BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 października 2020

Od Burzowej Łapy

Czas leciał szybko, za szybko. Miałam pogadać z Drżącą łapą. Nie gadałam z nim praktycznie nigdy. Mam teraz okazję pogadać z kremowym, jednak … co jeśli wpadnie w histerię? Nie no nie wpadnie. Podchodzę do ucznia. Jak to zacząć? Przydało by się jakoś zacząć tą rozmowę.
– Hej-j?- Patrzy na mnie przestraszony. Jednak uspokaja się. Może się bać. Nie zrobię mu nic jednak, zbyt się boję. Jednak jestem tchórzem.
– Hej?- Równie niepewnie co ja mówi kremowy.
– Chciałam pogadać, mogę?- Staram się uśmiechnąć miło. Przecież chce z nim tylko pogadać, może coś wygarnąć. Dreszcz kiwa głową na zgodę. Siadam sobie nie daleko ucznia. Jak tu zacząć rozmowę? Nie potrafię za dobrze. Umiem się kłócić.- Nauczyłeś się czegoś na treningu?
– Orlikowy Szept pokazał mi ostatnio coś ciekawego.- Mówi nieśmiało Drżąca łapa.
– To fajnie!- Macham ogonem udając szczęśliwą. Czemu ja to robię? Mogłabym jeść. Kilka płatków śniegu spada mi na nos.- Białe zimno. Lubisz śnieg?
– Nie jest fajny.- Mówi odważniej.
– Wiesz może skąd się bierze? I czemu podobno każdy jest inny?- Patrzę na niego z nadzieją.
– Orlikowy Szept mówi, że każdy jest inny, jednak nie sprawdzałem.- Płatki śniegu spadają mi na nos. Zimne!
– Ciekawe. Będę musiała to sprawdzić.- Rozglądam się wokół. Ile śniegu! W ten sposób się trochę zemszczę. Kremowy patrzy gdzieś indziej, czyli nie widzi tego, co robię … idealnie. Uśmiecham się lekko. Wstaje i obracam się do niego tyłem. To czas zacząć. Zaczynam “kopać” w śniegu. Po krótkiej chwili przestaje i patrzę na ucznia. Jest cały w śniegu! Śmieje się głośno.

***

Dreszczowa łapa został mianowany, już nie powtórzę tego ze śniegiem. Jaka szkoda. Chyba powinnam iść mu pogratulować czy coś. W końcu wieczorem tego nie zrobiłam. Wychodzę z legowiska uczniów. Szukam wzrokiem kremowego wojownika. Podchodzę do niego bliżej.
– Gratulacje Drżąca Ścieżko … no ten.- Uśmiecham się słabo. Zimno jest, głodna jestem, idealny humor do kłótni.
– Dzięki.- Odpowiada krótko wojownik. Pewnie mówi to tylko z grzeczności, z niczego więcej.

<Drżąca Ścieżka?>

Od Orlikowego Szeptu cd. Drżącej Łapy (Drżącej Ścieżki)

przed mianowaniem

 Znów nie wyszło! - syknął ze złością Drżąca Łapa. - To bezsensu! Czemu musimy polować na te króliki?! Są okropne! Nienawidzę ich!
Orlikowy Szept był świadkiem, jak po raz kolejny kremowy irytował się przez porażkę. Uczeń nie zdołał upolować zwierzyny. Biały tłumaczył raz po raz, co kocurek powinien robić, a Dreszcz ciagle robił coś źle. Wojownik nie potępiał za nic młodszego ani nie poganiał. Sam popełniał masę błędów podczas nauki i wiele rzeczy mu nie wychodziło, dlatego doskonale rozumiał uczucia podopiecznego.
- Zróbmy chwilę przerwy. Uspokoisz się, a ja ci wytłumaczę, co zrobiłeś nie tak - miauknął Orlik, siadając przy kremowym.
- Znowu mu nie wyszło! To moja wina! Nigdy nie nauczę się polować! To za trudne! - mówił poirytowany Drżąca Łapa.
- Maluszku, usiądź - powiedział mentor, delikatnie dotykając łapą ciała kremowego. - Nikt nie nauczył się od razu polowania. Uwierz, to bardzo trudna rzecz dla takich kotów, jak ty - mówił spokojnie.
- Takich beznadziejnych?! Nigdy się nie nauczę. Może... Mama miała rację... Nie nadaję się do niczego. - Drżąca Łapa położył uszy po sobie. Ze złości przeszedł w smutek, co było po nim doskonale widać.
- Twoja mama nigdy nie miała racji. Gdybyś się jej ciągle słuchał, nie zacząłbyś treningu. A zacząłeś i czynisz naprawdę ogromne postępy. Nawet, jeśli tego nie widzisz. Jestem wojownikiem od praktycznie dwudziestu księżyców i umiem rozpoznać początkujących i tych bardziej zaawansowanych w walce i polowaniach. Od dawna nie zaliczasz się do amatorów. Jesteś naprawdę mądrym kocurkiem. Potrzeba ci wiary w siebie - miauczał dużo jak na siebie Orlikowy Szept. Sam miewał problemy z samooceną, wiedząc o ważnym wpływie obecności drugiej osoby na postrzeganie rzeczywistości.
- Naprawdę? Ja... Mądry? - zdziwił się Drżąca Łapa, patrząc na swoje poduszeczki łap.
- Tak, musisz tylko w to mocno uwierzyć. Wyglądasz na smutnego... Pokaż mi, jak się uśmiechasz - miauknął biały i... zaczął łaskotać swojego ucznia. Kremowy zdziwił się, ale zaśmiał się pod wpływem dotyku wojownika.
- Nie! Nie! Ha, ha, ha, Orliku, dość! Błagam! - miauczał, starając się odepchnąć nogami wojownika.
Chwilę czasu spędzili na wzajemnym łaskotaniu samych siebie. Z daleka któryś wojownik patrzył się na nich z wielkim zdziwieniem.
- Dobrze... Dobrze... Już koniec, mały - powiedział Orlikowy Szept. Sam został polaskotany przez kremowego, to pozwoliło im na wzmocnienie panującej między nimi więzi. - Teraz powiem ci, gdzie popełniłeś błąd i spróbujesz jeszcze raz upolować zająca.
- To konieczne? - zapytał się niepwenie uczeń.
- Tak, bez próbowania nigdy nie uda ci się dojść do celu - stwierdził biały.
Chwilę zajęło mu wytłumaczenie błędów i potknięć Drżącej Łapy. Po krótkim monologu wojownika, kremowy wytropił względnie szybko zająca i udał się za nim w pogoń. Orlikowy Szept ruszył za uczniem, bacznie przyglądając się każdemu ruchowi kocura.
Gonitwa zakończyła się sukcesem. Drżąca Łapa upolował zająca. Kremowy stał nad nim ze zdziwieniem, łapiąc oddech po intensywnym biegu.
- Gratulacje! Udało ci się! Jestem z ciebie strasznie dumny! - miauknął szczerze Orlikowy Szept.

