BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 października 2020

Od Barwinkowego Podmuchu CD Szczawiowego Liścia

1154 słowa :>

Był poza obozem. Zimne powietrze koliło go w płuca, kiedy je wdychał. Nadal czuł dreszcz momentu, kiedy zetknął się z nim pyszczkami.
Potrzasnął głową, czując jak pieką go uszy. Nigdy nie przeżył czegoś takiego! Był po części wdzięczny Szczawikowi, że i tym razem od niego uciekł, ale z drugiej... No cholerka! Czemu Szczawik ciągle zwiewał?!
Poszedł niemrawo z patrolem, który zdążył wrócić po jakimś czasie. Nie odzywał się, nie powiedział też zbyt wiele uczniowi liliowego.
- Gdzie Szczawiowy Liść? - zapytał młody.
- Um... Uciekł chyba? Wystraszył się mnie. - Odparł troszkę niemrawo, nie mogąc wykrzesać z siebie żartobliwego tonu.
Był przytłoczony tym, co się stało, a jednak podobało mu się. To było takie niespodziewane i miłe! Czarny nigdy nie czuł czegoś takiego. Z nikim. Tylko ten gnojek Szczawik wzbudzał w nim takie uczucia, jak ciepło zupełnie inne, niż gdy tulił Łabąda czy niegdyś Sokoła. Pieszczoty, które wynikały przypadkiem z jego kontaktu z liliowym były tak rzadkie, że dawały mu dziwny rodzaj... satysfakcji? Wywoływanie uśmiechu u wojownika było nie lada wyczynem, którego nie zdołał na razie osiągnąć. Chciał to jednak zrobić!
Uśmiechnął się do siebie. To takie głupie. Zależało mu na uśmiechu swojego rywala? A każdy jeden gest z jego strony uznawał za małe zwycięstwo? Takie głupiutkie... A jednak bardzo przyjemne.
- Co cię rozbawiło? - Zapytał Kasztanowa Łapa.
Czarny nie ogarnął, kiedy uczeń na niego spojrzał. Szedł po prostu szczerząc się do siebie. Beznadzieja!
- Nic! Z-znaczy twój mentor? - Miauknął wyrwany z krainy wyobraźni.
- Co? Dlaczego? Czym?? - Dopytywał wesoło, widocznie chcąc pośmiać się z mentora.
- Co co? P-przecież mnie wszystko bawi, zapomniałeś? Hah - miauknął niezręcznie, uciekając czym prędzej na początek patrolu.

~*~

Spał na wejściu do legowiska. Kiedy poprzedniego dnia wrócił po wieczornym polowaniu, nie zastał dla siebie miejsca w środku. Pogratulował po drodze Kasztanowi mianowania, który odpowiedział mu serdecznym uśmiechem. Świetny kocur, na pewno zostanie super wojownikiem!

