BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u samotników!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 1 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

18 lutego 2026

Od Ostowej Łapy

Tej nocy kocur przekręcał się z boku na bok, lecz mimo zmęczenia sen nie chciał przyjść. Na zewnątrz robiło się coraz ciemniej i chłodniej, wiatr szumiał cicho między gałęziami, a zielonooki nawet na uderzenie serca nie zmrużył oka. Wiedział, że rankiem będzie tego żałować, ale w pewnym momencie zaniechał prób zaśnięcia i zaczął rozmyślać. Jak zwykle.
Jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie… no właśnie, gdyby nie co? Gdyby nie to wszystko. Zazwyczaj wybierał jedną chwilę ze swojej przeszłości, zastanawiając się, co by było, gdyby akurat ta konkretna sytuacja nigdy się nie wydarzyła. Tym razem skupił się na swoim mianowaniu na ucznia.
Czy gdyby Wiciokrzewowi nie zależało tak bardzo, by mieć go na oku, potoczyłoby się to inaczej? Czy miałby wtedy w sobie dość siły, by odegrać się na Ziemniaku? Jako uzdrowiciel był słaby fizycznie. Nie miał żadnych szans w walce z czekoladowym kocurem. Ale gdyby został wojownikiem… Wtedy mógłby prężyć muskuły i pokazać swojemu wrogowi numer jeden, że nie powinien z nim zadzierać.
Wtem usłyszał cichy stukot łap gdzieś poza uczniowskim legowiskiem. Na moment wstrzymał oddech. Kto wybrał się na przechadzkę po azylu w środku nocy? Czy to ktoś, kto, tak jak on, nie potrafił zasnąć? Byłoby niefortunnie, gdyby zauważył, że Osetek nie śpi. Mógłby go okrzyczeć. Stwierdzić, że rankiem nie będzie miał siły na trening. I miałby rację. Po nieprzespanych nocach czarnofutry przez cały dzień chodził rozdrażniony i ledwo kontaktował, co z pewnością zirytowałoby jego mentora. Dlatego natychmiast wcisnął nos głębiej w posłanie, przymknął powieki i spróbował wyrównać oddech. Zaraz naprawdę uda mu się zasnąć. Myślał o swoim życiu wystarczająco długo, by mózg się zmęczył.
Osetek powoli wypuścił powietrze z płuc.
Podejrzane kroki w końcu ucichły, co odrobinę go uspokoiło. Przynajmniej miał pewność, że nie był to żaden krwiożerczy lis, który przyszedł ich zgładzić.

* * *

Dzień później

Od rana Ostowa Łapa nie mógł nawet normalnie funkcjonować, obawiając się tego, że czyha na niego śmierć. Każdy głośniejszy szmer był dla niego jak zapowiedź ataku, a każde uniesienie głosu zwiastowało problem. Ktoś zdecydowanie z nimi pogrywał – a on miał wrażenie, że dobrze wie kto.
Atmosfera w obozie była na tyle gęsta, że miało się wrażenie, jakby można było przeciąć ją pazurem. Koty wręcz chodziły na palcach, a ponadto szeptały między sobą i obrzucały się podejrzliwymi spojrzeniami. Jednak oceniający wzrok Ostowej Łapy znacznie częściej lądował na niebieskiej szylkretce, która już pierwszego dnia bezpodstawnie go zaatakowała. Tylko ona wydawała się na tyle szurnięta, by zrobić coś takiego jak rozrzucenie narządów obcego kota po obozie.
Oby Jarzębinowy Żar i Mglisty Sen szybko odkryli sprawcę, który tak właściwie był już oczywisty… I oby zadecydowali o jakiejś rozsądnej karze za to wszystko. Według Osetka Rysi Trop mogłaby nawet umrzeć... ale przecież nie po to czarnofutry mentor opowiadał mu o Klanie Gwiazdy i czynieniu dobra, by on wyrastał na tak… brutalnego kota. Choć w słuszność tych ich Gwiezdnych Przodków nigdy nie uwierzy. Zresztą niemal tak samo, jak nie uwierzył we Wszechmatkę – choć do niej było mu mimo wszystko bliżej. Chyba można było powiedzieć, że wyrastał na ateistę. Czy to dobrze? Bo przez to czuł się tu poniekąd jak wróg. Jak zdrajca. W końcu ta grupka składała się z kotów, które tyle oddały, by tu być. Które Klan Gwiazdy traktowały jak drogowskaz i największą wyrocznię. Dawniej może i wierzył w słowa przywódcy Klanu Wilka wypowiedziane na zgromadzeniu, ale po kilku księżycach spędzonych wśród Świetlików przekonał się, że oni wcale nie są źli. Byli tylko skrzywdzeni. Oszukani. No, może prócz Rysiego Tropu. W niej bez wątpienia tkwił promyk nienawiści wyniesionej z Klanu Wilka. Zresztą nawet jej brat przyznał, że to kult ją zmienił.
“Rysi Trop jest moją siostrą z tego samego miotu — przerwał na moment. — Wiesz, ona ma taki ostry charakter, choć przez kult niestety stała się agresywniejsza... Nie zawsze taka była...”
Gdy raz wpoiło się komuś coś do głowy, stawało się to chwastem niezwykle trudnym do wyplenienia. Ostowa Łapa wiedział o tym aż za dobrze. Nieważne, jak długo próbował przekonywać Ziemniaka, że nie jest zagrożeniem – tamten i tak robił swoje. Aż w końcu spróbował go zabić. Jeśli na za dużo się takim pozwala, szybko zaczynają przesadzać. Właśnie dlatego wizja tego, że Rysi Trop nie dostanie należytej kary, stresowała go dziesięć razy bardziej. Jeśli ma jej pilnować własny brat, który i tak widzi w niej niewiniątko, to równie dobrze nikt jej może nie pilnować. A wtedy znowu ktoś może zginąć. Tak jak ten kot, czy inne stworzenie, którego narządy zostały porozrzucane po obozie.
Wtem podszedł do niego Mglisty Sen. Uczeń w pierwszej chwili pomyślał, że wojownik zabierze go na trening, jednak ku jego zdziwieniu padło pytanie:
— Co robiłeś w nocy? Widziałeś coś podejrzanego? — mruknął poważnie.
Zielonooki chyba po raz pierwszy widział go aż tak spiętego. Ale jak mógł mu się dziwić? I tak mieli ciężko w życiu. Takie przeciwności losu dobijały bardziej, niż gdyby wiedli ustatkowane, spokojne życie.
— W nocy nie umiałem zasnąć… Wydawało mi się, że ktoś krąży po obozie, ale nie dostrzegłem konkretów. Uważam, że sprawcą tego… musi być ktoś z nas.
Chciał wręcz krzyknąć, że to wszystko sprawka Rysiego Tropu. Wymienić ją z imienia. Wbić w nią spojrzenie i patrzeć, jak wszyscy prychają na nią z pogardą. Ale powstrzymał się. Zostawi tę robotę specjalistom, czyli Snowi i Jarzębinie. Pewnie sami dojdą do tego, kto dokonał się tak podłego czynu. Nawet kociak by dał radę.
— Trening jest dziś odwołany, ale gdy tylko to wszystko się wyjaśni, nie będzie litości — oznajmił jeszcze Mglisty Sen, półżartem, półserio.
Ostowa Łapa uśmiechnął się niezręcznie i poczekał, aż wojownik pójdzie odpytywać inne koty.
Wtedy podszedł do niego Miodowa Kora. Wyglądał, jakby chciał się do czegoś przydać – jakby poczucie winy za całą tę sytuację mu tak kazało. Zielonooki wzdrygnął się na jego widok; nie spodziewał się tak nagłego najścia.
— Hej, Osetku. Nauczyć się, jak wspinać się na drzewa? — zapytał spokojnie.
Uczeń zamrugał kilka razy zdumiony. Liliowy już wcześniej próbował poduczyć go w polowaniu, ale mimo wszystko czarnofutry nie spodziewał się takiej propozycji właśnie teraz.
— Właściwie to… czemu nie — stwierdził po chwili.
Bardzo chciał już zostać mianowany. A z pomocą Miodowej Kory ten proces mógł się tylko przyspieszyć. Machnął ogonem i ruszył w stronę wyjścia z obozu, licząc na to, że wojownik podąży za nim.
Na szczęście nastała już Pora Nowych Liści. Dawała kotom nadzieję na lepsze jutro. Niedawno było jeszcze deszczowo, szaro i ponuro, lecz przez gęste chmury z każdym dniem przebijało się coraz więcej słońca. Zwierzyna wychodziła ze swoich norek, rośliny zaczęły zakwitać, by wkrótce stać się zdatne do użycia przez medyków.
Ostowa Łapa czasem łapał się na tym, że widząc znajome zioło, nazywał je w myślach i określał jego przydatność. Wciąż nosił też w futrze pajęczyny, jakby w każdej chwili mógł potrzebować ich, by przymocować nimi papkę do czyjejś skóry. Wiedział, że teraz jego ścieżka jest inna. Że nie będzie medykiem. Ale niektóre nawyki u niego pozostały.

* * *

Kroczył teraz przez las, wiedząc, że już za moment będzie musiał upokarzać się przed Miodową Korą, próbując wspiąć się na pień drzewa. “Gdybym został w Owocowym Lesie, nigdy nie potrzebowałbym tej umiejętności” – pomyślał. Mimo że większość legowisk znajdowała się wśród koron drzew, akurat by wejść do lecznicy, nie trzeba było umieć się wspinać. Ostowa Łapa wiedział jednak, że Wiciokrzew miał tę zdolność. Nie dziwiło go to, zważywszy na to, że liliowy nieraz przyznawał, iż zanim został uzdrowicielem, szkolił się na wojownika. To był właśnie powód, dlaczego Rokitnik tak bardzo go nie cierpiał. I pewnie też jeden z powodów, dla których Ziemniak ich prześladował. Oby tylko oba te koty spotkała zasłużona kara. Jeśli nie za życia, to po śmierci. Niech Wszechmatka zamieni ich w jakieś śmierdzące, padlinożerne ptaki. O ile istnieje.
W końcu liliowy wojownik zrównał się z nim krokiem.
— Możemy się już zatrzymać. Te drzewa tutaj wydają się całkiem grube i silne, na takich najłatwiej się uczyć — oznajmił z pełną powagą. Osetek nie znał się na tym ani trochę, ale sam przecież nie wiedział lepiej, więc musiał zaufać słowom Miodowej Kory. — Podejdź do tamtego — mruknął, wskazując pazurem na wysoki, potężny dąb. Śmieszne, że akurat w Świetlikach przebywał kot o imieniu Porywisty Dąb.
Ostowa Łapa posłusznie ruszył w stronę drzewa, choć łapy zaczynały mu lekko drżeć. Czuł, że gdy tylko przyjdzie moment wspinaczki, spali się ze wstydu. Przynajmniej nie było tu Sennej Łapy, bo gdyby była… o rety! Pewnie w ogóle nie potrafiłby się skupić. Dawno jej nie widział, bo dawno nie wędrował nad granicę z Klanem Nocy. Ostatnimi czasy był strasznie zajęty. Same treningi i treningi, ale może to i dobrze. Przynajmniej jeśli następnym razem zaatakuje go Rysi Trop, będzie mógł się bronić. Tak jej skopie tyłek, że już nigdy nie odważy się podnieść łapy na innego kota!
— Co teraz? — rzucił w końcu.
Miodowa Kora strzepnął ogonem i zrobił kilka kroków w przód.
— Oprzyj przednie łapy na pniu — polecił, a w jego głosie słychać było skupienie. Może naprawdę próbował się odkupić po tym, jak nie dopilnował niebieskiej szylkretki. W końcu było wiadome, że to ona była główną podejrzaną. Nikt nie mówił tego wprost, ale każdy dobrze wiedział, kto zawinił.
Ostowa Łapa wykonał polecenie liliowego. Na razie pierwszy krok był wręcz banalny, choć nawet nie oderwał się od ziemi. Jeszcze sporo było przed nim, nim w ogóle się wespnie, a zanim uda mu się opanować tę sztukę porządnie, minie jeszcze więcej czasu. Miał jednak motywację. Jeśli uda mu się mianować przed Senną Łapą, będzie miał czym się pochwalić. Naprawdę nie mógł doczekać się kolejnego spotkania z kotką, choć wiedział, że z każdym kolejnym rosło ryzyko, że ktoś ich nakryje. Co, jeśli przez niego Nocniacy odkryją, że Świetliki zagnieździły się na terenach tuż obok? Wtedy nie potrafiłby spojrzeć w oczy Jarzębinowemu Żarowi i Mglistemu Snowi. Te koty poświęciły tyle czasu, by czuł się wśród Świetlików jak w domu. Nie mógłby ich tak zawieść. Poza tym musiałby znowu szukać miejsca, w którym mógłby się osiedlić. Jako samotnik mu nie wyszło, w Owocowym Lesie też nie. Miał wrażenie, że wszędzie, gdzie się pojawiał, przynosił pecha. Może mimo wszystko Rysi Trop słusznie zrobiła, atakując go…
Nie! Wcale nie. Nic nie upoważniało jej do tego, by bezpodstawnie się na niego rzucać. Skoro chciała przebywać z kotami żyjącymi zgodnie z wolą Klanu Gwiazdy, nie powinna używać przemocy wobec innych. To wszystko dało się załatwić inaczej. Wojowniczka była po prostu chora na głowę i nie dało się tego podważyć. Tym bardziej po tym, co zrobiła tego ranka. To, czego się dopuściła, było wręcz nie do pomyślenia. Nawet Ziemniak nie byłby zdolny do czegoś takiego, choć nieraz posuwał się do radykalnych działań, by uprzykrzyć życie Osetkowi.
— Wbij pazury w korę i spróbuj podciągnąć się w górę. Nie musi być idealnie, nie musisz od razu być niczym wiewiórka. Wystarczy, że choć na moment uda ci się oderwać wszystkie cztery łapy od podłoża — tłumaczył Miodowa Kora, wyraźnie przejęty treningiem młodziaka.
“Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić” – pomyślał Osetek. Ostatecznie jednak przełamał się i udało mu się wspiąć na wysokość lisiego ogona. Po części zrobił to instynktownie. Koty zazwyczaj nie miały większych problemów ze wspinaczką na drzewa – była to bardzo przydatna umiejętność, jakby zapisana w ich genach. I o ile samo wejście w górę okazało się zaskakująco łatwe, to zejście wydawało się znacznie trudniejsze. Z takiej wysokości mógł jeszcze odbić się i spaść na cztery łapy, ale im wyżej będzie, tym gorzej.
— Dobrze ci poszło. Jeśli się nie boisz, możesz spróbować wspiąć się jeszcze wyżej — polecił liliowy.
Żaden problem. Ostowa Łapa raczej nie miał lęku wysokości. Zgrabnymi ruchami zaczął sunąć po szorstkiej korze, czując się jak prawdziwy mistrz. Może naprawdę został do tego stworzony. Wspinaczka nie sprawiała mu większego problemu. Znacznie trudniejsze było polowanie i walka. Może i sam nie wyżywiłby klanu, ale przynajmniej gdyby kiedyś znów zaczęła gonić go rozwścieczona Rysi Trop, mógłby się z nią ścigać po drzewach.
— Miodowa Koro, a nauczysz mnie poruszania się wśród koron? — zawołał z góry.
W odpowiedzi zapadło kilka sekund ciszy, które przerwały dopiero słowa:
— Wiesz co… to już robota dla twojego mentora!
Ostowa Łapa zachichotał.
— Po prostu się przyznaj, że nie potrafisz! — rzucił żartobliwie.
Wtem nagle osunęła mu się łapa i niemal spadł z drzewa, choć w ostatniej chwili udało mu się złapać równowagę. Odłamek kory runął z hukiem na ziemię, a Osetek ledwo powstrzymał pisk.
— Jak stąd zejść? Powiedz mi, szybko! Chcę zejść! — wyrzucił z siebie zielonooki, nagle całkiem zniechęcony do dalszej wspinaczki.
— Musisz ostrożnie opuścić jedną tylną łapę niżej, potem przeciwną przednią też obniżyć! I tak na przemian, aż poczujesz grunt pod sobą! — krzyknął żółtooki, starając się panować nad głosem, by jeszcze bardziej go nie zestresować.
“Co za wstyd…” – pomyślał czarnofutry. Jeszcze przed chwilą szło mu tak dobrze, a teraz znowu stchórzył. Dlaczego zawsze musiał być taką boi-myszką? Gdyby potrafił walczyć o swoje, przeć naprzód i się nie poddawać, tyle rzeczy w jego życiu potoczyłoby się inaczej. Lepiej.
Zejście okazało się trudniejsze, niż przypuszczał. W pewnym momencie jego łapy odmówiły posłuszeństwa. Stracił przyczepność i w mgnieniu oka runął na ziemię, wpadając przy tym na liliowego wojownika, który wydał z siebie przeciągłe syknięcie. Po ciele młodego ucznia rozszedł się promieniujący ból.
— Tak strasznie przepraszam! — odezwał się, gdy uzyskał już świadomość po tym, jak chwilowo go przyćmiło. — Nie taki był mój plan, ja-
Żółtooki uciszył go machnięciem łapy.
— Żyjesz? Żyjesz. Ja też żyję, więc nie masz za co przepraszać. Każdemu zdarzają się błędy…