<Dreszczu?>

Od Orlikowego Szeptu cd. Konwaliowego Serca

Wyglądała jak wrak kota. Nie przypominała w niczym tej Konwalii, którą poznał. Żółte oczy, pełne mądrości, spokoju i serdeczności, teraz wyglądały na martwe i pełne smutku. Potargana sierść wydawała się strasznie matowa, a białe łaty zdawały się wyblakłe. Ledwo co poruszała ogonem.
Drżała. I patrzyła na niego.
- Nawet ty, Orliku? - miauknęła z ogromnym smutkiem. - Jesteś po mojej stronie czy ich? Czy naprawdę nie chcesz zrobić swojej powinności, ubić mnie albo pozwolić mi samej się zabić? Chcesz mnie i moją duszę tutaj więzić?
Milczał. Wibrysy wojownika zadrżały, gdy usłyszał łamiący się głos kotki. Wystarczyłoby jedno pchnięcie łapą, by ona upadła, w końcu wyglądała na osłabioną. Następnie chwilowe podduszanie i cięcie w gardło. Tyle wystarczyło do pozbawienia życia medyczki, która nie potrafiłaby się obronić. Co by wtedy zrobił klan? Wygnałby go? Potępił na zawsze? Jeżowa Ścieżka załamałby się, Morka Gwiazda wymierzyłby sprawiedliwość, Cętkowany Kwiat zostałaby sama ze sobą, Drescza nawiedzałyby kolejne koszmary o białym potworze, straszącym i przerażającym.
Ile złego by uczynił. Ile zła przyniósłby przez wysłuchanie Konwaliowego Serca.
Miał jej pilnować, obiecał. Niebieski lider wyznaczył właśnie białego do przyglądania się każdemu ruchowi czarnej. Zgodził się z jego wolą, ponieważ ona potrzebowała pomocy.
- Jestem po twojej stronie - miauknął stanowczo, a jego głos wydawał się bardziej chłodny niż zazwyczaj. - Muszę cię pilnować. Jesteś zbyt cenna dla całego klanu. Każdy medyk jest cenny, każdy kot, kotka... Ktokolwiek. Wiesz, jak nam na tobie zależy?
- Miałam umrzeć i przebywał w Miejscu Gdzie Brak Gwiazd. Tam moje miejsce. Nie tutaj. Nie powinno mnie tu być. Jesteś moim przyjacielem, prawda? - Głos Konwaliowego Serca załamywał się coraz bardziej. - Zabij mnie. Zabij! Jestem tylko ciężarem
- Nigdy - powiedział. - Zostajesz tutaj. Twoja śmierć nic nie przyniesie dobrego. Chcesz zostawić Stokrotkę i Burzę? Je obie? Przecież tak je kochasz... Chcesz zostawić Jeżową Ścieżkę? Mnie? Nas wszystkich? - Głos Orlikowego Szeptu drżał. Walczył ze łzami we własnych oczach i chęcią zaszycia się gdzieś z boku. Zwykłe słowa nie dotrą tak szybko do łaciatej. Musieli czekać, aż czas sam uzdrowi kotkę, albo przynajmniej pozwoli jej się uspokoić.
Tak bardzo pragnął dla niej dobra. Łamało mu się serce z każdym słowem, wypowiedzianym przez nią. Tyle śmieci już przetrwał, dlaczego więc obecna chwila wydawała mu się cięższa niż wieści o utracie Koniczynki czy Bluszczowej Poświaty?
- Ja... - Konwaliowe Serce zamilkła. - Chcę umrzeć... - szepnęła.
Musiał zmienić temat, na jakikolwiek. Nie może pozwolić czarnej cały czas o tym myśleć! Myślał szybko o tym, co kotka uwielbiała i kochała. Od razu zrezygnował z podjęcia tematu odnośnie rodziny, od razu miauczałaby o Świtającej Masce, Nocy, Burzy i Stokrotce, co nie pomogłoby jej w żadnym stopniu.
- Pamiętasz o naszych wspólnych zabawach, za kociaka? - zapytał się Konwalii Orlikowy Szept. Czarna spojrzała na niego. Biały drgnął widząc ogromny smutek, żal i brak woli walki w żółtych ślepiach. - Kopaliśmy tunele, ty, ja i Cętkowany Kwiat. Razem. Tyle razy się w nich gubiliśmy, śmialiśmy w głos... Pamiętam to do dzisiaj... Albo raz bawiliśmy się w chowanego i wykorzystałem moje futro do ukrycia się. We dwie mnie szukałyście cały dzień, a ja zasnąłem w śniegu. Potem Cętka cały dzień nie opuszczała mnie o krok, bym znowu nie znikł... Pamiętasz, jak uczyłaś mnie ziół? Każdego z tych podstawowych. Powój, liście jeżyny, przytulia czepna... Znam to wszytko. Pamiętam, tyle razy mnie z tego przepytywałaś. Raz śniłem o opowieści, którą opowiedziałaś Dreszczowi. Dzielny kot, pełen odwagi... Tyle rzeczy wiem i pamiętam. To niesamowite. Wywarłaś naprawdę ogromny wpływ na moje życie. Dzięki tobie Cętkowany Kwiat jest moją partnerką, dzięki tobie poznałem zioła. Byłaś przy mnie, gdy cierpiałem
- Nie... Nie mogę dalej żyć.. Tylko was ranię - powtarzała jak mantrę Konwaliowe Serce.
- Nie zostawiłaś mnie w najgorszych chwilach, to ja nie zostawię ciebie. Nie zamierzam - miauknął Orlikowy Szept. Wymienianie ułamka ze swoich wspomnień dodało mu siły. Gdzieś nadal tlił się w nim ten żal, związany ze stanem kotki, ale rozbudziła się również nadzieja.
Że będzie lepiej, że zostanie uratowana.
Podszedł do nich Jeżowa Ścieżka.
- Jak się czuje? - zapytał się szeptem wojownika.
Orlik pokazał nieznacznie ogonem, że czarna nadal zachowywała się tak samo.
Konwaliowe Serce spojrzała na czekoladowego, wyraźnie coś od niego chcąc.