Kiedy jednak usłyszał wrzask mrożący mu w żyłach krew, zerwał się na równe łapy. Nie wiedział, co się działo. Ziewnął długo, uznając, że skoro wciąż nie słyszał bitewnych krzyków, nie ma co się spieszyć. Poruszenie w obozie sprawiło jednak, że przetarł łapą oczy. Dostrzegł tłum kotow niedaleko wejścia do obozu. Czyżby jakiś nowy samotnik?
Poczekał, aż kilka z nich odejdzie, dopiero podchodząc. Zauważył futro Kasztanowej Łapy, który zeszłego wieczoru został Kasztanowym Pniem.
Uśmiechnął się lekko. Taki był zmęczony, że leżał w śniegu? Czyżby zasnął? A to ci dopiero!
Z uniesionym ogonem podszedł bliżej, nagle czując niewyobrażalny chłód. Zobaczył spuszczone głowy kotów, które odchodziły od... Dziwnie nieruchomego ciała.
Barwinkowy Podmuch poczuł jak jego łapy drętwieją. Kasztanowy Pień leżał tam...martwy?
Poczuł ukłucie w sercu, kiedy zbliżył się jeszcze bardziej, siadając przy jego ciele.
Co mu się stało? Dlaczego leżał tu bez życia? Za co ten cholerny klan gwiazd, o ile istniał, zabrał mu je? Przecież Kasztanek był świetnym kotem... Uczniem, kotem, kotem który go zauważył! Tak po prostu! Bez żadnych żartów czy zaczepek. W dodatku od początku był dla niego miły. A teraz leżał przed nim zimny, sztywny. Musiał zamarznąć... Barwinek mógł podzielić jego los, jeśli by nie wrócił do obozu.
Potrzasnął głową próbując wstrzymać łezkę, która chciała pomścić wojownika. Dawno nikogo nie stracił. Miał nadzieję, że to się nie powtórzy, a jednak.
Poczuł drgnięcie obok siebie. Zerknął kątem oka na Szczawika. Też tu był. Też czuwał. Również tęsknił.
Czy... Czy chciało mu się płakać za uczniem?
Jak silna była więź między uczniem a mentorem? Ten rodzaj relacji... Nie był dla niego dostępny. Odległy i niezbadany.
Spojrzał na niego w pełni, mentor czuwał przy zmarłym uczniu. Z jakiegoś powodu ten fakt, widok, odczucie naprawdę go dotknęło.
- Hej - mruknął, ogonem dotykając ciała liliowego. - Wszystko w porządku...?
Widział jak młodszy zaciska zęby, drżąc z zimna. Po chwili pokręcił też głową.
- Nie jest w porządku, nie chciałem takiego losu dla Kasztana - mówił kruszącym się na kawałeczki głosem. - On powinien cieszyć się życiem wojownika a nie piach lizać...!
Barwinek usłyszał prawdziwy smutek w jego łamiącym się głosie. Zapragnął mocno przytulić swojego rywala, ale wiedział, że ten go odepchnie. Ta myśl przybiła czarnego. Poruszył niespokojnie łapami w miejscu.
Ciekaw był, czy Kasztan to słyszy, czy jego dusza nadal stąpała po obozie, a może nawet teraz tuliła się do swojego mentora. Może nawet posyłała mu uśmiech, a na Barwinka spoglądała skrzącymi się oczami?
- Chcesz się przejść? - Zaproponował na tyle cicho, by tylko młodszy usłyszał. - Potem wrócimy, by pomóc zakopać ciało. No chodź.
Czarny ruszył przodem, dotykając ogonem młodszego, a za nim liliowy niemrawo zaczął stawiać kroki.
- Szczawik... - szepnął w jego kierunku, przysuwając się trochę. Ogonem chciał go ponownie dotknąć, jednak nie chciał z kolei posunąć się zbyt daleko. Wiedział, że liliowy ma teraz bardzo niestabilny humor. -... Zależało Ci na nim, prawda?
Nie dostał odpowiedzi. Milczenie było jego oddźwiękiem. Wciągnął powoli zimne powietrze.
- Wiesz, że mi też? - Dopowiedział po chwili.  - I możesz gadać, że krótko go znałem, ale naprawdę, lubiłem go i chciałem dla niego dobrze. On... On mnie zauważył, rozumiesz? Był dla mnie miły, okazał współczucie, zainteresowanie. Myślałem, że możemy zostać kumplami...
Zacisnął zęby, aż rozbolała go szczęka. Zamknął też oczy, potrząsając głową. Dlaczego to było trudne? Przecież to tylko kolejne ciało, które zostanie zakopane, a życie będzie toczyć się dalej... Ale... On czuł smutek!
- Brzmię żałośnie - miauknął, zaciskając łapy w śniegu. - Całe moje życie jest żałosne i naprawdę chciałem, żeby Kasztan miał przestrogę po mojej historii. Tyle, że... Nie dane mu było nawet dojrzeć w pełni.
Mówiąc to spojrzał na śnieg. Odbijało się w nim światło, oślepiające z lekka Barwinka.
- Był super, mimo, że to Ty go szkoliłeś - mruknął, po czym dodał naprawdę, naprawdę cicho - chociaż nie jesteś taki okropny...
Nie wiedział, czy chciał usłyszeć odpowiedź, ale zdawał sobie sprawę, iż liliowy go słucha. Mniej lub bardziej, a jednak zwracał uwagę na użalania się nad sobą czarnego. Doprawdy żałośnie, ale kto by się przejmował? Przecież... Klan jest dla Szczawiowego Liścia najważniejszy, a dla Barwinka to tylko miejsce do spania. Nawet jadł poza obozem, a większość dnia spacerował pakując się w kłopoty lub robiąc innym żarty. Szczawik zapewne miał go za okropnego wojownika, a słuchając słów starszego tylko się w tym utwierdzał. Kasztana szkolił najlepiej jak potrafił, przekazał mu wiedzę i swój patriotyzm, którego brakowało czarnemu.
Czy był jakiś... Niepełny? Zarówno Szczawik jak i Kasztan kochali swój klan, swoje rodziny, wesołe i wspierające się, a on?
Jedyne co robił to zajmował sobie czas, bo nie miał dla kogo go lub na co przeznaczyć.
Spojrzał w niebo, a kilka płatków śniegu spadło na jego ciemne futro, przymknął oczy. Czuł chłodne powietrze muskające jego nos.
- Ej, Szczawik - zaczął cicho, czuł jakby całe otoczenie go słuchało. Każdy uschnięty krzew czy liść przykryty warstwą śniegu. - W gruncie rzeczy myślę, że... Że dobrze go wyszkoliłeś.
Nim liliowy zdążył cokolwiek powiedzieć, Barwinek go uprzedził, mówiąc całkowicie szczerze, bez cienia złośliwości.
- Jesteś świetnym mentorem. Lepszym, niż ja bym był.
W tej chwili nie był smutny, iż nigdy nie miał i nie dostanie już ucznia. Pogodził się z tym? Pewnie coś w tym stylu. A może chciał po prostu podnieść na duchu swojego... Rywala?

