BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 lipca 2025

Od Miłostki

 Len został wojownikiem! 
Jakże on wyglądał niesamowicie i godnie, kiedy tak stał na środku, a liderka Sówka ogłaszała wszystkim, że jest gotowy, aby przyjąć nowe obowiązki. Pomogła mu nawet wylizać dokładnie jego jasne futerko, aby żaden pyłek czy latający dmuchawiec mu się tam nie zagnieździł. Ambrowiec chciała ją odgonić, mówiąc, że ona lepiej się tym zajmie, ale ostatecznie dała sobie spokój, kiedy jęki i westchnienia Miłostki, które słyszała nad uchem, stały się nie do wytrzymania. Odwróciła się obrażona i wyszła. Podczas ceremonii jednak również siedziała, pełna dumy, z iskierkami w oczach, patrząc na Lna, który prężył się, pokazując wszystkim, jaki jest wysoki i elegancki. Uczennicy udało się przytargać ze sobą Sekrecika, który chwile wcześniej powrócił z treningu. Była to najpewniej ostatnia rzecz, na jaką chciał trafić, kiedy wymęczony i głodny rozstawał się przy wejściu z Malinką. Miłostka siedziała mu na ogonie, a z każdym jego ruchem naciskała na końcówkę łapą. Kocur grzebał w ziemi kompletnie znudzony i niezainteresowany samą uroczystością, ale jego siostra był zbyt zajęta robieniem maślanych oczu w stronę przyjaciela, który ani razu nawet nie spojrzał w jej stronę. Raz tylko, kiedy przebiegał pośpiesznie wzrokiem po wszystkim zgromadzonych, przystanął i zerknął, ale jego oczy wcale nie napotkały oczu pointki - skierowały się, przynajmniej tak się zdawało, ale córka Migotki nie dopuszczała tego do świadomości, na pyszczek jej młodszej koleżanki Jaśminowiec. 
Kiedy ceremonia się zakończyła, jako pierwsza podbiegła, aby mu pogratulować. Wyminęła Ambrowiec, wyminęła Kolendrę, którzy również tam zmierzali. 
— Ah! Jak super, jak super! Ale się świetnie zaprezentowałeś, no normalnie jakbyś od księżyców był wojownikiem! No ale bądźmy szczerzy - powinieneś być już od wielu księżyców wojownikiem — zawołała radośnie, kiedy dotarła do kocura. Ten uśmiechnął się nonszalancko i spojrzał na nią z góry. 
— No ba! To oczywiste. Przez ostatnie treningi to jakbym ja uczył czegoś Listka. — wypiął pierś. 
— Phi! Masz krzywe pazury i jeszcze krzywszy pysk... — burknął Sekrecik, który wysnuł się zza siostry.
— To w takim razie skoro ja mam krzywe pazury, ty musisz mieć krzywe całe łapy, bo to ja już dzisiaj będę spać z wojownikami, a nie ty, Sekreciku — powiedział przesłodzonym głosikiem. — Ale to niezwykle miło z twojej strony, że przyszedłeś mi pogratulować.
— A nie chce jeszcze ostatnią noc zostać z nami? Tak na pożegnanie. Możemy poopowiadać sobie straszne historie! — zaproponowała ruda, uderzając ogonem z podekscytowania.
— Miłostko litości. Te bajeczki są dla dzieci, dla kociąt i uczniów. Ja już nie mogę z wami się tak błaźnić. — Na jego mordkę napłynął wyraz politowania. Dotknął wierzchem łapy jej policzka — Myślę, że jeśli chcesz zostać zwiadowczynią i znowu spać obok mojego legowiska, to musisz odrzucić te głupie zwyczaje i kulki mchu, co ci tak grzechoczą w tej pustej, ślicznej główce. — Poklepał go delikatnie i wyminął zszokowaną przyjaciółkę. Podszedł do Ambrowiec, aby przyjąć gratulacje od opiekunki.
— Buc... — skwitował Sekrecik, stając obok oniemiałej Miłostki. — Zamknij pysk, bo ci wleci mucha — rzucił tylko i odszedł w stronę stosu zwierzyny, aby w końcu się posilić.

* * *

— Chyba wystarczy... — powiedziała cicho i łagodnie Pieczarka, patrząc na swoją uczennicę z wyższej gałęzi. Szylkretka ledwo trzymała się na nogach. Wszystko się w niej trzęsło. Nie wiedziała, ile czasu spędziła na bieganiu w koronach, na skakaniu z jednego drzewa na drugie, na gonieniu zwiadowczyni, która wyglądała na jedynie lekko zadyszaną. Wzrok jej szwankował, a serce biło tak mocno, że myślała, iż są już w okolicach drogi grzmotu. Wyszli, razem z Sekrecikiem i Malinką, niemal o świcie, a teraz słońce piekło już niemożliwie w grzbiet, szczytując na niebie. Chociaż nikt nie powiedział im tego wprost, wiedziała, że od tego treningu zależy więcej niż kiedykolwiek. To był test. To była jej szansa, aby dołączyć do Lna w nowym legowisku, aby zając miejsce obok niego i znowu móc położyć głowę na jego brzuchu, kiedy rozmawiali do późna mimo zmęczenia. — Poszło ci bardzo dobrze, Miłostko. Widać, że masz w sobie tę samą krew, która płynie w Migotce i Mirabelce. Latasz po gałązkach jak prawdziwa wiewióreczka. Tak jak powiedziałaś mi, że będzie fruwać, kiedy zaczynaliśmy trening. 
— Cz-czy to znaczy, że zdałam? — zdołała jedynie wypluć z siebie te słowa. Gołębi uśmiech zastępczyni powiększył się, a kiedy ta skinęła głową, ulga rozpłynęła się po całym ciele uczennicy i umiejętnie zamaskowała zmęczenie. 
— Chodź moja droga. Poszukamy Malinki i twojego brata. Też powinni już skończyć — powiedziała i zaczęła rozważnie zeskakiwać na coraz niższe gałązki. Miłostce zajęło to trochę więcej czasu. — Nie martw się o zmęczenie. Kiedy zaczniesz chodzić na regularne patrole, szybko się przyzwyczaisz — pocieszyła ją, na co młodsza skinęła łbem. 
Faktycznie, szybko odnaleźli dwójkę i razem skierowali się w stronę obozu. Mentorzy obok siebie i terminatorzy bok w bok. Sekrecik też wyglądał na wymęczonego. W pysku trzymał piękną sójkę i mniejszą mysz. Ciekawe czy takie zwykłe polowanie tak go pokonało. 
Droga dłużyła się, ale w końcu dotarli. 
— Sekreciku odłóż zwierzynę na stos, ale wróć tutaj. Ty Miłostko po prostu zostań — powiedział Malinka i wraz z zastępczynią potruchtał w kierunku. Szylkretka nawet nie zakodowała, kiedy jej brat odszedł i kiedy wrócił. Poszłaby spać, gdyby nie to, że zrobiłaby najpewniej największy wstyd w historii Owocowego Lasu. Chociaż... Potem przypomniała sobie o swoim ojcu, który teraz więcej przesiadywał u Staruszki Świergot niż na polowaniach z innymi wojownikami. Ze snu na jawie wyrwał ją krzyk Sówki. 
— Owocowy Lesie! Zbierzcie się wszyscy! — Zmusiła się, aby zrobić jeszcze kilka kroków do przodu. Słońce piekło ją w grzbiet; bała się, że zemdleje. Czuła ciepło, które bije od boku Sekrecika. Uspokajała ją jego obecność. — Miłostko, wystąp! 
Otumaniona temperaturą musiała zostać popchnięta ogonem przez brata, aby wykonać polecenie. Ze zmrużonymi oczami wpatrywała się w bure oblicze staruszki, która z troską i dumą spoglądała w dół. 
— To już najwyższy czas, abyś zakończyła trening pod okiem Pieczarki i dołączyła do grona Zwiadowców. Wykazałaś się wielkim zaangażowaniem, a ambicje pchały cię do przodu na każdym etapie treningu. Czy z równym zapałem będziesz wykazywać się lojalnością względem naszej społeczności i czy będziesz czuwać nad jej bezpieczeństwem? — zapytała oficjalnie.
— Przysięgam — powiedziała bez namysłu. 
— A zatem Owocowy Las wita cię jako pełnoprawną zwiadowczynie! — Rozejrzała się. Widziała ojca i matkę, widziała ciotkę i Malinka, a także Pieczarkę, która uśmiechała się do niej. Dostrzegła i Lna, który... Siedział obok Jaśminowiec, niemal stykając się z nią bokami. Kocur również posłał jej uśmiech, a potem puścił oczko. Może dramatyzowała..? 
— Sekreciku, wystąp! — Kotka cofnęła się, aby dać miejsce bratu. — Ty również zakończyłeś dzisiaj swój trening. Wykazałeś się rozsądkiem i skupieniem podczas wielu polowań, a także ciekawością, której nie powinno brakować kotu z naszej społeczności. Czy zatem przysięgasz być względem niej lojalny i czuwać nad nią? — Ponownie zadała pytanie.
— Przysięgam! — odrzekł płowy. 
— A więc Owocowy Las wita cię jako nowego wojownika. — Słyszała, jak koty gratulują im wielką grupą. Widziała, jak podchodzą do nich rodzice i Kruszynka, a także reszta rodziny czy bliższe im koty. Czekała jednak jedynie na Lna. Miała nadzieje, że legowisko obok niego nadal jest wolne...

