BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 grudnia 2025

Od Jagodowego Marzenia

  Wzrok Jagodowego Marzenia był wbity na drogę przed nią. Właśnie wracała z treningu z Ciernistą Łapą, który poszedł im nawet dobrze. Nauczyła ucznia polować na króliki, a nawet udało się im coś złapać, co ją cieszyło. Trening jej pierwszego ucznia musiał być idealny. Musiała pokazać, że potrafi wyszkolić ucznia, tym bardziej patrząc na ostatnie sytuacje związane z samotnikami oraz to, że uczniem Jagody okazał się jej syn. Przyśpieszyła kroku, widząc tunel prowadzący do obozu, co nie spodobało się kocurowi, który prychnął cicho pod nosem. 
 – Zaraz dojdziemy do obozu i będziesz mógł odpocząć po treningu – powiedziała wojowniczka, zwracając swój pysk w stronę młodszego. – Kilka mrugnięć powieki i będziesz mógł wylegiwać się w legowisku do zachodu słońca. Dziś zasłużyłeś. – Na pysku kocicy zagościł uśmiech, którym chciała pocieszyć Ciernia, jednak kiedy ponownie zwróciła swój wzrok w stronę obozu, znikł on momentalnie. Świerszczowy Skok wyłonił się z tunelu, a u jego boku Trzmiela Łapa, który co jakiś czas zerkał w stronę wojownika, aż jego wzrok nie natrafił na nią. – Świerszczowy Skoku, co ty tu robisz z Trzmielą Łapą? Przypadkiem Skrzypiący Skrzyp nie jest jego mentorem.
 – Nie musisz mi tego wytykać – syknął kocur. – Jednak to, że nie jestem jego mentorem, nie oznacza, że nie mogę spędzać z moim synem. Sam ostatnio widziałem, że zaczęłaś robić to samo. Czy popełniam tym jakiś błąd?
 – Oczywiście, że nie, jednak zaskoczyłeś mnie tym wyborem. Nie często widuje Cię blisko kogokolwiek niż twej matki i asystenta medyka.
 – Przestań z tymi plotkami, bo na dobre to nikomu nie robi. Ognista Piękność mogłaby raz zamilknąć, bo z chęcią przypomnę wszystkim, że była ona blisko z Norniczym Śladem i mogła maczać w tym swoje łapy.
 – Zapomnij, że cokolwiek powiedziałam. Nie chciałabym pogarszać niczego, a tym bardziej szerzyć plotki. Cieszy mnie po prostu fakt, że ponownie zaczynasz spędzać czas ze swoją rodziną.
 – Nie zaczynam ponownie, zawsze stawiałem rodzinę na pierwszym miejscu. – Wraz z tymi słowami, wzrok Jagody szybko skoczył na czarnego ucznia, który nie wyglądał zadowolony z tej rozmowy.
 – Niezależnie, miłego spaceru Świerszczu i Pyłku. – Po tych słowach dwójka kocurów odeszła od nich, znikając w pobliskich krzewach, a kocica ponownie zmierzyła w stronę obozu. Chwilę później pożegnała się ze swym synem, dając mu chwilę odpoczynku, jednak słowa wojownika cały czas powtarzały się w jej głowie. Nigdy nie stawiał swojej rodziny na pierwszym miejscu, chyba że kocur nie uważał Jagody i jej kociąt jako członków swej rodziny. Musiała, jednak swe przemyślenia przenieść na później, gdyż zauważyła, że Przeplatka zmierza w jej kierunku. Na pysku wojowniczki ponownie zagościł uśmiech, jak to miała w zwyczaju przy spotkaniach z innymi kotami. Lepiej posłać uśmiech, niż tłumaczyć się ze swojego złego humoru.

Od Trzcinowego Szmeru CD. Żmijowcowej Wici

Trzcinowy Szmer wysłuchała w milczeniu Żmijowcową Wić, który narzekał na Mandarynkową Gwiazdę oraz jej niezrozumiałe fochy. Cały ten problem kocura był dla niej niczym miód na serce. Użyła całej swojej silnej woli, żeby nie zaśmiać się z niego i powiedzieć czegoś w stylu: “Wow, toż to nowe, nie znałam”.
— Co tak głupio się szczerzysz? Bawi cię to? — spytał kocur, płaszcząc uszy z poirytowania.
Cóż, sytuacja była aż zbytnio dla niej zabawna, żeby umiała całkowicie opanować swoją mimikę pyska.
— Cóż, teraz możesz się poczuć, jak w mojej skórze — zaśmiała się z niego. — Jak to jest? Przynajmniej teraz mam się z kogo pośmiać — zażartowała, na co Żmijowcowa Wić prychnął obrażony.
— Zobaczymy, kto będzie się śmiał ostatni!
Śmiejąc się dalej z niego, szturchnęła go łapą. Kocur ze śmiertelnie poważnym wzrokiem nadal wpatrywał się w nią i pewnie, gdyby ta nie mogła mu oddać, to powyrywałby jej wszystkie wąsy. Natomiast ona znała swoją mentorkę aż za dobrze i wiedziała, że jak się uparła, tak zwykły Żmijowcowa Wić z tym nic nie zmieni. Chyba że… Postawiła wysoko uszy, a na jej pyszczku pojawił się sprytny uśmieszek.
— Chyba wiem, co mógłbyś zrobić. – Zawinęła jednego ze swoich wąsów na pazur, a jej rozbawienie ustąpiło chytremu uśmieszkowi. — Ty już lepiej przed nią nie wypadniesz. Musiałbyś dosłownie umrzeć, żeby o tobie drugi raz pomyślała i zastanowiła się bardziej nad twoim istnieniem…
Na jej jeszcze niedokończone zdanie, kocur wytrzeszczył oczy, ewidentnie nie spodziewając się takiej odpowiedzi. Możliwe, że liczył od niej na poklepanie po pleckach oraz puste słowa, jednak ona zamierzała być przed nim całkowicie szczera.
— Musiałbyś pokazać, że jesteś lepszy od kogoś, kto jest teraz jej ulubieńcem — dokończyła.
Zapadła między nimi długa cisza. Starszy wojownik ewidentnie zastanawiał się nad tym, co przed chwilą ta mu powiedziała. Dobrym pytaniem też było, kto jest ulubieńcem Mandarynkowej Gwiazdy? Czy nadal jest nim Wężynowy Splot, a może ktoś inny?
— Myślisz, że powinniśmy teraz kogoś upokorzyć przed jej oczyma? — Na pysk kocura również wkradł się uśmieszek.
— Dokładnie tak — zaśmiała się i łapą szturchnęła mizerny obiad Żmijowcowej Wici. — Skoro się bardzo dobrze rozumiemy, to nie musisz się tak głodzić. Miej coś od życia i weź sobie dokładkę. Widziałam, jak Kropiatkowa Skóra przyniosła całkiem niezłą sztukę okonia. Sama bym się pokusiła, jednak jestem już pełna.
Wstała, będąc gotową na wrócenie do legowiska wojowników. Potrzebna jej była teraz drzemka, a Żmijowcowa Wić pewnie musiał jeszcze zastanowić się, kogo powinni tym razem wziąć na swój celownik. Pożegnali się krótko i zniknęła w legowisku wojowników.

***

Po ogłoszeniu Szałwiowego Serca zdrajcą

Minęło kilka wschodów słońca od momentu, kiedy Szałwiowe Serce został ogłoszony przez Błękitną Lagunę zdrajcą. Uznawany za walecznego i szlachetnego wojownika Klanu Nocy, stał się kotem najgorszego sortu w oczach wielu Nocniaków. Trzcinowy Szmer zastanawiała się jednak nad tym, jak na to wszystko zapatrywała się Mandarynkowa Gwiazda. Czy ów kocur upadł na tyle nisko, by można było go wydziedziczyć z rodu? Czy w ogóle można było tak zrobić? Zastrzygła uchem, będąc wybudzonym z przemyśleń przez przybycie patrolu granicznego. W owym pochodzie kotów dojrzała znajome futro, które należało do jej przyjaciela. Podeszła do Żmijowcowej Wici i w milczeniu oboje wzięli dobre kęski z dziupli na zwierzynę. Odezwała się do niego, dopiero kiedy oboje usiedli na rozgrzanych kamieniach obok źródełka.
— Miałeś dość dużo czasu do zastanowienia się nad kotem, którego musisz upokorzyć w oczach Mandarynkowej Gwiazdy. Czy już wiesz, kto to będzie? Czy to był Szałwiowe Serce? Widziałeś, jak się wymyka? — dopytywała go przyciszonym głosem. — Może teraz masz szansę zapunktować u Mandarynkowej Gwiazdy, jak Szałwiowe Serce został okrzyknięty zdrajcą?

<Żmijowcowa Wici? Musimy znaleźć kolejnego kota, o którym moglibyśmy zrobić plotkę>

Od Trzcinowego Szmeru

Mianowanie Niezapominajkowej Nadziei

— Chyba przyszła pora i na moje mianowanie. W końcu możemy znów spać w jednym legowisku — zaczęła Niezapominajkowa Nadzieja, która po ukończonym mianowaniu podeszła prosto do niej. Kotka nagle, jakby speszona, kontynuowała:
— Znaczy, nie żebym chciała, w sensie chcę, ale wiesz, o co mi chodzi. O legowisko wojowników, że no, ten-
Był to naprawdę komiczny widok, jak tamta zakłopotana szuka słów, aby się wytłumaczyć.
— Tak, tak. Rozumiem. Gratuluję mianowania. Mandarynkowa Gwiazda pomimo urazy dała ci całkiem ładne imię. Pasuje ci. — Trzcinowy Szmer powoli podeszła bliżej, jednak zawahała się. — Też na to zresztą czekałam — przyznała szczerze.
Po śmierci Pluskającego Potoku potrzebowała bliskości z innymi kotami. Brakowało jej szczerych rozmów i pogadanek przed pójściem spać, które wcześniej były ich nieodłączną częścią, jak obie były jeszcze uczennicami. Teraz mogło to znów wrócić.
Niezapominajkowa Nadzieja zrobiła zdziwioną i zamyśloną minę, co bardzo rozbawiło Trzcinowy Szmer. Zamruczała pod nosem i odeszła od swojej przyjaciółki, dając tym samym szansę innym na pogratulowanie nowej wojowniczce. Sama widziała, jak do dymnej pędzi Szepcząca Hipnoza wraz z Ćmim Mżeniem. Tamta dwójka ostatnio spędza ze sobą za dużo czasu. Było to jakże zadziwiające, jednak Trzcinowy Szmer życzyła im jak najlepiej, a w szczególności ogrodnikowi. Kocur był jej bliski. Pamięta dobrze, jak jeszcze była uczennicą i wraz z Niezapominajkową Łapą opiekowały się Szeptem. Przynajmniej jakby były jego dobrymi, starszymi siostrami.
Jej wąsy poruszyły się z rozbawienia. Z nostalgią popatrzyła na trójkę kotów, po czym zniknęła w legowisku wojowników.

Od Makowej Łapy do Czajki

Makowa Łapa rozciągnęła się w promieniu słońca, mrucząc cicho. Może uda się na samotny spacer? Postanowiła, że tak zrobi. Rozprostuje łapy i może złapie jakąś zwierzynę! Podbiegła do tunelu i wyszła na zewnątrz. Następnie poszła w stronę Drogi Grzmotu, granicy z Owocowym Lasem. Nie wiedziała za dużo o tych kotach, tylko to, że są inne od klanowych. Pomyślała, że może trochę pobiegać, aby się rozgrzać. Przykucnęła, zebrała siły i zaczęła sprintować najszybciej, jak umiała. Gdy tak biegła, nie zauważyła Drogi Grzmotu przed nią… Nie było czasu, by wyhamować. Z jednej strony Drogi Grzmotu biegł potwór. Makowa Łapa zahamowała na środku drogi. Co robić, co robić? Kotka przerażona patrzyła na zbliżające się stworzenie z wielkimi, świecącymi oczami. Nagle jakiś kształt odepchnął ją z jednej strony. Uczennica wylądowała przy Drodze Grzmotu, leżąc na boku i dysząc. Gdy w końcu się uspokoiła, spojrzała na tego, kto ją uratował. Był to kot. Chyba kocur. Kotka usiadła.
— Dziękuję. Uratowałeś mi życie! — miauknęła uczennica. — Kim jesteś?
— Nazywam się Czajka — odpowiedział kot.
Makowa Łapa chwilę przyglądała się Czajce.
— Ja jestem Makowa Łapa z Klanu Burzy. Jestem ci tak bardzo wdzięczna, Czajko!
Obcy kiwnął głową.
— Następnym razem, gdy będziesz tędy przechodziła, uważaj na Drogę Grzmotu — odparł.
Makowa Łapa przyglądała się kotu. Usłyszała głosy z tyłu.
— Słuchaj, Czajko, musisz się zmywać z mojego terytorium. Chyba słyszę patrol. Miłego dnia! — pożegnała się uczennica.
Czajka przytaknął, obejrzał się i szybko przebiegł drogę. Gdy znalazł się na drugiej stronie, zamachał ogonem do Makowej Łapy i odbiegł.