<Szczawik? 💙>

Od Króliczego Serca CD. Jesionowego Wichru

Klan Nocy stracił kolejnych pobratymców. Klan Gwiazdy zbierał żniwa, chociaż przecież niczym nie zawinili. Królicze Serce nie rozumiał tej niesprawiedliwości, ale kim był, żeby się przeciwstawiać? Sam jeszcze nikogo bardzo bliskiego nie utracił.
Obserwował z daleka przybycie Jesionowego Wichru. Dawny mentor stracił brata, który zginął próbując ratować Pluskający Ogon. Jak prawdziwy bohater. Niebieski kocur położył ogon na grzbiecie wojownika. Bardzo chciał go wesprzeć. Przekazać, że może na niego liczyć bez względu na wszystko. Jesionowy Wicher wziął głęboki oddech, a jego spojrzenie przeniosło się na Królicze Serce. Wstał i udał się z nim na ubocze, próbując nie słyszeć szlochu, niektórych kotów. Króliczek natomiast słyszał je wyraźnie i pękało mu przez to serce.
- Nawet nie wiesz... jakie masz szczęście... - miauknął do niego Jesionowy Wicher. Młodszy podniósł na niego wzrok, w którym kryło się współczucie i troska. - Muszę... Muszę pobyć sam. - wstał i nie patrząc na byłego ucznia, wyszedł z obozu.
Królicze Serce odprowadził go spojrzeniem. Westchnął cicho, również wstając, tylko, że on udał się w stronę żłobka.
- Mu-musisz go jakoś po-pocieszyć, bo ja chy-chyba nie umiem. - miauknął wojownik, siadając obok zmartwionej Brzoskwiniowej Bryzy. Liczył, że partnerka czekoladowego mu pomoże, a dzieci mentora sprawią mu jeszcze nie jedną radość.
Nie chciał oczywiście, żeby Jesion zapominał, ale zależało mu, żeby ból żałoby stał się mniejszy. Inaczej rozpacz może zniszczyć optymistycznego wojownika.

***

Śmierć Pstrągowej Gwiazdy nie była jedynym zmartwieniem Klanu Nocy. Królicze Serce wpatrywał się w martwe ciało Jaskrowego Pyłu, wciąż nie mogąc w to wszystko uwierzyć. Wydawało się takie nierealne. Przecież wojownik jeszcze rano żył. Widział go. 
Poczuł napływające do jego oczu łzy, którym pozwolił spaść na ziemię. Stracił Murówkową Łapę, teraz Jaskrowy Pył. Może nie byli ze sobą blisko, ale stanowił część jego kocięcej tożsamości. Kocur  spuścił głowę, spoglądając na własne łapy. Czuwanie nad ciałem zmarłego nie dobiegło końca. Zanim rano go pochowają, musieli złożyć jak najwięcej modlitw, o jego bezpieczną podróż do Gwiezdnych. 
W tle mignęło mu brązowe futro. Dopiero teraz dojrzał Jesionowy Wicher, który również czuwał nad ciałem dawnego, pierwszego ucznia. Królicze Serce nieśmiało przysunął się bliżej zastępcy i dotknął swoim ogonem jego boku.
- Ja... bardzo mi przykro. - miauknął cicho. 
Biedny Jesionowy Wicher. Ile jeszcze kotów utraci, zanim zazna spokoju? 


<Jesion?> 

Od Króliczego Serca

Króliczek z rozbawieniem wywrócił oczami. Zwinka zareagowała natychmiastowo, klepiąc go łapą po łbie. Od razu się skrzywiła, cofając do tyłu. Zmartwienie odbiło się w żółtych ślepiach syna Szałwiowej Chmury. Nie bez powodu przyprowadził przyjaciółki do legowiska medyka. Naprawdę się o nie martwił i chciał, żeby wróciły do zdrowia.
- Uważaj lepiej. - miauknął wojownik, obserwując zranioną łapę uczennicy. - Poranna Zorza zaraz przyjdzie. Wytrzymaj.
- Królik, ja nie umieram. - mruknęła Zwinkowa Łapa.
Może i nie, ale niebieskiemu źle kojarzyło się legowisko medyka. Mimo mocnej woni wielu ziół, dalej zdawało mu się, że czuje odór śmierci. Drgnął, gdy przeszyły go zimne dreszcze. Zanim zdążył jednak spanikować, Poranna Zorza wrócił z zajmowania się Murówkową Łapą. Odmrożone poduszki łap do przyjemności nie należały. Królicze Serce mógł odetchnąć z ulgą, że obu nic wkrótce nie będzie.
- Tobie też coś dolega? - upewnił się klifiak.
Królicze Serce pośpiesznie pokręcił łbem. Był tutaj tylko do towarzystwa. Sam nie wiedział co by zrobił, gdyby obie kotki zniknęły z jego życia. Chyba byłoby zbyt nudno.