<Konwalio? Jeżyku?>

Od Pierzastej Mordki cd. Kolczastej Skóry

Niewola się skończyła, Pierzasta Łapa stała się Pierzastą Mordką, zakończyła się wielodniowa głodówka. Dni stały się spokojniejsze, zbliżała się kolejna pora roku, każda rzecz zdawała się trwać w zwykłym spokoju.
Niekoniecznie. Liliowa od kilku dni miała bardzo dziwne sny, niemal pokroju koszmaru sennego. Codziennie znajdowała się na skraju lasu, o zachodzie słońca. Wokoło niej panowała cisza, a w powietrzu wisiało napięcie. W tle widziała biegnącego ku niej Kolczastą Skórę, który uśmiechał się na swój charakterystyczny sposób. Chwilę potem pojawiało się okropne zwierzę, raz wilk, raz lis, raz dziwny cień o błyszczących oczach. Rzucało się biegiem na srebrnego kocura i pożerało go. Piórko milczała, bo czyjeś chłodne szpony zaciskały się na jej gardle. Zawsze wybudzała się z szybko bijącym sercem, często niewyspana.
Powracający sen ciągle nawiedzał głowę liliowej, przez co miała zwyczajnie zły humor.
Zachowywała się dosyć dziwnie w towarzystwie Kolczastej Skóry. Ciągle widziała przed oczami jego śmierć we śnie, jednak nie miauczała mu nic na ten temat. Tylko by ją wyśmiał i uznał za wariatkę. Wolała tego uniknąć, skupiając się na powrocie do dawnej formy fizycznej, sprzed niewoli.
Siedziała z Kaczą Łapą i Fasolkową Krzywicą, wygrzewając się w słońcu. Wokolo panowała cisza, czasami przerywana spokojnymi rozmowami klanowiczów. Liliowa miała zamknięte oczy. Po raz pierwszy spędzała z siostrami czas, cieszyła się z tego. Nie wiedziała sama, ile wspólnych chwil będzie im dane przeżyć, patrząc na to, ile działo się w samym Klanie Wilka na przestrzeni ostatnich księżyców. Nie skupiała się na przeszłości, przynajmniej się starała. Niewola odcisnęła swoje piętno.
Po chwili podbiegł do nich Kolczasta Skóra. Tylko nie teraz. Widok srebrnego ponownie rzucił przed niebieskie oczy córki Iglastej Gwiazdy wizję ze snu. Kocur podsunął im pod łapy wiewiórkę, którą sam upolował. Pierzasta Mordka chciała odmówić posiłku, żeby nie nawiązywać interakcji z kompanem, ale i tak rozpoczęła jedzenie. Uwielbiała wiewiórki. Nie potrafiła sobie odmówić skosztowania jednej z nich.
- Smakuje ci, Pierzasta Mordko? - zapytał się Kolczasta Skóra, oblizując swój pysk.
- Tak, upolowałeś dobry kawałek. Dzięki - miauknęła szybko, jedząc wiewiórkę i dzieląc się nią z Kaczuszką i Fasolką. Za chwilę skończy, a potem pójdzie do legowiska zająć się sobą. Ewentualnie podpatrzy, co robią koty z Klanu Burzy. Coraz bardziej irytowała ją obecność obcych u nich w obozie. Rozumiała, obronili jej dom i pomogli przywrócić normalne warunki życia, ale ci grzali zady w lesie zdecydowanie za długo. Tym bardziej, że była z nimi ich zastępczyni i niewidomo, co planowała.
Podniosła się, miauknęła szybko siostrom pożegnanie, bo "sprawy typowe dla kotki" i ruszyła w kierunku legowiska. Drogę zaszedł jej Kolec, co zdecydowanie nie spodobało się Piórku.
- Nie podchodź mi pod nogi! - miauknęła z oburzeniem, sycząc srebrnemu w pysk. Ten w odpowiedzi się zaśmiał.
- Spokojnie, spokojnie. Co ty taka spięta jesteś? - zapytał się Kolczasta Skóra.
- Bo tak - odpowiedziała krótko liliowa, patrząc na możliwą drogę ominięcia kolegi.
- Nie uciekaj mi tu. Dzisiaj jest nasza kolej na polowanie dla klanu. Za moment. Zapomniałaś o tym? - zapytał się ze zdziwieniem.
Na futro matki, zapomniała o tym! Kiedyś prosiła Iglastą Gwiazdę o możliwość pójścia z Kolcem na polowanie, żeby w końcu mogli się zabawić na terytorium klanu. Maraton zabijania zwierząt w ramach konkursu jak i dla potrzeb klanowiczów. Kompletnie wypadło jej z głowy, że ten dzień nadszedł dzisiaj! A ojciec tyle razy o tym mówił...
- Noooo.... Eeee.... No, nireeee - miauczała, starając się nie brzmieć zakłopotana, ale Kolczasta Skóra nie był głupi.
- Dziwnie się ostatnio zachwoujesz. Co się dzieje? - zapytał się srebrny.
- Nic, naprawdę nic. Pewnie... Pewnie źle sypiam. Ruszajmy lepiej na polowanie. Inaczej dostaniemy burę - powiedziała, od razu idąc ku wyjściu z obozu.
Szli we dwójkę w całkowitej ciszy. Ściółka pod ich nogami wydawała ciche dźwięki. Wszędzie leżała masa kolorowych liści.
Liliowa chciała wrócić do klanu. Obawiała się spełnienia snu, nie marzyło jej się mieć Kolca na sumieniu przez taką głupotę.
- To co, robimy tak, jak się umawialiśmy? Kto mniej zabije, ten wymienia mech? - zapytał się srebrny, uśmiechając się łobuzersko. Takiego kocura liliowa lubiła, ale za bardzo myślała o śnie, aby czuć się pewnie.
- Tak - miauknęła stanowczo. Chociaż na chwilę zapanowała nad nerwami.
Udali się na polowanie. Kotka starała się znaleźć jakąkolwiek zwierzynę, jednak przez brak skupienia nawet kulawa mysz umykała jej spod łap. Niezadowolona zmrużyła oczy.
- Nic nie zdobyłaś? To do ciebie niepodobne - zdziwił się kocur, gdy w którymś momencie minął kotkę.
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo zauważyła w cieniu kontury drapieżnika. Futro od razu jej się napuszyło. W panice odepchnęła zaczęła się cofać.
- Kolec... Tam stoi lis. Musimy uciekać.... Inaczej zginiesz... - mówiła, starając się nie krzyknąć.

<Kolec?>

Od Zbożowej Łapy (Zbożowego Kłosu) CD Konopiowej Łapy (Konopii)