<Czajko?>

Od Trzcinowego Szmeru CD. Szepczącej Hipnozy

Mianowanie Szepczącej Hipnozy

Właśnie Mandarynkowa Gwiazda zeskoczyła z wyższych gałęzi sumaka i położyła pysk na głowie właśnie mianowanego ogrodnika. Szepcząca Hipnoza zgodnie z tradycją musnął bark przywódczyni, a kocica po chwili wypuściła go z tego formalnego uścisku. Młodziak rozejrzał się dumny po zebranych kotach, unosząc tym samym wysoko głowę.
Można było usłyszeć dumne wiwaty ze strony Nocniaków, do których osobiście się przyłączyła.
— Szepcząca Hipnoza! Szepcząca Hipnoza! — wtórowała za innymi, a okrzyki uniosły się echem po obozie.
Nie wszyscy przepadali za owym kocurem, widać było w szczególności, jak Gąbczasta Perła z podejrzliwym wzrokiem znika w legowisku medyka niczym mara. Było to dość niepokojące, jednak Trzcinowy Szmer nie zamierzała bawić się w ingerowanie w niespójności pomiędzy ową dymną księżniczką, a nowomianowanym ogrodnikiem.
Wzrok niebieskich oczu padł na nią, a chłód przeszedł jej po plecach.
“Coś chłodny ten poranek…” – pomyślała, strosząc swoje krótkie futerko tylko po to, by zrobiło jej się trochę cieplej.
Podeszła do niego swoim lekkim krokiem i poklepała go po barkach.
— No proszę… proszę… Ktoś tutaj jednak wziął się za siebie i w końcu został mianowany, jak na kota Klanu Nocy przystało — zaśmiała się, ciesząc się szczęściem przyjaciela. — Gratulacje nowej rangi, Szepcząca Hipnozo! Zdobyłeś bardzo ciekawe imię w dodatku. Na pewno żaden inny kot nie ma tak nietuzinkowego imienia, jak ty! — zamruczała.
— Dziękuję ci, Trzcinowy Szmerze! — Z oczu kocura popłynęło kilka łez szczęścia, a jego łapy objęły jej szylkretowy tułów w ciasnym uścisku.
Nie był to najmocniejszy przytulas, jakiego kiedykolwiek doznała. O wiele mocniej przytulał ją Dryfująca Bulwa, kiedy ta była jeszcze uczennicą. Na myśl o dobrych relacjach z ojcem, spłaszczyła chwilowo uszy. Tęskniła za nim. Bardzo. Ich relacja zepsuła się przez zdradzieckiego brata, którego imienia nawet nie chciała wymawiać. Czemu ojciec musiał go bronić? Czemu ojciec wybrał zdrajcę, a nie ją? Zresztą, sama później odepchnęła Dryfującą Bulwę. Nadal na niego była zła, choć teraz jej umysł zalewała tęsknota. Może kiedyś mu wybaczy. Może.
Również objęła łapami Szepczącą Hipnozę i ścisnęła go mocno, aż usłyszała świst wdychającego przez niego powietrza.
— Trzcinowy Szmerze! Nie tak mocno! — wydusił z siebie ogrodnik, próbując się wyrwać z jej uścisku.
Pozwoliła mu na to i posłała kocurowi psotny uśmieszek.
— Prosisz o delikatność wojowniczki, która dzielnie walczyła z wydrą! — wskazała na swoje rany na szyi po ugryzieniach czekoladowego stworzenia. — Jestem twarda, gdyż taką mnie stworzyła sama Mandarynkowa Gwiazda!
Oboje się zaśmiali, a do nich podeszła reszta Nocniaków, którzy też zamierzali pogratulować młodemu nowego imienia.

***

Teraźniejszość

Zimna Pora Zielonych Liści schylała się ku końcowi, a ranek był najzimniejszy, jaki tylko szylkretka zdołała przeżyć, w swoim jakże jeszcze krótkim życiu. Na polanie nie siedziało zbyt wiele kotów, a Błękitna Laguna z niecierpliwością czekał przy pniaku na zwierzynę, aż z legowiska wojowników wpadną w jego sidła pierwsze koty. Jednym z nieszczęśników była właśnie Trzcinowy Szmer. Kotka została przydzielona do porannego patrolu granicznego wraz z niezadowoloną Wężynowym Splotem, nadal zaspaną Kunim Strumyczkiem oraz Kropiatkową Skórą, która z niecierpliwością czekała aż z legowiska uczniów wyjdzie Korzenna Łapa.
“Wspaniale…” – westchnęła w myślach Trzcinowy Szmer.
Chciała tylko zajrzeć, co jest dobrego do jedzenia i udać się na śmietnisko, a teraz będzie musiała się pałętać po całym ich terytorium, tylko po to, by odnowić znaki zapachowe, i może przywitać się z innymi kotami z klanów, którzy również zostali podstępem wyrwani z ciepłych posłań.
Kiedy tylko doszła do nich uczennica Kropiatkowej Skóry, przewodząca ich patrolem Wężynowy Splot, wyprowadziła ich z obozu.
Tereny Klanu Nocy o tak wczesnej godzinie były praktycznie opustoszałe, jedynie szum wody i silna bryza dobiegająca od strony morza towarzyszyły kotom przez całą podróż do terenów granicznych z Klanem Klifu. Na szczęście nie mieli spotkania z Klifiakami, Burzakami ani innymi samotnikami, którzy chcieliby maczać swoje łapy w lodowatej wodzie w taki chłodny poranek. Kiedy wrócili do obozu, słońce już wisiało wysoko na niebie, a obóz tętnił życiem. Gwar niósł się po trawach, a każdy zajmował się własnymi obowiązkami. Mokra po przepłynięciu rzeką oraz wychłodzona Trzcinka padła na kamienie przy źródełku. Może jak tak sobie poleży, to ogrzeje się? Przymknęła oczy i ignorując swoje burczenie w brzuchu, wygrzewała się na nasłonecznionych kamieniach, wąchając przy tym piękny zapach lawendy, którą kiedyś zasadził Lulkowe Ziele. Ach, jak ona tęskniła za swoim przyjacielem! Bardzo miło jej się rozmawiało z kocurem. Pamiętała nawet, jak tamten obiecał jej, że pokaże, gdzie rosną lilie wodne. Trzcinowy Szmer jednak nie zobaczyła, gdzie one rosną, a chciała część zerwać, by ozdobić swoje posłanie. No dobrze, w sierść Lulkowego Ziela też mogłaby zapleść owe kwiaty. Podobno były bardzo piękne… Jej rozmyślenia przerwała mysz, która upadła na jej głowę. Otworzyła oczy i poirytowanym wzrokiem spojrzała na kota, który śmiał jej przerwać w chwili relaksu. Już otworzyła pysk, by zbesztać go za niedocenienie jej pracy, gdyż kiedy on spał, to ona właśnie była na patrolu porannym, jednak zaniechała tej czynności. Przed nią stał ogrodnik. Nie Lulkowe Ziele, a Szepcząca Hipnoza. Na jego pysku widać było iskierki szczęścia.
— Dzień dobry, Trzcinowy Szmerze! — przywitał się z nią. — Przyniosłem ci śniadanie. Bardzo śmiesznie burczy ci w brzuchu!
Parsknęła i pokręciła głową. Przyjęła myszkę i zaczęła ją jeść. Była naprawdę głodna, gdyż po zwierzątku nie został nawet mały okruszek.
— Dzięki za jedzenie. Co chcesz? — spytała bez wahania, a jej oczy błyszczały figlarne.

<Szepcząca Hipnozo?>

Od Włókniczka

Dni mijały niepostrzeżenie, a kocurek z każdym kolejnym porankiem coraz wyraźniej dorastał. Jego oczy były już w pełni otwarte i lśniły ciekawością, gdy z uwagą przyglądał się światu rozciągającemu się wokół niego: miękkiemu posłaniu z mchu, ciepłym ścianom żłobka i poruszającym się w półmroku cieniom. Potrafił już chodzić, co prawda dość niezdarnie, chwiejąc się na łapkach i co chwilę tracąc równowagę, ale kto by się tym przejmował? Dla niego był to ogromny krok. Koci instynkt zdążył się w nim obudzić na dobre. Włókniczek nieustannie wypatrywał najmniejszego pretekstu do zabawy, czegoś, co poruszy się, zadrży albo choćby zamigoce w powietrzu. Irytował go jednak jeden fakt: zarówno matka, jak i ojciec uparcie nalegali, by wreszcie wydał z siebie „prawdziwy” dźwięk. Wciąż powtarzali przy nim różne słowa, jakby nie rozumieli, że on doskonale zna ich znaczenie. No, może nie wszystkich, ale naprawdę nie potrzebował setnego wyjaśnienia, czym jest mech i do czego służy. Chciał im to powiedzieć. Naprawdę chciał. Lecz za każdym razem, gdy otwierał pysk, albo nie wydobywało się z niego nic, albo co najwyżej jakieś dziwne, zniekształcone miauknięcie; obce, nienaturalne, zupełnie nie takie, jakie słyszał u dorosłych. Siedział właśnie nieruchomo, wpatrując się w muchę poruszającą się po podłożu. Dla wielu kotów była obrzydliwa, ale jemu wydawała się wręcz urocza. Zachwycało go to, jak ocierała łapkami pyszczek… a może oczy? A może jedno i drugie naraz? „Oczo-pysk” pomyślał i zaśmiał się bezgłośnie. W tej samej chwili usłyszał stukot łap. Znał ten dźwięk doskonale. To był ojciec. Ruda Lisówka przekroczył wejście do żłobka, niosąc w pysku królika. Położył zdobycz przed swoją partnerką, po czym przysiadł obok syna.
— Włókniczku, jak się masz? — wymruczał, obejmując go i przyciągając do siebie. Delikatnie wylizał mu małą grzywkę na głowie, która i tak sterczała niesfornie do tyłu. Kocurek próbował dać mu do zrozumienia, by przestał, lecz z jego gardła wydobył się jedynie cichy warkot. Dopiero po chwili zorientował się, że mucha odleciała. Serce ścisnęło mu się z żalu i natychmiast posmutniał.
— Och, coś nie tak? — zapytał ojciec, ocierając policzek o głowę synka.
Włókniczek tylko pokręcił głową, po czym nagle skoczył prosto na nos Rudej Lisówki. Zaskoczony ojciec przewrócił się na plecy, parskając śmiechem, i złapał młodzika w łapy, przytrzymując go na swojej puchatej klatce piersiowej. Kilka razy polizał syna po pysku, podczas gdy ten próbował się wyrwać, machając łapkami. Mogłoby się wydawać, że Włókniczkowi to nie odpowiada, lecz uśmiech na jego pyszczku zdradzał wszystko. Z jego krtani wyrwał się nawet cichy, zniekształcony chichot. W końcu ojciec postawił go z powrotem na ziemi i uważnie się w niego wpatrzył, jakby wciąż oczekiwał odpowiedzi na wcześniej zadane pytanie.
— A więc jak się masz? — zapytał ponownie, z nadzieją w oczach, lekko się garbiąc, by znaleźć się bliżej syna.
Włókniczek uśmiechnął się jeszcze szerzej, a radość wręcz wylewała się z jego oczu. Jednak gdy dostrzegł zamglone spojrzenie ojca, natychmiast posmutniał. „Czy zrobiłem coś nie tak?” pomyślał z niepokojem. „Czy tata nie widzi, jak bardzo się cieszę? Przecież to znaczy, że mam się dobrze”.
Podniósł się, podszedł bliżej i dotknął łapą Rudej Lisówki, wskazując na niego kilkukrotnie.
— Pytasz, jak ja się mam? — zapytał rudzielec z dziwnym ukłuciem w głosie, uginając się pod ciężarem spojrzenia swojej partnerki. Na to pytanie Włókniczek ponownie energicznie pokiwał głową.
— Mam się bardzo dobrze, synku. — Ruda Lisówka spróbował się uśmiechnąć. — Wróciłem z patrolu i udało mi się złapać tego wielkiego królika dla twojej mamy. A już niedługo i ty będziesz mógł go skosztować — oznajmił z troską w głosie.
Mimo tych słów smutek nie zniknął z jego oczu. Po chwili potargał łapą sterczącą grzywkę kocurka, po czym podszedł bliżej Chomik. Cofnął uszy i nachylił się ku niej, zaczynając coś szeptać niemal bezgłośnie. Włókniczek przez moment im się przyglądał, lecz wkrótce jego uwagę przykuła bura koteczka siedząca samotnie w kącie żłobka. Była od niego starsza, był tego zupełnie pewien. Kilka skoków dalej dostrzegł dwie inne kotki, które beztrosko się bawiły. Chciał do nich dołączyć, jednak gdy ponownie spojrzał na smutny pyszczek burej koteczki, coś ścisnęło go w środku. Zrobiło mu się jej żal. Szybko wpadł na pomysł. Podskoczył do posłania rodziców.
— To nie może być prawda! — usłyszał cichy syk matki.
Nie zareagował jednak. Wyrwał kawałek mchu i niezdarnie ulepił z niego małą kuleczkę. Ostrożnie ruszył w stronę smutnej kotki, trzymając zabawkę w pysku. Stanął przed nią i delikatnie popchnął mech w jej stronę. Koteczka lekko się skuliła, jakby gotowa do ucieczki, lecz po chwili nieśmiało odepchnęła kulkę z powrotem. Włókniczek poruszył wesoło wibrysami i podszedł bliżej. Kilka razy delikatnie dotknął ją łapą. Chciał wiedzieć, jak się nazywa. Nie odpowiedziała. Jedynie wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Spróbował jeszcze raz, poruszając pyskiem i wydając cichy, zniekształcony dźwięk, lecz odniósł wrażenie, że tylko ją to bardziej przestraszyło. Nagle u jego boku pojawiła się inna kotka. Była prawie dwa razy wyższa od Włókniczka, o futrze w odcieniu chłodnego błękitu, przetykanym kremowymi plamkami i wyraźnymi połaciami bieli.
— Hej! — przywitała się entuzjastycznie. — Nazywam się Równonoc, a to Krokus. — Skinęła głową w stronę burej koteczki. — Chcesz się z nami pobawić w klan? — zapytała, trącając kocurka lekko nosem.
Włókniczek natychmiast pokiwał energicznie głową, cały gotowy do zabawy. Po chwili jednak spojrzał na smutną Krokus i wskazał na nią łapą. „Czy ona też się będzie bawić?” pomyślał, próbując to jakoś przekazać. Obie kotki spojrzały na siebie lekko zmieszane.
— Em… nie bardzo rozumiem, o co ci chodzi — mruknęła zbita z tropu Równonoc. Między kociętami zapadła niezręczna cisza. Przerwał ją Ruda Lisówka, który podszedł bliżej.
— Och, Włókniczek jest jeszcze malutki i nie umie mówić. Bądźcie dla niego wyrozumiałe — wymruczał, choć w jego głosie brakowało przekonania.
Kocięta jednak to przyjęły. Równonoc chwyciła Włókniczka i pociągnęła go w stronę wspólnej zabawy. Wkrótce po żłobku rozbrzmiał tupot łapek i ciche piski radości. Kocurek był naprawdę szczęśliwy.

