Poranek nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Otworzyłam oczy jeszcze zanim pierwsze promienie słońca zdążyły przebić się przez gęste korony drzew otaczających obóz. Przez krótką chwilę leżałam nieruchomo w legowisku, wsłuchując się w cichy szelest liści i odgłosy budzącego się Owocowego Lasu. Powietrze pachniało świeżą rosą oraz wilgotną korą, a gdzieś niedaleko dało się usłyszeć pierwsze świergoty ptaków. Wszystko wydawało się takie samo jak każdego innego dnia… a jednak czułam, że dzisiejszy poranek był zupełnie wyjątkowy.
Nie potrafiłam już zasnąć. Serce biło mi szybciej na samą myśl o tym, co miało wydarzyć się za kilka godzin. W głowie raz po raz wracała wczorajsza próba, podczas której Rohan sprawdziła wszystko, czego uczyła mnie przez ostatnie księżyce. Każdy skok między gałęziami, każde rozpoznane drzewo i każdy trop lisa przewijały się przed moimi oczami niczym obrazy z dawno opowiedzianej historii. Nadal trudno było uwierzyć, że mentorka uznała mnie za gotową.
Powoli podniosłam się z legowiska i przeciągnęłam, czując przyjemne napięcie w mięśniach. Dopiero teraz dotarło do mnie, że od rozpoczęcia treningu minęły zaledwie cztery księżyce. Jeszcze niedawno z niepewnością stawiałam pierwsze kroki na gałęziach, a dziś miałam stanąć przed całym Owocowym Lasem jako uczennica, która zakończyła szkolenie. Sama myśl wydawała się niemal nierealna.
Ostrożnie wyszłam z legowiska uczniów. Poranne światło przesączało się między liśćmi ogromnej topoli znajdującej się pośrodku obozu, rozświetlając drewniane pomosty oraz wijące się pomiędzy nimi ścieżki. Kilku wojowników wracało właśnie z nocnego patrolu, podczas gdy inni dopiero przygotowywali się do swoich obowiązków. Stróże porządkowali stos ziół i zdobyczy, karmicielki zajmowały się najmłodszymi, a gdzieś wysoko nad ziemią przemknęła sylwetka jednego ze zwiadowców, niemal bezszelestnie przeskakując pomiędzy gałęziami.
Przyglądałam się temu wszystkiemu z cichym uśmiechem. Jeszcze przez kilka godzin byłam jedną z uczennic. Potem wszystko miało się zmienić.
Nie czułam jednak strachu. Owszem, w brzuchu wirowało mi od emocji, ale nie był to lęk. Bardziej przypominało to ekscytację zmieszaną z niedowierzaniem. Przez ostatnie dni nieustannie zastanawiałam się, czy naprawdę zasłużyłam na zakończenie szkolenia. Rohan nigdy nie rozdawała pochwał na wyrost. Każdy komplement trzeba było u niej wypracować, a każdy błąd cierpliwie poprawić. Skoro więc powiedziała, że jestem gotowa… musiałam jej zaufać.
Mimo wszystko trudno było uwierzyć, że jeszcze kilka księżyców temu ledwo utrzymywałam równowagę na grubych konarach. Dzisiaj potrafiłam przebiegać po nich niemal odruchowo, odnajdując odpowiedni rytm własnych łap. Las przestał być dla mnie plątaniną drzew. Stał się czymś znajomym. Wiedziałam, które gałęzie uginają się pod ciężarem, gdzie najłatwiej znaleźć wiewiórki i które ścieżki najczęściej wybierają lisy. Każdy trening zostawiał we mnie kolejną lekcję.
Usiadłam na chwilę niedaleko stosu zdobyczy, bardziej próbując uspokoić myśli niż naprawdę odpocząć. Mimowolnie zaczęłam zastanawiać się nad Zewem i Łzą. Minęło już pół roku, odkąd opuścili Owocowy Las i przenieśli się do Klanu Burzy. Przez ten czas nie miałam z nimi żadnego kontaktu. Czasami wyobrażałam sobie, jak wyglądają ich treningi i czy także zbliżają się do zakończenia nauki.