***

Śniegu było coraz więcej. Pora Nagich Drzew nigdy nie należała do jego ulubionych. Tym razem nie przejmował się jednak nieprzyjemnym chłodem. Biegł przed siebie, wyciągając łapy, mimo zbyt mocnego wiatru. W panice rozglądał się wokół. Zatrzymał się w ostatniej chwili, zanim by przekroczył granicę z Siedliskiem Dwunożnych. Tutaj kończył się zapach. 
- Murówka, nie wygłupiaj się!
Liczył, że kotka wyjdzie zza rogu, uśmiechnie się i odpowie, że to była dłuższa zabawa w chowanego. Od dwóch dni nie było po niej śladu. Królicze Serce mocno się zmartwił. Z początku myślał, że schowała się gdzieś, by w spokoju przeżyć żałobę po śmierci Jaszczurzej Łapy. Ale wtedy już dawno by wróciła! 
- Znalazłeś ją? - Zwinkowa Łapa znalazła się w kilku susach przy nim. 
Trzęsła się z zimna. Pod wieczór zawsze robiło się o wiele chłodniej, wręcz lodowato. Powinni powoli wracać do obozu, ale trop i tak było trudno złapać. Jeśli w nocy spadnie śnieg, już nigdy jej nie odnajdą. Spojrzał z niepokojem na przyjaciółkę.
- Mu-musiała pójść dalej. C-chodźmy. 
- Na tereny Dwunożnych? - upewniła się Zwinka, zerkając w stronę odległego płotu. 
Powoli pokiwał głową, czując równocześnie, jak strach zaczyna go paraliżować. Przystąpił kilka kroków do przodu, zanim się potknął i padł na śnieg. Zwinkowa Łapa pierwsza dotarła do ogrodzenia, wskakując na nie zwinnie. 
- Nie widzę jej. 
- Nie mo-mogła za-zapaść się pod ziemię! - miauknął rozpaczliwie. 
Usiadł, spoglądając na własne łapy. Poczuł ciepło futra pobratymki. Westchnął ciężko, pozwalając sobie na łzy. Stracili ją. 
Czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy Murówkę? 



Wyleczone: Zwinkowa Łapa, Murówkowa Łapa

Od Jeżowej Ścieżki CD. Tupot (Tuptającej Łapy)

Uśmiechnął się do małej.
- No już dobrze. Postaraj się zasnąć.
Liczył, że koteczka go posłucha. Rozumiał, że rozpierała ją energia, ale o tej porze, Tupot powinna dawno pochrapywać, zwinięta w kłębek. Córka Cętkowanego Kwiatu uśmiechnęła się, robiąc słodkie, niewinne oczka, które wlepiła w medyka.
- A opowiesz mi bajkę?
Westchnął. Nie widział problemu w prośbie kotki. Jeśli tak miała szybciej zasnąć, to nic mu nie szkodziło opowiedzieć jej jakąś bajkę. Ułożył się obok kociaka, żeby ta mogła lepiej słyszeć. Tupot ziewnęła zmęczona, odsłaniając różowy języczek i mrugając sennymi ślepkami.
- Słyszałem kiedyś o kotce, którą dusza i serce rwały do wędrówek. Jej życie nie należało do najłatwiejszych. Wcześnie straciła rodziców, pozostając jedynie z siostrami w obcym praktycznie sobie miejscu, leżącym na rozległych bagnach.
- Musiało być jej smutno. - miauknęła Tupot.
- Było, ale zachowała w sobie tyle radości i energii, że nigdy tego nie okazała. Służyła każdemu pomocą, chociaż jej sposób bycia był dość nietypowy. Gdy biegła dziwnie unosiła łapy, lubiła też zapach kwiatów i pewnie z niejednym lisem złapała wspólny język. - zaśmiał się.
- A jak się nazywała? - Tupot wtuliła się w czekoladowe futro.
Na początku chciał odsunąć koteczkę, żeby mógł po jej zaśnięciu wrócić do obowiązków. Zamiast jednak tego, okrył ją troskliwie ogonem.
- Iskra. - miauknął, okrywając małą lepiej liściem.
Tupot już po kilkunastu uderzeniach serca spała w najlepsze. Jeżowa Ścieżka leżał z nią na tyle długo, póki  nie nabrał pewności, że jej nie obudzi.
Następnego dnia malutka wróciła do żłobka.