Od Promienistego Słońca CD. Ćmiego Księżyca

Jako kociak po wypadku Księżyc już jakiś czas temu zastąpił na niebie słońce. Choć nie widziałem go, wiedziałem, że tak było po większym niż zwykle mroku w obozie. Próbowałem więc spać; miałem zamknięte oczy. Mimo niedawnych wydarzeń w obozie wszyscy już odpłynęli. Nawet mamusia Bożodrzewny Kaprys. Ta czuwała nad mną cały czas, nieprzerwanie, słyszałem nawet, że jest teraz ze mną; słyszałem jej oddech. Nawet jak nasza medyczka opatrywała mi moje oko… Moje biedne oko. Nic zbytnio na nie nie widziałem. Jedyne co mi pozostało to żywić nadzieje, że wzrok do mnie wróci. Oby Przodkowie na to pozwolili, wolałbym go nie tracić. A jak już to w walce! Chciałbym móc powiedzieć, że przydałem się i odebrano mi wzrok w honorowy sposób… W moim duchu była tylko nadzieja, że go nie stracę. Nawet teraz, jeśli na nie nie widzę, to może powróci? Nie powiedzieli mi przecież, że nie będę na nie widzieć na pewno! Może Klan Gwiazdy mnie posłucha? Trzeba być dobrej myśli! Może Przodkom spodoba się moje myślenie i w nagrodę pozwolą mi zatrzymać umiejętność widzenia? Oby! Te myśli dodawały mi nadziei, której tak wtedy potrzebowałem. Nadzieja jest taka przyjemna! Chyba dobrze mieć nadzieje, gdy jest się smutnym jak ja teraz. Fakt, nie miałem zbytnio siły myśleć, chciało mi się spać, ale musiałem teraz pozostać o dobrej myśli… Po chwili jednak uznałem, że powinienem jednak spróbować usunąć. Może jutro będzie mniej bolec? Choć zajęło mi to dosyć długo, w końcu zapadłem w głęboki sen.

* * *

Obudziłem się nagle wystraszony. Oddychałem ciężko, wystraszony moim snem. Śnił mi się mój wypadek, śniło mi się, że nikt mi nie pomógł… To był straszny sen, myślałem o nim przez chwile i dopiero po kilku uderzeniach serca coś przerwało te specyficzne myśli. Odwróciłem głowę, by kątem oka przyjrzeć się, co dotyka mojego barku. Spodziewałem się wielu rzeczy, nawet tego, że jest tam duży żuk, ale nie długowłosej, niebiesko-białej srebrzystej koteczki… Moja siostra. Księżyc! Moja biedna siostra. Musiałem ją wystraszyć, tak bardzo wystraszyć tym wszystkim… Powinienem być mądrzejszy i nawet nie dotykać tego patyka... Po chwili dopiero zdałem sobie sprawę z czegoś. Ona przyszła mimo to mnie odwiedzić? Jak miło! Ja na jej miejscu bym chyba tego nie zrobił, tylko się obraził… W każdym razie nie spała; patrzyła na mnie swoimi ślepiami. W ciemności przypomniały mi dwa żółte księżyce w pełni… Ciekawe czy moje oko na stronie niezawiniętej w pajęczyny i liście pyska, wyglądało podobnie do księżyca… W każdym razie odetchnąłem głęboko, dopiero po dłuższej chwili wydychając je. Powiedziałem do niej cicho, najłagodniejszym głosem, jaki potrafiłem wydać;
— Co ty tu robisz? Jest ciemno, powinnaś spać — Miałem wrażenie, że mogła być zmęczona, skoro ja też byłem.
— Bracisz... — Mówiła cicho, jak to miała w zwyczaju, jednak ja jej przerwałem.
— Idź, idź albo się obrażę — odezwałem się. Nie chciałem, aby miała problemy! Dodałem więc po chwili — Nic już do ciebie nie mówię do kolejnego poranka, dziękuje bardzo, masz iść do mamusi Zielone Wzgórze-
Kotka w reakcji na to szepnęła coś pod nosem, nieco jakby posmutniała. Fakt nie chciałem, aby była smutna, jednak nie chciałem też, by miała, problemy. Dlatego siedziałem cicho. Za mój cel ustawiłem sobie nieodzywanie się. Po paru biciach serca moja siostra wstała i zaczęła wychodzić z legowiska medyka. Obserwując tak ją, zdałem sobie ponownie sprawę, jaki ja wyczerpany wtedy byłem. Zamknąłem więc swoje oczy i położyłem głowę na legowisku. Po dłużej chwili przestałem słyszeć jej kroki, myśli były coraz bardziej leniwe. W końcu zasnąłem, a mój sen był głęboki i przyjemny, choć niewiele z niego potem pamiętałem.