Odsunęła się pospiesznie od szylkretowej kupy futra, kręcąc ze zdenerwowania głową. Czuła się okropnie! Myśl, Zboże, myśl! Zachowywała się jak ostatnia frajerka. Co ona ma? Osiem miesięcy, że odwala takie akcje? Konopia była może i ładna... dobra, była piękna, jednakże to nie powód, by zachowywać się jak porąbana małolata.
Przełknęła ślinę zbierającą się w jej pysku, po czym na prędce odwróciła łeb. Gdyby koty potrafiły się rumienić, to ona przypominałaby maki w rozkwicie. Ochota na schowanie się jeszcze bardziej narastała. Mokre futro, które przylegało do jej ciała, ani trochę nie dawało Zbożu ochłody, sama kotka miała wrażenie, ze zaraz się roztopi niczym sopel lodu. Bąknęła pod nosem, żeby lepiej poszły gdzie indziej, bo kręci się tu dużo mentorów. Konopia skinęła głową na zgodę, co było niemałą ulgą dla bengalki.
* * *
Westchnęła ciężko, przebierając łapami. Wieczornikowa Łapa poklepał ją po ramieniu, chcąc dodać jakiejkolwiek otuchy. Rudy kocur wiedział doskonale, że tym razem jego przyjaciółka musi poradzić sobie sama. Jego obecność prędzej by wszystko spieprzyła, aniżeli jakkolwiek pomogła. Zbożowa Łapa też to wiedziała, wręcz doskonale zdawała sobie z tego sprawę i właśnie dlatego tak cholernie się bała.
— No idź! Bo się spóźnisz! — syn Deszczowej Gwiazdy popchnął ją lekko. Węglowa zrobiła krok w bok, patrząc się pusto w przestrzeń. Nie mogła się ruszyć, ba! Ona właśnie zapomniała, jak się chodzi! Przełknęła zaległą gulę w gardle, poprawiając trzymaną w pyszczku różę.
— Mhm...
— Jak będzie na ciebie długo czekać, to się obrazi i sobie pójdzie!
— Wiem!
— To skoro wiesz, to dlaczego nie idziesz? Mam ci zaserwować kopa?
— Bo się do cholery boję! — wykrzyknęła przyjacielowi prosto w pysk. Wieczornik zamrugał ślepiami, jakby nie wiedząc, co ma powiedzieć. Zboże położyła po sobie uszy, odwracając wzrok. Była wściekła, ale na siebie. Zawsze się chwaliła, jaka to ona nie hej do przodu, a tymczasem gdy przyszła pora udowodnić to w postaci wyznania uczuć, zwyczajnie tchórzyła. Kuliła pod siebie ogon niczym ostatni cykor — A co jeśli mnie wyśmieje? — szepnęła, na zamianę wysuwając i chowając swoje pazury.
— No weź, taką wystrzałową babkę miałaby olać? — tymi słowami trochę podniósł ją na duchu. Oparła głowę na karku przyjaciela, zaś ten przyciągnął ją do uścisku. Kilka głębszych wdechów oraz wsparcie przyjaciela wystarczyło, by uspokoiła się na tyle, aby w końcu zrobić to, co planowała.
— Trzymaj kciuki — miauknęła cicho, zaciskając szczęki na róży, po czym ruszyła przed siebie. Szylkretowej kocicy nie musiała długo szukać, bardzo szybko natrafiła na powracający patrol. Uśmiechnęła się lekko pod wąsem, w kilku susach znajdując się przy kłapouchej. Przywitała ją wesołym miauknięciem, ale odpowiedziało jej tylko niezadowolone "Hej". Ta reakcja zbiła z tropu uczennicę, jednakże nie zrezygnowała.
— Chcesz iść ze mną w jedno fajne miejsce? — machnęła ogonem, wskazując rozległe tereny. Plan był taki, aby dotarły do większego skupiska kwiatów, gdzie mogły oglądać wspólnie gwiazdy.
— Zrobię wszystko, aby uwolnić się od tych nudziarzy — patrol chyba nie przebiegł pomyślnie dla Konopii, jednakże dla Zboża było to jak wielkie zielone światło krzyczące "MASZ SZANSĘ!". Zła szylkretka oznaczała okazję na poprawienie jej humoru! Słysząc jej słowa, skinęła pospiesznie głową. Miauknęła w stronę Poziomka, że idą się jeszcze przejść. Z początku kocur nie był do tego przekonany, jednakże widząc wyraz pyszczka Zbożowej Łapy, zgodził się.
Kotki pognały przed siebie czym prędzej, nie chcąc ryzykować, że czarno-biały kocur zmieni zdanie. Niebo było już niemalże czarne i pierwsze gwiazdy zaczynały się na nim pojawiać. Zbliżały się też nieuchronnie do miejsca wybranego przez węglową.
Zapach słodkich stokrotek dotarł do ich nosów, wywołując lekkie uśmiechy na pyszczkach uczennic. Była lisiaczka rozejrzała się dookoła, jakby nie rozumiejąc, po co tu przyszły.
— To jest to fajne miejsce? — poruszyła zdziwiona wąsami. Zboże przełknęła zbierającą się w jej pyszczku ślinę. Wzięła głęboki wdech, uspokajając szalejące serce.
Podeszła bliżej do calico, próbując zebrać się w sobie i powiedzieć to, co miała zamiar.
— Tak, to jest to specjalne miejsce. Ja... chciałam, żebyśmy... n-no wiesz... P-popatrzyły razem w-w t-te no... Gwiazdy — bąknęła, odwracając wzrok, zaraz jednak przemogła się, by ponownie na nią spojrzeć.
O mało co nie zeszła na zawał. Świetliki latające dookoła nich dodawały koteczce jeszcze większego uroku. Jej zielone niczym trawa ślepka lśniły, odbijając gwiazdy. Miała ochotę dotknąć ją w jakiś sposób, jednakże nie była w stanie się ruszyć. Obserwowała biernie, jak Konopia robi krok w przód. Zalotny uśmieszek zagościł na jej pyszczku. Serce Zbożowej Łapy niebezpiecznie przyspieszyło. Nagły napad gorąca był nieznośny, powoli tłumił głos krzyczący, by uciekała.
— Chciałaś mi coś powiedzieć? — calico zanuciła figlarnie.
Róża upadła na ziemię, by za chwilę zostać zdeptaną. Bengalka oddychała szybko, jakby od tego zależało jej życie. Podejście miała tylko jedno.
— Bo wiesz Konopio... — zaśmiała się cicho, przysuwając swój pyszczek do jej mordki — Lubię cię — szepnęła, pokonując dzielącą ich odległość. Spod na wpół przymkniętych powiek spoglądała na postać przed sobą. Pierwszy pocałunek mogła chyba uznać za udany.