Od Mirtowego Lśnienia CD. Pchełkowego Skoku

Przeszłość…

— Pchełko, schlebiasz mi — miauknął, a jego brew mimowolnie uniosła się ku górze.
Wojowniczka uciekła wzrokiem w bok, udając, że podziwia suche gałęzie drzew wystające gdzieś spomiędzy śniegu. – T-To sama prawda M-Mirtowe Lśnienie. – Oznajmiła w końcu. – I T-Twój tata t-to Lider... Jesteś taki ważny w K-Klanie.
Szylkreta posłała mu niezręczny, bardzo subtelny uśmieszek, po czym z jej pyszczka wyleciało ciche westchnięcie; Mirtowe Lśnienie był w stanie spostrzec, że nagle posmutniała.
— Och, co to ma do rzeczy? — westchnął, a kąciki jego ust drgnęły w uśmiechu, który był raczej wymuszony, niż szczery. — Judaszowcowa Gwiazda jest moim ojcem, to prawda, ale... Chyba nigdy nie czułem się przez to kimś ważnym.
— Cóż... — dodał po chwili z lekką ironią, odrzucając wzrok w stronę nieba, jakby miało mu ono odpowiedzieć. — Może gdyby wybrał mnie na zastępcę, faktycznie czułbym się kimś ważnym. Ale wiesz, jak jest.
Strzepnął lekko ogonem, jakby próbując odpędzić od siebie nieprzyjemną myśl, która zaczynała się zakradać do jego umysłu. Słowa wypowiedziane pół żartem miały w sobie coś z melancholii, którą starał się ukryć za pozorem beztroski. W rzeczywistości, jeśli ktoś przypatrzyłby mu się bardziej uważnie, dostrzegłby, jak kiepsko czuje się, odkąd Judaszowcowa Gwiazda dokonał tego... Wyboru.
Na pyszczku Pchełki zagościła lekka obawa. Mirtowe Lśnienie dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, że dość dawno nie rozmawiał z Pchełkowym Skokiem. Kotka nie wiedziała nawet, co czuł po tym, jak Judasz wybrał swoją zastępczynię — i z całą pewnością nie spodziewałaby się po swoim zawsze delikatnym mentorze tej oschłości.
— Przepraszam — miauknęła ze skruchą. – N-Nie chciałam ż-żeby to tak zabrzmiało...
Jej zmartwione spojrzenie powędrowało wprost na rudego, próbując desperacko wyczytać w nim jakąś, jakąkolwiek odpowiedź.
— Nie przepraszaj — miauknął, jego głos ciepły, ale z nutą lekko stłumionego rozbawienia. Oczywiście, pod maską żartów kryła się odrobina napięcia, ale starał się to ukryć. Zanim kotka zdążyła odpowiedzieć, przyjacielsko klepnął ją w bark, nieco za mocno, jakby chciał tym gestem rozwiać własne wątpliwości. — Po prostu daję się ponieść emocjom. Tak już po prostu bywa... Sama nigdy tak nie miałaś?
Pchełka zacisnęła wargi.
— Ja raczej... — Zaczęła, po czym przerwała, zastanawiając się, jak właściwie powinna to ująć. — J-ja raczej... Nie mam tak j-jak Ty. Bardziej... hmm. Ja b-bardziej siadam i p-płaczę. Nie p-ponoszą mnie w-w ten s-sposób co ciebie. — Wszystko mówiła względnie cicho, jakby bała się w ogóle wypowiedzieć to na głos.
Jego ucho drgnęło lekko, a pysk skrzywił się w wyraźnym, choć subtelnym zaskoczeniu. Oczy, o ciemnym, niemal stalowym blasku, błysnęły chwilę, jakby usiłowały wychwycić sens sytuacji. Milczał przez chwilę, wpatrując się w Pchełkowy Skok, jakby rozważał, co powiedzieć, by nie zabrzmiało zbyt ostrym osądem, lecz niosło wagę.
— To… dość nietypowy sposób wyrażania emocji — rzekł wreszcie; jego głos, choć spokojny, miał w sobie coś, co przypominało cichy szum wiatru przed burzą. — Pchełkowy Skoku, nie jesteś już kociakiem. Widzisz, nie masz obowiązku ukrywać gniewu. Masz prawo go czuć, nie musisz go tłumić.
Kotka położyła uszy po sobie. Jeśli wcześniej odczuwała panikę, teraz z pewnością czuła się jak kocię, atakowane przez lisa czy może nawet borsuka.
— J-Ja... — Zaczęła, ale urwała; jej wargi drżały, gdy rozważała, co właściwie powinna powiedzieć swojemu towarzyszowi. — M-Masz rację, M-Mirtowe Lśnienie. — Powiedziała zrezygnowanym tonem, nie podejmując więcej dyskusji na ten temat.
Mirtowe Lśnienie zaczął badać szylkretkę wzrokiem. Pchełka nie odczuwała gniewu. Bardziej żal i rozgoryczenie, bezradność, brak wiary we własne umiejętności. Czuł straszny smutek, gdy biedaczka pogrążała się w tej swojej goryczy, nie wiedząc nawet co powinna z nią zrobić, jak powinna się zachować.
— Czy ty… Czy ty właściwie czujesz się tu dobrze? — zapytał w końcu, jakby pytanie to zbierało się w jego myślach przez długi czas, a teraz wreszcie znalazło drogę na zewnątrz. Jego głos był cichy, pełen wahania, jakby to pytanie niosło ze sobą więcej wątpliwości, niż chciałby ujawniać.
Spoglądał na Pchełkowy Skok z lekką niepewnością, jakby próbował wyczytać odpowiedź w jej oczach, ale zarazem nie był pewien, czy w ogóle chce ją usłyszeć. Być może to pytanie już dawno krążyło w jego myślach, za każdym razem, gdy patrzył na młodszą wojowniczkę... A może to właśnie ta rozmowa prowadziła go do tego momentu – do próby zrozumienia, czy Pchełkowy Skok naprawdę czuje się częścią Klanu Klifu... I czy kiedykolwiek się nią czuła.
Jak się okazuje, Pchełkowego Skoku to pytanie było wręcz... zapalnikiem. W jednej chwili poczuła jak wszystko co do tej pory trzymała w sobie chciało ulecieć, już teraz zaraz. Zacisnęła wargi, a łzy napłynęły jej do zielonych oczu. Pogładziła piórko, które miała za uchem i zaczęła:
— Nie... N-Nie czuję się d-dobrze od bardzo dawna. Jestem m-mieszanej krwi, mój u-ukochany brat i troskliwy ojciec są w Klanie B-Burzy, a ja jestem tutaj z matką, k-którą zawiodłam. Dźwigałam od p-początku na barkach wszystkie ambicje J-Jastrzebiego Zewu, spełniałam k-każdą jej zachciankę, robiłam wszystko według jej i-instrukcji i wciąż b-było za mało. Wciąż byłam zbyt słaba, źle m-mi wychodziły ataki, potykałam się o s-swoje łapy przy polowaniu... Nie sprostałam jej wymaganiom, z-zmarnowałam cały ten „rzekomy” potencjał, którym mnie karmiła, g-gdy byłam kocięciem. U-Użyła mnie w wyścigu o władzę, zaszczepiając niechęć do Pikującej Jaskółki, która później m-mnie prześladowała, a w-wszystko co mówiła mi Jastrzębi Zew mnie prześladuje. C-Co noc mam koszmary, p-pracuję za trzech, by nie myśleć o poczuciu winy, jaki na mnie ciąży. S-Skończyłam szkolenie, zostałam w-wojowniczką, a mimo to czuję się wybrakowana! S-Szakłak...on jest w K-Klanie Burzy i tak mi do niego tęskno, zostałam rozdzielona z bratem, w-wiesz jakie to u-uczucie? Nie wiedzieć, czy ma się dobrze c-czy jest zdrowy? J-Jedyny kot, który był mi tak bliski został z-zabrany... Ja... Ja c-czuję się rozdarta przez to w-wszystko... N-Nie mam swojego m-miejsca. Gdy skończyła, pozwoliła by łzy popłynęły po jej długim futrze na policzkach. Całe napięcie z niej zeszło, wszystkie emocje trzymane w środku uleciały.
— Pchełkowy… — zaczął, ale nie wiedział, jak skończyć. Zatrzymał się na moment, jakby próbował zebrać myśli. Zamiast słów, zrobił krok w jej stronę, ostrożnie, ale zdecydowanie. Usiadł obok niej, nie za blisko, ale na tyle, by poczuła jego obecność. Zatrzymał wzrok na jej zaciśniętych wargach, na łzach, które teraz już bez przeszkód spływały po jej policzkach. — Nigdy nie sądziłem, że to wszystko tak wygląda… — szepnął, starając się nie wydać z siebie więcej niż to, co mógł pojąć. — Myślałem, że… że po prostu nie potrafisz się odnaleźć w roli wojowniczki, ale teraz rozumiem. Rozumiem, jak bardzo musi ci być ciężko.
Pchełka milczała długą chwilę. Przyjmowała obecność kocura, która dodawała jej otuchy. Otarła łapą łzy i pociągnęła nosem, opanowując się trochę.
— W-Wybacz, że to z siebie wyrzuciłam przy Tobie. — Powiedziała po chwili. – Jeśli... — Przełknęła ślinę. — Jeśli u-uważasz mnie za s-słabą i niegodną miana w-wojowniczki, to powiedz. P-Przyjmę to. Z-Zależy mi na t-twojej opinii. Minęła krótka chwila, po czym podniosła wzrok i miała nadzieję spotkać z jego oczyma. – M-Mimo to, czuję, jakbym zrzuciła z siebie od dawna noszony ciężar...dziękuję Ci M-Mirtowe Lśnienie za wysłuchanie mnie. P-Przepraszam, jeśli Cię tym p-przytłoczyłam.
— Nie przepraszaj, proszę. Nie trzeba. Dla mnie jesteś jednym z najdzielniejszym z wojowników, jakich znam. Cieszę się, że miałaś w sobie odwagę, by odpowiedzieć mi o swoich problemach.


Dalej w przeszłości...


Kolejny dzień. Kolejna męczarnia, którą musiał wziąć na barki niczym mokry, ciężki koc narzucony na grzbiet. Westchnął przeciągle, a jego pysk wykrzywił się w grymasie znużenia, gdy wpatrywał się w jaśniejące na horyzoncie niebo. Jasnoróżowe smugi zaczęły rozlewać się po krawędziach świata jak rozwodniona krew poranka, zwiastując nieuchronne przebudzenie lasu.
Delikatny wiosenny wietrzyk szarpał jego futrem, unosząc niesforne kosmyki i sprawiając, że wyglądały, jakby każde z włókien wybierało własną drogę — jak gwiazdy, które od dawna przestały tworzyć spójne konstelacje. Było zaniedbane, matowe, zbyt długo nieprzeczesane. Mirtowe Lśnienie nie miał już siły o nie dbać, tak samo, jak nie miał siły dbać o większość rzeczy.
Złocisto-bursztynowe oczy, które niegdyś iskrzyły się energią i czujnością, teraz połyskiwały ledwie tlącym się smutkiem. Były jak dwa zachodzące słońca — gasnące z każdym mijającym dniem, przygaszane przez własne znużenie. W ich głębi czaiło się coś jeszcze: ledwie zauważalne ostrze niepokoju, które wydawało się ostrzegać, że jeśli jego stan miałby dalej się pogarszać, może nadejść dzień, w którym jedyną rzeczą, na jaką będzie się w stanie zdobyć to… Ucieczka.
Nie wiedział, co zamierza zrobić. Nie potrafił zaplanować niczego bardziej złożonego niż kolejny oddech, kolejny krok. Wszystko było mu w jakiś sposób obojętne — nie w sensie lekceważenia, ale w sensie zmęczonej rezygnacji. Liczyło się tylko to, by dzień jak najszybciej dopełzł do końca, by mógł, chociaż na chwilę odpocząć… zanim znów wstanie świt, niosąc w jego stronę ten sam niekończący się zestaw obowiązków, które wbijały się w niego jak zimne ciernie.
Dlaczego wszystko musiało być tak męczące? Tak dziwnie nieprzyjemne, drapiące w środku jak suchy mech? Zadawał sobie to pytanie tyle razy, że samo brzmienie myśli stało się otępiałe, zniekształcone. Jakby powtarzanie jej wypłukało z niej sens. A jednak… wciąż wracało. Z uporem, którego nie potrafił zrozumieć.
Ale prawda była prosta. I bolała.
Wiedział, skąd to zmęczenie wyrastało, tak jak wiedział, jak wygląda złamany korzeń drzewa — poskręcany, popękany, odsłonięty.
Odkąd Judaszowcowa Gwiazda wybrał swoją zastępczynię, omijając spojrzeniem własnego syna.
Odkąd łapa Mirtowego Lśnienia straciła dawną sprawność, na zawsze przypominając o tamtym błędzie, tamtym pechu.
Odkąd coraz częściej musiał kuleć, czując, jak ból wkrada się w kości niczym zimny dym.
Odkąd pojawił się duch Przyczajonej Kanii — cichy, złowróżbny, rozrywający go od środka pytaniami, których nie umiał zignorować.
A jednak, mimo że widział te korzenie wyraźnie, nadal kopał w ziemi własnych myśli, jakby szukał czegoś jeszcze głębiej. Czegoś bardziej pierwotnego. Jakby wciąż pragnął odnaleźć punkt, w którym wszystko zaczęło się kruszyć — pierwszy kamyczek, który wywołał lawinę.
I może… może ten kamyczek był zwyczajnie prostszy, niż chciał przyznać.
Może chodziło o to, że przestał rozmawiać z ojcem.
Że z czasem przestał widzieć w nim nie tylko przywódcę, ale i kogoś, u czyjego boku czuł się kiedyś pewnie.
Może w głębi serca tęsknił za czymś jeszcze — za miękkimi tkaninami, ciepłem, stałym brakiem bólu, spokojem, który oferowało życie pieszczocha.
Za miejscem, gdzie nikt nie oczekiwał od niego tyle, ile oczekiwał od niego cały las.
Na moment rozpromienił się, gdy jego oczy dostrzegły znajomy pyszczek należący do Pchełkowego Skoku.
Kotka, ze słabym uśmieszkiem na pysku znajdowała się w części obozowiska, gdzie to starsi mieli swoje posłania. Nawet z oddali widział, jak starannie kotka wymienia mech w ich posłaniach, robiąc wszystko, co mogła, by zapewnić im wygodne łoże.
Przeciągnął się krótko, a łapy — niby mimowolnie — poniosły go ku dawnej uczennicy.
— …P-Proszę, Bożodrzewny Kaprysie, t-teraz powinno być c-ci miękko — mówiła cicho Pchełkowy Skok, poprawiając jeszcze trochę wynik swojej ciężkiej pracy.
Wąsy Mirtowego Lśnienia zadrżały lekko, niby to z zaciekawienia, niby z zadowolenia, że może w końcu zanurzyć się z kimś w najprostszej nawet rozmowie, gdy przywołał do siebie szylkretową wojowniczkę.
— Naprawdę się starasz — westchnął krótko, po czym spojrzał na mszyste legowiska, które to z ogromną starannością czyściła wcześniej Pchełka. — To miłe. Cieszę się, że masz w sobie tyle zapału, by komuś pomóc.
Jej uszy drgnęły lekko, gdy jej wzrok na moment skupiony był w postaci dawnego mentora.
— D-Dziękuję… Robię, c-co w mojej m-mocy — powiedziała w końcu, nim jej wzrok opadł bezradnie na ziemię. — A-Ale tego w-wszystkiego jest naprawdę d-dużo.
— Wiesz, myślałem kilka razy nad tym, co mi powiedziałaś… Nigdy nie zastanawiałaś się nad opuszczeniem Klanu Klifu? — mruknął; ton jego głosu był dziwnie nijaki, jak gdyby sam już nie wiedział, czy naprawdę chce rozmawiać o tym wszystkim z kotką.