* * *
Obecnie

Dzień powoli już się kończył. Wróciłem właśnie z polowania; nie przyniosłem ze sobą do obozu nic. Nie licząc ciernia, który wbił mi się w łapę niedaleko wodospadu. No cóż, czasem bywa i tak. Pocieszałem się, że będę mógł przynajmniej mieć dobry pretekst, by pogadać z siostrami. W takich momentach jak ten cieszyłem się, że obie są medyczkami i mogłem znaleźć je bardzo łatwo. No, chyba że akurat szukały ziół czy czegoś takiego. W każdym razie miałem nadzieje, że zastane je tam gdzie zwykle. Albo, że chociaż jedna z nich będzie w legowisku medyka. Podziękowałem reszcie kotów, z którymi polowałem, po czym oddaliłem się, od nich. Powoli szedłem przez obóz, co jakiś czas witając się z kotami przechodzącymi obok i jednocześnie uważając na to, by nie stawać zbytnio na łapie, w której miałem cierń. To by tylko mogło pogorszyć sprawę, no i bardziej bolało. W końcu minąłem stos zwierzyny i wszedłem do legowiska medyka. Powitał mnie intensywny zapach różnorodnych ziół. Oraz co najważniejsze srebrzysto-biała kotka zajęta akurat ich sortowaniem. Jej głowa była pochylona nad roślinami, wąchając je co jakiś czas oraz przesuwając je łapą w tę czy inną stronę. Nie zauważyła mnie, a raczej nie zwróciła uwagi na moje kroki i zapach. Podszedłem do niej i powiedziałem nieco zbyt głośno;
— Ładnie dziś wyglądasz siostrzyczko — powiedziałem, dodając kolejne zdanie, zanim kotka się odezwała — Gdyby ktoś pomógłby ci się umyć i gdybyś nie była medyczką, jestem przekonany, że kocury z całej okolicy szalałyby za tobą.
Kotka nieco się zjeżyła na nagły dźwięk, jednak szybko opadło jej futro. Odwróciła łeb, w moją stronę pytając:
— Promieniste Słońce? O ci tym razem chodzi? — spytała.
— Chcesz pogadać i mi pomóc? Proszę to tylko drobniutka pomoc, taka wiesz, co ci parę bić serca zajmie. No wiesz tylko chwileczkę. Taką króciutką jeszcze. Nic wielkiego Ćmi Księżycu — Powiedziałem żartobliwym tonem.
— Jaką pomoc? — zapytała ponownie Ćmi Księżyc.
— A taką malutką, naprawdę malusieńką wiesz to nawet problem dla ciebie moja siostro, nie będzie — mówiłem, postanawiając się nieco przy tym powygłupiać.
— O co ci chodzi — pytała nadal swoim cichym jak zwykle głosem.
— Wiesz, byłem na polowaniu, i nic nie złapałem, ale w każdym razie to szedłem sobie i się zamyśliłem no i ten no, trochę mam problem teraz w każdym razie chcesz wiedzieć, co się stało? — mówiłem dalej. Chyba nie powinienem tego tak długo przeciągać, jeszcze się zirytuje.
— Mów — rzekła.
— Mam ciernia w łapie, widzisz? Nie jest duży, wyjęcie jego zajmie ci, no wiesz, tę chwilkę taką króciutką, nawet mniej niż bicie serca — powiedziałem, wysuwając jedną z przednich łap w jej stronę. Dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że chyba nie powinienem używać słowa "widzisz", ale chyba się nie obrazi, prawda? To było w końcu przypadkiem.

<Ćmi Księżyc? Do odpowiedzi zapraszam>

Od Miodka CD. Cierń

 Time skip - droga powrotna ze zgromadzenia

— To niesamowite — mruknęła pod nosem Cierń. 
— S-słucham? — odpowiedział Miodek, idący u jej boku. Zamykali pochód, a przed nimi chybotały kocie ogony. 
— To niesamowite, że po tych wszystkich księżycach, jakie zostałam zmuszona z tobą spędzić, ty jeszcze jesteś w stanie zrobić coś nie tylko głupszego, ale i bardziej żenującego, irytującego i mieszającego z błotem dobry obraz ciebie, wszystkich kotów dookoła, a w dodatku całego Owocowego Lasu — wysyczała, posyłając mu mordercze spojrzenie. Chociaż nie potrafiła postawić futra na karku, jej dawny uczeń wiedział, kiedy kotka jest naprawdę zdenerwowana. To był właśnie taki moment. To była sytuacja, w której powinien włożyć ogon między nogi, spuścić wzrok i przeprosić. —  Nie masz nic w tym pustym łbie. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało ci się zaciągnąć ten swój głupi zad tak daleko w życiu.
— Mam dużo szczęścia... Mama mówiła mi, że jestem urodzony pod szczęśliwą gwiazdą... — burknął, nie podnosząc oczu. 
— Phi! Mamusia ci tak mówiła?! A może mówiła ci coś jeszcze, co? — prychnęła, a wojownik zmarszczył brwi, nie wiedząc, co odpowiedzieć. — Może, że jesteś idiotą, że masz wszy we łbie, które mruczą ci najbardziej nieodpowiedzialne rzeczy? Mówiła ci tak?! 
— Nie, nie mówiła... Wyrażała się ładniej od ciebie, ogólnie była ładniejsza...
— Co tam szemrzesz?! Powiedz głośniej albo wyrwę ci jęzor, skoro i tak nie ma z niego żadnego faktycznego pożytku — zagroziła, a czekoladowy cofnął się o jeden krok do tyłu. Nie mógł jednak iść wolniej - już i tak byli ostatni. — Ruszaj zad, nie mamy całej wieczności, aby dotrzeć do obozu. 
— Przecież idę — fuknął i przyśpieszył. Myślał, aby ją wyminąć, ale nie chciał niszczyć zwartego szeregu Owocniaków. Przed nimi szli tylko Puma i Orzeszek. Stróże nie odzywali się; Miodek wiedział, że podsłuchiwali, ale ciężko byłoby nie słyszeć rozmowy wojowników z tak bliskiej odległości. 
Kocur nie wiedział, co do końca myśleć o tej całej sytuacji.
Czy żałował? Być może. Czy gdyby wiedział, jak się ona skończy, zareagowałby inaczej? Raczej nie. 
Nie było innej możliwości, jak obrona honoru jego ukochanej. Nie ważne kim byłby kot, który mówi o niej takie paskudne rzeczy, mógłby to być sam Przodek z Klanu Gwiazdy, on i tak rzuciłby się na niego, jeśli okoliczności by tego wymagały. Jego intencje były dobre. Stęsknił się faktycznie za Promienistym Słońcem, za jego własnym uczniem, a ten potraktował go jak najgorszą sowią wypluwkę. Napluł mu w pysk, obrażając jego najdroższą rodzinę. Musiał za to zapłacić, nie ważne, że znajdowali się na świętej wyspie. To nie była sprawa Klanu Gwiazdy, to nie była sprawa Wszechmatki, czy nawet potępionych dusz. To był konflikt między dwoma kocurami i między dwoma kocurami powinien był pozostać. Niepotrzebnie wtrącili się inni. Niepotrzebna była interwencja tego wojownika z Klanu Nocy, niepotrzebnie pojawił się jego drogi Barszcz. To wszystko było... Przedramatyzowane. Reakcja Promyka była przedramatyzowana. 
A najgorszym była realizacja, że ten sposób gry, ten sposób reagowania młodszy wojownik najpewniej zaczerpnął właśnie ze sposobu zachowywania się swojego mentora. Miodek pluł sobie w brodę nie dlatego, że złamał zasady, które panowały od wielu księżyców na Bursztynowej Wyspie, a dlatego, że widział swoją winę w tym, na jakiego kocura wyrósł kremowy. Najwidoczniej popełnił błędy, najwidoczniej nie nauczył go szacunku, na pewno nie do kotek. Ostatecznie to Promieniste Słońce sam stanie się swoją ofiarą. Takie podejście prowadzi do samotności i łkającego serca. 
— Hej! Mówię do ciebie. — Głos Cierń wyrwał go z zadumy. 
— Przepraszam, zamyśliłem się — wydukał zgodnie z prawdą. 
— Dogoniła cię potrzeba refleksji? — prychnęła kotka, nie zwalniając tempa. Zaczynało świtać.
— Nie do końca... Cierń, ale proszę bądź ze mną szczera, czy gdyby ktoś w twej obecności życzył Żmii rzeczy najgorszych z najgorszych... Czy nie zareagowałabyś agresją? Nawet wiedząc, że czyn ten będzie źródłem konsekwencji?