< Konopio? >

Nowa członkini miejsca, gdzie brak gwiazd!

LODOWY SZPON
Powód: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zabicie przez Borsuczy Warkot
Zasłużenie: porzuciła kocięta, nie opiekowała się nimi, próba zabójstwa młodych

Odeszła do Miejsca, gdzie brak gwiazd

01 października 2020

Od Wronki (Wroniej Łapy)

*Bardzo, bardzo dawno temu*

Minęło już trochę czasu od momentu narodzin tych trzech, a właściwie czterech, klusek. Dzieciaki Lisiej Gwiazdy już dokazywały we wspólnych zabawach, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa otaczającego ich świata. Po prostu żyły, zupełnie beztrosko.
A Wronka już wiedziała u kogo warto mieć dobrą opinię.
Na pierwszym miejscu stał oczywiście Lisia Gwiazda, jej ojciec. Kiedy tylko odwiedzał żłobek, Wrona nie mogła ukryć, że czuje pewnego rodzaju podziw do rodziciela. Czuła, że jest z niego kawał porządnego kocura, w końcu nie byle kto zostaje liderem! No i te rany na całym jego ciele, na pewno pokonał mnóstwo śmierdzących wrogów Klanu Klifu! A to dla małej Wronki wystarczyło, żeby polubiła rudzielca, który był postrachem większości innych kociąt... I nie tylko kociąt.
Na drugim, i zarazem ostatnim miejscu, z tych, którzy wzbudzali w szylkretce jakiekolwiek zainteresowanie, był… Meszek. Tak, ten wredny kocurek który nie lubi nikogo. Koteczka uważała, że był z niego twardziel. Że też bez skrupułów potrafi tak pyskować! Wronka też się tak nauczy, ale jeszcze nie teraz. Na razie potrzebowała więcej informacji.
Pozostałe koty w żłobku były jej zwyczajnie neutralne, może poza jej własną matką. Jej nie lubiła. Była brzydka i zbyt miękka, jak na kogoś, kto miał zaszczyt posiadać kocięta z samym liderem. No ale cóż, trzeba żyć, taką rodzinę dostała, więc w takiej musi żyć.

*Następnego dnia czyli nadal bardzo dawno temu*

Turlała sobie w łapkach niewielką kulkę mchu, znudzona już tym dniem. Monotonię przerwała jednak jej siostra Lisiczka, która stanęła nagle nad jej głową.
– Hm? – mruknęła dziecięcym głosikiem i podniosła zabawnie jedną brew, zastanawiając się, czego koteczka tym razem od niej chce.

