrzymała, a mistrzyni niemal na nią nie wpadła.
— Na Mroczną Puszczę! Spójrz, Kocimiętko...! — westchnęła zaskoczona, odsuwając się, by zielonooka mogła spojrzeć na to, co znajdowało się na podłożu tunelu.
Z początku młodsza wpatrywała się w to coś z konsternacją wymalowaną na pysku, niepewna, czemu właściwie się przygląda. Gdy już chciała spytać o to Mroczną Wizję, nagle zaczęła dostrzegać zarysy kości. Były oblepione mięsem, splamione krwią. Wyglądały tak, jakby ich właściciel został brutalnie rozszarpany przez... niedźwiedzia!
— To... jakiegoś kota? Ciężko stwierdzić... — mruknęła rudofutra, odsuwając się od resztek, by stanąć obok starszej. — Jak myślisz, do kogo należą? Chyba nie do żadnego Wilczaka, prawda? Może to jakiś Klifiak się tu zabłąkał... — zaczęła się zastanawiać, mrużąc ślepia i przechylając głowę.
— Nie wiem, Kocimiętko... To może być wszystko! — odparła Mroczna Wizja.
Mistrzyni przeniosła wzrok na starszą.
— Co z nimi robimy? Chyba nie pozwolimy, żeby tak sobie tu leżały i gniły, prawda? — miauknęła, delikatnie krzywiąc się od smrodu gnijącego mięsa. — Na pewno żadnego ucznia nie zachęciłoby do treningu znalezienie takiej... niespodzianki — dodała, lecz zaraz potem zdała sobie sprawę, że jeśli będą chciały się tego stąd pozbyć, będą musiały zrobić to własnołapnie.

* * *

Kilka dni później

Od tego dziwnego spaceru z Mroczną Wizją minęło już kilka dni. Kocimiętkowy Wir zdążyła o nim zapomnieć i skupić się na teraźniejszości. W końcu to wszystko, co się wydarzyło, było tylko zwykłym przypadkiem, prawda? A ona nieraz widziała już szczątki jakiegoś zwierzęcia, więc to, co wtedy zobaczyła, nie wywarło na niej zbyt dużego wrażenia. Zawsze mógł to być jakiś martwy kot… czyż nie?
Czyż... nie?
Ale raczej tak nie było! Więc po co się tym przejmować? Śmierć tego stworzenia zapewne była jedynie przypadkiem. Z całą pewnością codziennie w tych okolicach umierało przynajmniej jedno zwierzę, więc zobaczenie trupa nie powinno być czymś nadzwyczajnym.
Tego dnia Kocimiętka ponownie została zaczepiona przez Mroczną Wizję, której tym razem towarzyszyła Ognikowa Słota.
— Masz chwilę na spacer, Kocimiętko? Tym razem pomyślałam, że może przejdziemy się wraz ze Słotą, skoro tak się lubicie — mruknęła czarnofutra, niewinnie uśmiechając się do rudej mistrzyni.
— Nie widzę ku temu żadnych przeszkód! — odparła zielonooka. — Czy tym razem też chcesz mnie wykorzystać do sprawdzenia czegoś podejrzanego? — zażartowała po chwili, gdy Mroczna Wizja wraz z szylkretową kocicą zaczęły kierować się ku wyjściu z azylu.
— Tego nie wiem, Kocimiętko. Jednak gdybyśmy faktycznie znalazły kolejnego trupa, chyba zaczęłoby to wyglądać podejrzanie, prawda? Wtedy musiałybyśmy się zastanowić, czy po terenach Klanu Wilka nie zaczęły grasować lisy albo inne dzikie zwierzęta...
Mistrzyni skinęła głową, zgadzając się ze słowami starszej.
— Tak, tak! Ale nawet jeśli jakieś groźne drapieżniki postanowiły się tu rozgościć, to Zalotna Gwiazda z całą pewnością skutecznie je stąd przegoni! — miauknęła pewnie.
Resztę drogi spędziły w ciszy, przysłuchując się jedynie ćwierkotowi ptaków. Atmosfera zmieniła się dopiero wtedy, gdy do nozdrzy kotek zaczął docierać silny, metaliczny zapach krwi. Kocimiętce od razu futro stanęło dęba, co Ognikowa Słota musiała zauważyć. Szylkretowa mistrzyni dała swojej towarzyszce kuksańca, po czym szepnęła jej do ucha:
— Weź się w garść, Kocimiętko.
Ruda ze zdziwienia zamrugała kilka razy, po czym westchnęła, starając się rozluźnić. Nie było jednak wątpliwości, że zmierzały w stronę źródła tego zapachu.
W końcu do niego dotarły. Okazało się, że między krzewami spoczywało martwe ciało. Tym razem bez wątpienia należało do kota, choć było nie mniej poturbowane. Całe oblepione zaschniętą krwią i niemal przykryte kocem składającym się z much i innych owadów.
Kocimiętka instynktownie przylgnęła ciałem do swojej przyjaciółki, jednak ta odepchnęła ją od siebie, mierząc ją chłodnym, niemal morderczym wzrokiem. Wtedy też w ich stronę odwróciła się Mroczna Wizja.
— To niemożliwe! — wydukała zdumiona. — Kocimiętko, chyba jakimś dziwnym trafem przyciągasz do siebie śmierć... — dodała, po czym jej wzrok spoczął na pysku rudej, dokładnie go analizując.
Kocimiętka stała w bezruchu, wciąż zastanawiając się nad dziwnym zachowaniem Ognikowej Słoty. Kotka nigdy wcześniej nie była wobec niej tak surowa. Co się stało, że nagle stała się tak twarda i zdystansowana?
— Najwyraźniej... — odparła pręgowana, po czym spojrzała na stojącą obok mistrzynię, bardziej przejęta nią niż truchłem leżącego przed nimi kota.