<Cierń?>

02 lipca 2025

Od Wężynki (Wężynowej Łapy)

Do żłobka wdzierały się pierwsze promyczki leniwego słońca, barwiąc łapki Wężynki, która już dawno nie spała, złotem. Serce zabiło jej szybciej, kiedy jakiś kot poruszył się gdzieś za jej plecami — czy to Wężyna? Lśniące nadzieją i ekscytacją oczka młodej szybko przemierzyły wnętrze kociarni, jednak wszystkie koty dalej spały. Powietrze było gęste i gorące a niegdyś przyjemny zapach mleka teraz zdawał się być mdły.
— Żenada — uznała koteczka cichutko na myśl, że przyszło jej żyć w takich warunkach — Powinni wybudować mi osobną komnatę! Mnie i mojej mamusi. I Żmijowcowi. Ale nie, bo on jest dziwny. Ale bez niego jest nudno! Ale z nim też jest nu…
Juniorka zjeżyła się momentalnie, kiedy jej przeprowadzane na głos rozmyślania zostały przerwane przez głośne chrapnięcie szylkretowej kocicy.
— Przestraszyłaś mnie mamo! — syknęła, teraz bardziej stłumionym głosem, Wężynka.
Przez następne kilka minut bawiła się małym kamyczkiem, który został tu przyniesiony po jakiejś zabawie, razem z futrem Tojadu. Wiatr uderzał w dach żłobka i zahaczał o jego ściany, liczne oddechy kotów zlewały się w jeden głośny bełkot, od czasu do czasu przeszywany głośnym chrapaniem seniorki. W tym wszystkim najgorsza była nuda! Zielonooka była zbyt podekscytowana, aby zasnąć, ale też zbyt znudzona, aby dalej czekać, liczenie liści na ścianach też już nie było interesujące.
— Ciekawe kto zostanie moim mentorem — zaczęła rozmyślać, to wydawał się być dobry temat — Pewnie liderka, Piankowa Gwiazda czy jakoś tak. Ooo! Albo Mandarynkowe Piórko! Tak! Lub jakiś silny wojownik. Ale jestem pewna, że to będzie ktoś spokrewniony z przywódczynią!
Dumna wypełniła serduszko koteczki, wiedziała, że jest ważna! Zasłużyła! Na pewno klan bardzo ją wielbi, widzą jej potencjał i nie będą mogli go zmarnować, dając jej jakiegoś nieodpowiedniego nauczyciela. Juniorka była zupełnie pewna, iż ma rację, a to poczucie pewności siebie wypełniło ją ciepłem aż po końcówki uszu. Rozpromieniona przejechała językiem po klatce piersiowej, szybko uświadamiając sobie, że w taki dzień, kiedy cały klan będzie ją obserwował, musi dobrze wyglądać, zatem szybciutkimi, ale i dokładnymi liźnięciami potraktowała całe swoje futerko, które tego wymagało. Gdy szylkretka przeszła do czyszczenia swojego prawego boku, zauważyła, że drobne promienie słońca, które jeszcze niedawno ledwo co muskały jej łapy, teraz odważnie wspinają się w stronę nasady jej ogonka. Robiło się już późno, a wszystkie koty dalej spały!
— Nie możemy przecież zaspać… — Wężynka bez myślenia przekręciła się o 180% i pewnie szturchnęła matkę w zad.
Starsza poruszyła się nieznacznie, początkowo dając wrażenie dalej śpiącej, ale kiedy otworzyła zaspane oczy, jej córka mogła odetchnąć ze spokojem. Seniorka mrugnęła kilka razy, po czym posłała pytające spojrzenie w stronę zielonookiej, ta machnęła ogonem, chcąc zwrócić uwagę matki, na słońce wspinające się coraz wyżej na niebie, nie mówiąc przy tym ani słowa. Wężyna westchnęła ciężko, wydawała się średnio zadowolona z tego, że właśnie ktoś ją obudził. Przesunęła ogonem po grzbiecie innych z jej rodzeństwa i dopiero wtedy Juniorka zauważyła, że Tojad z błyskiem w oku obserwuje całe zdarzenie, fala żenady przeszła przez jej ciałko, pozostawiając po sobie zimny dreszcz — co jeśli słyszał mój monolog? Strzepnęła ogonem, próbując pozbyć się wstydu.
— Dlaczego już nie śpisz?? — Koteczka poczuła ziewnięcie Żmijowca na swoim futrze.
— Dzisiaj zostaniemy uczniami! — uświadomiła mu.
Oczy kocurka otworzyły się szerzej, a całe zaspanie zniknęło bez śladu.
— Oh! No tak! A jak myślisz, kto będzie twoim mentorem?
Między kotami wywiązała się krótka konwersacja w czasie kiedy ich matka czyściła resztę swoich kociąt. Wreszcie machnięciem ogona pozwoliła kotom na opuszczenie żłobka, to trwało wieki! Juniorka poczekała, aż wszyscy wyjdą — nie chciała, aby przez przeciskanie się w wejściu jej grzywa została potargana! Kiedy już wszyscy zebrali się, Spieniona Gwiazda przemówiła czystym głosem.
— Wężyno. — Liderka mruknęła zachęcająco — Ukończyłaś sześć księżyców, zatem jest to odpowiedni moment, abyś rozpoczęła swoją naukę na wojowniczkę. Od dzisiaj znana będziesz jako Wężynowa Łapa, a twoim mentorem zostanie — Juniorka dumnie wypięła pierś, a jej ślepia zamigotały niecierpliwie, wyczekując następnych słów — Dryfująca Bulwa. Wierzę, że nauczy cię on wszystkiego, co sam potrafi.
Szylkretka zamrugała kilka razy. Może się przesłyszała? Ale nie, kiedy odwróciła głowę w bok, wielki kocur wpatrywał się w nią rozpromieniony. No cóż… Koteczka nie miała innego wyboru jak wyprostować się i z podniesionym łbem powoli podejść do swojego nowego mentora. Drufująca Bulwa pochylił głowę i oba koty dotknęły się nosami, młoda poczuła, jak przez jej ciało przechodzi dreszcz. Wężynowa Łapa odsunęła się krok w tył i bez skrupułów zeskanowała zielonym spojrzeniem kocura. Był na pewno wielki, nie można było temu zaprzeczyć, lecz to wszystko owiane było aurą delikatnego kota.
— Nie zasługujesz, żeby być moim mentorem — westchnęła dramatycznie kotka.
Starszy nic nie odpowiedział, jedynie obrócił się i stanął gdzieś z tyłu tak, aby zrobić miejsce dla następnych kotów. Wężynka uznała, że musi usiąść obok niego, więc tak też uczyniła, cała duma i pewność siebie, którą jeszcze niedawno wytworzyła w swoim sercu, teraz wyparowała, zostawiając po sobie poczucie niesprawiedliwości.
— Kim ty jesteś? — Może jednak się pomyliła, a kocur tak naprawdę był najlepszym wojownikiem w klanie!
— Nazywam się Dryfująca Bulwa.
Oh, to będzie ciężki czas w jej życiu.
— No tak, ale dlaczego Piankowa Gwiazda wybrała akurat CIEBIE na mojego mentora?
— Spieniona Gwiazda, a nie Piankowa Gwiazda — poprawił ją z lekkim poczuciem wyższości w głosie.
Zielonooka wpatrywała się w niego z otwartym pyszczkiem i zmarszczonymi brwiami, przecież zadała proste pytanie! Koniec jej ogona drgał ze zdenerwowania — wszytko było nie tak! Mentorem jej brata Tojadu został Rysi Bór, silny, dostojny; wygląda na dobrego wojownika, dlaczego więc ona nie może mieć dobrego nauczyciela? Niesprawiedliwe! Gdy już ceremonia się zakończyła, nowi uczniowie rozmawiali ze swoimi mentorami, jedynie Wężynowa Łapa nie miała zamiaru dalej konwersować z Dryfującą Bulwą, wstała i kiedy już miała odejść w stronę legowiska, kocur położył ogon na jej grzbiecie, jednocześnie ją hamując.
— Dzisiaj zapoznaj się z nowymi towarzyszami z legowiska, mam nadzieję, że dobrze cię przyjmą i proszę, traktuj ich jak równych sobie. Masz na to cały dzień, dopiero jutro zaczniemy naukę. — W jego głosie można było wyczuć nutkę troski.
Młoda jedynie skinęła głową i odwróciła się, szybciutko uciekając do ów legowiska.