<Lisiczko?>

Od Iglastej Gwiazdy CD Fasolkowej Łapy

Wpatrywał się pustym wzrokiem w niedojedzonego drozda, który leżał smętnie na zimnej podłodze. Nie miał ochoty na jedzenie, tym bardziej na rozmowę z kimkolwiek. Po prostu... czuł się zmęczony. Jednak nie tak, jak po ciężkim treningu. To było inne. Właściwie to do obecnego stanu Iglastej Gwiazdy pasowało stwierdzenie, że kocur zwyczajnie był zmęczony życiem. Miał dosyć bycia liderem, dosyć zarządzania klanem... Chciał tylko spokoju. Machnął ogonem, rozrzucając dookoła mech. Przecież nie odda klanu wilka w łapy tego sukinkota. Prędzej się wykończy niż pozwoli burzakom na panoszenie się jeszcze bardziej.
Pokręcił łbem, mając ochotę wyśmiać samego siebie.
Ot był zwyczajnie słaby, nie potrafił się postawić. Zaś jego wojownicy? Byli tak lojalni, a przynajmniej większość, że nie chcieli podważać jego decyzji. 
— Tato? Jesteś tutaj? — poruszył się niespokojnie, gdy usłyszał głos córki. Przez kilka uderzeń serca chciał ją odesłać, poprosić aby dała mu spokój, jednak dawno ze sobą nie rozmawiali. Nie chciał popełniać błędu z przeszłości. Podniósł się, mrucząc niezadowolony, gdy stawy go zabolały. Tylna łapa przez chwilę odmawiała posłuszeństwa, lecz ostatecznie udało mu się nią poruszyć. Zaniepokoiło go to trochę.
— Jestem skarbie, jestem — uśmiechnął się blado, przytulając swoją córeczkę. Tak bardzo tęsknił za nią podczas tyranii stwórcy. Przyjrzał jej się bliżej. Biedactwo... Przejechał łapą po poharatanym nosku. Miał ochotę się popłakać widząc rany na ciele własnego dziecka. Przełknął gulę w gardle, czując jak szczęka mu drży. 
Przytulił ją mocno do siebie, przepraszając za wszystko, płacząc i błagając żeby wybaczyła mu wszelkie słabości. 
Siedzieli długo, nadrabiając stracony czas między ojcem a córką.
* * *
Coś było nie tak, zdecydowanie nie tak. 
Biodra bolały go tak bardzo, że kocur był w stanie przegryźć kilka grubszych gałęzi. W końcu jednak dostał do memlania jakąś cholerną gałąź i tym razem nie udało mu się jej przegryźć. Zamiast tego stękał i wyzywał od najgorszych cały klan burzy. Jak leciało, przez lidera, omijając medyków, po wojowników. Nie bardzo wiedział, dlaczego upodobał sobie ubliżanie akurat temu klanowi, ale miał to gdzieś. Póki pomagało mu to wytrzymać ból - nie miał zamiaru rezygnować.
W końcu maść wraz ze zjedzonym wcześniej makiem zaczęła jednak działać, na co kocur odetchnął z ulgą, ból co prawda nadal pozostawał, jednak przypominał on raczej żałosne dziobanie sikorki, która próbowała wyrwać się spod jego pazurów.
— Już po wszystkim — Fasolka odłożyła pozostałe zioła, po czym podeszła do liliowego — Powinieneś na siebie bardziej uważać, tato — dodała zmartwionym, jakby zmęczonym głosem.
— Nie jestem AŻ tak stary, córeczko — zaprotestował, pusząc futro. Już miał się podnieść, by udowodnić, że przecież mimo bólu stawów jest w stanie samodzielnie stać, jednakże zapomniał o braku jednej łapy i upadł na bok. Syknął rozeźlony — Może trochę jestem — bąknął, widząc na mordce Fasolki łagodny uśmiech. Dawno go nie widział. Od kiedy Potrójny Krok nazwał ja tak okropnie... westchnął cicho. Nie rozmawiał z wnukiem dość często. Były to jedynie czysto zawodowe rozmowy, choć przypominały one bardziej krótkie odpowiedzi. Wiedział, że musi się z wnukiem pogodzić. prędzej czy później, aczkolwiek nie wiedział jak. Odwrócił pysk w stronę liliowej córki.

< Fasolko? >

Od Zbożowego Kłosu CD Zarazy