Zew zapewne nadal co chwilę zamyślał się podczas spacerów. Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie wszystkich sytuacji, kiedy wpadał na innych albo zwyczajnie nie zauważał przeszkód przed własnym nosem. Miał jednak w sobie ogromną ciekawość świata i właśnie dlatego byłam niemal pewna, że świetnie odnalazłby się jako zwiadowca.
Łza pozostawała dla mnie większą zagadką. Była spokojniejsza, bardziej opanowana i potrafiła zachować zimną krew tam, gdzie ja albo Zew już dawno dalibyśmy się ponieść emocjom. Czasem zastanawiałam się, czy zdecydowała się zostać kronikarką, przewodniczką, wojowniczką, a może obrała zupełnie inną drogę. Chciałabym kiedyś ich zobaczyć. Choćby na jednym zgromadzeniu. Chociaż przez kilka chwil posłuchać o wszystkim, czego nauczyli się przez te miesiące.
Westchnęłam cicho i podniosłam wzrok ku najwyższym gałęziom topoli. Może kiedyś nasze ścieżki znowu się przetną. Moje rozmyślania przerwał ruch wysoko nade mną. Dostrzegłam sylwetkę Czereśni, który wspiął się na najniższą z charakterystycznych gałęzi górujących nad obozem. Sam jego widok wystarczył, by rozmowy wokół zaczęły stopniowo cichnąć. Koty odrywały się od swoich obowiązków i kierowały spojrzenia ku przywódcy.
Serce ponownie zabiło mi mocniej. To już. Czereśnia przez krótką chwilę milczał, pozwalając, by cały obóz zgromadził się pod rozłożystą topolą. Wojownicy wracali z patroli, stróże odkładali wykonywane przed momentem obowiązki, a uczniowie przerywali rozmowy i treningi. Nawet kociaki wychylały się ostrożnie z legowiska, ciekawie obserwując zbierających się członków Owocowego Lasu. Nad obozem panowała niezwykła cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków oraz szelestem młodych liści poruszanych delikatnym, wiosennym wiatrem.
Stałam pomiędzy pozostałymi uczniami, próbując zachować spokój. Ogon jednak zdradzał moje emocje, co chwilę poruszając się niespokojnie za moimi plecami. Wpatrywałam się w przywódcę z taką uwagą, że niemal zapomniałam oddychać. Wiedziałam, po co wszyscy zostaliśmy zwołani. Wiedziała o tym również Rohan, siedząca kilka lisich długości ode mnie z charakterystycznym spokojem wymalowanym na pysku. Kiedy nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę, mentorka uśmiechnęła się do mnie niemal niezauważalnie. Ten drobny gest wystarczył, by odrobina napięcia opuściła moje barki.
Przypomniałam sobie pierwszy dzień treningu. To wtedy niepewnie stawiałam łapy na gałęziach, kurczowo wbijając pazury w korę, przekonana, że zaraz spadnę. Pamiętałam, jak Rohan cierpliwie tłumaczyła mi, że zwiadowca nie walczy z drzewem, lecz pozwala mu się prowadzić. Wtedy wydawało mi się to niezrozumiałe. Dopiero po wielu księżycach pojęłam, co miała na myśli. Gałęzie naprawdę zaczynały być przedłużeniem własnych łap, jeśli tylko przestało się z nimi siłować.
Przez głowę przemknęły mi kolejne wspomnienia. Pierwsze samodzielnie rozpoznane tropy lisa. Pierwsza udana wspinaczka na najwyższe konary. Chwile zwątpienia, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie będę wystarczająco dobra. Każdy z tych momentów prowadził właśnie tutaj, pod ogromną topolę będącą sercem Owocowego Lasu.
— Psianko, wystąp — głos Czereśni poniósł się po całym obozie.