* * *

Znalazła się w lesie. Nie była tu sama. Oprócz niej gdzieś niedaleko znajdowała się grupa Wilczaków, a także Tygrysia Noc i Tropiąca Łaska. Nie była tu bez powodu. Zabrali ją tutaj w środku nocy, by wytropiła samotnika i przyprowadziła go w wyznaczone miejsce. Dlaczego? Tego jeszcze nie wiedziała, ale czuła, że nie ma miejsca na sprzeciw. Musiała znaleźć jakąś ofiarę, musiała być posłuszna kotom, które wydały jej rozkaz. Było ich naprawdę sporo, choć nie był to cały Klan Wilka. Wśród nich znajdowała się między innymi Zalotna Gwiazda, a także Ognikowa Słota i Nadciągający Pomrok. Ciekawe, jaki miały z tym związek…
W końcu do jej nosa dotarł zapach obcego kota, innego niż Tygrysek, Trop czy pozostałe koty, które znała. To musiał być ktoś obcy — jakiś samotnik. Od razu jej serce przyspieszyło, a zmysły się wyostrzyły. To była jej szansa! Koniecznie musiała odnaleźć tego włóczęgę i na niego zapolować, nim ucieknie, a ona zostanie z pustymi łapami. Nie wiedziała, co się stanie, gdyby do wschodu słońca nie przyprowadziła Wilczakom samotnika, ale wolała nie ryzykować. Bała się gniewu Mrocznej Wizji, liderki i swoich przyjaciółek, a domyślała się, że nie byłyby zachwycone, gdyby Kocimiętka nie podołała powierzonemu jej zadaniu.
Kocimiętkowy Wir mknęła wśród krzewów, próbując odnaleźć samotnika. W końcu, gdy wyjrzała zza jednego z nich, dostrzegła średniej wielkości, kremowego kota o bursztynowych oczach. Wyglądał uderzająco podobnie do jej ojca, co dodatkowo wzbudziło w niej gniew i pragnienie rozlewu krwi. Lepiej trafić nie mogła. Gdyby znalazła jakiegoś niewinnego kota, mogłaby mieć większe opory przed zabiciem go, ale skoro trafił jej się ktoś taki, mogła bez trudu wyobrazić sobie, że na jego miejscu stoi Królicza Prawda.
Zmarszczyła brwi, napinając mięśnie łap. Nie będzie miała ani grama litości wobec tego kocura. Bezszelestnie wybiła się od ziemi, szybując wprost na samotnika, który aż do momentu zderzenia z rudofutrą nie miał pojęcia, że przebywa ona w pobliżu. Kremowy wydał z siebie parsknięcie, przetaczając się wraz z mistrzynią po ziemi.
— Co to ma być?! — krzyknął, w końcu zatrzymując się i spychając z siebie Kocimiętkę. — Co ty wyprawiasz? Przecież nic nie zrobiłem! — dodał, patrząc na kotkę w zdumieniu. — Jest środek nocy, na litość! — kontynuował zdenerwowanym głosem, mrużąc oczy.
Ruda jednak nie odpowiedziała. Jedynie syknęła i ponownie ruszyła do ataku. Uderzyła w niego z impetem, powalając go na ziemię, po czym zamachnęła się łapą i przeorała mu pysk. Przez cały ten czas wyobrażała sobie, że na jego miejscu leży jej zdradziecki ojczulek, który tak szybko porzucił ją, jej siostrę i matkę.
— Wariatka! Mysie łajno! — warknął samotnik, próbując się oswobodzić z uścisku Kocimiętki. Treningi z Lodowym Omenem wiele jednak dały, bo ruda wyrosła na silnego kota, którego nie dało się tak łatwo pokonać.
Mistrzyni ponownie zamachnęła się łapą i uderzyła kremowego w pysk. Potem jeszcze raz. I kolejny. Rozchlapywała wokół siebie krew, kierowana czystą złością i żądzą zemsty. Nie zauważyła nawet momentu, w którym samotnik przestał się wierzgać i wreszcie pogodził się ze swoim losem. Gdy w końcu ocknęła się z transu, szybko z niego zeszła i stanęła obok, zdając sobie sprawę z tego, że miała przyprowadzić go na miejsce kultu raczej żywego…