* * *

Po treningu Ostowa Łapa na moment rozdzielił się z liliowym, by przejść się nad granicę z Owocowym Lasem. Gdyby tylko udało mu się spotkać na niej Wiciokrzewa, wszystko by mu wyjaśnił… Powiedziałby mu, że to Ziemniak jest odpowiedzialny za jego zniknięcie. Że nie odszedł umyślnie, tylko został do tego zmuszony. Nie wiedział jednak, czy byłby w stanie wrócić do Owocniaków… Świetliki z całą pewnością byłyby nim zawiedzione. Rysi Trop miałaby rację. Pomyśleliby, że jest zdradziecki, że wykorzystał ich, by przeżyć, a potem odejść, gdy sytuacja mu na to pozwoli. Z drugiej strony Wiciokrzew powinien wiedzieć o tym, co stało się z jego przybranym synem i uczniem. Powinien wiedzieć, że jest bezpieczny. W dodatku Owocowy Las także przyjął go, gdy uciekł od rodziców. Dał mu opiekuna, wyżywienie, ciepło. Wszystkim im był dłużny. Ciągle wykorzystywał dobroć innych kotów, bo sam, gdy był mały, okazał się tchórzem. Gdyby nie uciekł, wciąż żyłby z rodziną… Dorastałby wśród nich, uczyłby się rzeczy od ojca. A tak? Latał od jednej przynależności do drugiej, próbując gdzieś znaleźć swoje miejsce.
Wtedy też zdał sobie sprawę z tego, że jednak nie był gotowy na konfrontację z kimkolwiek ze swoich dawnych pobratymców. Jednak było już za późno. Stał właśnie na brzegu chropowatej powierzchni Drogi Grzmotu, wpatrując się w szylkretową kotkę po drugiej stronie. Wiatr szarpał jego futrem i świszczał mu w uszach, jednak wciąż nie był w stanie zagłuszyć dudnienia jego serca.
— O-Osetek…? — usłyszał głos.
Znał tę kotkę. Nazywała się Gąska, była stróżem. Nie był z nią może zbyt blisko, ale wydawała się całkiem fajna. Była trochę nieśmiała, nie zawsze rozmowna, ale sprawiała wrażenie łagodnej, pomocnej duszyczki. Może gdyby nie musiał uciekać, zostaliby znajomymi? Była całkiem podobna do Sennej Łapy, a gdy jeszcze żyli w jednym azylu, zdawała się czasem zawieszać wzrok na Osetku o uderzenie serca dłużej niż inne koty. Czarnofutry westchnął, czując, jak jego przełyk zawiązuje się w supeł.
— Tak… — wydukał w końcu, kładąc po sobie uszy. Świetnie! To nie tak miało wyglądać! Gąska pewnie będzie próbowała go zmusić do powrotu do Owocowego Lasu, a gdy powie jej, że nie może jeszcze wrócić, to wygada wszystkim w obozie! Nieźle się wkopał…
— Wszyscy myśleliśmy, że nie żyjesz! Co ty tu robisz? Ktoś cię porwał? — krzyczała drżącym głosem. W pewnym momencie zrobiła krok do przodu, lecz wtedy Droga Grzmotu zadrżała i kilka uderzeń serca później z hukiem przebiegł po niej potwór Dwunożnych.
— Nikt mnie nie porwał! — odparł zielonooki, gdy warkot potwora ucichł.
— W takim razie wracaj do nas! Wiciokrzew za tobą tęskni! Nie jest sobą, odkąd zniknąłeś! — tłumaczyła, niemal błagalnie.
Każde kolejne słowo kotki kruszyło serce Osetka na mniejsze kawałeczki, ale mimo to wciąż pozostawał przy swoim. Przez sekundę wyobraził sobie nawet, jak przekracza drogę, wraca do znajomych zapachów, do swojego ciepłego, miękkiego posłania w szczelnej lecznicy, do stęsknionego Wiciokrzewa... Jak wszystko nagle wraca do normy. Ale rzeczywistość była inna.
— Czekaj, czekaj! Jeszcze nie mogę wrócić… Póki w Owocowym Lesie znajduje się Ziemniak, nie jestem tam mile widziany… — próbował ją uspokoić, choć sam czuł, że jego głos drży.
Gąska wpatrywała się w niego zdumiona, jakby wahała się, czy powinna wciąż z nim rozmawiać, czy samodzielnie zaciągnąć go za uszy do azylu. W jej oczach połyskiwała ulga, lecz także niecierpliwość i zdziwienie.
Uczeń zdecydował się przekroczyć drogę dopiero wtedy, gdy upewnił się, że z żadnej strony nie nadbiega potwór Dwunożnych. Serce waliło mu jak oszalałe, kiedy stawiał łapy na twardej, szorstkiej nawierzchni. Zakręcił się obok stróżki, wpatrując się w jej ślepia z bólem, jakby próbował udowodnić jej, jak ciężką decyzję podejmuje i jak wiele go ona kosztuje. A mimo wszystko uważa ją za słuszną.
— Proszę, nie mów nikomu o tym, że mnie spotkałaś… Nawet Wiciokrzewowi. Zrozum, to wszystko nie jest takie proste! Nie mogę po prostu wrócić do Owocowego Lasu, ale obiecuję, że jeszcze to wszystko jakoś odkręcę! Musisz tylko dać mi czasu, proszę… — błagał ją żałośnie.
To, co robił, nie było w porządku wobec Wiciokrzewa. Wiedział o tym aż za dobrze. Ale żaden z nich nie potrzebował teraz dodatkowych problemów na głowie. Lepiej będzie, jeśli na razie Owocniaki wciąż będą uważać Osetka za zaginionego. To da mu trochę czasu na zastanowienie się, jak nie skrzywdzić ani Wiciokrzewa, ani Świetlików.
— Nie rozumiem… — wymamrotała pod nosem Gąska. — Uciekłeś z własnej woli? Co ma do tego Ziemniak? — pytała cicho, wlepiając wzrok we własne łapy, jakby bała się odpowiedzi.
— Nie… nie mogę ci teraz wszystkiego wytłumaczyć. Musisz mi zaufać, że jeszcze wam to wyjaśnię — powtarzał dalej, licząc tylko na to, że szylkretka go posłucha. To od niej zależało, czy przez następne księżyce Osetek będzie mógł spać spokojnie. — Jeśli powiesz o tym innym, tylko pogorszysz sytuację. Wywołasz niepotrzebną awanturę i spięcia! Nie chcesz tego, prawda?
Naprawdę czuł się teraz jak podły manipulator. Wykorzystywał jej dobre serce, jej niepewność. Ale co innego miał zrobić? Próbował ratować swój własny tyłek, jak i Świetliki. Jeszcze przed chwilą jeden z wojowników przekazywał mu swoją wiedzę, ufał mu, traktował go jak przyszłość tej przynależności. A teraz miałby ich bez słowa porzucać?
— Nie chcę… — przyznała niepewnie Gąska, wykrzywiając pyszczek w grymasie. Jej ogon drgnął nerwowo. — Mam nadzieję, że mogę ci zaufać… — odparła w końcu, unosząc wzrok na Osetka. — Nie zawiedź mnie.
Zielonooki skinął łebkiem, choć mięśnie wciąż miał nieprzyjemnie spięte.
— Nie zawiodę. Nie jestem taki — mruknął tylko, bardziej do siebie niż do niej.
Odwrócił się od stróżki i czym prędzej czmychnął w stronę terenów Świetlików. Dopiero gdy znalazł się z dala od Gąski, pozwolił sobie na głębszy oddech. Futro wciąż miał nastroszone, a jego łapy delikatnie dygotały. Gdzieś w tych okolicach włóczył się teraz Miodowa Kora, czekając na to, aż uczeń do niego powróci.
Gdy ponownie się spotkali, liliowemu wyraźnie kamień spadł z serca. Jego spojrzenie szybko omiotło sylwetkę młodszego.
— Spotkałeś kogoś? — zapytał, pociągając nosem. Czy wyczuł subtelną woń Owocowego Lasu na futrze ucznia?
Osetek na moment zamarł, lecz już po chwili zmusił się do mruknięcia:
— Nie. Na całe szczęście, bo musiałbym im tłumaczyć, że jestem tu sam! — rzucił, siląc się na lekki ton i subtelny uśmiech. Wyjątkowo łatwo mu się kłamało, co przeraziło go nawet bardziej, niż ta rozmowa z Gąską.
Miodowa Kora skinął głową, najwyraźniej usatysfakcjonowany odpowiedzią, po czym bez słowa ruszył wraz z młodszym do azylu.
Osetek szedł tuż obok niego, czując, jak w jego głowie narastają wątpliwości. Ciekawe, czy w sprawie tych porozrzucanych organów już coś ruszyło.

* * *

Od razu po powrocie jego uwagę przykuł fakt, że Jarzębinowy Żar wraz z Mglistym Snem stali na podwyższeniu, omiatając wzrokiem zebrane wokół koty. Ostowa Łapa pospiesznym krokiem ustawił się obok reszty zgromadzonych i nastawił uszy, ciekaw tego, co mają im do przekazania.
Im dłużej jednak słuchał, tym większe ogarniało go przerażenie. Rysi Trop naprawdę była morderczynią i zdrajczynią. Teraz nie było już co do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Widział to od samego początku, przeczuwał to – a mimo wszystko oficjalne potwierdzenie nim wstrząsnęło. Jak mogła być tak bezczelna? Nie próbowała nawet kłamać, by się wybronić. Przyznała się do winy, do swoich zamiarów i intencji. Nikt nigdy nie powinien był jej ufać. Była nie lepsza niż te klanowe koty, które gotowe były zaatakować Świetliki, nawet nie próbując ich wcześniej wysłuchać. Była zagrożeniem.