Poczułam, jak serce na moment zatrzymało się w piersi. Przełknęłam ślinę i zrobiłam kilka spokojnych kroków naprzód, zatrzymując się dokładnie pod najniższą gałęzią. Wokół czułam na sobie spojrzenia całej społeczności. Jeszcze kilka księżyców temu pewnie speszyłabym się pod ich ciężarem. Teraz nadal czułam tremę, ale nie była już paraliżująca. Była raczej przypomnieniem, jak ważna była ta chwila. Podniosłam głowę, patrząc prosto na przywódcę.
Czereśnia obserwował mnie przez krótką chwilę, jakby upewniał się, że naprawdę stoi przed nim ta sama kotka, która kilka księżyców wcześniej rozpoczynała szkolenie.
— Najwyższy czas, abyś dołączyła do grona zwiadowców. Wykazałaś się empatią, wytrwałością oraz niezwykłą spostrzegawczością. Czy przysięgasz pozostać lojalną naszej społeczności i czuwać nad jej bezpieczeństwem?
Słowa odbiły się echem w mojej głowie. Nie musiałam się zastanawiać.
— Przysięgam — powiedziałam to pewnym głosem. Głośniej, niż sama się spodziewałam. Na pysku przywódcy pojawił się spokojny uśmiech.
— A zatem witamy cię jako nową zwiadowczynię Owocowego Lasu! — Przez krótką chwilę świat jakby zamarł. Potem obóz wypełniły głosy.
— Psianka! Psianka! Psianka!
Imię niosło się pomiędzy pniami drzew, odbijając od koron niczym ptasi śpiew. Uśmiechnęłam się szeroko, nie potrafiąc już dłużej ukrywać radości. Rozglądałam się po zgromadzonych kotach, dostrzegając znajome pyski. Niektóre uśmiechały się szeroko, inne kiwały głowami z uznaniem. Nawet starsi członkowie społeczności wyglądali na zadowolonych. Mój wzrok odnalazł Rohan. To właśnie na niej zatrzymałam go najdłużej.
Mentorka nie należała do kotów okazujących emocje w przesadny sposób. Nie podbiegła, nie powiedziała nic głośno. Wystarczyło jednak jedno skinienie głowy i ciepło widoczne w jej oczach, żebym zrozumiała wszystko. Była ze mnie dumna. I chyba właśnie to znaczyło dla mnie najwięcej.
Poczekałam, aż głosy powoli ucichną. Dopiero wtedy zrobiłam krok w tył, wracając pomiędzy pozostałych członków społeczności. Czułam na sobie serdeczne spojrzenia wojowników, uczniów i starszych, którzy jeszcze przed chwilą wykrzykiwali moje imię. Kilka kotów skinęło mi głową, inne uśmiechnęły się ciepło, składając krótkie gratulacje, gdy przechodziłam obok. Jeszcze wczoraj byłam uczennicą. Dziś stałam wśród zwiadowców jako jedna z nich. Nie potrafiłam przestać się uśmiechać.
Emocje powoli opadały, ustępując miejsca przyjemnemu ciepłu rozlewającemu się po całym ciele. Wciąż miałam wrażenie, że wszystko działo się trochę obok mnie, jakbym obserwowała czyjąś historię. Jeszcze niedawno z podziwem patrzyłam na zwiadowców przemykających wysoko nad obozem po splątanych gałęziach drzew. Wydawali się wtedy niemal częścią lasu, cisi, szybcy i pewni każdego kroku. Teraz sama należałam do ich grona.
Mój wzrok odruchowo powędrował ku koronie ogromnej topoli górującej nad obozem. Jej gałęzie poruszały się lekko na wietrze, a młode liście szeleściły cicho, jakby sam las świętował razem z nami. Pomyślałam o wszystkich godzinach spędzonych wysoko nad ziemią. O obdartych opuszkach łap, o pierwszych upadkach na niższe konary, o chwilach zwątpienia, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie będę poruszać się z taką lekkością jak Rohan. Każdy z tych momentów miał sens. To właśnie one doprowadziły mnie tutaj.