***

Postanowił odwiedzić Rzeczny Nurt i jej kociaki. Akurat miał więcej czasu dla siebie, dlatego problemem nie było zostawić Stokrotki i Konwalii w legowisku. Zwłaszcza, że to było pilnowane. Jeżowa Ścieżka z wiewiórkę w pysku, wszedł do żłobka, od razu wypatrując niebieskiej kocicy. Rzeka spała, z nosem wtulonym w swoje futro. Tańcząca Zorza siedział obok niej. Na widok czekoladowego, uśmiechnął się szeroko.
- O, witaj Jeżowa Ścieżko, przyszedłeś w odwiedziny?
- Tak. - miauknął krótko, również się uśmiechając. Odłożył wiewiórkę przy łapach swojej siostry. Rozejrzał się po kociarni. - A gdzie kociaki?
Taniec wskazał na odległy punkcik w rogu kociarni. Trójka szkrabów bawiła się kawałkiem mchu, wyrywając go sobie nawzajem. Jeżowa Ścieżka poruszył z rozbawieniem wąsami, obserwując zabawę swoich bratanków. Szmer, Szum, Szelest. Ładne imiona dostali, chociaż bardzo podobne.
- Jeżowa Ścieżka! - Tupot podbiegła do medyka.
Odwrócił pysk w kierunku koteczki.
- Cześć, Tupot. Co powiesz na zabawę szyszką? - zaproponował.
Podziękował Klanowi Gwiazdy, że zna się jeszcze na kociakach. Dobrze było wiedzieć, jakie zabawki lubią lub znać chociaż część zabaw maluchów. Może nie był jakimś ekspertem, w końcu mówi się, że każdy kociak jest inny, ale to zawsze mu się przyda. Poza tym fajnie będzie spędzić trochę czasu z Tupot.


<Tupot?> 

Od Żabiego Skoku CD. Skry (Skrzącej Łapy)

Wojowniczka zerknęła w stronę wyjścia ze żłobka, gdzie mignęła jej sierść Wężowego Wrzasku. Karmicielka wyglądała na wściekłą. Nie wiedziała co takiego zrobiła mała Skra, ale poważnie wkurzyła tym wnuczkę Iglastej Gwiazdy. Skrzywiła się na myśl o opieprzu, jaki mógł spotkać na jej oczach małą.
Powoli skinęła głową.
- Chodź.
Poprowadziła koteczkę do legowiska wojowników. Specjalnie szła obok Skry, by ta stała się mniej widoczna. Różniły się sierścią, ale Żabka mimo niskiego wzrostu, nie rzucała się tak bardzo w oczy. Nic dziwnego, że Wężowy Wrzask nie skupiła na niej uwagi.
- SKRA! WYŁAZ! - wrzasnęła kocica.
Ukryły się w przytulnym wnętrzu leża wojowników. Panowało tutaj mniejsze ciepło niż w żłobku i na pewno było ciaśniej, ale przynajmniej nie czuły aż takiego chłodu i nie narażały się otwarcie na gniew królowej. Żabi Skok odszukała swoje mchowe posłanie, na którym usiadła, zachęcając Skrę ogonem, by podeszła bliżej i poszła w ślad za nią. Obserwowała chód koteczki. Tak strasznie przypominała jej Leśny Świt. Przyjaciel ucieszyłby się, mogąc je teraz razem zobaczyć.
- Mogłaby mi pani coś więcej opowiedzieć o tacie? - spytała Skra.
Żabka zaszurała łapką po ziemi, rozgarniając trochę mchu. Odbiegła wspomnieniami do wszystkich chwil, które spędziła z kocurem.
- Twój tata był uczniem Iglastej Gwiazdy, gdy tylko dołączył do Klanu Wilka. Nie zawsze do niego należał. Dawniej nazywał się Karmelek. - miauknęła spokojnym tonem głosu. - Pamiętam jak wybieraliśmy się na wspólne polowania. Leśny Świt należał do dobrych łowców.
Zmrużyła oczy, przypominając sobie kolejny fakt z życia zmarłego wojownika.
- Trzymał się blisko z Jaskółczym Chłodem. Byli praktycznie nierozłączni. Szukaliśmy jej razem, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęła. Niestety jej nie znaleźliśmy, chociaż doszliśmy nawet poza terytorium Klanu Wilka. Oh i twój tata nie przepadał za Zgromadzeniami.
Poruszyła wąsami. Zachowa te wspomnienia na zawsze. To było jedyne, co jej nigdy nie opuści. Ta nostalgia będzie trwała w Żabim Skoku. Aż do samego końca życia wojowniczki.