[3350 słów – trening wojownika]

[Przyznano 67%]

17 lutego 2026

Od Słonecznego Fragmentu

Pora nagich drzew, po powrocie z poszukiwań

Zawodzące Echo, najwyraźniej zajęty innymi obowiązkami zastępcy, nie zdecydował się wezwać od razu do siebie Słonecznego Fragmentu w celu kontynuacji rozmowy z kuzynem. Zamiast tego pierwszym kotem, który zbliżył się do kremowego, gdy wkroczył do obozu, była Ognista Piękność. Pierwsza partnerka wuja, mimo swojego wieku, wciąż emanowała pewnością siebie i elegancją, jakby liczyła co najwyżej trzydzieści księżyców. Nawet pomimo tego, że w jej rudej sierści pojawiły się szarawe włoski, wciąż zadzierała nosa, łypiąc nieprzychylnym spojrzeniem na Sójkę oraz jej kocięta.
– Widzę, że nie znaleźliście ani jego partnerki, ani ich kociąt – miauknęła, wpatrując się w przewodnika, który ruchem głowy potwierdził to, co powiedziała. – Z przykrością muszę to powiedzieć, ale twój uczeń, jak i przyjaciel nie ma za grosz gustu. Mamy tyle urodziwych młodych kocic w klanie bez partnerów czy kociąt, z którymi mógłby się związać, a zamiast tego postanowił uganiać się za tą zapchloną samotniczką... I jeszcze w dodatku wciągnął cię w te całe poszukiwania. – Przez dłuższy czas wpatrywała się w Słoneczny Fragment, a właściwe jego kryzę, aż w końcu nachyliła się do kocura i przylizała kilka pasm sierści, na których zrobiły się sople. – A skoro mowa o urodziwych kocicach. Co sądzisz o Śnieżycowej Chmurze? – zagaiła, a jej pytanie sprawiło, że na jego dźwięk Słońce rozszerzył swoje źrenice.
– Wybacz, Ognista Piękności, ale jestem zmęczony... – westchnął, nie mogąc się doczekać, gdy będzie mógł położyć się w swoim legowisku. Nie chciał tracić czasu i resztek energii na rozmowę, która na dobrą sprawę nic by nie wniosła do jego życia.
Niebieskie oczy spoczęły na dymnym wojowniku, który skierował swoje kroki w kierunku Skruszonego Drzewa, najprawdopodobniej w celu poinformowania lidera o przebiegu poszukiwań Pacynki i młodych.
– Jesteś już w tym wieku, w którym powinieneś się ustatkować, Słoneczny Fragmencie – wtrąciła ruda kocica, ignorując to, co przed chwilą powiedział jej młodzik. – Z księżyca na księżyc jesteś starszy i nim się obejrzysz, będziesz w moim wieku. Partner, kochający partner, a przede wszystkim kocięta są potrzebne w życiu. Dzięki nim świat nabiera kolorów. – Podjęła, jednak widząc, że kocur nie skupiał na niej swojej uwagi, cicho chrząknęła. – Za niedługo zrezygnuję z pełnienia funkcji wojownika i zostanę starszą. A czas w starszyźnie w głównej mierze chciałabym poświęcić na rozpieszczaniu swoich wnucząt.
– W takim razie powinnaś o tym porozmawiać z Pożar... – mówiąc to, rozejrzał się dookoła, mając nadzieję, że uda mu się dostrzec kuzynkę, która mógłby podmienić za siebie w rozmowie z kocicą. To z nią powinna na ten temat rozmawiać, a nie z nim. – To ona byłaby w stanie dać ci to, czego pragniesz... Ja przecież nie jestem twoim synem, więc...
– Jesteś. Może nie urodziłam cię, ale poświęciłam wystarczająco czasu, zajmując się tobą po śmierci twojego ojca, a nawet wtedy, gdy jeszcze żył. Zajmowałam się tobą tak, jak zajmowałam się każdym z trójki moich kociąt. – Spojrzenie kocicy nieco się zmieniło. Niby wpatrywała się w Słoneczny Fragment, jednak wydawać by się mogło, że starała się w jego wyglądzie doszukać innego kota. Kota, który kroczył wśród Gwiezdnych. – Proszę cię, Słoneczny Fragmencie. Pożar jest już w tym wieku, w którym ciąża dla kotki mogłaby się skończyć wieloma komplikacjami, zarówno dla matki, jak i kociąt. W najgorszym wypadku śmiercią ich obu. Nie mogłabym tego zrobić swojej jedynej i ukochanej córce... Już raz ją straciłam. A myśl, że mogłabym kolejny raz... – Urwała. Przez chwilę milczała, jednak w końcu kontynuowała. – Śnieżycowa Chmura to dobra kotka. Uważam, że byłaby dobrą partnerką dla ciebie, jak i matką dla waszych kociąt. Rozważ moją sugestię, dobrze?
Słoneczny Fragment współczuł Ognistej Piękności. Być może w związku z tym zdecydowałby, aby faktycznie spełnić marzenie starszej o zostaniu babcią, jednak... na dobrą sprawę spełnił je już Porą Opadających Liści. O ile Pacynka go nie okłamała. Właściwe sama nie mogła mieć pewności, który z kocurów był ojcem kociąt, rozwijających się pod jej sercem. Dopiero po ich narodzinach, bazując na ich aparycji, można by przypisać Słońcu ojcostwo, jeśli którekolwiek z młodych byłoby w jakimś stopniu do niego podobne.
– Dobrze... – mruknął, zastanawiając się, czy związek z kotką z klanu byłby czymś dobrym. Może Ognista Piękność miała rację? Może dzięki obecności Śnieżycowej Chmury u jego boku, która, w przeciwieństwie do Wieleniego Szlaku czy Pacynki, nie miała raczej morderczych zapędów, mógłby w końcu być szczęśliwy i pojąć, jak wygląda zdrowe uczucie między dwójką kotów? Na dobrą sprawę mógł spróbować zbliżyć się do kocicy i spróbować ją po prostu poznać, aby się przekonać, czy starsza, ruda kocica miała nosa, gdy wytypowała ją jako dobrą partnerkę dla przewodnika.
Kocur przeprosił Ognistą Piękność, po czym wyminąwszy ją, zniknął w legowisku wojowników. Niemalże natychmiast zasnął, gdy tylko ułożył się na swym posłaniu.


Od Słonecznego Fragmentu

Kontynuacja poprzedniego oneshot'a, pora nagich drzew

Zawodzące Echo nie krył zmieszania na swym pysku, gdy Słoneczne Fragment nerwowo wymachiwał ogonem, stojąc przed obliczem zastępcy, jak i również lidera.
– C-chodzi o tę kotkę, o której przed chwilą rozmawiał z wami Burzowe Chmury – zaczął niepewnie, zastanawiając się, jak powinien to rozegrać. Jedno było pewne; miał zamiar poinformować ojca i syna na temat tożsamości Pacynki oraz jej powiązania z Wielenim Szlakiem. Miał zamiar opowiedzieć im o ich pierwszym spotkaniu i o tym, co na dobre ich połączyło – o kociętach.
– O... Pacynkę, tak? Chyba tak miała na imię – mruknął Zawodzące Echo, zerkając na swojego ojca, który nie był w żadnym stopniu zadowolony z wizyty kolejnego kota. Słoneczny Fragment przytaknął, nie decydując się wymówić w tym momencie imienia kocicy.
– Tak. – Położył po sobie uszy. – To właśnie ją spotkałem podczas patrolu, na którym byłem razem z Śnieżycową Chmurą i Ognistą Pięknością. Resztę przebiegu wydarzeń już znacie. – Strzepnął naderwanym uchem. – Śnieżycowa Chmura zgodnie z twoimi działaniami wobec samotników była sceptyczna do udzielenia jej azylu w naszym klanie, nawet pomimo tego, że poinformowała nas o swoim domniemanym stanie. Była święcie przekonana o tym, że bura samotniczka nas okłamuje, a ciąży używa tylko jako pretekstu, aby zostać przyjęta do klanu. Ja również. Nie wyglądała, aby faktycznie oczekiwała kociąt... przynajmniej na tamten moment. Wiem, że to medycy powinni ocenić czy mówi prawdę, czy kłamie, jednak wspólnie zdecydowaliśmy się nie zaprowadzić jej przed twoje oblicze, wuju... – zwrócił się do Króliczej Gwiazdy. – Jakby nie patrzeć, cała nasza trójka złamała podpunkt kodeksu wojownika mówiący o tym, żaden wojownik nie może opuścić kocięcia w bólu czy niebezpieczeństwie, nawet jeśli jest to kociak z innego klanu. Nawet jeśli to kocię czy kocięta nie narodziły się jeszcze... – westchnął, zastanawiając się, czy w związku z tym lider zdecyduje się ich ukarać, czy może pozostawi ukaranie ich Klanowi Gwiazdy. – Chociaż Śnieżycowa Chmura poinformowała Pacynkę na temat sytuacji w naszym klanie i zaproponowała udanie się do naszych sojuszników, Owocowego Lasu lub Klanu Klifu... M-możliwe, że to właśnie tam się udała, jednak również mogła oddalić się w całkowicie inne miejsce.
– Burzowe Chmury wspomniał, że wiedziałeś o ich relacji, jak i planie sprowadzenia Pacynki do Klanu Burzy – wtrącił Zawodzące Echo. – Dlaczego więc uznałeś, że was okłamuje na temat ciąży, skoro oboje planowali założenie rodziny? I dlaczego nie zdecydowałeś się poinformować nas wcześniej o potajemnych spotkaniach twojego ucznia?
– Widziałem. Nie raz sam byłem obecny podczas tych spotkań, jak i kilkukrotnie miałem okazję spotkać się sam na sam z Pacynką, by wiedzieć, że mogłaby chcieć nas okłamać. A co do mojego bycia biernym względem Burzowych Chmur... uznałem, że w tamtym momencie ta sytuacja nie wymaga informowania lidera czy zastępcy. Gdyby wszystko się dobrze potoczyło, najprawdopodobniej dołączyłaby do klanu, tak samo, jak uczyniła to Brzoza. Jednak zdążyłem ją na tyle poznać, aby widzieć, że Pacynka nie powinna zostać członkinią naszego klanu. Burzowe Chmury zna tylko jedną z jej twarzy, być może ja sam również jedynie kilka ich poznałem... Dlatego chciałem poprosić ciebie, Królicza Gwiazdo, o to, abyś udzielił tylko tym kociakom azylu w klanie, o ile uda nam się ich odnaleźć.
Jednak nie zdecydował się wyjawić powiązania Pacynki z Wielenim Szlakiem. Również nie zdecydował się poinformować kocurów na temat tego, że młode Pacynki wcale nie musiały być potomstwem Burzowych Chmur, a możliwe podobieństwo do przewodnika wcale nie było przypadkiem. Może, gdy zapewni bezpieczeństwo kociętom, wyjawi liderowi więcej szczegółów, dzięki którym kocur pojmie, dlaczego Pacynka nie powinna dołączyć do Klanu Burzy.
Królicza Gwiazda westchnął, zgadzając się na prośbę kremowego. Pyskiem dał znać, że może odejść. Nim przewodnik opuścił legowisko lidera, Zawodzące Echo pokonał dzielącą ich odległość, po czym cicho poinformował kuzyna o tym, że jeszcze wrócą do tej rozmowy na temat samotniczki.
Słoneczny Fragment doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

***

Kilka wschodów słońca spędził śpiąc pod gołym niebem. Razem z Burzowymi Chmurami opuścił tereny klanów, decydując się przeczesać tereny niczyje. Oba kocury udali się do nory, w której do niedawna pomieszkiwała bura kocica. Zamiast niej, natrafili na nowych mieszkańców, którzy mimo początkowych obaw kremowego, okazali się miłą, młodą rodzinką. Para niestety nie była w stanie udzielić informacji na temat wcześniejszej mieszkanki nory.
W końcu ponownie wrócili na tereny Klanu Burzy, jednak nie ma długo; większość dni spędzali w okolicach granic, zaczepiając koty z patrolu i próbując dowiedzieć się, czy do ich klanu nie dołączyła w ostatnim czasie ciężarna samotniczka.
– ...A jeśli nie dołączyła, to może chociaż widzieliście ją i wiecie, w którym kierunku odeszła...
Słoneczny Fragment był zmęczony wypytywaniem o Pacynkę, jednak lepsze było to niż pozwolenie Burzowym Chmurom wtargnąć do obozu poszczególnych klanów. Niebieski był zdeterminowany, aby odnaleźć swoją ukochaną i jego kocięta. Słoneczny Fragment czuł, jak żołądek wywraca mu fikołka ilekroć spoglądał na pysk wojownika. Próby odwiedzenia go od poszukiwań buraski, jak i również chęć wyjawienia mu, że na dobrą sprawę związał się z siostrą Wieleny, kończyły się fiaskiem. Nie dało mu się przemówić do rozsądku.
Kocur siedział niedaleko granicy z Klanem Klifu, oczekując powrotu Burzowych Chmur, któremu udało się zasięgnąć informacji od patrolu Klanu Nocy.
– I jak, masz coś? – spytał Burza, zbliżając się do kremowego.
– Kilka księżyców temu przez tereny Klanu Klifu przechodziła para burych kotów z zamiarem udania się do Betonowego Świata. Z opisu pasowały do wyglądu Pacynki, jednak płeć się nie zgadzała. – Pokręcił głową. – A ty?
– Wpadłem na dość dziwną nocniaczkę... Cudem udało mi się wyciągnąć od niej informację na temat tego, czy w ostatnim czasie na ich terenach pojawiła się bura samotniczka o białym pysku. Również ślepy trop, jednak przez chwilę wydawało mi się, że po opisie rozpoznała Pacynkę... Na kolejne pytania odpowiadała "nie wiem" i zamiast skupiać się na rozmowie, wpatrywała się w ziemię. Poczekajmy może na jakiegoś bardziej rozgarniętego kota, dobra?

***

Los Pacynki, jak i kociąt, pozostawał w dalszym ciągu nieznany. Burzowe Chmury, mimo szalejącej wichury, nie zdecydował się wejść do prowizorycznego legowiska. Siedział na granicy, wpatrując się w horyzont, z nadzieją na ponowne ujrzenie ukochanej. Wierzył w to, że kocica nie odeszła sama z siebie, nawet, jeśli patrol odmówił jej schronienia.
W tym samym czasie jego towarzysz spał w niewielkiej norze, która ledwo była w stanie pomieścić dwoje kocurów.
W śnie przed obliczem Słonecznego Fragmentu pojawił się rudy kot. Mimo ślepoty postaci, przewodnik był wręcz pewien, że mara przeszywa go spojrzeniem.
– Dałem ci szansę. Przygarnąłem cię, a ty wszystko zaprzepaściłeś. Zawiodłeś nie tylko mnie, ale również swoją matkę. Jej śmierć poszła na marne.
Bełkot ducha kalał uszy przewodnika. Przez sen docisnął łapy do uszu, chcąc zagłuszyć słowa Nagietkowego Wschodu, jednak bezskutecznie. Rudy kpił z kremusa, porównując go do swojego brata, jak i również raz za razem przywoływał imię Gai.
Sen, czy właściwie koszmar, mimo, że trwał w rzeczywistości dość krótko, dla przewodnika był niczym wieczność. W końcu Słońce poderwał się gwałtownie, wybudzając się ze snu. Rozejrzał się dookoła, chcąc się upewnić, że nocna mara na dobre odeszła.
Niechętnie wyszedł na zewnątrz z ciepłej nory. Jego ciałem przeszedł dreszcz, gdy płatki śniegu wraz z zimnym wiatrem otuliły go z obu stron. Wodził spojrzeniem dokoła, starając się odnaleźć niebieską sylwetkę.
Ostrożnie podszedł do Burzowych Chmur, którego grzbiet zdążyła przyprószyć konkretna warstwa śniegu. Mimo zimna kocur niewzruszony wpatrywał się w mrok. Kocury nie odzywały się do siebie przez długi czas, jednak w końcu Burza pękł. Gwałtownie otrzepał się ze śniegu, smagając powietrze raz za razem swym ogonem.
– Wracamy do obozu.