[974 słowa]

[przyznano 19%]

Od Wilczej Łapy Do Szczawiowej Łapy

Czekoladowy uczeń wkroczył powoli do obozowiska Klanu Wilka wraz z Brukselkową Zadrą. Oboje w pyskach nieśli zwierzynę złapaną podczas ich treningu. Wilczej Łapie polowanie wychodziło coraz lepiej i widać było, że robi postępy. Szybkim krokiem wraz z mentorką położyli swoje zdobycze na stosie.

* * *

Nastał poranek, wyjątkowo zimny jak na aktualną porę roku. Brązowy uczeń wytrzepał się z mchu oraz kurzu. Wojownicy wychodzili właśnie na patrole, a niebo już się rozjaśniało. Wyszedł ze swojego legowiska i poszedł w stronę stosu ze zwierzyną. Był naaaprawde głodny... Dzisiejsza noc go bardzo wygłodziła! Przed zjedzeniem pierwszego posiłku rozpoczął poranną pielęgnację, a z legowisk wyłaniały się kolejne sylwetki kotów - karmicielek, wojowników i uczniów. Poranek może i był chłodny, ale świeży wiatr był idealnym pobudzeniem i początkiem dnia. Wilcza Łapa nie zwracał uwagi na kręcące się wokół niego koty; był zaspany i najchętniej by przespał cały księżyc! Był z samego ranka (jak zwykle) cały obolały. Ale co mógł poradzić? Przyjemny głos rozległ się za jego plecami
— Cześć Wilcza Łapo jak tam poranek? — To był Szczawiowa Łapa, w podobnym wieku uczeń Klanu Wilka. Nie mieli okazji ze sobą jeszcze nigdy porozmawiać, więc była to najlepsza okazja na kolejną przyjaźń! Przyjaciół nigdy nie za wiele, prawda?
— Oj, cześć, jest w porządku. A u ciebie? — Czekoladowy mu odpowiedział, nadal czując zmęczenie i głód. Gdy czekał na odpowiedź, sięgnął po mysz ze stosu zwierzyny i kęs za kęsem ją zjadał.
— U mnie też! Smacznego — odparł i uśmiechnęli się oby dwoje do siebie.

* * *

Oby dwoje skończyli poranny posiłek oraz toaletę, ciekawe co oby dwoje będą robić dzisiaj na treningu? Może zapyta Brukselkowej Zadry czy mogliby pójść razem? Może by lepiej się zakolegowali! Wilcza Łapa wzdrygnął ogonem na samą myśl; już czuł się w Klanie Wilka dobrze, już nie martwił się siostrą. Wiedział, że da sobie radę sama. Nie minęła nawet połowa dnia, a czekoladowy uczeń już polubił Szczawiową Łapę! Chyba mógł go traktować jak kolegę. W końcu miał kogoś w swoim wieku, a nie 20 księżyców starszego... Ale przyjaciół w każdym klanie i wieku trzeba mieć, prawda?
— Zapytamy może Brukselkowej Zadry czy wyjdzie z nami zapolować? Może złapiemy fajne łowy dla klanu! — zaproponował koledze. Pręgowany się zgodził i razem wyruszyli na poszukiwania liliowej wojowniczki.