<Skro?> 

Od Szyszki

Do uszu kotki dobiegł wesoły pisk, dochodzący gdzieś z oddali. Uśmiechnęła się przez sen, wyobrażając sobie swoje maluchy, bawiące się zabawkami. Ta myśl sprawiła, że otworzyła żółte ślepia, chcąc przyjrzeć się zabawie kociaków. Uniosła pospiesznie głowę, nie dostrzegając dzieci obok siebie. Czujnie rozejrzała się po żłobku. Liczyła, że nie wymknęły się na zewnątrz. Dopóki nie osiągną pierwszego księżyca życia, miały pozostać w kociarni, żeby nic im się nie stało. Pora Nagich Drzew była zbyt zimna dla takich malców.
Odetchnęła z ulgą, zauważając Płomykówkę obok Perły. Koteczka żarliwie o coś wypytywała karmicielki, która z uśmiechem na pysku odpowiadała. Szyszce zmiękło serce na ten widok.
Korzystając z chwili dla siebie, zajęła się wylizywaniem swojego czarnego futra z wszelkich nieczystości, staranie przeciągając po nim językiem. Cichy szmer zwrócił jej uwagę. Zwróciła wzrok na mech jej rodziny, spod którego wystawał mały, czarny ogonek.
- Głóg? Synku, co robisz?
Rozpoznała swoją pociechę. Słodki zapach napłynął do niej, sprawiając, że kotka zamruczała radośnie. Kocurek na chwilę wyjrzał spod mchu, rzucając spojrzenia na boki, zanim utkwił odziedziczone po ojcu ślepia w mamie.
Odkąd kociaki otworzyły oczy, przypuszczenia Leszczynki okazały się prawdą. Z wijących, walczących o pokarm ślepych kuleczek, które tuliła do siebie całymi dniami, zaraz po nauce chodzenia i pierwszym spojrzeniu na świat, stały się małe rozrabiaki, siejące chaos w całym żłobku. Wszędzie było ich pełno. Szyszce czasami się zdawało, że gdy tylko na chwilę odwróci wzrok, kociak czmychnie gdzieś daleko.
- Bafimy sie w chofanego. - miauknął. - Nie muf se mnie fidialas.
Najmłodszy z miotu znowu schował się pod mchem. Czarnulka odpowiedziała cichym mruknięciem, nim wróciła do wylizywania swojej sierści. Długo nie potrwał jej spokój. Płomykówka znalazła już Orzełka i teraz dwójce kociaków pozostało znalezienie pozostałem trójki rodzeństwa.
- Mamo, fidialas Glug? - spytał Orzełek, przekrzywiając łebek.
Szyszka poruszyła wąsami.
- A czy zabawa w chowanego nie polega na tym, że się nie podpowiada? - zamruczała rozbawiona.
Orzełek nieśmiało pokiwał główką, zanim wrócił do siostry. Szyszka cały czas miała oko na kociaki, by w razie potrzeby od razu interweniować.


<Głóg? 💙> 

Od Kwaśnego (Kwaśnej Łapy)

*nadal dawne czasy*

Łapa Maślak śmignęła mysią długość nad jego uchem. Kotka zaśmiała się wrednie, szykując się do kolejnego ataku. Kwaśny pisnął, rzucając się do ucieczki w stronę mamy. Miał nadzieję, że chociaż ona da radę zaczepką starszej koteczki. Szybko wskoczył za grzbiet rodzicielki i wyjrzał za niego niepewnie.
— Kwaśny, nie wymiękaj i chodź tu — rzuciła Maślak, wbijając swe żółte ślipia w kocurka. 
Pokręcił łebkiem na znak sprzeciwu. 
— Kwaśny, co jest? — miauknęła Słodki Język, spoglądając na syna. — Czemu nie chcesz bawić się z Maślak? — zapytała z nutą troski. 
Czarny położył uszy, uciekając wzrokiem od dwukolorowych ślip.
— Ona... ona jest niemiła — wyznał cicho. 
Maślak trzepnęła ogonem. Najwidoczniej usłyszała oskarżenia kocurka. 
— Wcale nie! Kłamczuch! Kłamczuch! Kłamczuch! To on się nie chce bawić! Wszystkie kocurki są tak samo beznadziejne — burknęła. 
Słodki Język westchnęła, spoglądając na kociaki. 
— Maślak, idź do cioci albo pobaw się z bratem — miauknęła do burej. 
Kotka zjeżyła się. 
— Nie! Nie będę słuchać się jakiegoś rybojada! — prychnęła zła. 
— Maślak! — wkroczyła do akcji ciocia koteczki. — Jak ty się zachowujesz? Czemu jesteś znów niemiła? Przeproś Słodki Język — rozkazała niesfornej koteczce. 
Maślak jednak miała inne plany i pokazała język szylkretce. 
— Nie jesteś moją mamą, więc nie zachowuj jakbyś nią była! Nie będę się ciebie słuchać nigdy! Nigdy! — pisnęła na ciotkę i wybiegła ze żłobka. 
Paprotkowa Pieśń westchnęła. 
— Przepraszam za nią Słodki Języku — miauknęła do czarnej i wybiegła za swoją siostrzenicą. 
Kwaśny obserwował całe zdarzenie w ciszy. Dopiero gdy obie koteczki zniknęły z pola widzenia, nieśmiało otworzył pyszczek. 
— Mamo, czemu nazwała cię rybojadem? — zapytał zdziwiony. 
W końcu jeszcze nigdy nie widział, żeby kotka objadała się rybami. Mało kto w ich klanie potrafił na nie polować, więc nie był to za częsty posiłek u nich. Lekki smutek wkradł się na pysk czarnej karmicielki.
— Widzisz, kiedyś mieszkałam gdzieś indziej i tam jadło się bardzo dużo ryb — wyjaśniła ściszonym głosem kocurkowi. — Stąd wzięła się ta ksywka. 
Kwaśny przechylił łebek, nie rozumiejąc jednej rzeczy. 
— A ksywka to coś złego?
Słodki Język uśmiechnęła się słabo, spoglądając w stronę wyjścia ze żłobka. 
— Nie zawsze. Ale czasem tak. Zależy jak i kto do ciebie ją mówi. Ale wracając do ciebie. Czemu nie chciałeś bawić się z Maślak? 
Kocurek położył uszy i spojrzał na swoje łapki. 
— Nie lubię się z nią bawić. — wyznał. — Dla niej zabawa to tylko szarpanie mnie za ogon i walka.
Słodki Język liznęła go pocieszająco. 
— Nie martw się. Porozmawiam z Paprotkową Pieśnią, żeby Maślak zostawiła cię w spokoju. 
Kwaśny spojrzał na mamę z niedowierzeniem. 
— Naprawdę? Dziękuję — mruknął, przytulając się do rodzicielki.
Słodki Język zamruczała uspokajająco.  
— Pamiętaj, że zawsze jakby ktoś ci dokuczał możesz na mnie liczyć. 
Kocurek kiwnął łebkiem, wskakując na legowisko koło mamy. 

Od Kwaśnego (Kwaśnej Łapy)

*w ciul dawno temu*

Leżał wtulony w ciepłe futro matki. Owinięty jej puszystym ogonem czuł się najbezpieczniej na całym świecie. Uwielbiam spędzać tak z nią leniwe popołudnia. Podczas gdy reszta rodzeństwa bawiła się z innymi kociakami, on miał całą mamę dla siebie. 
—  Mamo...? — miauknął cicho, uchylając lekko ślipia. 
Niemłoda już kotka ziewnęła, zerkając na malca. 
—  Tak, kochanie? —  mruknęła lekko nieprzytomnie. 
— Opowiedz mi bajkę. — poprosił, wbijając parę brązowych ślip w rodzicielkę. — Najlepiej o Klanie Gwiazd. 
Słodki Język westchnęła. 
— Dobrze, więc... — zamyśliła się na chwilę. — Słyszałeś już o ciężko chorym wojowniku i jego ukochanej? 
Kwaśny pokręcił szybko łebkiem. Kotka uśmiechnęła się lekko, owijając swojego jedynego syna ogonem.
— Dawno temu, gdy jeszcze gdy gwiazd na niebie było o połowę mniej, dobry i uczciwy wojownik pewnego klanu zachorował ciężko...
— Jakiego klanu...? — wtrącił się kocurek.
— Eee... Klanu Dżdżownicy. — wymyśliła szybko kotka. — Więc... wojownik udał się do medyków, lecz ci nie wiedzieli jak mu pomóc.
— A jak miał ten na imię wojownik?
Na pysk płaskopyskiej wkradło się lekkie zmęczenie, ale najwidoczniej ugryzła się w język.
— Eee... Lwi... Lwi Ogon — miauknęła w końcu. — Więc... medycy nie mogli mu pomóc. Nie wiedzieli, jak a Klan Gwiazd nie był wstanie im wskazać prawidłowego zioła. Ukochana Lwiego Ogona, zrozpaczona młoda wojowniczka postanowiła wziąć sprawę własne w łapy. Modliła się żarliwie do Gwiezdnych, błagając, żeby jeszcze nie zabierali jej ukochanego. Zwała się Pstrągowe Futro — dodała, widząc wzrok syna.
Kwaśny w zniecierpliwieniu wpatrywał się w rodzicielkę, czekając na dalszą część bajki.
— Przodkowie ulitowali się nad kotką. Skontaktowali się z nią w śnie i wskazali, gdzie rośnie ziele, które uleczy jej ukochanego. Wdzięczna wojowniczka obiecała Gwiezdnym, że zrobi wszystko by odpłacić się za ich przysługę. Ruszyła prędko ku podróży. Ta wcale nie okazała się łatwa. Żeby odnaleźć wskazane ziele kotka musiała pokonać ciągnące się polany, lasy, a nawet bagna. Wyczerpana i na skraju wytrzymałości w końcu dotarła na miejsce. Ostatkiem sił zerwała ziele, by następnie paść na ziemie. Gwiezdni widząc starania młodej wojowniczki, postanowili jej pomóc.
Oczy Kwaśnego powiększyły się do rozmiarów niewielkich kamyczków.
— I...? — zapytał, czując zjadającego go zaciekawienie.
— Pstrągowe Futro dotarła bezpiecznie do klanu i podarowała zioło medykom — odpowiedziała Słodki Język, uśmiechając się. — I żyli później długo i szczęśliwie!
Kwaśny uśmiechnął się i przytulił lekko do mamy.
— Opowiesz mi coś jeszcze? — poprosił.
Karmicielka westchnęła, mrużąc ślipia.
— Zastanowię się — mruknęła ciepło, przyciągając syna do siebie bliżej. — A teraz czas na kąpiel.
Kocurek niezadowolony stęknął. Niczego tak nie lubił jak kąpieli.

Nowy Członek Klanu Gwiazd!

CZAPLI POTOK
Powód: Decyzja administracji 
Przyczyna śmierci: starość

Odszedł do Klanu Gwiazdy

Od Bociana

Obserwował niechętnie, jak Ostróżka zwija się w kłębek na posłaniu z mchu. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego nie potrafi porozumieć się z Konopią. Zawsze były ze sobą bardzo blisko, a z każdym kolejnym dniem się oddalały. Ostróżka więcej czasu spędzała z Żurawiem. Pomyśleć, że coś tak mocnego jak rodzinna więź, tak szybko potrafi się złamać. Prychnął. Jak wszystko.
Ostróżka musiała odpoczywać po przymrożeniu. Wschód czujnie przyglądał się wojowniczce, nie kryjąc lekkiego uśmiechu. Śliwka i Brzoskwinka leniwie krzątały się przy jego łapach. Bocian nie rozumiał, jak mógł to znosić. Brat zawsze był dziwny i bardziej cierpliwy.  Biały westchnął gorzko, zwracając spojrzenie swoich zielonych ślepi na nieposegregowane zioła. Dojrzał wśród nich wilcze jagody. Leżały tak, jakby prosiły się o uwagę. Medycy powinni lepiej zabezpieczać medykamenty. Nigdy nie wiadomo, kto przejmie dane zioło i jaki będzie miał w tym cel.
- Zwichnąłeś ogon?
Zmrużył ślepia, które spoczęły na sylwetce brata. Wschód podszedł w jego kierunku, z szerokim uśmiechem na pysku, od którego Bocianowi zrobiło się niedobrze. Chciał machnąć bojowo ogonem, ale ogon bardzo go bolał. Skrzywił się. Mógł bardziej uważać.
- Nie widać, lisi bobku. - mruknął.
Wschód poruszył wąsami z rozbawieniem.
- Humor ci dopisuje, bracie.
Medyk podszedł do roślin, które trzymał w składziku. Przebiegł po nich wzrokiem. Posiadał dość duże doświadczenie, które pozwoliło mu chwycić potrzebne zioło i pajęczynę. Podszedł do brata, wskazując mu ogonem posłanie. Bocian przysiadł, pozwalając żeby jego brat się nim zajął. Kocur powoli zbadał ogon białego, zanim przystąpił do działania. Bocian skrzywił się tylko raz. Swoje myśli oparł na obserwacji leżących trutek. Pewnie je wyrzucą.
- Widziałeś już kociaki Szyszki? - zagadał Wschód, opatrując ogon wojownika w pajęczynę.
- Nie obchodzą mnie żadne mysie bobki. - burknął.
Kociaki jedynie hałasowały. Były wszędzie, nawet w spokoju nie można było przejść przez obóz, bo już taki wpadnie pod łapy, przewracając na glebę. Nie przepadał za tymi smarkami. Nawet własną bratanicą, z której Wschód czerpał dumę.
- Stokrotka  świetnie sobie radzi na treningu. - miauknął Wschód. Bocian ostrzegawczo położył uszy. Mógł się spodziewać, że mu nie odpuści.

***

Zajrzał między jeżyny. Po wysłuchaniu długiej i nieciekawej historii o szkoleniu Stokrotki, postanowił ruszyć w stronę żłobka. Nie chciał jednak dalej odwiedzać Szyszki i kociaków. Skręcił szybko, zanim ktokolwiek go dojrzał. Wchodząc do legowiska starszych, od razu wyczuł mocny zapach zmęczenia. Nie musiał się rozglądać, żeby dojrzeć skulonego Pędraka. Wyglądał jak cień dawnego siebie. 
Bocian podszedł do niego, siadając obok kocura. Nawet na niego nie spojrzał, ale jego uszy drgnęły, czyli był świadomy obecności wojownika. 
- No i zobacz, Pędraku, jaki słaby jesteś. Żałosna wronia strawa, która jedynie będzie odbierać żarcie tym, którzy ciężko na nie polują.  - pokręcił łbem. Uśmiechnął się złośliwie. - A było nie srać dalej niż ma się zad. Może w przyszłości stracisz drugą łapę. 
Odwrócił się, odchodząc bez dalszego słowa. Ruszył prosto w stronę wyjścia z obozu, niemal niezauważony przez białą sierść, idealnie wtapiającą się w śnieg. Dojście do ostrego kamienia, nie zajęło mu dużo czasu. Usiadł przy nim, rozpoczynając kopanie. Na widok znajomych jagód, cisu i szaleju, skinął z zadowoleniem. 


Wyleczeni: Bocian, Ostróżka