Od Cienistej Zjawy

Nie przepadał za Wilgową Goryczą. Ba, nienawidził go i gardził nim. Zielonooki wzbudzał w przybranym synu Zalotnej Gwiazdy same negatywne emocje, a ilekroć znajdowali się lisią długość ogona od siebie, pazury Cienistej Zjawy same się wysuwały, a umysł zasnuwała wizja rozszarpania buremu gardła. Niechęć do starszego kocura wynikała głównie z tego, że ten pokonał Cienistą Zjawę, gdy ten jako uczeń przegrał swoją pierwszą walkę, ale z każdym kolejnym księżycem Zjawa znajdywał kolejny powód, aby utrzymywać nienawiść względem zielonookiego.
Syn zdrajcy, brat zdrajcy, a w dodatku uczeń zdrajcy.
Nie wierzył w to, że rodzina Miodowej Kory, która pozostała w klanie, nie widziała nic na temat spisku, który rozgrywał się pod nosami kultystów i Mrocznej Puszczy. Zarówno brat, jak i matka Wilgowej Goryczy w oczach kultysty była niczym więcej jak szczurami, które pozostały na tonącym statku. Był niemalże pewien, że oni również w końcu odejdą z klanu, a pozory wobec lojalności klanu była jedynie na pokaz, aby uśpić czujność lidera.
Na całe szczęście rządy Nikłej Gwiazdy byłym już przeszłością.
Zalotna Gwiazda w przeciwieństwie do starego kocura nie była naiwna czy głupia. Gdyby nie rychły koniec burego z łap i kłów szylkretowej matki, prawdopodobnie Nikła Gwiazda doprowadziłby do upadku cały klan, a tym bardziej kult. Mroczna Puszcza jednak wciąż czuwała nad swoimi wiernymi wyznawcami, a zmiana władzy była dopiero początkiem nowej ery.
Cienista Zjawa przemknął w cieniu świerku, starając się dorównać kroku Wilgowej Goryczy. Od pewnego czasu zauważył, iż wojownik dziwnie się zachowuję i często oddała się w bliżej nieokreślonym miejscu podczas patroli. Początkowo uznał, iż starszy pragnie zaimponować nowej liderce, chcąc się wkupić w jej łaski, być może chcąc zmyć powiązania z uciekinierami. Nic bardziej mylnego.
Po jakiego grzyba udajesz się na granicę z Klanem Burzy?
Ciałem Cienistej Zjawy przeszedł dreszcz ekscytacji. Mógł się wykazać. Znowu. Mógł udowodnić swoje oddanie klanu i raz na zawsze pozbyć się zakłamanego nasienia, które sprowadziłoby na ich teren ponownie zgubę. Najpierw Wilga, później jego brat, a na koniec Iskrząca Nadzieja. Chyba że... matka mogłaby jej nakazać urodzenie kolejnych kociąt, które zostałyby jej po narodzinach odebrane i przekazane Mrocznej Wizji na wychowanie, aby ich lojalność i oddanie nigdy nie zostało zachwiane.
Aby uniknąć powtórki.
Pomarańczowe ślipia błysnęły w mroku, po czym bura postać zniknęła między drzewami.

***

– Schadzka z ukochaną czy może w końcu po tylu księżycach zdecydowałeś się spotkać ze swoją zdradziecką rodzinkom uciekinierów? – zagadnął, wpatrując się w burasa, na którego pysku widniała kwaśna mina. – Zalotna Gwiazda wie o twoich częstych wypadach na granicę z Klanem Burzy? Ile to już trwa? – spytał, wpatrując się w starszego wyzywającego.
Gdyby chciał, a chciał, pragnął tego, mógłby go w zaledwie chwilę powalić na śniegu. No może, gdyby nie ból w jednej z łap. Śmierć burego kocura na pewno nikogo by nie obeszła, a przynajmniej na pewno Cień by po nim nie uronił łzy.
Był pewny swoich racji, uznając, że jeśli pozbędzie się kocura, po raz kolejny przysłuży się Klanu Wilka.
– Może wie, może nie. To nie twój interes, Cienista Zjawo – burknął w odpowiedzi, spoglądając się na kultystę z politowaniem. – Widzę, że ego ci poszybowało pod niebiosa, może i pod sam Klan Gwiazdy odkąd pozbyłeś się członu Łapa – zakpił. – Szkoda, że zamiast pokonać w pojedynku prawdziwego wojownika, stanąłeś do walki z wyrośniętym kocięciem...
– Wygrałem uczciwie! A przegrałem z tobą tylko dlatego, że byłeś starszy i jedną łapą na wygnaniu. – Najeżył sierść. – Właściwie powinieneś być mi wdzięczny za tą przegraną. W inny przypadku pewnie od kilku księżyców błąkałbyś się po terenach niczyich. Plus tej sytuacji, że mógłbyś ponownie zobaczyć pysk swego ojczulka. – Skoczył w kierunku wojownika, jednak nie zaatakował go. Zatrzymał się tuż przed jego pyskiem. – To jak?
Nie otrzymał odpowiedzi. Zamiast tego Wilgowa Gorycz uderzył mocno w bark kocura, po czym go wyminął, kierując się z powrotem do obozu.
Cienista Zjawa poruszył nosem. Woń, którą za sobą pozostawił Wilga, była dość specyficzna i dziwna, patrząc na porę nagich liści. Wrzos i lawenda, w dodatku dało się wyczuć zapach mięty i innego zielska.
Pomarańczowooki uniósł pysk w kierunku bezgwiezdnego nieba, po czym również ruszył w kierunku obozu Klanu Wilka, z zamiarem poinformowania matki o potajemnych spotkaniach kocura mającego największe powiązanie z uciekinierami, a poza tym miał zamiaru zasugerować kocicy pozbycie się zdradzieckiego kocura.

16 lutego 2026

Od Naparstnicowej Łapy do Postrzępionego Mrozu

Zgromadzenie

Nie podobało mu się to zgromadzenie. Samo dotarcie tutaj było istną katorgą, zwłaszcza z jego króciutkimi, żałosnymi łapkami, które dostał w prezencie od własnej matki. Jak mogła go tak skrzywdzić, wydając go na świat?
W pewnym momencie, ostrożnie przechadzając się po wyspie, wpadł na obcego kota, który pachniał rybami i morską bryzą. Musiał należeć do Klanu Nocy.
— Uch, och… Dobry wieczór… nieznajomy.
Przyglądając się obcemu kocurowi, dostrzegł w nim łagodną naturę. Nie wyglądał na zagrożenie, co sprawiło, że biało-niebieski odetchnął z ulgą. Kto wie, może z tej przypadkowej rozmowy wyniknie coś więcej? Może nawet zostaną znajomymi?
— A! Ach! Hejka? — Obcy uśmiechnął się łagodnie, choć Klifiak spostrzegł, że futro na jego karku się zjeżyło. — Ugh... Jak masz na imię? — zapytał.
Uczeń wypiął dumnie pierś, chcąc chociaż spróbować pokazać, że jest kimś wartym rozmowy. Czuł się jednak okropnie na tym zgromadzeniu. Miał wrażenie, że każdy go obserwuje i myśli wyłącznie o tym, jak niedołężny i słaby jest ze względu na jego karłowatość.
— Na-Naparstnicowa Łapa — zawahał się, bo jego myśli wciąż krążyły wokół tego, jak wypada w oczach innych. — A ty?
Nocniak zamilkł na moment, jakby zastanawiał się nad swoim imieniem. “No dalej, to wcale nie takie trudne” – narzekał w myślach Naparstnica.
— Dryfująca Łapa — odparł w końcu.
I na tym się skończyło, co kompletnie zbiło biało-niebieskiego z tropu. To tyle? Wymienili się imionami i co? Mają się teraz po prostu rozejść?
Na całe szczęście obok nich nagle zjawiły się dwie kotki z Owocowego Lasu. Jedna z nich zagadała do Dryfującej Łapy, druga natomiast zgrabnym krokiem podeszła do Naparstnicy. Czy zrobiła to z litości? Może tak naprawdę wolałaby porozmawiać z nocniackim uczniem?
— Hejk- to znaczy cześć! Jestem Cegiełka, a ty? T-to znaczy, w sumie to jestem Drobinka... Nie wiem, obojętnie jak będziesz na mnie mówić. A ty? Jak masz na-
Przerwała, ponieważ za jej plecami rozległ się głośny huk. Naparstnicowa Łapa wyciągnął szyję w przód, ale będąc tak niskim, i tak nie widział, co się tam działo.
— Jak masz na imię?… — dokończyła kotka.
Uczeń prychnął niezadowolony, co wywołało u nieznajomej wyraźne zdziwienie. Nie chcąc wyjść na niemiłego, uśmiechnął się blado i mruknął:
— Bycie tak niskim to istne przekleństwo — zażartował sucho, po czym strzepnął ogonem. — Nazywam się Naparstnicowa Łapa. Pochodzę z Klanu Klifu, ale to pewnie już wyczułaś…
Potem umilkł, jak to miał w zwyczaju. Pomiędzy kotami zapadła niezręczna cisza, którą Naparstnica znał aż za dobrze. To nie tak, że nie chciał rozmawiać. Czasem po prostu miał wrażenie, jakby coś zaciskało się wokół jego gardła, a mózg spowijała mgła. Czuł się wtedy jak najnudniejszy, najzwyklejszy kot, który nie ma żadnych opinii, preferencji ani ciekawych przeżyć. Nie wiedział, jak pociągnąć rozmowę i czym podzielić się z nieznajomą, by uznała go za wartego uwagi.
— Ładne imię! — stwierdziła Cegiełka, na co biało-niebieski tylko pokręcił głową. Jako uczeń protektora miał okazję poduczyć się trochę ziół i wcale nie podobał mu się ten człon.
— Jest paskudne, gdy pomyślisz o tym, że naparstnica to trucizna — oznajmił gburowato. Zazwyczaj zachowywał się tak, gdy był wyjątkowo zirytowany, ale dziś musiał wstać lewą łapą… Właściwie nie tylko to złożyło się na jego zły humor. Bycie wśród takiej liczby kotów, ledwo myszy do pięt dorastając, nie było jego wyobrażeniem udanego dnia. Gdyby tylko mógł, zaszyłby się w swoim posłaniu i już z niego nie wychodził.
— Och… Czy twoja mama o tym wiedziała?
Naparstnica wydobył z siebie ciche, zmęczone westchnienie.
— Nie wiem, ale zakładam, że tak. Co ja się jednak będę zagłębiać w szczegóły, to nie twoja sprawa — rzucił, po czym usiadł, ciasno owijając łapy ogonem. Nie wiedział, czy to przez jego krótkie łapy tak się działo, czy każdy kot miał tak, że gdy stał za długo, czuł zmęczenie. Nie miał jednak odwagi zapytać. A nawet gdyby ją miał, to nie miał kogo zapytać.
— No tak… — odparła Cegiełka, spuszczając wzrok.
On to naprawdę potrafił wyssać z kota energię.
— Ale, hej! Patrz! Coś się dzieje na mównicy! — zawołała białofutra.
Uczeń podniósł głowę z rezygnacją, spodziewając się, że i tak niczego nie dostrzeże. Tym razem jednak udało mu się zauważyć niewielkiego kociaka, który kłócił się z przywódcami. Co za wstyd! Jak dobrze, że na pewno nie był to żaden klifiacki dzieciak. Naparstnica nigdy w życiu nie wpadłby na pomysł, by zrobić coś takiego. Wolał trzymać się na uboczu i być bezproblemowy. Szkoda, że nie każdy taki jest.
— Z jakiego klanu to kocię? Na miejscu jego matki chyba zapadłbym się pod ziemię — mruknął gorzko. Cegiełka postawiła uszy na sztorc, wsłuchując się w słowa liderów i tego małego urwisa.
— Z Klanu Burzy… ale Królicza Gwiazda chyba chce go oddać do Klanu Wilka! — stwierdziła zdumiona, a końcówka jej ogona zadrżała.
— Do Klanu Wilka? Rany… — mruknął, wpatrzony w poruszające się sylwetki na skale. Zatrzymał wzrok na liderce Wilczaków. Była smukła i wysoka. Miała długie, szylkretowe futro i… coś w jej pysku wydawało się dziwnie znajome. Naparstnica zamrugał kilka razy, nie rozumiejąc własnych myśli, po czym spuścił głowę. Kim była ta kotka? Dlaczego miał wrażenie, że jest do niego podobna? To przecież nie miało sensu. Była kompletnym przeciwieństwem klifiackiego ucznia. “To pewnie jakieś urojenia…” – pomyślał. A jednak to uporczywe wrażenie, że łączy ich coś więcej niż spanie pod jednym niebem, nie chciało go opuścić.
— Wszystko dobrze? — z zamyślenia wyrwał go głos Cegiełki. Gdy go usłyszał, niemal podskoczył.
— Co? Ach, dobrze, dobrze. Lepiej nigdy nie było — miauknął, choć zabrzmiało to mało przekonująco. Nie miał czasu, by dalej zastanawiać się nad tajemniczą liderką, bo rozpoczęły się przemowy. Niedługo później przywódcy zwołali swoje klany i Naparstnicowa Łapa musiał wraz z tłumem ruszyć w stronę obozu.