<Pchełkowy Skoku?>

Od Postrzępionego Mrozu

Kotka od początku wiedziała, że jej zastanie się w legowisku medyka nie było mile widziane. Widziała krzywe spojrzenia Ćmiego Księżyca. Czyżby domyślała się, że kocię cierpi z jej własnej winy? Powinna była pomyśleć przed desperacką próbą zatrzymania przy sobie Kosaćcowej Grzywy… Była głupia. Bardzo głupia. Mogła przecież wybrać Złotą Drogę, ocalić go, mieć zdrowe kocięta. Zamiast tego patrzyła na okaleczone przez los dzieci, pogrzebała jedno z kociąt, a teraz w ciszy razem z bratem szła trzymając zimne ciało Iryska. Powoli kierowali się do Pogorzeliska. Gdy już dotarli, Gąsienicowy Ogryzek zabrał się za kopanie dołu, w którym to następnie ułożyli zmarłe kocię. Postrzępiony Mróz patrzyła na nie z pustką w oczach. Musiała się z nim pożegnać tak wcześnie… Tak bardzo chciała znów poczuć jego oddech na swoim nosie… Jednak było już za późno. Nie była w stanie go uratować. Teraz mogła tylko płakać nad jego życiem, jednak nawet tego nie potrafiła zrobić. Czuła niewyobrażalny ból, na który czuła, że zasługuje. Gąsienicowy Ogryzek okrył ją swoim ogonem i spojrzał na nią.
— Czy mogę już go zakopać? — zapytał czule, tak, aby kotka nie czuła się źle. Była mu wdzięczna za to, że jest on teraz przy niej. Kto by pomyślał, że wiele księżyców temu nienawidziła go za coś, nad czym nie miał kontroli.
— Nie, daj mi jeszcze chwilę. — odpowiedziała mu od razu. Patrzyła na swoje dziecko. To samo, które jeszcze przed zachodem słońca trzymała w swoich łapach. Na nic zdałyby się błagania. Na nic zdałyby się prośby. Klan Gwiazdy wyszarpał Iryska z jej łap, zabierając go ze sobą o wiele za wcześnie. Kazano jej płacić za miłość, nad którą nie miała kontroli, a w dodatku okazała się być fałszywa. Czyżby gwiezdni przodkowie obrali ją sobie za cel swych drwin? Czyżby po prostu nie mieli komu dokuczyć, więc wybrali ją? Patrząc nadal na ciało, w końcu wzdrygnęła się. — Zakop go. — wyszeptała cicho.
— Dobrze. — Gąsienicowy Ogryzek powoli zasypywał ziemią kociaka, a jego matka patrzyła na nie przez cały czas. Aż do momentu, w którym zniknęło pod grudkami. Droga do obozu była powolna, smutna. Brat trzymał ją za ogon swoim własnym, dając jej znać, że jest przy niej. Jednak nic nie było w stanie naprawić jej bólu. Nic już nie ocali jej pękniętego, postrzępionego serca.

Od Księżycowej Łapy do Kurki

 dawno, dawno temu, jak jeszcze Szanta żyła

Pewna zjawa krążyła już któryś raz przy granicy (tym razem nie wilczej) poszukując czegoś przy drodze grzmotu, jednak trzymając się na bezpieczną odległość. Może niewiedza, a może głupia fascynacja i brak większej bojaźni sprawiły, że zapuściła się w te rejony? Z tyłu gdzieś natomiast można było dostrzec inne, kolorowe, ruchliwe plamki, które świadczyły o obecności innych kotów, najpewniej patrolu. 
– Hej! – magle zza drogi grzmotu do uszu Księżycowej Łapy doszedł czyjś głos. Przyjazny, chociaż głośny. To do niego? Czy może wołano współklanowicza, o którym nie wiedział? Wtedy odezwanie się byłoby głupie i żenujące... Niemniej najpierw zastanowił się nad czymś innym, a jego uszy mimowolnie powędrowały w stronę granicy z Klanem Wilka. 
– Hej? – odpowiedział, wołając niepewnie – Nie jesteś z Klanu Wilka, prawda?
– Nie jestem – odpowiedział kocur z naprzeciwka. –  Jestem po drugiej stronie drogi, to raczej oczywiste... –  zaśmiał się.
– Eee, no, chyba – wzruszył barkami jakby chcąc wyglądać na obojętnie-wyluzowanego. Po chwili ciszy jednak jego pozostałości charakteru zaczęły się odzywać – Ale nawet jak jesteś to mnie nie bij, ok?
– Nie będę cię bił. Skąd ten pomysł!? Pobił cię kiedyś ktoś z owocowego Lasu?!
– No nie wiem, ty mi powiedz! – zawołał Księżyc w odpowiedzi – Świat jest pełen szaleńców i głupich kotów! .... Ale akurat z Owocowego Lasu jeszcze nikogo nie spotkałem... Miło mi cię poznać! Chyba...
– Nie znam żadnych szaleńców. –  o, jak miło. Chociaż kto wie, szaleniec raczej nie wie, że jest szalony, więc postanowił Owocowemu nieznajomemu nie wierzyć od razu... chociaż zamiar ten szybko też zniknął, kryjąc się w tyle głowy –  Ciebie też miło poznać. Jestem Kurka!
W tym momencie po drodze od strony Księżycowej Łapy, przejechało auto, zagłuszając końcówkę wypowiedzi owocniaka. Srebrny przygotowany na tą możliwość, skulił się w trawie na poboczu, a gdy auto przejechało (i wymrugał z oczu resztki pyłu jakie za sobą pociągnęło) wystawił znów głowę w górę. 
– COo?! – krzyknął Księżyc, niedosłyszawszy.
– CO? A.. JESTEM KURKA! –  wydarł się ponad resztki ryku potwora oddalającego się w kierunku wilczaków.
– AHA! A ja Księżycowa Łapa! – wyszedł już nieco z traw i się otrzepał, wysłuchując czy nie nadjeżdża kolejny potwór. No i nie wiedział, czy przypadkowo swoim krzykiem nie spowodował, że nagle zaalarmuje patrol, jednak nie miał jak tego sprawdzić. Uszy na niewiele mu się zdadzą w tym momencie – Fajne imię! Co oznacza? Tego takiego ptaka? 
– Nie! To imię od grzyba. Tego z taką śmieszną czapką, całą w falach! A twoje ma jakieś specjalne znaczenie? Słyszałem że w klanach wasze imiona mówią o tym jacy jesteście! 
– Mama mówi, że to przez futro i oczy – odpowiedział wzruszając barkami, jak gdyby nie był zainteresowany i było to coś niezbyt ważnego. – Ale tak to nie zawsze mają znaczenie! Gdyby miały, część kotów nazywałaby się Gburowaty Pysk!
– Ah... Przez oczy? A no tak. Są całkiem ładnie niebieskie! Nietypowe. Aż tyle macie gburów u siebie? Brzmi strasznie!
– Takich ukrytych to tak, ale większość to po prostu nudni dorośli, którzy myślą, że są mądrzy bo są starzy.
– A to takich też mamy. Straszni nudziarze! Niedużo dzisiaj potworów! W ogóle na kogo się uczysz? Będziesz wojownikiem?  – spytał z ciekawością. Burzaki były trochę inne od Owocowego Lasu 
– Ni-! – przerwał na moment i jakby się zmieszał, nerwowo poruszając uszami. Mówić o tym kronikarzu, nie mówić? Ale Owocowy Las, z tego co wiedział, to najbliżsi sojusznicy Klanu Burzy i to od wielu pokoleń, więc... chyba nie powinno być źle? – Znaczy... tak jakby...? Będę kronikarzem, jeśli przejdę szkolenie i mnie mentor dopuści do mianowania! – nazwę swojej roli wypowiedział dość niemrawo i niepewnie, jakby się czegoś obawiał. Miał tylko nadzieję, że nie będzie z tego później konsekwencji ani nie zostanie przez to złajany. – Ale może być z tym ciężko.
– Kronikarz huh? Brzmi ciekawie! Dlaczego miałoby być ciężko? Brzmi jak coś prostego! – Przyznał Kurka, podczas, gdy kolejne auto przejechało przez drogę. Księżyc skierował uszy w tył i zmarszczył pysk niezadowolony, prychając zaraz gdy coś co poleciało z wiatrem pacnęło go w nos. Jakie te potwory śmierdzące i brudne, nie miał pojęcia o co chodzi. Nie myją się? Kołysanek wspominał, że są bardzo podobne do upadłego potwora, który leżał na ich terenach i kocur miał teorię, że te potwory to nie są jak normalne żywe stworzenia, tylko takie... bez duszy? Jeśli ma to sens. 
– He?! – przez chwilę słowa rozmówcy zdawały się jakby za mgłą, jednak zaraz po chwili jego mózg przemycił słowa przez korektę, przez co srebrny nie musiał czekać na odpowiedź – Musisz wtedy zapamiętać całą historię klanu i nie pomylić się co było po czym! I musisz pamiętać to co jest! I patrzeć na gwiazdy! A ja nie mogę, więc jestem trochę... no, niekompetentny – ostatnie słowa wymamrotał już nieco ciszej. – Ale mój przyjaciel powinien ci powiedzieć nieco więcej, jest starszy i już się trochę uczył! 
– Nie możesz patrzeć na gwiazdy? Mieszkasz pod ziemią czy coś? I ... pamiętać wszystko. Łał... Kto jest tym twoim pamiętającym przyjacielem? – dopytał się chcąc kontynuować wątek. 
– Lotosowa Łapa! Na pewno byś go poznał, bo jest specjalny, a przynajmniej tak mówi Alba. Widzi aury. I nie, nie mieszkam pod ziemią, czemu? – gdzieś po drodze zadawania tego pytania zdał sobie sprawę, że całkiem przyjemnie mu się z zagranicznym kotem rozmawia. Szkoda, że w klanie więcej takich nie było, jednak patrząc na jego populację, nie mógł liczyć na zbyt wiele. 