Westchnęła cicho, biorąc małą za skórę na karku. Kocię pisnęło wyrywając się, jednakże gdy zrozumiała, że bengalka nie ma żadnych złych zamiarów, uspokoiła się. Podkuliła łapki, popiskując pod nosem. Smark dreptał obok niej, sprawiając wrażenie, jakby nic potwornego się nie stało. Ogonek miał uniesiony wysoko ku górze, do tego podskakiwał w rytm kroków. Łapka za łapą i tak sobie szedł. Zboże pokręciła głową, czy ten pierd zdał sobie sprawę z tego, że mogli zginąć? Przez chwilę w jej głowie narodziła się myśl, że kocurek jest zwyczajnie głupi, jednakże szybko ją porzuciła. 
Gdy dotarli na miejsce pierwszym kotem, który wyszedł im na spotkanie była przerażona Brzoskwiniowa Bryza. Kremowa złapała Smarka za kark, pospiesznie znikając razem ze Zbożem w wejściu do kociarni. Węglowa ułożyła się na mchu, oddychając ciężko, gdy nareszcie mogła wypuścić z pyska Zarazę. Ta natomiast pospiesznie wtuliła się w jej futro, trzęsąc się. Kotka co prawda nie miała pojęcia, czy to z zimna czy przerażenia, jednakże polizała małą za uchem, przyciągając do siebie.
— No już, nic wam nie grozi — szepnęła wprost do jej ucha, mrucząc cicho. Zerknęła na Brzoskwinkę, która z przejęciem chodziła w kółko.
— B-byłam taka głupia! — sapnęła przerażona, bijąc ogonem o ziemię. Zbożowy Kłos zamilkła, bo co miała powiedzieć? Że nic się nie stało? Oczywiście, że się stało! I obwiniała trochę o to karmicielkę. W końcu Zaraza i Smark byli pod JEJ opieką, a ta pozwoliła Lodowej zabrać bachory nie wiedząc, jakie ma zamiary.
Cholerna naiwność.
Nie odezwała się jednak z pretensjami, praktycznie zrobiła to tylko ze względu na wujka Jesionka. No i też dlatego, że nie zamierzała brać udziału w jakiejkolwiek sprzeczce. Dosyć miała już wyrobione nerwy przez niebieską wojowniczkę. Właściwie... ciekawe co się z nią teraz stanie? Nie liczyła na sprawiedliwość względem tego burego żartu w postaci liderki, jednakże pokładała ciche nadzieje w Aroniowym Podmuchu. Kocur był serio ogarnięty i wątpiła, aby puścił takie wykroczenie płazem. Obstawiała po cichu, że wywali ją na zbitą mordę. Zbliżała się zima, więc jak znalazł.
— Nie martw się, w końcu nic im się nie stało — strzepnęła uchem, chcąc rozluźnić i tak napiętą już atmosferę.
— Ale gdybyś ty nie... Gdybyś tu nie poszła! — zwiesiła łeb, spoglądając na wtulającą się w pierś młodszej kotki Zarazę — Obiecałam, że się nimi zajmę... — szeptała, kręcąc głową na boki.
— Brzoskwiniowa Bryzo! — warknęła Zboże, podnosząc głos — Nie masz się niczym przejmować! To nie była twoja wina! Skąd mogłaś wiedzieć, że tej wariatce coś odwali?! — wstała, podchodząc bliżej koleżanki. Oparła głowę na jej karku, starając się jakoś podnieść na duchu kotkę. Brzoskwinka pokiwała głową, biorą głęboki wdech.
— Tak, masz rację... Najważniejsze, że dzieci są całe — szepnęła. Słychać było, że całe napięcie powoli z niej schodzi. Jednak najwidoczniej to nie był koniec niespodzianek oraz atrakcji tego dnia. Obie kotki wychyliły się ze żłobka, słysząc poruszenie w obozie.
— WYGNANIE! — nie miała pojęcia, czy to Aronia czy Pstrąg wydała wyrok, hałas oraz wrzaski skutecznie utrudniał rozpoznanie głosu. Jakby na złość, nie widziała zarówno liderki jak i jej zastępcy. Jednak dostrzegł coś innego. Lodowy Szpon wrzeszczącą, że nie zgadza się na wyrok, a później rzucającą się na Borsuczy Warkot. Kurz wzbił się w powietrze, raban jeszcze bardziej nasilił. Widziała walczących ze sobą wojowników a później... ciało Lodowej upadające na ziemię bez życia z rozwalonym gardłem oraz poranionego, dyszącego ciężko czarno-białego kocura.