* * *

Po powrocie do azylu był zbyt wyczerpany zgromadzeniem, by zastanawiać się nad tą dziwną kocicą. Usnął niemal od razu po tym, jak ułożył się wygodnie w posłaniu. Spał jak kamień i chyba nic nie byłoby w stanie go obudzić. Może tylko wrzucenie go do lodowatego morza coś by wskórało. Na szczęście umówił się z Rozkwitającym Astrem, że dzisiejszy trening odbędzie się wieczorem, by mógł najpierw odespać. Naparstnica tak naprawdę nie przepadał za spaniem do późna, bo uważał to za marnowanie dnia, ale czasem i tak bardzo nie chciało mu się opuszczać ciepłego legowiska. Tak bardzo chciałby być już pełnoprawnym protektorem. Wtedy sam mógłby decydować, kiedy jest czas na pracę, a kiedy na odpoczynek.
Obudził się po południu, wiedząc, że zanim mentorka po niego przyjdzie, minie jeszcze trochę czasu. To dobrze – mógł porozmawiać z Postrzępionym Mrozem i przy okazji zadać jej kilka pytań, które nie dawały mu spokoju od poprzedniej nocy. Szybko podniósł się z posłania i, nawet nie czyszcząc futra, pomknął w stronę obozowej polany. Złożyło się idealnie, bo szylkretka właśnie zmierzała ku wyjściu. Naparstnica zatrzymał ją, nim zdążyła opuścić obóz.
— Postrzępiony Mrozie… — rzucił, chcąc zwrócić na siebie uwagę wojowniczki. — To znaczy… mamo! — poprawił się nerwowo, czując, jak serce podchodzi mu do gardła. Co on sobie myślał, by mówić do własnej matki po imieniu?
— Tak…? — zawahała się szylkretka, a w jej oczach pojawiła się obawa. — Coś się stało? Brzmisz na zaniepokojonego.
Ogon kocurka kołysał się nerwowo na boki, gdy zastanawiał się, jak w ogóle zacząć ten temat. W końcu westchnął ciężko i wyminął ją, rzucając przez ramię:
— Chodź, mamo… Porozmawiamy na zewnątrz.
Nie odwrócił się, by sprawdzić, czy idzie. Wojowniczka ruszyła jednak jego śladem, choć jej kroki wydawały się nerwowe. Zastanawiał się, czy dobrze robi, zawracając jej głowę. I tak był dla niej wystarczającym ciężarem – po co miał jeszcze bardziej komplikować jej życie?
W końcu zrównali się krokiem. Uczeń widział oczekiwanie wymalowane na pysku liliowo-kremowej, ale mimo to wciąż nie potrafił zebrać się w sobie, by zacząć.
— Co chciałeś mi powiedzieć? — upomniała się w końcu, dostrzegając zmieszanie na jego licu.
Minęło kilka uderzeń serca. Kocur zagryzł wargę; miał wrażenie, jakby jego głowa zaczęła pulsować.
— Bo… muszę przyznać, że wczoraj widziałem kogoś, kto wydał mi się dziwnie znajomy. Nie wiem skąd, nie wiem dlaczego. Czuję jednak, że to nie był przypadek ani żadne zwidy. Mamo, ja… muszę wiedzieć, kto tak naprawdę jest moim ojcem. Dlaczego Tawułowa Łapa czy Promienna Łapa mają aż dwóch, a ja wychowywałem się bez żadnego? Dlaczego do nas też nie przychodził taki Królicza Prawda, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku?

<Matko?>

[1335 słów – trening wojownika] 

[Przyznano 27%]

Od Werwy Do Narcyza

Jeszcze Porą Nagich Drzew…

Wiatr szalał poza ścianami legowiska. Ze swojego miejsca na jednym z posłań, wciśnięta pomiędzy mech a ogon Niedźwiedziówki, obserwować mogła białą zawieruchę… I niewiele poza nią.
Wzdłuż jej grzbietu przebiegł dreszcz. Potarła ślipia łapką, następnie opierając ją o ściółkę i wciskając pod nią zmarznięty nosek. Zimno. Kątem oka zerknęła na matkę; jednak odwrócona do niej zadem kocica zdawała się drzemać… Albo udawać, aby dzieciaki nie zawracały jej głowy.
Od początku tak to wyglądało. Niedźwiedziówka była dobra w byciu mamą na pokaz – i na tym się kończyło. Wykarmiała ich, czyściła futerka, ogrzewała w zimne noce, wszystko pod czujnym okiem klanowych kotów. Jej słowa jednak były puste, sztucznie przesłodzone, a czułe liźnięcia w głowę jedynie takie się wydawały. Dla Werwy jednak była to norma. W końcu był to jej pierwszy raz na tym świecie, nie zaznała jeszcze innego traktowania.
Zmarszczyła brewki. Pierwszy raz. Tylko ona zdawała się tak uważać; słowa matki o tajemniczej, zmarłej ciotce, której dusza wręcz musiała zajmować ciało młodej Werwy, zdecydowanie mieszały jej w głowie. Nie rozumiała tego. Między ścianami czaszki miała jeden głos. W piersi jedno bicie serca. To ona decydowała o tym, kiedy chce jeść, kiedy pójdzie spać, kiedy będzie ganiać za którymś z braci – a nie jakiś śmierdzący duch! No, bo duchy były stare, martwe, to pewnie śmierdzące… Nieważne. Jeszcze raz spojrzała na Niedźwiedziówkę, a potem z powrotem na własne łapy.
Nuda.
Podniosła się z posłania, umykając niezauważona spod ogona matki. W żłobku rzadko znajdował się ktokolwiek poza starszą kocicą, jej potomstwem i jednym kremowym kocurem – Wildikiem, klanowym piastunem. Przyszło jej więc w zwyczaju szukać rozrywki u rodzeństwa.
Prędko znalazła kupę czarno-białego futra, w połowie schowaną między ścianą legowiska, a mchem. Narcyz… Narcyz, z jego zadufaną miną i założonymi jedna na drugą łapami. Imię chyba zobowiązuje, co nie?
Stanęła przed bratem, czekając, aż podniesie tę pustą głowę i się na nią spojrzy. Brak reakcji. Zmrużyła ślipia z niezadowoleniem. Zgubił się gdzieś tam w środku, czy co? Końcowo podniosła łapę i z pewnie zbyt dużą siłą trąciła go w nos.
— Ej!
Wywróciła oczami, widąc oburzony wyraz jego pyszczka.
— Ignorujesz mnie — miauknęła, marszcząc brwi. — Nudzi mi się. A ty siedzisz w kącie jak… Jakby Ci ktoś ci przykleił zad do ziemi.


<Narcyzie?>

Od Księżycowej Łapy CD. Wełnistej Łapy (Wełnistej Mszycy)

 dawno dawno temu 

Bał się improwizować, w przeciwieństwie do Wróżki. 
Wróżki, która nie tylko miała o wiele więcej odwagi niż on sam, ale również posiadała głos, który zdawać by się mogło, że był w stanie zakończyć najgorsze wojny. Być może było to uczucie podsycone przez jego adorację w jej stronę, jednak nie miało to w tej chwili znaczenia. Kocur, chociaż nie pierwszy raz jej słuchał, wcale nie znudził się jej melodią, a tylko zatapiał głębiej, zawsze czekając na więcej. Była uspokajająca, poruszająca i pozwalająca przemieścić się w śnie do jakiejś wspaniałej krainy. Nie umiał jednak tego opisać słowami, więc gdy ta skończyła, jedynie uśmiechnął się rozmarzony, czekając na werdykt Wędrującego Nieba. 
– Pięknie melodie z twojego serca płyną. A im dłużej, tym bardziej wyraźnej nuty nabierają – pochwalił najpierw – Tylko uważać musisz, gdy schodzisz z wyższego tonu, by głos się nie łamał – Tak, będą nad tym pracować. Nad głosem Księżyca pewnie też by można było popracować gdyby nie to, że śpiewanie publiczne było niemal tak straszne jak wyrok śmierci, nawet, jeśli nie widział osób które go słuchają. I jeśli się zastanowić, to wciąż śpiewanie przed tłumem było lepsze, niż podczas lekcji, na której Wędrujące Niebo się wsłuchiwał i oceniał. Zdecydowanie nie było to dla niego, chociaż miał wrażenie, że zostawał trochę w tyle. 
– Dobrze, następnym razem będzie lepiej – padło z pyska kotki, która jakby szykowała się już na wojnę ze swoim głosem, by go okiełznać do perfekcji. Lekcja została zakończona, jednak nikt za bardzo nie rwał się do wyjścia na zewnątrz. Dostali polecenie, by spytać się, czy ktoś nie potrzebuje pomocy przy typowych uczniowskich obowiązkach, jednak grota wciąż mocno trzymała trójkę uczniów w swoim brzuchu. Lubił ją. Była przestronna, a prócz tego cudownie bawiła się dźwiękiem, gdy nie było w środku zbyt głośno. 
– Grota polubiła twój śpiew – odezwał się w końcu, ruszając lekko uszami – Czasami mam wrażenie, że jej ściany pochłaniają i odbijają melodię, jakby bawiła się kulką mchu. 
– Rzeczywiście! Jakby chciała się przyłączyć... ale sama nie ma pyska, więc musi użyć czyjegoś głosu, żeby zaśpiewać. 
– I wtedy brzmi, jakby śpiewało wiele głosów na raz – mruknął, zastanawiając się przez chwilę, wracając myślami do momentów, w których grota im odpowiadała. 
– Oczywiście. Myślę, że to Klan Gwiazdy odpowiada swoim śpiewem na nasz. W końcu Grota Pamięci jest wysycona energią przodków. – Lotosowa Łapa podzielił się swoim spostrzeżeniem, które w oczach... (uszach?) Księżyca rzeczywiście miało sens. Może nie do końca w to wierzył, ale to też nie tak, że nie wierzył, a chciał, by było prawdą w jakimś stopniu. W końcu brzmiało tak ładnie i romantycznie, dotykając jego duszy w odpowiednich miejscach. 
– Może my teraz im odpowiemy? Im więcej głosów użyjemy, tym więcej przodkowie będą mieć opcji, żeby nam odpowiedzieć. Myślę, że polubią takie zróżnicowanie, każdy lubi w końcu inne brzmienie prawda? – Księżyc kiwnął głową. Brzmiało to dobrze i przyjął myśl z ochotą. Wróżka miała takie dobre pomysły... jak przystało na gwiezdnego posłańca! – Dobrze, to może ja zacznę, a wy się spróbujcie przyłączyć? Wtedy zobaczymy do jakiej tonacji co pasuje! 
,,Ale że teraz?" 
Lotosowa Łapa nie pałał zapałem, ale Księżyc nie mógł zobaczyć wyrazu jego pyska, więc nie bardzo wiedział czy mógł się na nim oprzeć. Co innego z emocjami malującymi się na jego własnym pysku, które były czymś pomiędzy strachem, stresem i kamienną, ofensywną niechęcią. I wtedy zaczęła. Odchrząknęła ,,I raz, i dwa.. i..." 
Po grocie rozszedł się melodyjny głos, który przez moment próbował dopasować jedną, konkretną nutę, do której mogła się przyłączyć dwójka kocurów. Lotosowa Łapa dołączył zaraz później, a Księżyc poczuł szturchnięcie w bok, gdy dostał małego kuksańca na "zachętę" czy też czymś w rodzaju przekazania "rusz dupę".
,,Nie chcę" Przeszło mu przez myśl, jednak po przełknięciu wstydu i wymruczeniu czegoś z gardła, wydał z siebie najbardziej nudne i kartonowe: aaaaaaaaaaaa na jakie było go stać. Zaraz został upomniany. 
Próba synchronizacji trwała chwilę, po której Wróżka postanowiła nieco poprowadzić pozostałą dwójkę, zmieniając nieco nuty i srebrny musiał przyznać, że nie brzmiało to źle i było całkiem zabawne, gdy nie śpiewał sam. Mógł się nawet wczuć! Melodia powoli płynęła po zakamarkach groty, czasem się odbijając i dodając głębi, jednak mimo czystości w utworze, jakiejś źródlanej mocy, brakowało mu czegoś. Może cięższych tonacji? Głębszych? Ich trójka miała bardziej czyste, dźwięczne brzmienie, jednak chętnie posłuchałby czegoś... hm, co poruszyłoby ziemią. 
– Ah, tak, to to! – Wełnista Łapa zdawała się być pochłonięta nowym zajęciem, natomiast Księżyc zaczął myśleć nieco dalej. Nie wszyscy nadawali się do śpiewania, jednak może ktoś miał jakiś ukryty talent którego jeszcze nie odkrył i należało go poszukać? Tylko głupio by było tak podchodzić... losowo... 
– Brakuje czegoś głębszego – wyrzucił z siebie. 
– Głębszego? – Lotosowa Łapa brzmiał jakby był nieco zaintrygowany, wiedząc mniej więcej o co mogło chodzić.
– Coś takiego co by... nadało stabilności? – próbował wytłumaczyć, machając łapami – Bo za bardzo odlatujemy. Nie, żeby było źle, ale czegoś mi brakuje i to chyba takiego kontrastu... wiecie... 
– Może Kukułcze Skrzydło by się nadawał? Jego głos chyba brzmi dobrze. 
– Jesteś pewna, że da radę wydobyć z siebie coś więcej niż starczy gwizd z gardła? – starszy może był potężny i dawał aurę samca alfa, jednak lata świetności miał dawno za sobą. Jeśli poprosić go o dołączenie do prób, to pewnie tylko pogorszyliby jego stan. Tylko kto w takim wypadku został? Na pewno spytają Kołysanka, jednak kocurek również ma bardziej delikatny głos, a Śniak pewnie brzmi jak zdarta płyta. Księżyc co prawda tego nie wiedział, ale tak zgadywał. W dodatku pewnie zasnąłby podczas próby. 
– Jestem pewna, że jeśli kogoś popytamy to znajdziemy kogoś odpowiedniego. A jeśli nie, można zawsze poćwiczyć – pozytywna energia Wełnistej Łapy wypełniła przestrzeń, chociaż bengal nie był aż taki szczęśliwy. Mieli za mało możliwości. 
– Fajnie by było użyć też kotów z innych klanów... I wtedy podczas jakichś ceremonii wiele głosów rozbrzmiałoby w grocie... 
– Księżycu.... to jest genialne! – poczuł, jak jego policzki zostały chwycone z dwóch stron przez dobrze-wiedział-kogo łapy. Był do tego przyzwyczajony, więc teraz czuł się jak chiński pierożek z farszem gotowy do zalepienia. – Jeśli tylko nad tym popracujemy, być może z pomocą Wędrującego Nieba i Obserwującej Salamandry będziemy mogli wprowadzić wspaniałą tradycję do klanu! Być może z ogrodem nie wypaliło, jednak tym razem damy radę, zobaczysz. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