Szybko przypadła do ziemi, a wtedy zauważyła, że jego klatka piersiowa wciąż się unosi. Kremowy zaczął wydawać z siebie pełne bólu stęknięcia, na co zielonooka odetchnęła z ulgą.
— Wstawaj, szczurzy bobku! — syknęła, trącając obcego łapą.
Ten drgnął i przewrócił się na bok, kaszląc mocno. Kocimiętka prychnęła, po czym złapała kremowego za kark i zaczęła ciągnąć go w stronę czekających na nią Wilczaków.
Gdy dotarła na miejsce, nie było tam jeszcze Tygrysiej Nocy ani Tropiącej Łaski. Zapewne wciąż nie znaleźli żadnej ofiary, co oznaczało, że Kocimiętka jako pierwsza wytropiła samotnika.
Kiedy wypuściła kremowego z pyska, podeszła do niej Mroczna Wizja.
— Co mu się stało? — spytała, mierząc zwijającego się z bólu kocura chłodnym wzrokiem.
Zielonooka zawahała się na moment.
— Nie chciał za mną iść, więc musiałam go do tego zmusić — odparła, strzepując uchem. Nie wiedziała, czy czarnofutra przyjmie takie wyjaśnienie, ale nie miała w zanadrzu niczego lepszego.
— A czy jesteś w stanie go dobić? — dodała starsza, wycofując się w tłum kotów otaczających Kocimiętkę ciasnym okręgiem.
Zielonooka przeniosła wzrok z Mrocznej Wizji na kremowego kocura, który wciąż zdezorientowany wił się po ziemi i mamrotał coś niezrozumiałego pod nosem. Potem zmarszczyła nos i podeszła do niego, patrząc wprost na jego szyję. Szybkim ruchem nachyliła się nad nim i zacisnęła szczęki na delikatnej skórze okalającej jego gardło. Jej podniebienie szybko zalało się krwią, ale nie przestała, póki ciało kremowego nie zwiotczało. Dopiero wtedy podniosła brudny od posoki pysk, a krople szkarłatnej cieczy zaczęły rytmicznie spływać z jej brody, uderzając o ziemię.
— Kocimiętkowy Wir pokazała nam tej nocy, że jest godna wstąpienia do kultu! Jej ceremonia przebiegła pomyślnie, a ja doceniam jej bezwzględność i brak skruchy. Właśnie takie cechy cenimy zarówno w obecnych kultystach, jak i w przyszłych! — wygłosiła Mroczna Wizja, ponownie wysuwając się z tłumu.
Kocimiętka zrobiła krok w jej stronę, stając naprzeciw starszej. Nim zdążyła jakkolwiek zareagować, czarnofutra kontynuowała:
— Ja, Mroczna Wizja, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotowa przyjąć na siebie nasze znamię jako dowód inicjacji?
Rudofutra nie miała czasu się zastanowić.
— Tak — palnęła instynktownie, czując, że to jedyna właściwa odpowiedź.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu.
W mgnieniu oka starsza dosięgła zębami lewego ucha mistrzyni i szybkim ruchem oderwała jego fragment, który następnie z głuchym dźwiękiem upadł na splamione krwią podłoże.
— Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy. Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli — zakończyła przemowę.
Po tych słowach Mroczna Wizja podeszła do martwego ciała samotnika, zamoczyła palce w jego krwi i odcisnęła szkarłatny znak na czole Kocimiętkowego Wiru. W tej samej chwili rozległy się wiwaty.
— Kocimiętkowy Wir! Kocimiętkowy Wir! Kocimiętkowy Wir! — krzyczały koty.
A więc te zwierzęta, które grasowały po terenach Klanu Wilka i o których opowiadała jej Jaskółcze Ziele… tak naprawdę były kotami. Przez cały ten czas to kultyści urywali uszy innym, a ona głupia myślała, że to sprawka jakichś kun!

Koniec sesji