< Zarazo? >

Od Króliczego Serca

Wrócił z całkiem udanego polowania. Jak na standardy Pory Nagich Drzew, nornica była odpowiednim posiłkiem. Zamierzał zanieść ją Zbożowemu Kłosu, która nie tak dawno została matką, wydając na świat dwie pociechy. Śnieg nieprzyjemnie miział go w poduszki łap, gdy kocur szedł przez obozowisko, rozglądając się czujnie. Wiatr przyniósł ze sobą większy chłód, mierzwiąc długą sierść kocura. Miał szczęście, że przynajmniej było mu cieplej, niż zapewne niejednemu kotu z krótką sierścią.
Zatrzymał się błyskawicznie, upuszczając na ziemię złapaną zwierzynę, gdy dojrzał tłum przed legowiskiem medyka. Co znowu się stało? Ostatnim razem zebranie pobratymców oznaczało śmierć Pluskającego Ogona i Gruszkowego Upadku. Królicze Serce powoli ruszył w stronę leża, nie wiedząc dokładnie, co zastanie w środku.
Serce zabiło mu niebezpiecznie szybciej, gdy dojrzał sierść wujka, Szakłakowego Cienia, siedzącego obok załamanego Żółwiego Brzasku. Nawet nie zauważyli obecności niebieskiego. Podszedł o krok bliżej.
- Wujku? Tato?
Żółwi Brzask przycisnął do siebie łapą syna. Wtedy to już na pewno wiedział, że coś było nie tak. Wojownik wtulił się w jego futro, wylewając pierwsze łzy, natomiast wujek położył ogon na jego grzbiecie.
- Bardzo mi przykro.
Królicze Serce wyrwał się z uścisku. Rozejrzał się i dopiero wówczas ujrzał bezwładnie leżące ciało Szałwiowej Chmury. Miał nadzieję, że oddycha, ale jej bok  nie unosił się w rytm oddechu. Oczy miała zamknięte. Króliczek zbliżył się do mamy na drżących łapach, czując jak jego ciało nagle zrobiło się ciężkie.
- M-m-mamo?
Nie odpowiedziała. Nawet koniuszek wąsa jej nie drgnął. Wojownik poczuł jak jego oczy zapełniają się łzami, a serce rozbija się na miliony kawałków. Przypadł do jej ciała, wylewając łzy w futro ukochanej mamy. Jedynej karmicielki. Kochał ją bardzo, była dla niego opoką w wielu ciężkich chwilach. Zawdzięczał jej tak wiele. A teraz odeszła polować z Klanem Gwiazdy.
- Mamo p-proszę... nie zos-zostawiaj mnie. N-nie te-teraz. Ch-chciałaś zo-zobaczyć ja-jak dora-dorastam, pamiętasz? M-mamo, otwórz o-oczy. Błagam!
Nie próbował zdusić płaczu. Nie myślał. Tulił się do zimnego futra, zapominając nagle o wszystkim. Tak dużo wspomnień go dopadło, a jedna myśl nie dawała spokoju: Już jej nie zobaczy, nie przytuli, nie usłyszy ciepłego głosu i nie pokaże nowych listków w kolekcji.
- Zmarła we śnie. - miauknął za jego plecami Szakłakowy Cień.
Przynajmniej nie cierpiała.
Króliczek trącił nosem policzek mamy.
- M-mamo...
Obiecuje, że o tobie nie zapomnę i że jeszcze będziesz ze mnie dumna.