Nie wypaliło. 
Rozkwitająca Szanta odeszła, zostawiając po sobie pustkę. Wełnista Łapa czasem przychodziła, na początku dając mu nieco miejsca, później przychodząc coraz częściej, martwiąc się, przynosząc jedzenie, dzieląc się informacjami. Dowiedział się dzięki temu, że zmieniła swoją rolę na ucznia medyka! Tak, to była rola dla niej, dla gwiezdnego posłańca nic lepszego na chwilę obecną nie było i w normalnej sytuacji byłby szczęśliwy.
Czasem mu śpiewała, czasem po prostu milczała, czasem opowiadała, jednak jej słowa do niego nie docierały. Przestała też mówić podniosłe rzeczy pokroju ,,Rozkwitająca Szanta wciąż z nami jest" gdy na nią nawarczał, odzywając się pierwszy raz od śmierci matki. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

jakoś zaraz przed śmiercią Kołysanka

Stanął przed Wróżką marnie wyglądając, ze skołowanym i zawstydzonym wyrazem pyska, nerwowo przygryzając wnętrze policzka. Było to popołudnie po rozmowie we śnie z Rozkwitającą Szantą a albinoska była pierwszym kotem, którego postanowił odszukać, chociaż to nie jej najbardziej należały się chyba przeprosiny, a Białemu Strumieniowi, jednak do niego... do niego nie chciał jeszcze iść. 
– Hej... – wydobył z siebie, zastanawiając się, czy bardzo głupio wyglądał gdy po takim czasie bycia dla wszystkich zmartwieniem, teraz wychodzi żeby się jak gdyby nigdy nic przywitać. Szczególnie patrząc na to, że była to Wróżka. Wróżka, która przecież była dla niego jednym z najważniejszych kotów i której za nic nie chciał stracić, a którą odpychał przez cały ten czas, jakby była utrapieniem. 
Wełnista Mszyca odłożyła na trawę zioła, które właśnie trzymała w pysku. Nie zdecydowała się odezwać do kocura, zamiast tego nachyliła się do niego i zetknęła się z nim lekko czołem w geście powitania.
– Stęskniłam się za tobą, Księżycowa Łapo – miauknęła, posyłając kocurowi delikatny uśmiech. Skoro niebieski potrzebował samotności, zdecydowała się dać mu przestrzeń. – Cieszę się, że do mnie przyszedłeś. Jak się miewasz? Wszystko w porządku? – spytała, nawet jeśli wiedziała, że kocura coś trapiło. Jego mimika to zdradzała.
– Ja... ten, no. Chciałem przeprosić... – wymamrotał, chociaż nie był pewien, czy ,,przeprosiny" to rzeczywiście było to, po co do niej przyszedł. Dać znać, że stara się wrócić do normalnego życia? Prosić o dalszą pomoc pomimo odtrącenia wszystkich dookoła? – No i... doceniam twoje starania... przez ten czas. – ugniatał nerwowo przestrzeń pod łapami. Nie potrafił nawet wytworzyć jednej, prostej myśli, odczuwając panikę, przez którą chętnie uderzyłby głową o ścianę groty. 
Kotka cofnęła się nieco, dając więcej przestrzeni kocurowi. 
– Przeprosiny przyjęte – miauknęła. – Jak się teraz czujesz? Cieszę się, że zdecydowałeś się do mnie przyjść, ale widzę, że nadal cię coś trapi... Jeśli chciałbyś porozmawiać o Rozkwitającej Szancie lub o tym co czujesz, jak się czujesz z tą sytuacją w związku z jej odejściem, to jestem tutaj i cię wysłucham – zaproponowała rozmowę, sądząc, że zmartwienie widoczne na jego licu dotyczyło wydarzeń z przeszłości. Delikatnie dotknęła łapy kocura, który drgnął nieznacznie przez nagły dotyk, w geście zachęcenia, aby nie dusił swych odczuć. Rozumiała go zbyt dobrze, w końcu sama straciła matkę w młodym wieku.
– Nie trzeba – mówił prawdę. Na razie nie czuł takiej potrzeby a wywlekanie swoich wątów na Klan Gwiazdy zaraz po wyjściu z legowiska, szczególnie patrząc na to, że Wróżka była teraz medykiem nie było odpowiednie w jego mniemaniu. Może później... kiedyś. – Ale dzięki. Chociaż nie wiem, czy Wędrujące Niebo mnie nie wyrzuci ze stanowiska... opuściłem trochę... zajęć – przyznał pół żartem, chociaż w sumie to się nieco martwił. Opuścił wiele lekcji i został w tyle, chociaż społeczeństwo wymagało od niego, by był już dorosły. Wcale się tak nie czuł. I wcale nie interesowało go to, co się dzieje wśród innych kotów. 

<Wełenko?>
[1572 słowa]

[Przyznano 31%]

Od Tawułowej Łapy

Pora Opadających Liści

Kto by się spodziewał, że kot, z którym uda jej się zaprzyjaźnić, będzie należał do sojuszniczej społeczności. Trzmiela Łapa stał się stałym kompanem Tawułowej Łapy, gdy ta zapuszczała się w okolice granic z Klanem Burzy. Wyglądało to tak, jakby kremowy uczeń wyczekiwał kolejnego spotkania z białofutrą kotką. Być może tak właśnie było. Być może Tawuła również wyczekiwała momentu, gdy będzie mogła ujrzeć pysk przyjaciela z sąsiedniego klanu.
Nie zdecydowali się przekraczać granic, nawet jeśli ich klany były do siebie nastawione przyjaźnie. Zarówno kocur, jak i "kotka" nie chcieli sprawiać drugiemu kotu problemu, wiedząc, że znalazłaby się koty, których ich zażyłość, a także zwykła rozmowa najzwyczajniej w świecie by przeszkadzała.
Tawuła opowiadała o swojej kolekcji kamyków lub o swoich przygodach, podczas polowania na kraby, a Trzmiela Łapa snuł opowieści zasłyszane od starszych kotów na temat Kamiennych Strażników.
– I nikt do tej pory nie wykopał skarbu? – spytała, nie spuszczając spojrzenia z chmur, które leniwie przemieszczały się po błękitnym niebie. Przekręciła się na brzuch, wlepiając spojrzenie zielonych, jak trwa, oczu w swojego towarzysza, znajdującego się po drugiej stronie granicy.
– Wielu próbowało, co widać, po dole w samym sercu Kamiennych Strażników, jednak nikomu się nie udało. Sądzę, że cały klan... nie, wszystkie cztery klany oraz Owocowy Las musiałby pomóc, abyśmy dokopali się do ukrytego skarbu – podjął kocur. – Jak myślisz, czym jest ten "skarb"?
– To może być wszystko. – Ponownie ułożyła się na plecach. Źdźbła pożółkłej trawy otulała ją z obu stron, a jedno z nich, ilekroć zawiał wiatr, łaskotał kotkę w nos. – Nie wiem jak ty, ale ja bym się uciszyła, gdyby tym skarbem był jakiś kolorowy i błyszczący kamyk.
– Kamyk?
– Mhm. Kamyk – zamruczała, przymykając oczy. – Na kolejnym zgromadzeniu dostaniesz ode mnie prezent. – oznajmiła, uśmiechając się od ucha do ucha.
Kamyk, który udało jej się znaleźć na plaży, na pewno spodoba się kremowemu kocurowi.

***

Pora Nagich Drzew

Tawułowa Łapa obserwowała, jak kolejny uczeń zostaje mianowany na wojownika. Nie byli to jej członkowie rodziny, tylko obce koty, większość znajdek. Skrzydlata Pogoń, dostrzegając niemrawy wyraz pyska uczennicy, przemknął pomiędzy kotami, które wysłuchiwały przemówienia Judaszowcowej Gwiazdy i już po chwili otarł się o bok Tawułowej Łapy.
– Wyglądasz, jakbyś wstała lewą łapą... i to znowu Jeszcze kilka księżyców i również zostaniesz mianowana – zamruczał, siląc się na szept.
– Nie o to chodzi. Spójrz na Judaszowcową Gwiazdę. – Skinęła pyskiem w kierunku lidera, na którego licu gołym okiem dało się dostrzec siwe włoski. – Obawiam się, że to nie on, a Pikująca Jaskółka będzie mnie mianować na wojownika... Mam nadzieję, że nie zdecyduje się mnie ośmieszyć, gdy nada mi nowy człon imienia.
– Dlaczego miałaby cię chcieć ośmieszyć?
– Pikująca Jaskółka i moja mama, Jastrzębi Zew nie lubią się. Kiedyś konkurowały o pozycję zastępcy, jednak po walce z wojownikami klanu Wilka, Jastrząb została poważnie ranna, co uniemożliwiło jej pięcie się w klanowej hierarchii... Wydaje mi się, że Jaskółka również nie przepada za mną... – ściszyła głos w tym samym momencie, gdy inny wojownik łypnął nad nią spode łba i skarcił rozmawiające koty. – M-myślę, że nie nazwie mnie żadnym ładnym imieniem, tylko zdecyduje się uwypuklić wszystkie moje mankamenty...
Skrzydlata Pogoń odszukał w tłumie wspomnianą kremową kotkę, co było całkiem łatwe; znajdowała się niedaleko podwyższeniach, na którym znajdował się Judaszowcowa Gwiazda. Wyglądało to tak, jakby nie mogła się doczekać momentu, kiedy będzie mogła zająć miejsce starszego i to jej przyjdzie przemawiać do klifiaków.
Czy Pikująca Gwiazda będzie dobrym liderem?
Tawułowa Łapa śmiało mogła powiedzieć, że nie. A to głównie za sprawą matki, która odkąd Tawuła wzięła pierwszy haust powietrza, starała się zniechęcić kocicę do zastępczyni. No i rozmów przeprowadzonych z Pchełką.
Tawuła nie chciała myśleć o tym, co przyniesie przyszłość w Klanie Klifu, po tym, jak zabraknie czekoladowego kocura. Na pewno nie chciałaby, aby do władzy doszedł tyran; Klan Klifu miał już ich wystarczająco.
Tawułowa Łapa przeniosła spojrzenie na Pchełkowy Skok, która siedziała kilka lisich długości ogona od łaciatego kocura i białej kotki.
Fajnie by było, gdyby to Pchełka została zastępczynią Jaskółki..., a w przyszłości Pchełkową Gwiazdą przeszło przez myśl koteczce. Wiedziała jednak, że ta myśl była głupia i mało prawdopodobna, zważywszy na to, że szylkretka, tak jak i Tawuła była córką Jastrzębiego Zewu.
Chyba że udałoby się ponownie zwołać radę, najlepiej składająca się ze starszych członków klanu. Radę, która by decydowała o tym, kto powinien rządzić. A zamiast oficjalnego zastępcy, tę funkcję właśnie mogłaby pełnić rada, która swoją wiedzą oraz doświadczenie mogłaby wspierać lidera.

[715 słów]

[Przyznano 14%]