* * *

W trakcie polowania
Obaj uczniowie się rozdzielili, wojowniczka ukrywała się w krzakach, patrząc na strategię polowania obydwóch; każdemu z nich kibicowała.
Wilcza Łapa wyczuł niewielką wiewiórkę, wiedział, że musi podejść ją od tyłu, aby go nie zauważyła, gdy wcinała swoje orzechy. Przełożył siłę na tylne łapy i rzucił się na rude stworzonko. Momentalnie chwycił je w zęby i był zadowolony ze swojego pierwszego łupu. Szczawiowa Łapa trafił na mysz. Obydwoje się widzieli i co jakiś czas spoglądali na swoje postępy, Brukselka też po jakimś czasie wyruszyła na poszukiwanie zdobyczy.
Gdy słońce już naprawdę mocno grzało im w plecy, zebrali się przy jednym z drzew w okolicach obozowiska. Wszyscy położyli swoje zdobycze, uczniowie mieli po 3 zwierzyny każdy, a liliowej... Niezbyt się poszczęściło z niewielką myszką... Zaczęli wracać już do obozu przez napadające ich przypływy gorąca.
Odłożyli to, co złapali na stosie, a czekoladowy uczeń rozciągnął się.
— Było fajnie! Złapaliśmy więcej od Brukselkowej Zadry! — mruknął z dumą oraz z nutką szczęścia w głosie. Był dumny z siebie i swojego nowego kolegi! Wilcza Łapa robił coraz większe postępy i miał nadzieję, że wyrośnie na porządnego wojownika!
Obaj uczniowie zaczęli się po chwili razem bawić; wygłupiali się jak kociaki, obydwoje się śmiali oraz tarzali w brudnej posadzce.
Niebo powoli zaczęło ciemnieć. Terminatorzy zjedli kolację oraz wspólnie zaczęli kierować się do legowisk. Dzisiejszy dzień był pełen emocji, które okazały się być męczące dla oby młodych kotów.
— Dobranoc Szczawiowa Łapo! — Wilcza Łapa ziewnął w międzyczasie, Szczawiowa Łapa skinął głową na dobranoc i obydwoje wtulili się w swoje posłania.

<Hej Szczawiowa Łapo>
[619 słów]

[przyznano 12%]

Od Jaśminowiec

Podczas choroby Dereńki

Dereńka coś ostatnio słabo wyglądała. Jak kwiat któremu przez długi czas zabrakło deszczu. Kotka prawdopodobnie była tego świadoma, gdyż próbowała odwracać uwagę od zmęczonego pyska dodatkową ilością ozdób wplecionych w futerko, bądź nienagannie wyczyszczoną sierścią. Mimo to wciąż jej zmęczone spojrzenie mówiło samo za siebie.
— To teraz… yh… będziemy polować. Pokaż mi swoją pozycję łowiecką — wyburczała Dereńka, na co Jaśminowiec tylko uniosła brwi.
— Już pokazywałam? — westchnęła srebrna. — Trzy razy?
— Oh — westchnęła szylkretka. — To…
— To kończymy trening na dzisiaj, tak? — uprzedziła mentorkę, zanim ta zdążyła się powtórzyć czwarty raz. — Jakaś drzemka by Ci dobrze zrobiła. Nie wyglądałabyś jak podstarzała jaszczurka.
— Ty mała... — Dereńka zaczęła, jednak zaraz cała złość zdawała się z niej ulecieć. Jaśminowiec tylko usłyszała, jak pod nosem kotka rzuca do siebie “jestem zbyt zmęczona na to”. Ruchem ogona przywołała uczennicę do siebie i obydwie wróciły do obozu.
Nocą, gdy Jaśminka zdążyła się wygodnie ułożyć w swoim legowisku, ze snu wyrwały ją zbyt dobrze znane kroki. Zaraz uniosła głowę, by obdarzyć swoją mentorkę ledwo przytomnym spojrzeniem.
— Wstajemy, Jaśminowcu! — zarządziła Dereńka z szaleństwem w oczach. Co ona robiła o tej godzinie na łapach?! Po całym dniu treningów?!
— Czy Ciebie… — nim dokończyła, srebrna zdążyła ugryźć się w język. Jej mentorka zdecydowanie potrzebowała snu. I prawdopodobnie czegoś jeszcze od Świergot… — No dobrze, nie ważne — westchnęła zaspana, wstając powoli.
— Świetnie, zaraz wychodzimy, przygotuj się! — rzuciła szylkretka, kręcąc się nerwowo. Widać, że była wykończona i ledwo sklejała zdania… czyżby brak snu sprawiał, że tak się zachowywała?
— A możemy najpierw podejść do Pani Świergot? Boli mnie ząb, czy coś tam… — mruknęła, mając nadzieję, że chociaż podejściem się jej uda zaciągnąć Dereńkę do Świergot. Mogła wcześniej się zorientować, że z szylkretą jest coś ostro nie tak. Ciekawe, ile by zajęło, zanim sama przeszłaby się do medyczki…

Od Astrowej Łapy do Postrzępionego Mrozu

Moja starsza kuzynka delikatnie musnęła mnie łapą, jednak ja nie zareagowałam.
— Astrowa Łapo, obudź się.
Nie patrząc jej w oczy, bez słowa podniosłam się ze swojego posłania, które — co dziwne jak na mnie — wyglądało normalnie, tak, jak każde inne.
— Dziś nauczę Cię otwierania krabów, dobrze?
Szczerze? Było mi to obojętne. Najchętniej przeleżałabym cały dzień, gapiąc się w szarą ścianę legowiska uczniów. Nic nie szło po mojej myśli. Jakby sam Klan Gwiazdy zadecydował, że akurat mi zniszczy cały świat.
Nie byłam szczęśliwa. Ani odrobinę. Nie miałam z czego się cieszyć. Mój brat najpewniej się utopił, a każdy nagle o tym zapomniał i żył sobie jak gdyby nigdy nic. Mimo moich starań, nie pozwolono mi robić tego, co mnie fascynuje, a nie chciałam prosić o zmianę drogi szkolenia, bo wyszłabym na jakąś zadufaną w sobie koteczkę.
— Dobrze — miauknęłam tylko, podążając za szylkretką ze wzrokiem wbitym w kamień pod moimi łaciatymi poduszkami łap.

★ ★ ★ ★ ★

W ciszy bezszelestnie dreptałam za Strzępką, kiedy ta zaczęła mnie zagadywać.
— Yhm… Astrowa Łapo?
“Czego ode mnie chcesz?” — jęknęłam w myślach, jednak nie dając tego po sobie poznać.
— Słucham?
— Jak Ci się podoba dotychczasowy trening?
“Wcale” — pomyślałam.
— Jest fantastycznie — powiedziałam, podnosząc na wojowniczkę lodowato błękitne oczka z delikatnym (nie) szczerym uśmiechem.
Postrzępiony Mróz starała się umilić mi trening za każdym razem, jak na niego wychodziłyśmy, ale to nic nie zmieniało z mojej strony. Nadal mój dystans do niej był bardzo… zdystansowany. Nawet, jeśli sama tego nie widziała, bo dobrze to ukrywałam. W postaci krótkich bądź średnich, treściwych odpowiedzi, z uśmiechem mówiącym: “Wszystko jest okej, jestem mega szczęśliwa!”
— Mhm — rzuciła tylko, z powrotem zwracając wzrok ku przestrzeni przed sobą. —Mam jeszcze jedno pytanie… — dodała po chwili.
Zamiast odpowiedzieć, przez kilkanaście uderzeń serca wpatrywałam się w nią, a potem usłyszałam tylko:
— Dlaczego na przykład do Ćmiego Księżyca zwracasz się “Pani”, a do mnie nie?
— Bo jesteśmy rodziną, ale jeśli chcesz, mogę tak do ciebie mówić. Obojętne mi to.
— Jak uważasz — miauknęła tylko, a po chwili dodała:
— Jesteśmy na miejscu.
Moje spojrzenie powędrowało na taflę wody, w której odbiciu można było ujrzeć wyraźne rysy wschodzącego słońca. Wiatr targał mi futro, a w powietrzu dało się wyczuć nadchodzącą Porę Nowych Liści. Wciągnęłam powietrze swoim małym, łaciatym nosem, a potem otworzyłam oczy. Uważnie przyjrzałam się klifowi, który na początku był niski i łagodny, jednak im wyżej, tym bardziej strony i niebezpieczny się stawał.
“Ciekawe, jaki jest widok z góry. Na pewno jest pięknie…” — pomyślałam tylko, kiedy kuzynka szukała odpowiedniego kandydata na moją ofiarę.
Kiedy już go znalazła, usiadłam obok, uważnie przyglądając się jej poczynaniom.
— Najpierw delikatnie podważasz pazurem jego skorupę — powiedziała, wykonując zwinny manewr łapą. — W ten sposób.
Skierowałam spojrzenie na czerwonego stworka, leżącego u moich łap i powtórzyłam ruch mentorki.
— No, nie jest idealnie, ale jak na pierwszy raz może być. Teraz musisz zrobić coś takiego — mówiąc to, wykonała amputację szczypiec krabiszona.
Powtórzyłam również i to. Potem były kolejne etapy, aż w końcu przede mną i Pani Postrzępionym Mrozem leżały dwa, zgrabnie otworzone kraby.
— Świetnie. W takim razie teraz pójdziemy potrenować nawigację w tunelach, a na sam koniec sobie zapolujemy.
Bez słowa sprzeciwu zawlokłam się za szylkretką pod sam tunel, do którego miałyśmy wejść.
— Gotowa?
— Tak — mruknęłam bez większego entuzjazmu, czy czegokolwiek takiego. — Co mam teraz robić? — miauknęłam, wpatrując się błękitnymi oczami w Mentorkę.

<Pani Postrzępiony Mrozie?>

[541 słów + otwieranie krabów + nawigacja w tunelach]

[przyznano 11% + 5% + 5%]

Od Lulkowej Łapy CD. Tojadowej Łapy

Lulkowa Łapa. Uczeń ogrodnika. To brzmiało tak dziwnie, ale jednocześnie… tak ekscytująco! Od czasu mianowania poczuł, że coś się zmieniło. Od tamtego momentu wszystko stało się prostsze, lepsze. Jego brak obrzydzenia w obliczu zabrudzenia się błotem i irytujące wszystkich paplanie o roślinach już nie były wadami. Wręcz przeciwnie, stały się wręcz zaletami! Świat dookoła nagle nabrał nowego kolorytu, a w nim samym pojawiła się nieobecna wcześniej motywacja. Nocniak sam nie wiedział, co miał robić z tą nieznaną energią — starał się jak najlepiej wykorzystywać ją podczas treningów z Pierzastą Kołysanką, skupiając się na wszystkich trudnych zagadnieniach, które przedstawiała mu kotka. To, czego uczył się teraz, zdecydowanie mocno różniło się od jego ignoranckich wykopków i ‘’analiz’’ roślin, które prowadził za kociaka. Wymagało znacznie więcej koncentracji, co na początku dość go martwiło — z tyłu głowy wciąż słyszał cichy głosik, przypominający mu, że nie była to jedna z jego mocnych stron. Często odpływał gdzieś myślami podczas konwersacji czy nużących zadań. Gdy coś nie pasjonowało go wystarczająco, zwyczajnie… wyłączał umysł. Zaskoczyło go więc to, jak wiele potrafił zapamiętać podczas szkolenia. Dalej nie potrafił dużo, ale czuł, że te nauki przychodziły mu naturalnie. Nawet sztuki medyczne, choć początkowo wydawały się mu przytłaczające i zapowiadały się na trudne, okazały się nie takie straszne. Oczywiście był świadom tego, że liznął zaledwie podstawy podstaw — ale nie przeszkadzało mu to w odczuwaniu lekkiej satysfakcji, gdy po kilkukrotnym obserwowaniu medyczek przy pracy sam zdołał wyciągnąć kolec z łapy, odkazić ją z wykorzystaniem skrzypu i zabezpieczyć ranę pajęczyną. I to bez żadnych podpowiedzi! Do końca tego dnia szczerzył się jak głupi, maszerując po obozie z wypiętą piersią i głową uniesioną wysoko. Wyglądało to komicznie, gdy jego pyszczek wypełniony był niesionymi do legowiska medyka żółtymi kwiatami mniszka. Nikt jednak nie powiedział mu tego w pysk, wobec czego Lulek pozostawał w błogiej nieświadomości, ciesząc się nagłym przyrostem własnego ego. Ten dzień nie różnił się znacząco od poprzednich. Biało-czarny wstał żwawo, opuszczając legowisko dziarskim krokiem. Pogoda była naprawdę ładna, zwłaszcza na tle pojawiających się ostatnio burz. Było ciepło, ale nie za gorąco, a niebo było niemalże bezchmurne — z drobnymi wyjątkami w postaci nielicznych, białych obłoków, spokojnie sunących po jego błękicie.
Młodziak spotkał się z Pierzastą Kołysanką, która przygotowała różne jagody — zarówno całe pędy, jak i owoce — w celu nauczenia go rozpoznawania poszczególnych roślin. Na razie przedstawiła wyłącznie nietrujące — maliny, borówki, poziomki i jeżyny, charakteryzując je krótko i dając się mu im przyjrzeć. Zwracała uwagi na cechy odróżniające je od innych, podobnych gatunków, z którymi do czynienia miał mieć dopiero w przyszłości, ze względu na ich mniej przyjemne właściwości. Na razie poznał wyłącznie ich nazwy i podstawowe informacje na ich temat — co, rzecz jasna, jedynie rozbudziło jego ciekawość. Nie mógł się doczekać nauki o tych ciekawszych, w jego oczach silniejszych roślinach.
Lekcja tego dnia upłynęła więc prędko. Nawet nie zorientował się, ile czasu rzeczywiście minęło — przypomniało mu o tym dopiero burczenie w brzuchu, domagającym się jedzenia. Po zakończeniu treningu na ten dzień powoli oddalił się więc w kierunku sterty ze zwierzyną, biorąc z niej leżącą na szczycie mysz, po czym usadowił się przy zaroślach nieopodal legowiska uczniów. Obóz był o tej porze spokojny — większość wojowników wraz z terminatorami przebywała na patrolach lub polowaniach, dookoła panowała więc cisza, przerywana jedynie cichym śpiewem ptaków i delikatnym szumem wiatru. Lulek odetchnął, układając się wygodniej i zaczynając jedzenie. Gdy tylko wziął pierwszy kęs posiłku, nagle usłyszał znajomy głos.
— Co tam u ciebie, Lulkowa Łapo? — Tojadowa Łapa usiadł obok niego. — Długo nie rozmawialiśmy ze sobą.
Biało-czarny zamrugał kilka razy. Rzeczywiście, ich relacje nieco się poluźniły — ale jego brat nie był pod tym względem wyjątkowy. Tak naprawdę nieco oddalił się od niemal całości rodzeństwa, z wyłączeniem Rosiczki. Wynikało to z tego, że wszyscy mieli własne sprawy na głowie i to one ich angażowały. Nocniak sam przed sobą nie chciał przyznać, że być może na unikanie rudzielca przez niego dodatkowo wpływały inne czynniki — a na pewno nie ta głupia muszelka, gdzie tam!
Odchrząknął więc cicho i kiwnął głową na powitanie.
— Ach, witaj. Tak, rzeczywiście, minęło trochę czasu… — powiedział cicho, spoglądając z powrotem w kierunku leżącej przed nim piszczki — Jest dobrze. Dużo się uczę. Wiesz, o roślinach. W sumie jak zwykle. Chyba niewiele się zmieniło pod tym względem… Przynajmniej teraz nie truję tym was, co nie? Rozumiesz… nie truję.
Wnioskując po wyrazie pyska Tojadu — nie, absolutnie nie zrozumiał tego jakże wysokich lotów żartu. Po kilku (niezręcznych!) uderzeniach serca zaśmiał się jednak, w oczywiście wymuszony sposób — pewnie po to, aby nie sprawić przykrości bratu, z którym w końcu chciał naprawić kontakt.
— Haha, tak… — odchrząknął cicho, prawdopodobnie starając się sprowadzić tę rozmowę na mniej niezręczny szlak — Ty i rośliny. Oczywiście. Nigdzie indziej bym cię nie widział. Mnie obecnie szkolą w rozpoznawaniu zapachów. Już niedługo będę najlepszym tropicielem Klanu Nocy, zobaczysz!
Lulkowa Łapa jedynie przytaknął, przełykając kawałek zwierzyny, chcąc pozbyć się niematerialnej, niekomfortowej guli. Obserwował brata, który z pewnym siebie uśmiechem wypinał pierś, chwaląc się własnymi dokonaniami podczas treningów.
— … Dodatkowo, nie mów tego Wężynce, ale słyszałem szepty innych uczniów, którzy zachwycali się moją aparycją. Nareszcie… — dodał Tojad, z filisterskim uśmieszkiem na pyszczku. Jego brat nie był do końca przekonany o prawdziwości tego zdania, znając dobrze umiłowanie rudego do… kreatywnego naginania rzeczywistości na własną korzyść. Nie przejął się tym jednak szczególnie.
— Myślę, że kotki są raczej ładniejsze — odpowiedział, nie do końca nawet myśląc nad tą odpowiedzią.

