Otworzył żółte oczka, odziedziczone po swojej mamie. Ziewnął szeroko, kompletnie wybudzony z przyjemnego snu i marzeń. Lubił spać, zdawało mu się wtedy, że może zrobić wszystko. Czasami trudno mu było rozróżnić, czy dane wydarzenie działo się naprawdę, czy jedynie w jego snach. Kraina snów, będących jeszcze celami niebieskiego, stała na wyciągnięcie łapki jedynie dla niego. Z nikim nie zamierzał dzielić się fantazjami, do których cudownie odpływał, ciesząc się najmniejszą chwilą.
Pisnął z zaskoczeniem, poczuwszy język na swoim futerku. Szałwiowa Chmura otuliła go ogonem. Zdecydowanie ten gest go uspokoił. Pozwolił wylizać swoje futerko, kryjąc swoje niezadowolenie. Całą uwagę skupił na listku. Wpadł do żłobka nieoczekiwanie, przyniesiony wraz z jesiennym wiatrem. Zamruczał zadowolony, wyrywając się, żeby go złapać. Stanął na tylnych łapkach, próbując w ten sposób go dosięgnąć. Skończyło się wywróceniem. Na szczęście jego zdobycz spadła w tym samym momencie na podłożę w żłobku. Zadowolony skoczył na niego, przygniatając miękkimi, puszystymi łapkami. Ten liść był jego i koniec.
Króliczek miał wielkie szczęście, że urodził się jedynakiem. Lubił to, że rodzice przelewali całą miłość na niego i nie musiał się tym z nikim dzielić. Bycie ich oczkiem w głowie, którym nie mogli się nacieszyć i chcieli jak najlepiej dla synka, bardzo mu się podobało i kociak też czuł, że nie zamieniłby swoich rodziców na nikogo innego. Ich się nie bał. Zawsze jak tatuś przychodził odwiedzić jego i mamę, witał go wesoło i odważnie, natomiast usypiany nocami i karmiony przez Szałwię, czuł się zawsze cudownie.
Nagłą uwagę kociaka przykuł ruch, przy wejściu do żłobka. Otworzył szerzej ślepka, a serce niebezpiecznie mu przyspieszyło ze strachu. Zostawił listek, żeby szybko schować się za Szałwiową Chmurą. Wielka mamusia go obroni. Mruczenie kocicy trochę go uspokoiło, ale i tak nie odważył się na ten moment wyjrzeć.
— Witajcie
Głos mamy brzmiał przyjaźnie. Ostrożnie wyjrzał zza jej grzbietu. Trójka kotów weszła do kociarni, naruszając jego bezpieczną strefę. Byli intruzami. Jedno z nich, szylkretowa kotka, podeszła za blisko. Spojrzał na nią tylko na kilka uderzeń serca, zanim odwrócił wzrok.
— Króliczku, przywitaj się
— Jaki on malutki! — rozległ się nowy głos, nie należący jednak do szylkretki.
Nieśmiało zaszurał łapkami po ziemi, chowając się teraz w gęstym futerku mamy. Niech już sobie pójdą.
— D-d-dzień doby. — miauknął na powitanie. — K-kim j-j-jesteście?
Wiele kotów odwiedzało żłobek, chcąc go poznać. Zawsze wtedy szeptali miłe słówka i się nim zachwycali. Może tym razem będzie ponownie, a potem znikną za tym dziwnym, świetlistym przejściem.
<Rzeczna Łapo?>
Słodziak
OdpowiedzUsuń