Od Strzępka (Zszarzałej Łapy) Do Bukowej Korony

Dzień mianowania

Niebo nad klifami od rana malowało się w zszarzałych barwach, dzień jak każdy inny na terenach klanu. No, może nie do końca, gdyż to właśnie dziś dwójka przybranych wnuków Judaszowcowej Gwiazdy miała zostać mianowana na uczniów. W końcu Źródlana Łuna nie będzie musiała całymi dniami z bólem w oku obserwować swoich kociąt, by te zachowywały się, jak należy w kociarni. Musiała tylko wytrzymać do ceremonii mianowania, a wszystko wróci do dawnego stanu.
Morskooki point nie traktował tego całego przedstawienia jako coś wyjątkowego. Zwykłe wypowiedzenie, powtarzanej ciągle formułki w obecności klanu. Najchętniej pozostałby w żłobku u boku kochanej siostry, lecz wzrok Jastrzębiego Zewu mu nie pozwalał. Za każdym razem, kiedy robił cokolwiek innego niż przygotowania do godnego reprezentowania się przed wojownikami, to starsza nie spuszczała z niego spojrzenia, aż ten zirytowany tym stanem, ulegał, sprawiając jakiekolwiek pozory, że ten dzień traktuje jako coś niezwykłego.
Nie potrafił zrozumieć takiego szumu o zmianę imienia oraz dotychczasowego miejsca spoczynku. Co innego mianowanie nowego przywódcy, zastępcy czy nawet medyka, gdyż nie każdy mógł piastować te stanowiska. Wojownicy stanowili większość klanu, więc dlaczego ceremonie na uczniów i owych wojowników także były tak hucznie odbierane? Jego młody umysł nie był w stanie pojąć tej tradycji, która miała miejsce w każdym klanie, a nawet społeczności, jaką był Owocowy Las.
W końcu nastąpił moment, gdy czekoladowy przywódca zwołał obecnych w obozie pobratymców. Ci zebrali u podnóża półki skalnej, służącej za mównicę. Ta mieściła się nad samym legowiskiem przywódcy, z której był widok na cały obóz Klanu Klifu.
— Strzępku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Zszarzała Łapa. Twoim mentorem będzie Bukowa Korona. Mam nadzieję, że Bukowa Korona przekaże ci całą swoją wiedzę. Jednakże biorąc pod uwagę obecny stan twojego mentora, do momentu jego wyzdrowienia będziesz także szkolony przez Trójokiego Zająca.
Każde słowo przybranego dziadka wyryło się w głowie Strzępka, a raczej Zszarzałej Łapy. Klan skandował ich imiona, lecz kocurek czuł, że jeśli zaraz nie ucichną, to oszaleje. Dlaczego jego człon został zmieniony? Czyżby to był jakiś przytyk Judaszowcowej Gwiazdy, co do jego wątpliwego pochodzenia? Królicza Prawa go okłamał? Przecież był ich “ojcem”, więc po to miałby to robić. Poirytowany wątpliwościami i pytaniami bez odpowiedzi, machnął gwałtownie ogonem, co zapewne nie uszło uwadze Oszronionej Łapie, gdyż ta po chwili przyjacielsko szturchnęła go barkiem w bok. Strzępek posłał siostrze niepewny, nieco zbolały uśmiech, a widząc jej pytające spojrzenie, pokręcił głową, dając znać, że później odpowie na wszystkie pytanie uczennicy.
Morskooki nawet nie zauważył, kiedy jego siostra zniknęła, klan zaczął się rozchodzić, a przed nim wyrosła, jak spod ziemi, Pikująca Jaskółka, która zaczęła ustalać z Trójokim Zającem zasady podwójnych treningów. W końcu niecodzienną rzeczą było, że jeden wojownik dostawał dwójkę uczniów — nawet jeśli jeden z nich był tylko na pewien czas.
— Jeśli jeszcze macie jakieś pytania, pytajcie teraz. Nie chcę żadnych niedomówień, nieścisłości czy problemów — powiedziała twardo zastępczynią. Odwróciła się w stronę jednego z synów i zmarszczyła nieco ślepia. — To, że Zszarzała Łapa jest twoim uczniem jedynie na okres zdrowienia Bukowej Korony, nie znaczy, że jest mniej ważny. Oboje mają zostać dobrymi wojownikami.
— Oczywiście — oznajmił zielonooki kremus. Kotka skinęła i odeszła, zostawiając za sobą nieco napiętą atmosferę. Zając posłał nowoprzybyłej parze przepraszający uśmiech. — Ustalaliśmy dokładne zasady naszych podwójnych treningów.
— Tak, tak, to dość niecodzienny wybór — zgodził się brat kocura. — Ja i Oszroniona Łapa chcieliśmy pogratulować za to temu oto uczniowi. — Spojrzał na syna z taką samą dumą, jaką wcześniej obdarzył córkę. Strzępek skinął w podzięce. Pointka wystąpiła nieco i zmierzyła go wzrokiem.
— Dali ci takie imie, że nie umiem go powiedzieć — przyznała. — Czemu, tak w ogóle...? — Spoglądając na Króliczą Prawdę, a następnie na ich wspólnego mentora. — Czemu kotom zmieniają imiona? Moje jest takie szame... Inne, ale takie szame...
Strzępek nie słuchał dalej, był pochłonięty obserwacją “ojca”, mając nieodparte wrażenie, że ten nie powiedział mu do końca prawdy. “Strzępku! Przecież jesteśmy jak dwie krople wody” — prychnął pod nosem na dawne słowa Króliczej Prawdy. Od jakiegoś czasu traktował kremusa z nieco większym dystansem niż jego brata, do którego będzie mógł jeszcze bardziej się zbliżyć, dzięki wspólnym treningom.

***

Następnego dnia Trójoki Zając zabrał ich dwójkę na zapoznanie z terenami klanu, w którym przyszło im żyć. Oszroniona Łapa wydawała się podekscytowana wizją opuszczenia jaskini i zobaczeniem świata poza wodospadem, lecz Zszarzała Łapa nie wydawał się być tak zadowolony, jak siostra. Jakby coś go uwierało i nie dawało spokoju. Może była to wina krótkiego i raczej płytkiego snu — wieczorem młódka wypytywała go o jego niemrawą minę zaraz po ceremonii nadania nowych imion. Przyznał jej, że liczył na inny obrót spraw i skrycie marzył o zostaniu medykiem — ciekawiły go zioła i to, jak niektóre z nich wpływały na zdrowie kota. Czuł posmak żalu w pysku wobec starego przywódcy, który był ich dziadkiem.
— Widocznie stwierdził, że będziesz lepszym wojownikiem niż medykiem — podsunęła młódka, wypowiadając te słowa ze słyszalnymi trudnościami, spowodowanymi przesunięciem szczęki.
— Może nawet i lepiej, mamy siebie nawzajem cały czas — mruknął, zmęczony opierając głowę na boku siostry. Nawet jeśli mieli własne posłania tylko dla siebie, to woleli spać razem, blisko siebie, jak to czynili w żłobku.
Teraz oboje, ramię w ramię wychodzili z obozu, prowadzeni przez kremowego wojownika. Strzępek starał się odgonić niechciane myśli, by zachować ostrożność na ścieżce, która prowadziła do podnóża klifu. Point słysząc szum fal, uderzających o ściany nabrzeża, oraz odległy skrzek mew, czuł wewnętrzny spokój, a przez głowę szybko przemknęła tylko jedna myśl — czy gdyby został medykiem, to dane byłoby mu niemal ciągle opuszczać jaskinię i słuchać morskiej melodii natury? Widział, jak Ćmi Księżyc lub Jagnięcy Ukłon wyłaniają się z własnego legowiska, by zniknąć za zakrętem. Lecz był to raczej rzadki widok, czymś codziennym nie mógł tego nazwać.
Chciał wierzyć, że faktycznie Judaszowcowa Gwiazda uważał, że będzie lepszym wojownikiem niżeli medykiem i jego decyzja nie jest spowodowana pogłoskami o niepewnym pochodzeniu dwójki kociąt Źródlanej Łuny. Wystarczyło, że niebieska wojowniczka patrzyła na nich z bólem, co dawało mu do myślenia. Nigdy nie zaznał matczynego ciepła czy troski z jej strony, a jedynie coś, co miało imitować i zastępować potrzebę tych uczuć.
Przez większość drogi Oszroniona Łapa prowadziła konwersację z Trójokim Zającem, na zmianę co jakiś czas wciągając Zszarzałą Łapę do ich wymiany zdań. Ten starał się za każdym razem odpowiedzieć czymś więcej, niż półsłówkami, jednakże było to nieco trudne, patrząc na to, że niezbyt przysłuchiwał się rozmowie. W końcu kocurek się poddał, skupiając uwagę na obserwacji i poznawaniu terenów Klifiaków. Ich mentor co jakiś czas tłumaczył gdzie co, z kim najbliżej mają granicę, opowiadając przy tym, czym danym klan się charakteryzuje.
Dopiero kiedy słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, zawędrowali na plażę, by poznać tajniki otwierania krabów. Nawet jeśli pora nagich drzew dobiegała końca, to skorupiaki zbytnio nie wychylały się ze swoich kryjówek w piasku, także ledwo znaleźli jakieś dwa, by na jednym kremowy wojownik zademonstrował swoje umiejętności, a na drugim uczniowie mogli spróbować swoich sił. Nie było to łatwym zadaniem, gdy krab pomimo bycia oszołomionym przez zielonookiego kocura, nadal próbował zacisnąć szczypce na którymś z rodzeństwa lub uciec w morską toń. Finalnie wrócili do obozu z dwiema zdobyczami, z którymi poradził sobie ich wujek.
— Ty jesteś Zszarzała Łapa? — Już na wejściu ktoś czekał na pointa. Kocurek nie kojarzył zbytnio głosu wojownika, a tym bardziej jego samego, dlatego też nieco znudzony po męczarniach z krabem, spojrzał na srebrno czekoladowy pysk starszego. Pierwsze, co przykuwało uwagę to blizna w miejscu lewego oka.
— Zależy, kto pyta — mruknął młodszy, choć sądząc po świeżej szramie na pysku brązowookiego, domyślił się, że to musi być Bukowa Korona, jego mentor.
— Twój mentor — oznajmił z lekką wyższością, na co point jedynie prychnął. Judaszowcowa Gwiazda chyba ich dobrał ze względu na zbieżne charaktery. “Niedoczekanie” — stwierdził w myślach niebieski.
— Nie miałeś przez przypadek zdrowieć w legowisku medyków? — spytał Strzępek, unosząc lewą brew, choć raczej i tak nie było tego widać przez grzywkę, która zawsze opadała mu na ową stronę pyska.
— Sam będę decydować, kiedy jestem zdrów. — Na te słowa morskooki przewrócił swoimi ślepiami w ostentacyjny sposób, jakoby testując cierpliwość Bukowej Korony. — Za trzy wschody słońca przejmę twoje treningi — dodał, by następnie oddalić się do legowiska medyków, z którego wyłoniła Jagnięcy Ukłon, zapewne w poszukiwaniu wojownika.
Zszarzała Łapa odprowadził go chłodnym wzrokiem nieco zmrużonych oczu, by później ciężko westchnąć. Cudowny mentor mu się trafił. Już miał się obrócić w boku do siostry i wujka, lecz ich nie zastał w oczekiwanym miejscu. Zamrugał kilka razy, zastanawiając się, kiedy zdążyli odejść, zostawiając go na osobności z mentorem, że point tego nie zauważył.
Czyli pozostały mu tylko trzy dni treningów z siostrą. Z chwilowym grymasem na pysku, odwrócił wzrok na obóz, by dostrzec nieopodal dwójkę, z którą będzie musiał się niedługo rozstać. Ukrywając rodzący się smutek, podszedł do siostry oraz jej mentora, by przekazać im wieści od Bukowej Korony.
— Za trzy wschody słońca Bukowa Korona przejmie moje treningi — oznajmił na wstępie, nie dając żadnemu z nich dojść pierwszemu do słowa.
— Czyżby go tak szybko wypuszczali z lecznicy? — spytał Trójoki Zając, choć bardziej to brzmiało na pytanie skierowane do jego samego, niżeli Zszarzałej Łapy.
— Stwierdził, że sam zadecyduje, kiedy wyzdrowieje — odparł, przytaczając słowa czekoladowego, przy okazji przewracając oczami. W takim tempie to mu te ślepia z oczodołów wypadną — przed spotkaniem brązowookiego wojownika rzadko kiedy wykonywał ów gest, lecz teraz? Już dwa razy go wykonał w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu uderzeń serca.
Kremus już nic nie mówił, tylko skinął głową i odszedł w kierunku legowiska przywódcy. Zapewne chciał przekazać Pikującej Jaskółce lub Judaszowcowej Gwieździe wieści, jakie przekazał mu Zszarzała Łapa. Ten odprowadził wzrokiem swojego tymczasowego mentora, by następnie wrócić wzrokiem na swoją ukochaną siostrę, która zdawała się czekać na dalsze słowa brata. Jakby młódka wiedziała, że jest coś na rzeczy i point nie podzielił się wszystkim z ich wujkiem.
— Co za arogancki futrzak — fuknął, biorąc ze stosu drobnego potrzosa, którego upierzenie było zbliżone do wróbla, lecz ten boki ogona posiadał białe, a na jego drobnej główce znajdowało się więcej brązu. W dodatku potrzosy mogą jedynie upolować w czasie pory nagich drzew, kiedy ptaki te zimują na terenach klanów.
— Czyli stały nam trzy dni — zagaiła Szron. Kocurek, słysząc jej głos, a także towarzyszącą większości słów wadę, nieco uspokoił swoje zapędy, powstrzymując się przed dalszym wyzwaniem swojego, pożal się Klanie Gwiazd, mentora.
— Niestety — westchnął z ptakiem w zębach, by następnie skierować się pod ścianę opodal wejścia do legowiska uczniów. Obecnie w Klanie Klifu było łącznie czternastu uczniów, z czego najstarszymi była dwójka samotników, która dawniej należała do Owocowego Lasu. Najmłodszymi natomiast było rodzeństwo znajdek, Tygrysia oraz Androwandowa Łapa, przy czym oboje byli niebieskimi szylkretami. Byli trochę jak on i Oszroniona Łapa, podobni do siebie, a jednocześnie tak różni pod względem charakteru. Młódka w porównaniu do niego nie brzydziła się nieczystych zagrań, za wszelką cenę wygrywając z bratem przepychanki lub inne rywalizacje. Aż zbyt dobrze pamiętał, kiedy nie raz nie dwa siostra podstawiała mu łapę podczas ich kocięcych zapasów. Strzępek nie miał temu nic przeciwko, dopóki jego siostra była szczęśliwa i mógł ją wspierać — nie to, co Źródlana Łuna.
Ułożył się wygodnie pod ścianą, a w ślad za nim poszła niebieskooka. Kocurek odłożył piszczkę przed ich łapami, po chwili jednak podsunął ptaka bliżej kotki, by ta jako pierwsza wzięła kęs. Ta cicho zamruczała w odpowiedzi na gest brata i poczęstowała się ptakiem.