<Kurka?>

[854 słów]
POLICZ MI JE PO NOWYM ROKU DAM CI SPOKÓJ NOOO

[nie masz nade mną żadnej władzy]

Od Wąsatki do Pustułkowego Szponu

Dołączenie do Klanu Wilka

Wąsatka od początku zastanawiała się, dokąd tak często chodzi jej tata. Dochodziła przez to do najróżniejszych wniosków; czasem nawet wydawało jej się, że Wilczy Skowyt ma drugą rodzinę Mew, Wąsatek i Kobczyków. To było dla niej… niedopuszczalne. Okrutne. Wąsatka mogła być przecież tylko jedna – i była nią ona. Bo czy dałoby się wytrzymać z drugim, równie głupiutkim kotkiem, jak ona? No właśnie.
Dlatego, gdy pewnego dnia koniuszek ogona czekoladowego kocura zniknął w świetle dnia, Wąsatka postanowiła za nim podążyć. Jej matka już powoli zasypiała, mrucząc coś Kobczykowi do ucha. Czekoladowa była dawno w krainie snów, co pozostawiało Wąsatkę bez nadzoru. Gdyby tylko Mewa wiedziała, co stanie się przez jej nieuwagę… pewnie w ogóle nie zmrużyłaby oczu.
Jednak gdy czarno-biała wygrzebywała się już z przytulnej nory, było za późno. Brązowooka, mimo że nigdzie nie widziała już śladu po ojcu, nie zamierzała zawracać. Czuła jego zapach, więc jeszcze nie wszystko było stracone. Musiała tylko go wyśledzić – żaden problem… dopóki nie trafiła nad brzeg jeziora, a kompletnie pływać nie umiała. Czy jej tata naprawdę za każdym razem musiał przekraczać tę strugę wody? To nie mogło być bezpieczne!
Jednak, jak Wąsatka w końcu dostrzegła, na drugą stronę prowadziła ścieżka. No, może nie taka bezpieczna, twarda ścieżka – były to jedynie kamienie rozsiane po całej długości rzeki, od jednego brzegu do drugiego. Większe koty przeszłyby nią z łatwością, lecz dla młodej koteczki z problemem wzrokowym było to potwornie trudne.
Wąsatka wskoczyła na pierwszy kamień i zadrżała, o mało nie wpadając w toń lodowatej, wartkiej wody. Niewielkie kropelki, wyrzucane w powietrze w chwili, gdy ciecz zderzała się z powierzchnią kamienia, osiadały jej na futrze. Wkrótce wilgoć zaczęła wciskać się pod włosy, nieprzyjemnie osiadając na skórze. Wtedy Wąsatka zrozumiała, że na powrót było już za późno. Ale i iść dalej nie była w stanie – drugi kamień wydawał się zbyt daleko.
A może wcale nie? Może to jej wzrok płatał figle, co przecież zdarzało się dość często. Wąsatka wysunęła pazury, próbując wzmocnić przyczepność, byleby nie wpaść do wody, bo wtedy jej los byłby z góry przesądzony. Czekałaby ją… śmierć. Koniec. Najprawdziwszy koniec. Nie byłoby drugiej szansy ani możliwości, by to jakoś “cofnąć”. W jednej chwili jeszcze by była, czułaby wodę wlewającą się do jej niewielkich płuc, a zaraz potem… pustkę. Pustkę przed nią, za nią, po jej lewej i prawej stronie.
Ta myśl ścisnęła jej serce i zmusiła gardło do krzyku:
— Pomocy! Niech mi ktoś pomoże! — zaczęła nawoływać. — Mamo! Przepraszam, mamo! To się już więcej nie powtórzy! — kontynuowała rozpaczliwie, podczas gdy jej łapy trzęsły się raz z zimna, raz z obezwładniającego strachu.
Wąsatka zacisnęła powieki, jakby próbując przygotować się na ciemność, w której przyjdzie jej żyć przez kolejne dni, księżyce, sezony…
W pewnym momencie poczuła, jak coś chwyta ją za skórę na karku. Czy to nieprzejednane szpony śmierci wreszcie po nią przyszły? Jak się okazało – nie. Czarno-biała kotka, zmoczona od czubka nosa aż po koniuszek ogona, wylądowała ciężko na wilgotnej, chłodnej ziemi na brzegu. Gdy tylko poczuła pod sobą stałe podłoże, zaczęła cała się trząść, szczękając zębami i wciąż nie otwierając oczu.
Zrobiła to dopiero wtedy, gdy ktoś nieudolnie polizał ją szorstkim językiem po czole, naciągając skórę na jej głowie. Wydała cichy pisk i rozejrzała się wokół, choć obraz był zamglony. Wtedy dostrzegła przed sobą rozmazany, brązowy kształt.
— T-tata? — wydukała, niemal podskakując. Od razu przywarła do łapy starszego kota, wciskając nos w jego futro. — Tato! Wiedziałam, że przyjdziesz mnie uratować! — wypiszczała, zalewając się łzami szczęścia.

* * *

Tak się zdarzyło, że jej nowy, dosyć zdezorientowany “tatuś”, nie wiedząc dokładnie, co zrobić z kociakiem, zabrał go do Klanu Wilka. Tam podrzucił ją do żłobka, chyba licząc na to, że Wąsatka zostanie w nim i się od niego odczepi – nic bardziej mylnego. Czarno-biała wymykała się z kociarni przy każdej okazji, a wtedy od razu rzucała się na poszukiwania czekoladowego, by znów zacząć wykrzykiwać słowo “tato!”, kręcąc się przy jego łapach. W tym wszystkim wojownik wciąż wydawał się zmieszany i ani razu nie nazwał Wąsatki swoją “córeczką”, co trochę godziło kotkę w serce.
Czyżby już o niej zapomniał? Czy naprawdę miał inną Wąsatkę, więc ona nie była mu tu potrzebna? Gdyby tylko potrafiła dobrze widzieć… Może wtedy dostrzegłaby, czy jej tata nie krząta się przypadkiem przy innym kociaku. A tak? Nawet gdy ktoś z nim rozmawiał, kotka nie potrafiła stwierdzić, ile miał księżyców ani czy wyglądał podobnie do taty. Mogła się tylko domyślać – a te domysły nie przywodziły jej na myśl żadnej odpowiedzi.
Poza tym tęskniła trochę za mamą i Kobczykiem. Teraz, odkąd tu wylądowała, nie miała się z kim bawić. Jasne – żłobek nie był pusty, ale wstydziła się zagadać do młodszych kocurków. Wydawali się tacy fajni… a ona była sama. Sama i taka zagubiona. Modliła się codziennie o to, by jej tata wreszcie trochę jej pomógł, ale on… zdawał się czasem jej unikać. Znikał z obozu i nie wracał przez długi czas; bywało też, że zaszywał się w innym legowisku, gdzie nie zawsze ją wpuszczano. Cóż, dziwnym trafem różni wojownicy nie przepadali za obecnością głośnego kocięcia, gdy chcieli wypocząć po długim dniu wypełniania obowiązków. Zadziwiające.
Tego dnia młódka leżała na jednym z posłań w żłobku. Nie wiedziała nawet, czy należało do niej, ale było puste, więc nie miała żadnych oporów. Rozpychała ściany uplecione z gałązek i wyrzucała mech w powietrze w desperackiej próbie zabicia czasu; niszczenie własnego posłania nie przynosiło jej jednak radości na dłużej. Szybko jej się to nudziło – może niszczenie po prostu nie było w jej naturze.
Gdy spojrzała w stronę wyjścia ze żłobka, dostrzegła na polanie sylwetkę kota. A konkretniej – sylwetkę jej taty. Czekoladowy kocur rozmawiał z kimś obcym, kogo Wąsatka nie znała. Ten kot był w jej oczach jedynie czekoladowo-rudą plamą i nie posiadał żadnych wyraźnych cech, ale z pewnością nie przypominał nikogo, kogo młódka wcześniej spotkała. Może to była inna córka taty? Może to ona była jego “Wąsatką”? Nie wyglądała jednak podobnie do niej. Może była tylko pomyloną kopią.
Koteczka wygramoliła się z posłania i od razu wybiegła na spotkanie z tatą. Dorwała się do jego łapy, tak jak zawsze, i zaczęła krzyczeć:
— Tato!!! Zabierzesz mnie dziś na spacer? A może się ze mną pobawisz?

<Tato?>

Od Trzcinowego Szmeru

Zwołane zgromadzenie przez Błękitną Lagunę

Trzcinowy Szmer siedziała wśród Nocniaków, wpatrując się to na zastępcę i Porywisty Sztorm, która jakimś cudem znalazła się na jednej z gałęzi sumaka, to na Szałwiowe Serce. Wojownik, który został okrzyknięty zdrajcą, kulił się jak skarcone kocię, unikając tym samym spojrzenia wszystkich Klanowiczów.
“Co za żałosne zachowanie… I pomyśleć, że ten oto dorosły wojownik mógł zostać zastępcą, że jest kimś ważnym w tym klanie. Pff! Typowy ród Sroczej Gwiazdy. Każdy nowy potomek jest coraz gorszy i mniej przystosowany do życia w zasadach, które sami wymyślili. Czy tak trudno trzymać łapska w jednym klanie?”.
Posłała mu chłodne i zdegustowane spojrzenie.
“Klan pełen zdrajców, nic tylko zdrajcy… Nikomu się to jeszcze nie przejadło?” – westchnęła.
Koty coraz ciaśniej otaczały księcia, a Siwa Czapla wraz z Kijankowymi Moczarami odsunęli się od swojego przyjaciela.

***

Postanowiono o zatrzymaniu Szałwiowego Serca w obozie na czas nieokreślony. Nikt nie wiedział, co dalej z nim począć, chociaż Trzcinowy Szmer była pewna, że to tylko dlatego, iż kocur należy do rodu. Możliwe że Mandarynkowa Gwiazda wraz z Błękitną Laguną zlinczują tylko wojownika i postraszą go innymi karami, jednak nie dadzą żadnej chłosty ani nie wygnają go. Oczywiście, że inaczej by władza zareagowała, gdyby te samo przewinienie dokonał kot taki sam jak ona, a co dopiero mówiąc, jakby ten zwykły kot był koloru czekoladowego.
Pokręciła tylko nosem i zabrała się za jedzenie swojego ostatniego posiłku tego dnia. Wygryzła się w soczysty kawał mięsa okonia, którego dostała od jednego z uczniów, a kątem oka obserwowała Szałwiowe Serce, który nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.

Od Trzcinowego Szmeru

Mianowanie Mandarynkowej Gwiazdy

Trzcinowy Szmer spojrzała na jej byłą mentorkę, która została wybrana przez wszystkich na przywódczynię. Jej stalowa mina i zimny wzrok patrzył się z wyczekiwaniem na tłum kotów, których nazywała swoimi poddanymi. Czyżby oczekiwała wiwatów? Jednak na jej nieszczęście koty szybko przeszły do codziennych obowiązków. Nikt nie zwracał większej uwagi na Mandarynkową Gwiazdę.
“Jak sobie posłałaś, tak się wyspałaś, Mandarynkowe Pióro…” – pomyślała, specjalnie nie wymawiając w myślach nowego imienia srebrnej kocicy. “Jesteś kolejną monarchinią z rodu Sroczej Gwiazdy, jednak przeminiesz, jak wszyscy poprzednicy… Połowa klanu za tobą nie przepada. Nie jest to sukcesem, zostanie liderem w miejscu, gdzie od początku ci to narzucono”.
Mandarynkowa Gwiazda, jakby czytając jej w myślach, przeniosła swój oczekujący wzrok prosto na nią. Jednak Trzcinowy Szmer tylko skłoniła pokrótce głową.
“Masz, czego chciałaś, a jutro będzie nowy dzień i nikt nie odczuje różnicy”.
Bez dłuższego zastanawiania się nad losem jej byłej mentorki, ruszyła do wyjścia wraz z pozostałymi wojownikami, którzy mieli brać udział w popołudniowym polowaniu. Przecież nikt nie nakarmi wszystkich tych pysków poprzez świętowania nowego imienia Mandarynkowej Gwiazdy, szczególnie że Spieniona Gwiazda sama zrzekła się przywództwa.

***

Czuwanie na polanie, śmierć Spienionej Gwiazdy, Kotewkowego Powiewu i Kolcolistnego Kwiecia

Ciała starszych zostały ułożone na polanie, na której powoli zaczęli się zbierać Nocniacy, by ostatecznie pożegnać się ze zmarłymi. Koło ciał chodziła uważnie Różana Woń, która namaszczała futra kotom, które już nie otworzą oczu. Spieniona Gwiazda i pozostali starsi nie wyglądali, jakby odeszli do Klanu Gwiazdy w męce i cierpieniu. Ich miny były spokojne, jakby… byli pogodzeni z ich losem. Czy była to ich wymarzona śmierć? Po prostu zamknąć raz oczy i nigdy ich później nie otworzyć?
Z zamyśleń wyrwała ją krótka modlitwa, którą zaczęła recytować Różana Woń. Jej głos był spokojny i odbijał się echem w obozie, nadając tej chwili jakże sakralny wydźwięk.
— Niech ziemia ich duszom lekka będzie, a wieczne łowy na terenach Klanu Gwiazdy udane.
Trzcinowy Szmer powtórzyła wraz z innymi słowa medyczki, przez co na polanie rozbrzmiały szmery modlitw. Kiedy skończyli, rozpoczęło się pożegnanie nieboszczyków. Każdy mógł podejść i dotknąć zimnego futra kotów, którym zawdzięczają wiele rzeczy. Pierwszeństwo do zmarłych oczywiście miał cały ród królewski, a potem zwykli Nocniacy tacy, jak ona.
Mandarynkowa Gwiazda jako pierwsza podeszła do ciała Spienionej Gwiazdy i na krótką chwilę wetknęła swój nos w jej liliowe futro.
— Żegnaj, Spieniona Gwiazdo… — Można było usłyszeć jej chłodny głos.
W całym tym pożegnaniu ród bardziej skupił się na byłej przywódczyni oraz piastunce, natomiast ciało Kolcolistnego Kwiecia leżało z boku, tak by nie dotykało swoim futrem, chociaż skrawka ciała kota, który należał do szlachetnej rodziny. Ten widok najbardziej ubódł Trzcinowy Szmer. Czy to się tak godzi segregować koty nawet po śmierci?

***

Na drugi dzień

Koty z rodu właśnie wróciły do obozu z pochówku Spienionej Gwiazdy oraz Kotewkowego Powiewu. Na przedzie tej smutnej kolumny szła Mandarynkowa Gwiazda, która swoim chłodnym wzrokiem omiotła obóz, który został zostawiony pod opiekę Lśniącej Ikry.
“Ciekawe, jakie to uczucie być pochowanym, na wyspie, na którą wejście mają tylko koty z rodu królewskiego…”.
Spojrzenie Trzcinowego Szmeru skrzyżowało się ze spojrzeniem Mandarynkowej Gwiazdy na jedno uderzenie serca. Było pełne chłodu, dystansu i zawodu. Czy nowa liderka, jednak nie mogła się pogodzić z tak łatwym dostaniem się na wysoką pozycję? Teraz rzeczywiście miała władzę i była najważniejszą osobistością na tych terenach.
“Czy tego chciałaś, Mandarynkowo Gwiazdo?”.
Krótko skłoniła głową srebrnej kocicy i wróciła do swoich obowiązków.

Jesienne dolegliwości!