Zerknęłam na swoją mentorkę, która rozmawiała chwilę z Czereśnią. Mimo że ceremonia dobiegła końca, wciąż wyglądała równie spokojnie, jak zawsze. Przez krótką chwilę zastanawiałam się, czy pamiętała własne mianowanie. Czy także czuła wtedy ten sam ścisk w brzuchu, tę samą mieszaninę radości, dumy i niedowierzania? Nigdy o to nie pytałam. Może kiedyś znajdzie się odpowiedni moment.
Powoli zaczęłam oddalać się od tłumu. Potrzebowałam chwili, żeby uporządkować własne myśli. Słońce Pory Nowych Liści ogrzewało futro coraz mocniej, a delikatny wiatr przynosił zapach świeżych pąków i wilgotnej ziemi. Pora Nowych Liści dopiero się rozpoczynała. Las budził się do życia, a ja miałam wrażenie, że razem z nim zaczynał się zupełnie nowy rozdział mojego własnego. Nagle przypomniałam sobie, że to jeszcze nie koniec tego dnia.
Wieczorem miał odbyć się rytuał Poznania Oblicza Swego Mienia. Na samą myśl poczułam przyjemny dreszcz. Od najmłodszych księżyców słuchałam opowieści o Imionach Duszy. Każde z nich było inne. Każde opowiadało historię swojego właściciela i wskazywało drogę, którą miał podążać przez resztę życia. Zawsze zastanawiałam się, jakie mogłoby być moje. Czy będzie związane z lasem? Z drzewami? A może z czymś zupełnie innym, czego jeszcze nie potrafiłam dostrzec?
Nie znałam odpowiedzi. I właśnie dlatego nie mogłam doczekać się zmierzchu. Mimo ekscytacji starałam się jednak nie wybiegać myślami zbyt daleko. Wiedziałam, że rytuał nie polegał na zgadywaniu ani wymyślaniu imienia. Trzeba było pozwolić Wszechmatce poprowadzić własne serce. Purchawka wiele razy tłumaczyła mi, że Imienia Duszy nie da się odnaleźć siłą. Ono przychodzi samo, jeśli tylko jest się gotowym je usłyszeć.
Powoli wypuściłam powietrze z płuc. Byłam gotowa. Przynajmniej miałam taką nadzieję. Kiedy słońce zaczęło powoli przesuwać się ku zachodowi, a jego ciepłe światło zabarwiło korony drzew odcieniami złota i pomarańczu, czułam, że każda kolejna chwila przybliżała mnie do czegoś jeszcze ważniejszego niż samo mianowanie. Zostałam zwiadowczynią Owocowego Lasu. Teraz pozostało już tylko poznać imię, które Wszechmatka przygotowała specjalnie dla mnie.
Zmierzch nadszedł spokojnie. Słońce powoli chowało się za koronami drzew, pozostawiając po sobie ciepłe odcienie złota, pomarańczu i delikatnego różu, które rozlewały się pomiędzy gałęziami Owocowego Lasu. W ciągu zaledwie kilku chwil gwar obozu ucichł. Wojownicy kończyli ostatnie obowiązki, uczniowie wracali z patroli, a wśród koron drzew coraz wyraźniej rozbrzmiewał śpiew wieczornych ptaków. Powietrze zrobiło się chłodniejsze, niosąc ze sobą zapach wilgotnej ziemi, młodych liści i kwitnących krzewów.
Siedziałam przed legowiskiem zwiadowców, wciąż nie mogąc przyzwyczaić się do myśli, że właśnie tam od dziś było moje miejsce. Co jakiś czas odruchowo spoglądałam na prawe ucho, choć dobrze wiedziałam, że dopiero za chwilę pojawi się na nim charakterystyczne nacięcie. Niewielki znak, który dla innych mógł wydawać się jedynie blizną, dla mnie miał oznaczać coś znacznie większego. Był dowodem, że przeszłam drogę od niezdarnej uczennicy do pełnoprawnej zwiadowczyni.