***

Kolejnego dnia Trójoki Zając wziął dwójkę rodzeństwa nad Kacze Bajorko, które było stawem i jednocześnie ślepą odnogą rzeki, która nad klifami zmieniała się w wodospad, który skrywał obóz klanu.
“Jeszcze dwa wschody” — pomyślał, kierując się za kremowym wojownikiem wzdłuż ściany klifu. Odgłosy pobliskiego morza były czymś, co nigdy mu się nie znudzi oraz nie zacznie działać na nerwy. Widok ledwo pojawiającego się słońca na horyzoncie był pięknym widokiem, który już zawsze będzie robił na nim wrażenie, nieważne ile ujrzy w swoim życiu wschodów. Ta pomarańcz i żółć, barwne niebo wokół jasnej tarczy, której promienie rozpościerały się na poranny firmamencie, to było coś, czego Strzępek nigdy nie chciałby niczym innym zastąpić.
Docierając do dzisiejszego celu podróży, zielonooki wojownik zaczął tłumaczyć im podstawy podstaw umiejętności łowieckich. Na początku pokazał dwójce wyćwiczoną wręcz do perfekcji pozycję na ugiętych łapach. Niemal leżał na ziemi, lecz brzuchem ledwo co dotykał pojedynczych źdźbeł trawy, które przetrwały pod śnieżną pokrywą, która w ostatnich dniach zmieniała ziemię w istne bagno. Rodzeństwo z uwagą obserwowało poczynania mentora, by później, jak najlepiej odwzorować jego postawę we własnym wykonaniu. Oczywiście ich pierwsze próby nie były tak idealne, jak chcieli i Trójoki Zając u każdego z nich znajdował coś do poprawy.
Zszarzała Łapa nie wiedział, który już raz ugina łapy pod sobą, przyjmując odpowiednią pozycję, lecz kiedy usłyszał kolejne poprawki ze strony wojownika, machnął zirytowany ogonem. Czuł, jak jego wewnętrzna frustracja narasta — bycie perfekcjonistą w takim momentach było istnym przekleństwem, wszystko musiało być idealne, nawet jeśli wykonywał coś pierwszy raz i naturalnym stanem rzeczy było, że od razu nie będzie perfekcyjnie. Do tego doszła zazdrość, kiedy kremus w pewnym momencie pochwalił Oszronioną Łapę za szybkie postępy.
Poirytowany swoimi powolnymi postępami, machnął gniewnie ogonem, by następnie podnieść się z ugiętych łap i podejść do brzegu bajorka. Te było jeszcze bardziej błotniste niż w czasie innych sezonów ze względu na panujące już roztopy.
— Czemu akurat Kacze Bajorko? — spytał, odwracając głowę w stronę pozostawionej dwójki. Na pytanie o nazwę miejsca, tymczasowy mentor Strzępka, przeniósł swoją uwagę na niego, przez co napuszył się w środku — teraz cała uwaga spoczywała na nim, a nie na utalentowanej siostrze.
— Niedługo to miejsce będzie pełne młodych kaczek — wyjaśnił Trójoki Zając, podchodząc do morskookiego. W tym czasie Szron wycofała się z dotychczasowej pozycji, samej dołączając do dwójki kocurów.

***

— Gotowy? — Zszarzała Łapa usłyszał niespodziewanie głos obok siebie. Właśnie czekał z niebieskooką młódką, aż zjawi się ich mentor. Zdziwiony niedawno poznany brzmieniem, należącym do srebrnego jednookiego wojownika, skierował wzrok na swoje prawowitego nauczyciela, którego dotychczas zastępował brat Króliczej Prawdy.
— Nie — oznajmił prosto z mostu. — Miały być trzy wschody słońca, dziś mija drugi — zauważył, wracając do oczekiwania na Trójokiego Zająca.

[2289 słów + otwieranie krabów]

[Przyznano 46% + 5%]

Od Berberysu (Berberysowej Łapy) do Ciernia (Ciernistej Łapy)

Kiedy byli jeszcze kociętami

Berberys spojrzał na wchodzącego do obozu Świerszczowy Skok, który w pysku trzymał upolowanego królika. Ojciec zauważył go w wejściu do żłobka, jednak zignorował kociaka, przeszedł obok prosto do Ciernia, który siedział w oddali na polanie.
— Tato?
Chciał zwrócić na siebie uwagę, jednak ojciec go nie usłyszał, tylko przycupnął przy Cierniu, który z podekscytowaniem zaczął skakać wokół upolowanego królika. Berberys położył po sobie uszy. Czy ojciec go nie lubił? Czy był najgorszy z rodzeństwa? Nie uważał się za takiego, jednak jak traktowali go niektórzy z rodziny, podważało to jego pewność siebie. Czując, że robi mu się przykro, osunął się w cień żłobka, chcąc pobawić się kośćmi, które zdołał wykopać po czyimś obiedzie.

***

Po mianowaniu Berberysowej Łapy na ucznia oraz reszty jego rodzeństwa

Berberysowa Łapa stał obok Śnieżycowej Chmury, która właśnie została jego mentorką, jednak nie cieszył się tak samo, jak pozostałe jego rodzeństwo. Czuł, jak wzrasta w jego żyłach gniew i żal skierowany do całego Klanu Burzy. Czemu to właśnie Ciernista Łapa dostał ich matkę za mentorkę, a nie on? Ciernista Łapa dostawał odpowiednio dużo uwagi od ojca, a teraz jeszcze miał dla siebie na wyłączność Jagodowe Marzenie, która była wszystkim dla Berberysowej Łapy?
“Przecież to jest tak niesprawiedliwe!” — fuknął w myślach i pazury zatopił w ziemi. — “Czemu to ja jestem tym niechcianym?”
Jego brat przechwycił jego pełne żalu spojrzenie i posłał mu delikatny uśmiech, który nie spodobał się Berberysowej Łapie.
”Wiesz dobrze, że nie jestem ulubionym potomkiem w miocie i jeszcze cię to bawi?” — zmrużył oczy i cicho prychnął z frustracji pod nosem.
Ciernista Łapa ewidentnie cieszył się jego pechem oraz jakby tylko miał szansę, to dopiekłby mu na wszelkie sposoby.
— Berberysowa Łapo, pójdziemy zwiedzić tereny Klanu Burzy. Zobaczysz nasze granice oraz z kim je dzielimy. Pewnie musiałeś już słyszeć o Klanie Nocy, Klanie Wilka oraz Klanie Klifu, nieprawdaż?
Wyrwał go z pochmurnych myśli głos Śnieżycowej Chmury.
— Jeszcze słyszałem o Owocowym Lesie — otrząsnął się i zerknął na mentorkę, która wyglądała na bardziej podekscytowaną od niego.
— Dobrze musieli cię wychować — zamruczała tamta i pogładziła go ogonem po barku. — Jednak nie pora na pogawędki! Chodźmy, póki słońce nam jeszcze sprzyja!
Berberysowa Łapa westchnął pod nosem, jednak nie stawiał oporu. Oboje wyszli z obozu wraz z jego rodzeństwem oraz ich mentorami.

***

Dzień minął dość szybko, a posłania w legowisku uczniów wydawały się zbyt obce dla Berberysowej Łapy. Nie pachniały już ciepłem Jagodowego Marzenia, były chłodne i czyste, nie nosiły na sobie żadnych konkretnych zapachów, które mógłby do kogoś przywiązać. Pewnie później te leża wezmą wraz ze sobą do legowiska wojowników. Cicho przełknął ślinę i położył się na jednym z wolnych posłań, zwinął się ciasno w kłębek i zerknął w stronę Ciernistej Łapy, który zadowolony mruczał coś do Makowej Łapy.
“Pewnie się ze mnie śmieją… Kiedyś wam zedrę te uśmieszki z pyszczków!”
Nie wysilał się, żeby dosłyszeć ich cichą rozmowę, jakby im go nie obgadywali, to nie musieliby szeptać między sobą! Zacisnął mocniej pysk, a po jego policzkach spłynęło kilka łez. Starał się nie trząść z emocji, jednak mu to nie wychodziło, gdyż szepty ucichły, a do niego zwróciła się Makowa Łapa.
— Wszystko dobrze, braciszku? — Głos siostry był zmartwiony.
Jak on strasznie nienawidził samego siebie! Czemu musiał tak płakać! Nie chciał być tak emocjonalny! Nie chciał być słaby!
— Pewnie płacze, bo tęskni za mamą. — Starał się przekonać Makową Łapę Ciernista Łapa, który nie brzmiał zbytnio empatycznie. — Przejdzie mu… Może kiedyś jak dorośnie.
Berberysowa Łapa nie zamierzał ulec zaczepkom swojego brata. Zignorował go, zamykając tym samym oczy i znikając w krainie snów.

***

Aktualne

Świat wydawał się bury i deszczowy, śnieg topniał w zawrotnym tempie, a słońce ciągle kryło się za chmurami. Pora nowych liści nie zaczynała się zbyt optymistycznie, jednak Berberysowej Łapie najmniej to przeszkadzało. Chciał już zostać mianowany na wojownika, gdyż każdy kolejny dzień z trajkoczącą Śnieżycową Chmurą oraz Ciernistą Łapą na ogonie nie były przyjemne. Wolał już monotonne obowiązki, które mógłby wykonywać samotnie do końca swojego życia, niż użeranie się z bratem, któremu życie nie sprawiało takiego trudu, co mu. Apropo brata, właśnie oboje szli na wspólne polowanie, które miało się odbyć pod czujnym okiem ich mentorek.
— … może pogoda nie jest idealna na polowanie, jednak każdy musi coś jeść. Poza tym jest to okazja, byście potrenowali biegi w ciężkich warunkach. — Bez przerwy gadała Śnieżycowa Chmura, której co jakiś czas przytakiwała Jagodowe Marzenie. Pewnie ich mama nie chciała wyjść na niemiłą. — Będziecie musieli być jednak ostrożni na tyle, byście nie skręcili sobie łap.
— Czyli mamy upolować królika i tyle? — dopytał Ciernista Łapa.
— Oczywiście kochanie — zamruczała, tym razem Jagodowe Marznie. — To jest czas, byście poćwiczyli ze sobą współpracę. Musicie być zgrani, jeśli chcenie polować wraz z innymi wojownikami.
— Czy mogę polować sam? Nie chcę pomocy Ciernistej Łapy. — W końcu się odezwał Berberysowa Łapa, gromiąc spojrzeniem swojego brata, który również nie był mu dłużny.
— Właśnie, nie chcę pomocy płaczka! Żaden z niego wojownik!
Berberysowa Łapa prychnął, czując, jak na karku zaczyna się podnosić jego sierść.
“Zawsze miałem podstawę, żeby płakać! Co za okropny króliczy bobek!” — pokazał mu kły w grymasie, jednak kiedy tylko Jagodowe Marzenie rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, przestał.
Trójka kotów rozmawiała dalej, jednak on nie wtrącał się już w rozmowy. Obserwował uważnie otoczenie, szukając wzrokiem puchatych królików, które wystawiałyby swoje długie uszy poza swoje bezpieczne nory. Nie nudził się zbytnio, gdyż zaraz dotarli do miejsca docelowego.
— Jeśli chcecie, to możecie się rozdzielić. Nie zamierzamy wam pomagać w polowaniu na króliki, w szczególności, że nie jesteście już najmłodszymi uczniami. Powinniście znać już jakieś podstawy, które pomogłyby wam w złapaniu, chociaż jednego królika — zaczęła Śnieżycowa Chmura. — Jednakże uważajcie na granice, jesteśmy niedaleko granicy z Klanem Klifu. Nie przekraczajcie oznaczeń zapachowych oraz jeśli znajdziecie coś niepokojącego, to zgłaszajcie to nam.
Wraz z bratem skinęli głowami.
— Cieszę się, że rozumiecie. Możecie rozpocząć polowanie, będziemy was obserwować z dużego dystansu.
Nie czekając na zaproszenie, oboje wyruszyli na łowy, jednak żadne z nich nie chciało ze sobą współpracować. Bez wypowiedzenia żadnego słowa, rozdzielili się w wysokich trawach i każde z nich poszło w inną stronę.
“Nareszcie! W końcu jestem sam! Bez tego króliczego bobka, bez jego marudzenia i wywyższania się!” — odetchnął z ulgą.
Cały w emocjach starał się znaleźć woń choćby myszki, jednak tereny były nadal ubogie w zwierzynę. Przechodząc obok nory, zatrzymał się niepewnie, starając złapać jakiś znajomy mu zapach. Miał już niejedną lekcję w tunelach wraz ze Śnieżycową Chmurą, jednak dotąd nie umiał się w nich za dobrze poruszać. Na samą myśl walki w ciemnościach, przeszły go ciary aż do końcówki ogona.
“Może nie będę musiał walczyć z czymkolwiek, co mogłoby się schować w norze? Przecież nie każda nora pachnie lisem…”
Starając się trzymać nerwy na wodzy, zajrzał do środka. Ku jego uldze nie było żadnego drapieżnika, tylko i wyłącznie kurz i zapach mokrej ziemi.
— Nie wiem, czy się cieszyć, czy smucić… Mógłby przynajmniej schować się tutaj jakiś zając albo skromna myszka… — jęknął bezsilnie.
Dalsze polowanie nadal mu nie wychodziło, nieważne, jak bardzo się starał, jednak ciągle wracał do nory, aż w końcu poddając się całkowicie, wszedł do środka i stwierdził, że przeczeka resztę polowania. Jeśli nie mógł znaleźć zwierzyny, to może zwierzyna znajdzie jego? Niezgrabnie położył się, podpierając tym samym swój pyszczek. Czuł jak do jego bielutkiego futerka w rude łaty, przykleja się błoto. Bezsilność wzięła górę, a do jego oczu napłynęły łzy.
“Jestem taki bezużyteczny! Ja nic nadal nie umiem! Najgorszy z miotu!”
Nagle usłyszał tupot łap. Coś przebiegało przez trawy i to w jego kierunku! Wstał szybko na cztery łapy i podszedł bliżej wyjścia z nory, odgłos pogoni się nasilał. Ugiął się na łapach, będąc gotów na wyskok z zaskoczenia. Może jednak uda mu się złapać coś na tym polowaniu. Wyczuwając odpowiedni moment, wyskoczył zza traw i krótkim sprintem dogonił królika, którego właśnie gonił jego brat. Dopadł do zwierzyny i mocnym ugryzieniem pozbawił ją życia.
— Hej to był mój królik! — warknął do niego brat, odbiegając zdyszany. — Prawie go miałem!
Berberysowa Łapa przekręcił głowę w stronę Ciernistej Łapy, a w jego szczękach zwisał chudy szarak. Nie podobał się mu ton brata. Położył po sobie uszy i obdarował go wrogim spojrzeniem.
— Jednak go nie miałeś, bo upolowałem go pierwszy — powiedział ozięble.
— Przyszedłeś na gotowe! To nieuczciwe!
— Wykorzystałem sytuacje. Trzeba być sprytnym.
Napięcie w powietrzu rosło, a on nie zamierzał przegrać tej rozmowy. Brat zawsze dostawał to, czego chciał. Miał lepiej od niego od początku i zamierzał jeszcze przywłaszczyć jego zdobycz? Berberysowa Łapa nie pozwoliłby na to.

<Bracie?>
[1383 słów + polowanie na króliki]

[Przyznano 28% + 5%]