Nadeszła Pora Opadających Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

Drzewa pokryły się złotem. Widok jest naprawdę przyjemny, podobnie jak temperatury, które spadają całkiem wolno. Z początku są nieznacznie niższe od tych pory zielonych liści i do początku pory nagich drzew nie zdążają opaść jeszcze do zera. Deszcze nasilają się stopniowo, a powietrze jest wyczuwalnie wilgotne. Zdarzają się również dni wietrzne, co najmocniej można odczuć przy brzegu morza, od którego bije bryza. Ilość zwierzyny pozostaje niezmienna – wystarcza jej dla wszystkich, lecz rzadko pojawiają się nadwyżki. 

Dolegliwości odczuwają wymienione niżej koty z:

Klanu Burzy:

Wędrujące Niebo - katar
Kminkowy Szum - swędząca infekcja
Słoneczny Fragment - biały kaszel
Oskrzydlony Ognik - ból głowy
Biała Łapa - kłopoty z oddychaniem


Klanu Klifu:
 
Pomocny Wróbelek - zatrucie pokarmowe
Rozżarzona Pieśń - infekcja gardła
Bożodrzewny Kaprys - katar
Promieniste Słońce - ból stawu
Słoneczna Łapa - infekcja oka

Klanu Nocy:

Kijankowe Moczary - kolec w łapie
Szałwiowe Serce - biały kaszel
Tojadowa Kryza - użądlenie
Rozpromieniony Skowronek - przewianie
Baśniowa Stokrotka - wymioty

Klanu Wilka:
 
Barczatkowy Świt - ugryzienie przez szczura
Iskrząca Nadzieja - bezsenność
Pszczeli Rój - infekcja ucha
Nadciągający Pomrok - kłopoty z oddychaniem
Cienista Łapa - zwichnięcie przedniej łapy

Owocowego Lasu:
 
Kurka - infekcja gardła
Bukszpan - zranienie ogona
Szafran - ugryzienie przez szczura
Poranek - gorączka
Przypływ - wymioty

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Zapomniana Koniczyna - szkło w łapie
Kobczyk - katar
Miłostka - infekcja ucha

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Śniąca Łapa - infekcja gardła > chrypa
Królicza Gwiazda - infekcja gardła > chrypa

Klanu Klifu:
 
Bukowa Korona - zranienie łapy > infekcja

Klanu Nocy:

Dryfująca Łapa - ugryzienie przez szczura > infekcja > niemożność stawania na łapę 
Słodka Łapa - niestrawność

Klanu Wilka:
 
Brukselkowa Zadra - bezsenność > halucynacje > poważne problemy psychiczne

Owocowego Lasu:

Czajka - bezsenność > halucynacje

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Wszyscy wyleczeni!
 
Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka jesienią.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu jesieni - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Od Trzcinowego Szmeru

Po porodzie Nemezji

Trzcinowy Szmer weszła do środka obozu po nudnym i ubogim polowaniu. Nie była w dobrym nastroju, o ile ten w ogóle u niej istniał od momentu zdrady i śmierci Pluskającego Potoku. Trzymając jedną małą płoć w pysku, odłożyła ją do wnętrza dziupli na zwierzynę i przystanęła na moment. Coś było nie tak. Było zbyt cicho. Koty z wyczekiwaniem obserwowały żłobek, w którym nie było zbyt wielu karmicielek. Z tego, co pamiętała, mieli aktualnie obcą Nemezję oraz Czyhającą Murenę, która zajmowała się Klekotkiem. Jednakże widząc ową królewską parkę na uboczu, których uspokajała Kotewkowy Powiew, doszła do wniosku, że ruda samotniczka musiała rodzić.
— Ciekawe, czy zostawi swoje kocięta w Klanie Nocy, czy zabierze je z powrotem ze sobą… — mruknęła do siebie pod nosem, odchodząc na ubocze, by również, jak pozostali, przyglądać się z wyczekiwaniem.
Nie było to dość dobre ze strony rudej; wykorzystywanie ich leczniczych zasobów, jeśli nie zamierzała zostać w Klanie Nocy albo coś dla nich zrobić. Jeśli mieliby tak pomagać każdej kotce w potrzebie, to zamiast klanu, zostaną jakimś przytułkiem pomocy dla samotników. Już i tak wystarczy, że w nie tak dalekiej przeszłości, co chwilę znajdowali samotne kocięta, które z czasem zostały prawdziwymi wojownikami. Jednak, co za dużo, to niezdrowo, przynajmniej tak mówiła jej Baśniowa Stokrotka.

***

Po długim oczekiwaniu wszyscy zobaczyli, jak ze żłobka wychodzą obie medyczki z zamyślonymi minami, a niedługo po tym wystawiono na polanę martwe ciało Nemezji. Koty od razu zaczęły szeptać swoje domysły, co musiało zajść wewnątrz kociarni, gdyż ruda karmicielka miała głęboką ranę w swoim brzuchu, jakby sama Różana Woń wyrwała z niej kociaki.
“Aj… Musiało boleć…”.
Odwróciła swój wzrok, żeby nie widzieć zwłok młodej karmicielki, a w międzyczasie nieliczne koty podchodziły do zwłok samotniczki. Trzcinowy Szmer jednak nie zamierzała się modlić za kogoś obcego, a tym bardziej kogoś spoza Klanu Nocy. Nie mając tego dnia żadnego obowiązku, którego musiała wykonać, odeszła do legowiska wojowników, pozostawiając tym samym tragedię, która działa się na polanie oraz kociarni.

***

Było już późno, a wysoko na Srebrnej Skórze pojawił się księżyc. Koty w legowisku wojowników zaczęły się szykować do snu, a niektórzy jeszcze plotkowali wesoło o dzisiejszym zajściu. Trzcinowy Szmer starała się nie podsłuchiwać rozmów innych, jednak ciężko było tego nie robić, kiedy Wężynowy Splot paplała swoim pyskiem na lewo i prawo. Starsza szylkretka niczego nie nauczyła się po śmierci Rozpędzonej Ważki oraz nie przejmowała się krzywdą zmarłych jak w przypadku Perlistej Łzy. Zamknęła mocniej oczy, zwijając się w ciasny kłębek, jednak uszy nadal słyszały szepty niosące się po legowisku.
— Urodziła dwójkę pięknych kociąt, a trzecie, które przyczyniło się do jej śmierci, było maści szylkretowej z czekoladą…
— Czy czekoladowe szylkrety, też są brudne?
— Oczywiście! Koty czekoladowe są kotami czekoladowymi, nieważne czy ten kolor znajduje się pomiędzy czernią i bielą! Jest zapewne złym znakiem!
“Kolejny czekoladowy kot w Klanie Nocy? Ciekawe…”.

Od Modliszkowej Ciszy CD. Białej Łapy

Kremowy kocur otworzył oczy w zdziwieniu, całe legowisko było skąpane mrokiem. Modliszka usiadł zakłopotany, rozglądając się na boki, starając się przypomnieć, jak się tu tak właściwie znalazł. Rano jak co dzień obudził się, by pójść na poranny patrol, na który został przypisany przez zastępcę, tuż po tym zjadł posiłek i pomaszerował do legowiska. Czyżby usnął? Czemu go nikt nie obudził? Kocur poirytowany wyszedł z posłania, uważając na śpiące wokół koty. Skoro już nie zasnąłby, uznał, że pójdzie na nocne poszukiwanie owadów. Szczególnie że nie często mu się to udaje.
Gdy wyszedł na rozległe tereny klanu, pokierował się do Przybrzeżnego Oka, gdzie najwięcej owadów się kręciło.
Gdy już dotarł na miejsce, w tafli wody stał biały kot, którego sierść błyszczała w blasku księżyca. Po głosie rozpoznał, że jest to Biała Łapa z jego klanu, którego nie widywał często. Kocur głośno narzekał. Gdy tylko Modliszka podszedł bliżej, wpatrując się w pobratymca, ten odwrócił się gwałtownie cały spięty. Kiedy zrozumiał, kim jest Modliszkowa Cisza, odrobinę się rozluźnił.
— Wybacz… Nie wiedziałem, że tu jesteś, Modliszkowa Ciszo. Dlaczego nie śpisz o tej porze? — Jego głos przerwał ciszę. A po krótkim namyśle, by zebrać słowa, wojownik odpowiedział:
— Nie mogłem zasnąć. Chciałem przyjść tutaj poszukać owadów.
— Owady...? Może mógłbym się przyłączyć? — zapytał uczeń.
Modliszka jedynie kiwnął w odpowiedzi głową, jak gdyby oszczędzając słowa. Biały kocur wyszedł powoli z wody, a kremowy zaczął węszyć wokół jeziorka. Po chwili węszenia wskazał na kamień ogonem tuż przed odwróceniem go. Pod gładkim kamieniem znajdowały się drobne, srebrne i szare żyjątka, które szybko zaczęły się rozbiegać.
— Co to jest? — mruknął albinos, odsuwając głowę od kamienia.
— Te srebrne i dłuższe to rybiki a te szare i bardziej okrągłe to prosionki. Te drugie nie są owadami.

<Biała Łapo? Robaczki>

Od Pietruszkowej Błyskawicy

Parę wschodów temu

Nie mogła spać. A nawet gdy sen w końcu nadchodził, jej umysł spowijała mroczna, lepka mgła, przez którą nie przebijało się nic poza jednym obrazem. Wciąż na nowo zabijała we śnie tego nieszczęsnego samotnika. Każdej nocy. Za każdym razem cierpiał bardziej, a ona coraz wyraźniej czuła jego strach, jego rozpaczliwe pragnienie życia. Żołądek skręcał jej się z napięcia i obrzydzenia do samej siebie, jakby ciało próbowało wyrzucić z siebie winę, której umysł nie potrafił unieść. Myślała, że szybko zapomni. Że jakimś cudem odwróci myśli, zajmie je codziennością, obowiązkami, rozmowami z innymi. Nic z tego. Do jej ucha wciąż coś szeptało. Głos, który wtedy ją błagał. Ten sam, który prosił o litość, teraz syczał przy jej głowie bluźnierstwa, pełne jadu i pogardy. „I ty masz się za świętą? Za tę wspaniałą wojowniczkę? Jesteś niczym pomioty Mrocznej Puszczy!” Nie mogła ich uciszyć. Nie mogła też pójść po pomoc. Nie mogła powiedzieć nikomu. A może po prostu nie chciała. To musiał być jej sekret; ciężar, obrzydlistwo, które musiała nosić sama, dzień po dniu, noc po nocy. Czasami zdawało jej się, że w rogu jaskini, za omszałym głazem albo w cieniu potężnego konaru widzi sylwetkę tamtego samotnika. Obserwował ją lodowatymi, nierealnie niebieskimi oczami. Wwiercał się w jej duszę, rozrywając serce na kawałki; serce, które biło już innym rytmem, zdradzone przez ciało, dla którego kiedyś pulsowało. Jej stanu nie poprawił fakt pojawienia się w klanie dwóch uczniowskich podrostków. O ile kremowy kocur zwany Pasterzem nie wzbudzał w niej żadnych szczególnych emocji, o tyle drugi, Różeniec, działał na nią jak cios prosto w pierś. Kotka niemal zeszła na zawał, gdy ujrzała go po raz pierwszy w wejściu do legowiska medyka. Ten kociak… wyglądał identycznie jak samotnik, którego zabiła. Miał jego oczy, tak nierealnie niebieskie, tak boleśnie wyjątkowe. Nawet jego sierść miała niemal identyczne odcienie. Wiedziała to. Nie tylko wiedziała, ona to czuła, gdzieś głęboko pod skórą. Zapach unoszący się wokół kociąt nie zdradzał jednak żadnego pokrewieństwa ze starszym kotem. Udało jej się podsłuchać, że matka kociąt zaginęła, a ojciec… zginął nagle. Ta wiedza tylko pogłębiła panikę. Nie potrafiła patrzeć w błękitne oczy Różeńca, pełne dziecięcego entuzjazmu i niewinnej ciekawości świata. Dopiero po pewnym czasie zrozumiała, że to jego brat może okazać się większym zagrożeniem. Pasterz zdawał się uważny, czujny, jakby podświadomie szukał zemsty za śmierć ojca. Wojowniczka nie wiedziała, czy kiedykolwiek powinna im powiedzieć prawdę. Przecież… poza samym faktem zabójstwa nikt nie mógłby udowodnić jej premedytacji. A jednak samo wyznanie byłoby jak rozdrapanie rany, która nigdy się nie zagoi. Nie. Nie mogła tego zrobić. Postanowiła ich unikać. Tak bardzo, jak tylko będzie się dało.