Usłyszałam ciche kroki za swoimi plecami. Odwróciłam głowę i niemal od razu dostrzegłam mamę. Purchawka uśmiechała się łagodnie, a w jej złotych oczach odbijało się dogasające światło zachodu. Wyglądała spokojnie jak zawsze, choć miałam wrażenie, że pod tą spokojną powierzchnią kryła się duma, której nawet ona nie próbowała ukrywać.
— Gotowa? — zapytała cicho, na co skinęłam głową.
— Chyba tak — odparłam, a mama zaśmiała się pod nosem.
— “Chyba” oznacza, że jednak trochę się denerwujesz.
— Odrobinę. To… trochę dziwne. Dzisiaj rano zostałam zwiadowczynią, a teraz mam poznać Imię Duszy. Mam wrażenie, że wszystko wydarzyło się tak szybko. — Opuściłam wzrok na własne łapy. Purchawka podeszła bliżej i delikatnie musnęła końcem ogona mój bark.
— Tak właśnie bywa z ważnymi chwilami. Czeka się na nie przez wiele księżyców, a kiedy wreszcie nadchodzą… mijają w mgnieniu oka.
Przez moment szłyśmy w ciszy. Nie przeszkadzała mi ona. Wręcz przeciwnie. Cisza pozwalała uspokoić serce, które od rana chyba ani na chwilę nie zwolniło.
Powoli opuściłyśmy obóz. Wieczorne światło przesączało się przez młode liście, tworząc na leśnym poszyciu mozaikę złotych plam. Szłyśmy dobrze znaną ścieżką, jednak dzisiaj wydawała mi się inna. Każdy krok miał w sobie pewną uroczystość. Jakby sam las wiedział, dokąd zmierzałyśmy. Przypomniałam sobie wszystkie historie, które słyszałam jako kociak.
Starsi opowiadali, że podczas rytuału Wszechmatka odsłaniała kotu jego prawdziwe oblicze. Nie zmieniała go. Nie tworzyła na nowo. Pokazywała jedynie to, kim zawsze był głęboko w swoim sercu. Wtedy wydawało mi się to niezrozumiałe. Dzisiaj zaczynałam rozumieć.
Przez ostatnie cztery księżyce nie nauczyłam się jedynie wspinać po drzewach czy odczytywać tropów lisów. Nauczyłam się ufać własnym decyzjom. Przestałam bać się świata poza obozem. Zrozumiałam, że zwiadowca nie był tylko oczami społeczności. Był także tym, który odnajdywał drogę wtedy, gdy inni ją gubili. Ta myśl sprawiła, że mimowolnie pomyślałam o Zewie i Łzie. Minęło już sześć księżyców od naszego rozstania.
Wyrwałam się z zamyślenia dopiero wtedy, gdy Purchawka zatrzymała się przed niewielką polaną. To właśnie tutaj miał rozpocząć się rytuał. Wieczorne niebo powoli ciemniało, a pomiędzy pierwszymi gwiazdami zaczynał pojawiać się cienki sierp księżyca. Powietrze było nieruchome. Nawet liście zdawały się szeleścić ciszej niż zwykle. Mama spojrzała na mnie z ciepłym uśmiechem.
— Od tej chwili pozwól prowadzić się własnemu sercu. Nie próbuj niczego wymyślać ani szukać na siłę. Wszechmatka już zna odpowiedź. Ty masz jedynie ją odnaleźć.
Wzięłam głęboki oddech. Skinęłam głową. I zrobiłam pierwszy krok w stronę miejsca, w którym za kilka chwil miałam poznać swoje Imię Duszy. Purchawka usiadła i gestem zaprosiła mnie bliżej.
— To tutaj koty od pokoleń poznają swoje Imię Duszy.
Podeszłam powoli, nie odrywając wzroku od matki.