< Tojadowa Łapo? >
[słowa: 879]

[przyznano 18%]

Od Pustułkowej Łapy CD. Mrocznej Wizji

Młody kocur z każdym treningiem starał się sprostać oczekiwaniom matki, która stała się również jego mentorką. Pustułkowa Łapa rzadko wiedział, czego się spodziewać po Mrocznej Wizji. Każdy kolejny trening dotyczył czegoś nowego, chyba, że uczeń nie opanował w wystarczającym stopniu danej umiejętności; wtedy kotka ciągnęła dany temat, dopóki kocur nie opanował tego wręcz do perfekcji.
Czekoladowy kocur z nawyku wstał, kiedy zaczynało świtać. Dawniej mógł spać do oporu obok matki, jednak wraz z dniem mianowania na ucznia, musiał się przenieść do legowiska uczniów wraz z braćmi. Jakiś czas później dołączyło również do nich rodzeństwo kremowych znajdek. Głównie to Pustułkowa Łapa z nimi rozmawiał, choć uczeń nie wiedział, jak w przypadku ze Szczawiową Łapą czy Warczącą Łapą, Kruczej Łapy nie podejrzewał o jakiekolwiek dłuższe rozmowy z innymi.
Pustułka właśnie wyszedł z legowiska, by wyciągnąć się z przeciągłym ziewnięciem, gdy usłyszał głos Mrocznej Wizji przy wejściu do obozu. Skierował swoje zielone spojrzenie w tamtym kierunku, aby ujrzeć czarną kotkę, która zmierzała w jego kierunku. Kocur od razu stanął na równe łapy, żeby udać się za nią na trening.
Całą podróż Mroczna Wizja nie zdradziła tematu dzisiejszego treningu, jednak kiedy dotarli pod wielki dąb, Pustułkowa Łapa połączył kropki, domyślając się, że dzisiejszą lekcją będzie nauka wspinaczki. Mimowolnie jęknął w duchu na to. Nie żeby miał lęk wysokości, jednak wolał twardo stąpać łapami po ziemi. Poza tym nie był ptakiem czy czymś innym, by żyć pomiędzy gałęziami drzew nad ziemią.
– A nie, jednak jestem ptakiem – stwierdził, przypominając sobie, że pustułka był ptakiem, ale drapieżnym! A one nie muszą się ukrywać w koronach drzew… No, ale zbyt dużo nie miał do gadania, także odsunął na bok swoje wewnętrzne niezadowolenie, by skupić się na słowach mentorki i przy okazji nie zrobić z siebie pośmiewiska, spadając już po paru uderzeniach serca na mech i ściółkę pod potężnym dębem.

<Mroczna Wizjo?>

[300 słów]

[przyznano 6%]

Od Trzcinki

Pierwszy tydzień po narodzinach

Zapachy przez te dni wirowały wokół koteczki. Zaczynała je odróżniać, a nawet instynktownie odwracać łepek w kierunku tych najbardziej charakterystycznych i najczęściej pojawiających się przy cieple, w którym wylegiwała się przez ostatnie dni. Jednakże przyszedł w końcu taki moment, gdzie głowę małej kuleczki zaczęły nękać szumy oraz różne odgłosy, które oprócz woni wypełniały przestrzeń. Koteczka zapiszczała zakłopotana nowym krokiem w jej życiu, jakim było poznanie nowego zmysłu.
- Już spokojnie, maleńka ‐ zabrzmiał pierwszy głos, jaki kociak zdążył przypisać zapachowi własnej rodzicielki. - Widzę, że otworzyły ci się uszka! Twojej siostrzyczce również, czekałyśmy na ciebie troszkę. Teraz możemy nadać wam obu imiona. - powiedział zadowolony głos. - Dryfująca Bulwo! Chodź, pora nazwać nasze maleństwa.
- Już idę, Baśniowa Stokrotko!
Odgłos ciężkich kroków się nasilił, razem ze znaną jej wonią.
- Ciebie nazwę... Różyczka! Te kwiaty są przecudne i pachną jeszcze ładniej! - powiedziała swoim łagodnym głosem Baśniowa Stokrotka.
Koło koteczki poruszyła się zadowolona siostrzyczka, która właśnie dostała imię. Różyczka zapiszczała szczęśliwie.
- Natomiast ja nazwałbym cię… - mruczenie Dryfującej Bulwy się nasiliło i dotknął noskiem główkę jeszcze nienazwanej koteczki - …Trzcinka! Twoje futerko na ogonku formuje się w kształt przypominający liść trzciny. - Głos kocura brzmiał na rozmarzony.
Koteczka pisnęła podobnie jak jej siostra, Różyczka. Była dumna ze swojego imienia. Od teraz można zwać ją Trzcinką!