≪ ◦ ❖ ◦ ≫

Stała jak wryta, wpatrując się w pysk Judaszowcowej Gwiazdy. Przez dłuższą chwilę nie była pewna, czy dobrze usłyszała jego słowa. Została wybrana na mentorkę. Została mentorką Różeńca. Serce uderzyło jej gwałtownie, jakby ktoś nagle ścisnął je w stalowych szczękach. Jak to możliwe? Czy była to kara od Klanu Gwiazdy? Próba? A może drwina losu, który i tak nie zostawiał jej ani chwili wytchnienia? Dopiero po chwili ruszyła się z miejsca, stając przed kocurkiem, którego pysk aż promieniał od szczęścia. Jego oczy lśniły entuzjazmem, tak czystym i niewinnym, że aż bolało. Nie potrafiła powstrzymać uśmiechu ani łagodnego spojrzenia, którym go obdarzyła, choć w środku wszystko w niej krzyczało.
— Pietruszkowa Błyskawico — zaczął Judaszowcowa Gwiazda. — Po wyszkoleniu przez ciebie Gąsienicowego Ogryzka jestem pewien, że przekażesz temu młodemu kocurowi wszystko, co najważniejsze. Nauczysz go radzić sobie z niepełnosprawnością i pokażesz, jak podążać ścieżką Klanu Gwiazdy. Różeńcowa Łapa pod twoim okiem będzie dobrze służyć naszemu klanowi — zakończył starszy kocur, lekko kaszląc pod koniec.
Każde słowo uderzało w jej uszy z dziwnym, tępym bólem, jakby ktoś wbijał jej ciernie pod skórę. Pochyliła się i dotknęła nosem Różeńca, a zaraz potem oboje odsunęli się na bok. Jeszcze przez chwilę spoglądała na jego brata. Pasterzowa Łapa stykał się nosem z Króliczą Prawdą, jednak jego wzrok co chwilę wędrował w stronę Różeńca, a może… a może w stronę jej samej. Drgnęła lekko, ale szybko się opanowała, gdy kilka kotów podeszło, by pogratulować jej kolejnego ucznia. Uśmiechała się grzecznie, niemal automatycznie, gotowa już odejść do legowiska, gdy nagle prawie potknęła się o swojego nowego podopiecznego.
— Pietruszkowa Błyskawico, idziemy zwiedzać tereny! — oznajmił Różeńcowa Łapa, lekko chwiejąc się na łapkach.
W normalnych okolicznościach natychmiast by się zgodziła. Teraz jednak rozpaczliwie potrzebowała oddechu, ciszy i chwili, by poukładać myśli.
— Jutro z samego rana, obiecuję — odparła łagodnie. — Będziesz musiał wstać przed słońcem. Dasz radę? — dodała, muskając nosem jego czoło.
— Jasne, że tak! To żaden problem ścigać się ze słońcem! — stwierdził z dumą młodzik.
Pożegnał się z nią i pokuśtykał w stronę brata, który również dopiero jutro miał wyruszyć na pierwszy trening. Kotka patrzyła na nich jeszcze przez chwilę, po czym szybko czmychnęła z obozu, znikając między trawami. Nie wiedziała, co robić. Może powinna poprosić Judaszowcową Gwiazdę, by przydzielił Różeńcowi innego mentora? Ale czy to nie byłoby zbyt podejrzane? Czy nie obnażyłoby jej grzechu? Westchnęła ciężko, idąc przez zielone łąki, na których trawa kołysała się leniwie na wieczornym wietrze. Potrząsnęła głową i spojrzała w stronę miejsca, gdzie zabiła ojca swojego podopiecznego. Zacisnęła zęby. Musiała zająć się jego edukacją. Ale jak nauczyć kogoś polować i walczyć, gdy ten ktoś ma zdeformowaną tylną łapę? To był kolejny ciężar, który spadł na jej barki, kolejny kamień dokładany do stosu, pod którym ledwo już stała.
„Po prostu go zabij. Przecież to rozwiązuje wszystkie problemy”.
Szept przeciął ciszę jak ostrze. Uniosła wzrok i wbiła go prosto w nierealnie błękitne oczy martwego samotnika, który zdawał się stać tuż przed nią, uśmiechnięty, cierpliwy, czekający.

Od Wzorku (Wzorzystej Łapy) CD. Promyka (Promiennej Łapy)

Ta koteczka wydawała się dziwnie zirytowana. Może to dlatego, że rodzice nie pozwolili jej wychodzić ze żłobka? Ona nigdy tak nie miała. Płomienne Serce by jej nie zakazywała, a ta dziwna pani chyba wolała zajmować się innymi kociakami.
— Układam kamyczki. — Wskazała łapką na małe kamyczki ułożone w kształcie kociej głowy.
— Co to?
— Popatrz na te ciemniejsze kamyki. To jego twarz. Pana od obci- to znaczy Judaszowcowej Gwiazdy. Chyba nie umie się uśmiechać, dlatego tak wygląda.
Druga koteczka parsknęła śmiechem.
— Ale jesteś zabawna! Warchlak?
— Wzorek — poprawiła czekoladową. — Chcesz być przyjaciółmi? Będziemy mogły razem układać kamyczki. Ja, ty i Esme!
— Esme? Układać kamyczki? — Zielonooka wydawała się zbita z tropu, ale po chwili w jej oczkach zalśniły iskierki. — Chcesz pobiegać? Możemy zorganizować wyścig!
— Wolę układać kamyczki.
— Nie chcesz sprawdzić, czy nie jesteś ode mnie szybsza? Chociaż to by było bardzo trudne. Jestem szybsza od wiewiórek! Tak mówi mój tata.
— Wiem, że jesteś ode mnie szybsza i cieszę się, że jesteś z tego powodu szczęśliwa. To, że nie jestem tak szybka, jak ty, nie znaczy przecież, że nie umiem biegać!

***

Nie umiała biegać. Nie potrafiła nic. Była do niczego. Dzisiaj mentorzy próbowali zorganizować im fajny trening. Ona od początku wiedziała, że będzie on tylko kolejnym koszmarem. Miała się ścigać z Promienną Łapą i Foczą Łapą. Tym razem miała nawet szansę nie być ostatnią, bo Focza Łapa nie należała do tych najszybszych, ale nawet to schrzaniła. Prawie od razu wywaliła się jak głupia i przy okazji potoczyła się tuż pod łapy Foczej Łapy, która również się przewróciła. Miała wrażenie, że bieganie nie szło jej najgorzej, dlatego tym bardziej czuła się źle z powodu konfrontacji z rzeczywistością. Paliło ze wstydu ją pod skórą, kiedy siedziała samotnie. Słyszała, jak Focza Łapa narzeka na nią swojej mentorce.
— Wzorzysta Łapa jak zawsze tylko przeszkadza! Czemu muszę z nią trenować?
— Nie mów tak! — fuknęła Kukułczy Wdzięk, jednocześnie posyłając jej współczujące spojrzenie. Czy ona też myślała, że nic jej nie wyjdzie? Jasne, że tak. Gołębi Puch była jej siostrą i na pewno jej też zdążyła się wyżalić z powodu niekompetentnej uczennicy. No i były też Psotny Nietoperz z Promienną Łapą. Kotka, którą Wzorzysta Łapa chciałaby być z tak wielu powodów razem z jej tymczasową uczennicą, która i tak wygrałaby wyścig. Pewnie były zawiedzione, że konkurentki Promiennej Łapy same sobie nawzajem uniemożliwiły zwycięstwo.

<Promyk?>

[381 słów]

[przyznano 8%]

Od Białej Łapy CD. Promiennej Łapy

Biała Łapa był od dłuższego czasu bardzo markotny. No, właściwie odkąd Kwiecista Knieja uciekła z klanu, zostawiając za sobą tę ohydną latorośl, jaką była Bazia. Koteczka miała zdeformowane pół pyska, była zarozumiała i na ogół drażniła albinosa.
W dodatku został przeniesiony pod skrzydła drugiego przewodnika na nauki. Kocur zdawał się mieć depresję, a jego metody nauczania nie pasowały Białemu. W dodatku Śniąca Łapa, który w kółko zawodził czy spał… masakra. To nie było towarzystwo dla niego. Kocurkowi brakowało dreszczyku emocji, walk, mnóstwa historii i ciekawostek. Po nocach trenował sumiennie wszystko, co umiał, czasem nawet próbował wplatać własne elementy, ale nie zawsze mu wychodziło. Polował biegle, jego orientacja w tunelach była doskonała. Znał każdy kąt, pamiętał wszystkie historie, które przekazała mu Knieja i Biały spodziewał się niedługo mianowania. Pomimo przeciwności losu czuł się gotowy. Królicza Gwiazda co prawda nadal zdawał się duchem, aniżeli liderem klanu, ale co mógł z tym zrobić? Jeśli go mianuje i nada mu ładne imię, to nie będzie się tym przejmować.

~*~

Któregoś dnia, kiedy cały dzień było pochmurno, Biały po zakończonym treningu postanowił wymknąć się tunelami na zewnątrz. Świat go wzywał, a był pewny swych umiejętności, to też nie zamierzał dawać się trzymać w obozie. Zresztą, niemal już został prawdziwym przewodnikiem…
Kocur tunelami szedł równym krokiem, uważając na ściany, by się nie aż tak nie umazać. Wybrał kierunek na plażę, ku Kamiennym Strażnikom. Gdy dotarł do wyjścia z tunelu, po upewnieniu się co do pogody, wyszedł niczym zjawa na powierzchnię. Białe jak śnieg futro odznaczało się na jasnym piasku, a pośród ciemnych skał mógł wyglądać jak duch i straszyć.
Gdy tak wędrował, był pochłonięty w rozmyślaniach. Jak pozbyć się Bazi? Może bardziej, co zrobić, by pozbyć się uczucia żalu do Kwiecistej Kniei? Oraz do jej córki? Biały nie był potworem, zawistnym i mściwym, jednak jego serce bardzo krwawiło po szylkretowej przewodniczce, a cały jego gniew i smutek przekierowywał na bogu winną Bazię. Nie obchodziło go czy kotka z taką deformacją pożyje długo, czy zostanie wojownikiem, a może nie da rady, bo nie wiadomo nawet czy widzi na to oko. Dlaczego trzymali ją przy życiu? Wojownicy nie powinni skrócić jej cierpienia? Problem sam by się rozwiązał… Bo… prawda była taka, że sam widok małej koteczki przypominał Białemu o mentorce. Nie potrafił tego przed sobą przyznać ani głośno powiedzieć, przegadać z kimś… zapewne jeszcze długo mu to zajmie, to całe pogodzenie z odejściem przewodniczki oraz z obecnością Bazi wśród nich.
W dodatku Księżyc się do niego nie odzywał, a po ich ostatniej “sprzeczce”, Biały również przestał pytać, zaglądać, próbować mu pomóc. Niewidomy odrzucał go w każdy możliwy sposób, co chwila tylko raniąc serce albinosa.
I gdy tak szedł po tym piachu, w którym zapadały mu się łapy, usłyszał nagle:
— Burzak!
Gdy podniósł parę czerwonych oczu, dostrzegł podbiegającą ku niemu kotkę.
Szylkretka… mówiła o nim? Do niego?
— Hej! Ojej... ale ty masz ciekawe oczy! Są… czerwone! Wow… są śliczne! — zachwyciła się, stopując tuż przed granicą. — Łał… Zapierają dech w piersi!
Biały zmarszczył brwi w zmieszaniu, odchrząkując. Co w nich było niesamowitego? Nie mógł przez nie patrzeć w słońce… ani cieszyć się życiem.
Albinos milczał przez długą chwilę, a kotka zdawała się troszkę peszyć jego brakiem odpowiedzi. Biały przebrał łapami w miejscu, biorąc wdech.
— Dziękuję — odpowiedział kulturalnie.
Machnął ogonem, rozejrzał się dookoła, ale nie dostrzegł żadnej żywej duszy w okolicy. Czy kotka była uczniem i tak jak on, wymknęła się z obozu? A może była wojowniczką?
— Nie przywykłem do komplementów — dodał po chwili, nieco zmieszany.
Czy powinien jej również pochwalić wygląd? Kotki lubiły uwagę od kocurów, ale Biały nie znał tej Klifiaczki i nie wiedział, czy mógł w ogóle ją chwalić. Była ładną kotką, ale nie w jego guście, o ile można to tak nazwać… wszak wciąż był uczniem i dopiero to wszystko się kształtowało.
Po chwili namysłu uznał, że nie zaszkodzi, a przecież nic go to nie kosztuje. Nieznajomej kotce będzie miło, a więcej mu nie potrzeba do spokoju ducha. Nie był w końcu jakimś potworem, by tylko brać, a nic nie dawać w zamian.
— Ty za to masz ładne futro. Wygląda na miękkie — postarał się zabrzmieć ciepło, by kotce było miło, chociaż on sam siebie uważał za fatalnego flirciarza. To totalnie nie była jego bajka.

<Promienna Łapo? Postarał się jak mógł>

[696 słów]

[przyznano 14%]

Od Śnieżnej Mordki

Deszcze się rozpadały na dobre. Nie padało zawsze i nie padało często, ale w sercu Śnieżnej Mordki świat z wolna zatapiał się w szarych, mętnych strugach szarugi i tylko obrysy lasu w jej oczach majaczyły blado. W Klanie Nocy przechodziła nieskończona, lodowata szaruga. Spod ciężkich, jak tabuny śniegu chmur kłębiących się nad ziemią, wychylały się momentalnie fragmenty ziemi poczerniałej, przemiękłej od lamentów i pochlipywania. Ścieżki leśne opustoszałe porozłaziły się i porozlewały, nabrzmiałe tą ogromną wilgocią. Bezsłoneczne dni i bezskuteczne starania rozwlekały się i trudziły żywot pobratymców srebrnej wojowniczki. Noce zapadały późno, ale były głuche, bezustanne i monotonne w chlupotach strumieni i rzeki. Przerażająca cichość zawładnęła każdym aspektem życia kogoś, kto niegdyś milczenia nie znał. Klan Nocy ogłuchł w dniu, w którym ktoś zniknął i nie wrócił — Lulkowe Ziele odszedł. Obóz zapadł w śpiączkę, tylko kwilenia się w nim rozlegały, a to jęki czy westchnienia, jakby mieli kogoś pogrzebać. Gdyby tylko mieli kogo pogrzebać. „Och, Luleczku, gdzie jesteś? Gdzie jest twoje ciało? Gdzie cię szukać, niech no odnajdzie się przynajmniej ciało, jak mam cię opłakać?” — powtarzała sobie raz po raz. Tłukła się z jednego krańca obozu na drugi kraniec, popłakując i kręcąc głową, jak ten ptak uwięziony w szponach większego. I gdy zdała sobie sprawę, że zaprzeczenie na nic się zda, gorzała w mękach coraz boleśniejszych i bezlitośniejszych — nie spała, nie jadła, nie włożyła łap w cokolwiek i nie zaprzątała sobie głowy myśleniem o obowiązkach, jakie miała wobec klanu; była jakby otumaniona, nieświadoma tego, co się wokół niej i z nią dzieje. Jej niegdyś rozkoszna, rozpromieniona mordka poczerniała, tylko oczy zrobiły się większe i bardziej wyłupiaste niż w przeszłości, gorejące były i szkliste, jakby łzami zasnute. Zęby i szczękę zaciskała, żeby nie wrzeszczeć, jak z futra obdzierana i nie wyklinać, a chodziła wciąż po obozie i wpadała na pobratymców, których i tak szerokim łukiem starała się omijać. Wychodziła z obozu, przysiąść na ścieżce, i po powrocie padała na legowisko. Siedziała godzinami zapatrzona, w Klan Gwiazdy wie co, utopiona w bólu dozgonnym, który wciąż w niej jeszcze po utracie narastał i przybierał na sile. Próbowała podjąć się wojowniczych powinności, zająć się ściółką w żłobku, ale łapy tak jej drżały, że raz w raz zaprzestawała roboty. Podpierając się o ścianę, przez bezlistne gałęzie spoglądała w kierunku lulkowego legowiska. Przyszły i zmiażdżyły ją wspomnienia, wypełzły z każdej szczeliny w umyśle wypełnionym najgorszymi scenariuszami i obsiadły całą resztkę jej rozumu, a może zdrowego rozsądku. Majaczyły obrazy młodego ogrodnika jej przed oczyma, aż pot pokrył każdy kawałek jej skóry, aż mało co piany nie zaczęła toczyć z pyska. Oczy rozbłysły w cierpieniu, ogniście i dreszcz ją przechodził, jarzący się! Och, byleby znowu się znaleźć tam w obozie, po powodzi… kiedy to razem naprawiali ściany tego samego żłobka. Na Klan Gwiazdy! I aż przy pracy się zatoczyła, zapowietrzyła i odetchnęła pełną piersią, bo nagle zobaczyła tuż przed sobą jego pysk, tak realny i tak żywy, że ponownie zwątpiła w jego niezaprzeczalny zgon. Jego mądre oczy, jego niebieskie oczy! Nie, wcale nie niebieskie. Jakiego koloru były oczy dawnego ogrodnika Klanu Nocy? Rozmyły się w pamięci, a tak bliski był wciąż jego obraz, że Śnieżna Mordka gotowa była przysięgać, że dalej i nieustannie słyszy jego głos, cichy, karcący. Zanurzała się w wodzie pod byle pretekstem łowienia ryb i odpędzała precz te mary, które mamiły ją, jak mało co wcześniej. Odkąd Lulkowe Ziele zniknął — może uciekł, może został uprowadzony, a może zamordowany, Śnieżna Mordka była w gorączce i oczekiwaniu jakiegoś niby cudu, a niczemu się przecież nie mogła postawić czy sprzeciwić.

Od Włókniczka

Powoli jego małe ciałko zaczynało przyzwyczajać się do tego całego, dziwnego świata. Było mu miękko pod łapkami i zawsze mógł wtulić się w ciepły brzuch swojej mamusi, pachnący spokojem i mlekiem. Co jakiś czas wyczuwał też obecność dwóch innych kotów. Jeden był mały, niemal tak samo kruchy, jak on, drugi natomiast znacznie większy, większy nawet od mamy. Czuł na swoim futerku szorstki język i wilgotny nos tego dużego. Gdy tamten wydawał nieznajome mu dźwięki, drżał lekko, lecz brzmienie było tak przyjemne i uspokajające, że kociątko instynktownie wiedziało, iż nie ma się czego obawiać. W końcu jednak udało mu się uświadomić sobie o miejscu, w którym się znajduje. Delikatnie, powoli i bardzo niepewnie uniósł powieki, po czym spojrzał na świat niebieskimi jak letnie niebo oczętami. Rozejrzał się ostrożnie. Wszystko wokół tonęło głównie w barwach brązu i żółci. Jedynie to, na czym leżał, było zielone, miękkie i pełne dodatkowego puchu, który przyjemnie łaskotał jego brzuch. Spojrzał na swoją matkę. W ciszy wbijała w niego czujne, zielone spojrzenie, jakby obserwowała każdy jego następny ruch. Było w tym spojrzeniu coś między troską a niepokojem. Obok niego leżał jeszcze ktoś, ale kocurek nie zawiesił na tej postaci wzroku, jego uwagę przyciągnęło coś innego. Przed sobą dostrzegł jasne światło. Piekło w oczka, lecz jednocześnie nie potrafił się od niego odwrócić. Chciał się do niego zbliżyć, instynkt pchał go naprzód. Całą siłą woli podniósł przednie łapki, lecz zaraz potem opadł bezradnie i kontynuował drogę niezgrabnym, powolnym czołganiem się, co chwilę próbując wstać. Nagle do środka weszła duża postać. Z radosnym pomrukiem podeszła do niego i trąciła go nosem. Kocurek otworzył pyszczek w proteście, lecz żaden dźwięk się z niego nie wydostał. Próbował się cofnąć, jednak jedyne, co zdołał zrobić, to przeturlać się na plecy. Otwierał pyszczek raz za razem, usiłując wołać o pomoc, lecz wszyscy wokół zdawali się go ignorować.— Och, Włókniczek już otworzył oczy! — odezwał się ktoś.
Kocurek nie do końca rozumiał znaczenie tych słów. Wciąż rozpaczliwie próbował przewrócić się na brzuch, machając nieskoordynowanie łapkami.
— Otwiera pysk, ale nie piszczy. To dziwne — mruknęła jego matka.
Brzmienie jej głosu było już dla niego znajome, tak samo, jak jej zapach. Nie rozumiał jednak, co mówi. Jedyne, co potrafił wyczuć, to lekką irytację i niepokój ukryte w jej tonie. W końcu duży, rudy ktoś pochylił się nad nim i delikatnie pomógł mu przewrócić się na brzuch. Kocurek odetchnął bezgłośnie, po czym zaczął pełznąć w stronę brzucha matki. Teraz widział go niemal doskonale. Skulił się przy nim, wtulił pyszczek w znajome ciepło i przymknął zmęczone oczęta.
— To… normalne. Kocięta czasami tak bezgłośnie piszczą — stwierdził rudy olbrzym, wzdychając bez przekonania.
Włókniczek znów poczuł na sobie wzrok swojej matki, tym razem niepewny, niemal oskarżycielski, jakby obawiała się czegoś, czego jeszcze nie potrafiła nazwać.

Od Barszczowej Łodygi CD. Chomiczej Łapy (Chomika)

Dawno temu, niedługo po tym, jak Chomik została więźniem

W głowie Barszcza kotłowało się mnóstwo myśli. Miał do kotki tyle pytań, różnych emocji, których nie potrafił aktualnie nazwać, ale przede wszystkim czuł zdezorientowanie. Cała ta sytuacja wpłynęła na niego tak, jakby Chomik naprawdę była jego córką z krwi i kości, dlatego tak bardzo wszystko odczuwał. Mimo tego spróbował się na razie zdystansować, by móc wykonać zlecone sobie zadanie.
— Witaj, Chomik — odezwał się. — Będziesz dziś oczyszczać tunele ze śniegu, a ja będę cię nadzorować.
— Chętnie pójdę z tobą, i tak muszę wykonywać tę robotę przez większość księżyców.
Kotka podeszła bliżej czekoladowego kocura.
— To gdzie idziemy?
Zmarszczył nieco brwi na arogancję kotki.
— Chodź, niedaleko obozu porządnie zasypało kilka tuneli — oznajmił, odwracając się, by zacząć marsz.
Miał do niej tyle pytań, jednak w głębi duszy czuł, że nie powinien na głos ich wypowiadać. Tak jakby nie była to jego sprawa, co po części było prawdą. W końcu kotka już dawno stała się dorosła i decydowała o własnym życiu. Mimo to aż cisnęło mu się na usta zapytać, co ją do tego popchnęło?
Gdy kotka się zbliżyła, przełknął ślinę wraz ze swoimi pytaniami. Może poczeka z nimi, aż wyjdą z obozu... żeby nie było tyle uszu dookoła.
Kotka kiwnęła głową na słowa kocura i poszła z nim poza obóz. Teren klanu Burzy wydawał się cały biały od śniegu, choć jak się stawało na nim, to szybko stawał się mokrą miazgą na łapach. Koty szły w niezręcznej ciszy. Więźniarka maszerowała przed siebie dumnie, postanawiając przerwać milczenie:
— Pamiętam, że poprzednie śniegi były puszyste, nie to, co ten teraz. Założę się, że nawet tym nie można rzucać.
Mimowolnie spojrzał na śnieg, po którym szli. Nie myślał o nim pod tym względem, to też nie zwrócił w ogóle uwagi na ten drobny szczegół. Przycisnął łapą, robiąc głębszą dziurę jakby żeby sprawdzić, czy kotka ma rację.
— Masz rację, Chomik — przyznał. — Ten jest taki papkowaty. Może dlatego, że jest wilgotno? Szczerze mówiąc, z każdym kolejnym księżycem coraz to inaczej odczuwam temperaturę i mogę przysiąc, że nigdy nie było mi tak chłodno, jak tej Pory Nagich Drzew.
— Przynajmniej łatwo go posprzątać, gdy jest go mniej w obozie.
Barszcz kiwnął głową.
Dotarli niedługo później do miejsca docelowego, nieopodal obozu. Tunele były zasypane, a ze śniegu powoli chciało robić się błoto. Wojownik usiadł z boku i zaczął czyścić futro w czasie, gdy Chomik przymierzała się do roboty.
Po dłuższej chwili ciszy i przyglądania się pracy kotki, Barszcz wciągnął powietrze, zbierając w sobie odwagę, by zapytać:
— Chomik… dlaczego to zrobiłaś?
Kotka popatrzyła na niego, było widać po niej, że na pewno nie będzie jej się łatwo o tym mówiło.
— Chciałam tylko naprawić rodzinne problemy, byłam pewna, że jeśli pomogę Norniczemu Śladowi ją zabić, to naprawi to większość problemów. Wiem, nie była święta, ale patrząc na Przeplatkowy Wianek, nie sądzę, żeby była niewinnym kotem. Zwłaszcza że i tak przewidziała nasz plan więc przyszła z moim rodzeństwem, Zawilcem i z Rumiankiem. Świerszczowy Skok rzucił się na Norniczy Ślad, jak ona próbowała zabić Przeplatkowy Wianek, a następnie ją utopił w tej rzece. Przeplatka tylko się uśmiechała z satysfakcją przed tym, jak Nornica rzuciła się na nią z pazurami, jakby planowała coś wcześniej — odparła ciężko. — Nie pochwalam raczej siebie za to, że wciągnęłam się w pomysł mojej drugiej matki, i tak nic tym końcowo nie zmieniłam.
Barszcz aż zaniemówił. Nie wiedział, że było to takie zawiłe oraz że rodzina Chomik miała takie problemy. Ostatnio czuł się odseparowany od klanu, jakby nie nadążał za tym, co się działo – i mogło tak być – w końcu nie był już pierwszej młodości.
Westchnął cicho, podchodząc do niej bliżej. Martwił się teraz jeszcze bardziej, ale po usłyszeniu jej wersji wydarzeń, złagodniał. Wiedział przecież, że jego ukochana uczennica była dobrym kotem.
— Co teraz zamierzasz? — zapytał cicho. — Mogę cię wesprzeć w jakiś sposób?
Więźniarka pomyślała przez chwilę.
— Jedyne co mogę zrobić to wykonywać swoje obowiązki, żeby zrzucić z siebie złe miano. To będzie długotrwały proces, chyba że przyjdzie jakiś moment, w którym będę mogła się poświęcić i minie mi to prędzej. Jednak wątpię w tę drugą opcję.
Kotka spojrzała przed siebie, wypatrując tuneli.
— Myślę że po prostu możesz mnie wesprzeć swoją obecnością. Od kiedy moja mama nie żyje, to czuję, że na razie nikt mi nie został, nawet nie widziałam, żeby mój partner mnie odwiedził.
Zmartwił go ten cały partner Chomik... Mogli mieć różne zdania, jednak nie upoważnia go to do niewspierania swojej drugiej połówki.
Barszcz westchnął. Oby nie rozwinęła się z tego drama na cały klan, oby nie było żadnej zdrady z jego strony czy coś. W końcu Chomik to taka dobra kotka i zasługuje na takiego samego dobrego partnera.
— Znajdę go i mu powyrywam wąsy za to, jak cię traktuje! — oznajmił bojowo. — I będę przy tobie tak długo, jak będę w stanie. Wierzę, że dostrzegasz swoje błędy i nigdy więcej ich nie popełnisz, tak samo również z wyciągnięciem odpowiednich wniosków.
Uśmiechnął się do niej cieplutko.
Jego była uczennica odwzajemniła jego uśmiech.
— Dziękuję, że mnie wspierasz w mojej poprawie, ale proszę, nie wyrwij Rudej Lisówce wszystkich wąsów — zaśmiała się lekko, promieniejąc. — Może jak go złapię, to porozmawiam z nim.
Barszcz pokiwał głową z uznaniem. Nie zmieniło to jednak jego podejścia do kocura. Nigdy nie poznał go jakoś bardziej, lepiej. Skoro Chomik się w nim zakochała, to chyba mógł być w porządku, ale kto to tam wie tę dzisiejszą młodzież...
Barszcz minął kotkę, sprawdził postęp jej pracy i uśmiechnął się.
— Zostawię mu ze dwa czy trzy, niech zna moją dobroć — zaśmiał się pod nosem. — Widzę, że tu już skończone, może chodźmy do następnego, a potem przejdziemy nimi i zrobimy kontrolę, co myślisz?
— Myślę, że to dobry pomysł. Im więcej tuneli wyczyszczę tym lepiej, w końcu ciężka praca na rzecz klanu zawsze popłaca — powiedziała optymistycznie więźniarka.
Barszcz pokiwał uradowany głową. Ruszyli dalej, do następnego tunelu. Barszcz musiał nieco się rozciągnąć, bo coś go stawy zaczynały boleć...
— Ciężka praca uszlachetnia — oznajmił hardo. — Zwłaszcza na rzecz klanu.
— Masz rację, chyba myślimy tak samo — powiedziała srebrzysta szylkretka, po czym weszła do tunelu, by zrobić inspekcję.
Barszcz obserwował ją, jak zaczęła sprawnie pracować. Poprawiała ściany, łatała ubytki, wyciągała jakieś zawieruszone śmieci z przejścia, żeby nikt się nie przewrócił. Pomarańczowooki westchnął łagodnie, ciesząc się chwilą wspólnego milczenia.

<Chomik? :3>