— Nie musisz się spieszyć. Zamknij oczy. Wsłuchaj się w las. Nie próbuj niczego wymyślać. Imienia się nie szuka. Ono samo przychodzi.
Posłusznie usiadłam obok niej i zamknęłam oczy. Na początku słyszałam tylko własny oddech. Potem coraz wyraźniej docierały do mnie odgłosy otoczenia. Szum gałęzi. Cichy śpiew wieczornych ptaków. Trzask gałązki gdzieś daleko. Delikatny powiew wiatru przesuwający się między liśćmi. Każdy dźwięk był częścią czegoś większego.
Przed oczami zaczęły pojawiać się obrazy. Nie wiedziałam nawet, czy je sobie wyobrażałam, czy naprawdę je czułam. Zobaczyłam kocięcy żłobek. Siebie biegającą z rodzeństwem. Pierwsze wyjście poza obóz. Rohan uczącą mnie stawiać łapy na gałęziach. Las pełen ścieżek. Ścieżek małych i dużych, ledwie widocznych, wydeptanych przez pokolenia kotów, prowadzących do legowisk, do granic, do domu.
W pewnym momencie zrozumiałam, że przez całe życie właśnie ścieżki prowadziły mnie naprzód. Jedna zaprowadziła mnie do Kropli, kiedy jeszcze byłam kociakiem. Inna do Borowika. Kolejna do Puchacza. Jeszcze inna do Gronostaja. Każde spotkanie zostawiało po sobie niewielki ślad, który prowadził mnie dalej.
Pomyślałam też o Zewie i Łzie. Choć od sześciu księżyców żyli już w Klanie Burzy, jakaś niewidzialna ścieżka nadal nas łączyła. Nie widziałam ich, nie znałam ich codzienności, ale wiedziałam, że gdzieś tam również idą własnymi drogami. Być może kiedyś znowu się przetną. Może właśnie na granicy. Może podczas zgromadzenia. Może wiele księżyców później.
Ale każda droga przecież dokądś prowadzi. Powoli otworzyłam oczy. Spojrzałam na Purchawkę.
— Wiem.
— Powiedz mi więc.
— Ścieżka.
Mama przez dłuższą chwilę milczała. Przyglądała mi się uważnie, jakby ważyła każde kolejne słowo.
— Dlaczego właśnie ona?
Spojrzałam przed siebie, na wijącą się między drzewami leśną dróżkę.
— Bo ścieżki prowadzą innych. Łączą miejsca i koty. Pokazują kierunek, nawet jeśli czasem wydaje się, że go nie ma. Myślę… że chciałabym być właśnie taka. — Na pysku szamanki pojawił się ciepły uśmiech.
— Dobrze wybrałaś.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy. Wiatr poruszył gałęziami wysoko nad nami, a księżyc wspiął się jeszcze wyżej ponad korony drzew.
— Imię Duszy nigdy nie kończy się na pierwszym członie — powiedziała w końcu. — Teraz moim zadaniem jest zobaczyć, dokąd prowadzi twoja ścieżka.
Przymknęła oczy i milczała długo. Tak długo, że niemal przestałam oddychać, jednak w końcu ponownie na mnie spojrzała.
— Twoja droga od początku prowadziła ku innym. Nie szłaś nią tylko dla siebie. Uczyłaś się, żeby pomagać. Wracałaś, żeby dzielić się tym, czego się nauczyłaś. Nawet kiedy tęskniłaś za rodzeństwem, nie pozwoliłaś, by odebrało ci to radość z odkrywania świata.
Podeszła bliżej. Delikatnie dotknęła mojego prawego ucha ostrym pazurem. Poczułam krótkie ukłucie. Potem ciepło i ciszę.
— Od tej chwili nosisz znak zwiadowcy Owocowego Lasu. — Spojrzała mi prosto w oczy. — A twoje Imię Duszy brzmi… Ścieżka Prowadząca do Domu.
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz