BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

06 kwietnia 2026

Od Rohan

Całodzienny skwar i prażące słońce powoli zaczynały ustępować chmurom i przelotnym deszczom. Chociaż końcówki dnia podczas Pory Zielonych Liści były niezwykle przyjemne, a wizja chłodnego wieczoru często była na tyle przyjemna, że można było zapomnieć o fakcie, że najpierw trzeba było przeżyć męczący południa, tak większość Owocniaków z wielką ulgą powitała pogorszenie się pogody. Gondor był jednym z tych kotów. O ile nie musiał się martwić o przegrzanie, które mogło być niezwykle uciążliwe dla tych o ciemnym futrze, tak jego gęsta szata nie pozwalała na ulatywanie potu, który zbierał się zaraz przy skórze i sprawiał, że często miał z nią problemy. Za każdym razem, kiedy przychodził nieco chłodniejszy dzień, kiedy wiatr dął mocniej znad terenów Klanu Burzy i niósł ze sobą lekki zapach morskiej bryzy, ten od razu wykładał się na zacienionym kamieniu i próbował przewietrzyć wszystkie owłosione zakamarki. Rohan często pomagała mu o nie zadbać, nie chcąc, aby partner znów obtarł się między nogami a brzuchem lub piersią. Nie lubiła, kiedy całymi nocami narzekał jej do ucha. Po całych dniach spędzonych osobno wolała, aby ten wspólny sen był czymś przyjemnym, niekoniecznie wypełnionym jego ciągłymi wakrami i zgrzytami. 
Mówił jej wtedy, że ona zwyczajnie nie rozumie, że nigdy nie miała takiego problemu i po prostu nie wie, jak bardzo uciążliwe to może być. No i faktycznie może i była to prawda, ale znowu on nie rozumiał, jak okropne było, kiedy nagle łapie cię deszcz i zamiast pozostawać na wierzchniej warstwie, od razu przenika do skóry i oblepia chłodną pelerynką. O życiu podczas Pory Nagich Drzew nawet nie miała siły wspominać. Aby się nie kłócić, zwyczajnie kończyli przepychanki na tym, że koty powinny posiadać dwie różne szaty, które zmieniałyby się zależnie od pory roku. Wtedy wszystkim lepiej by się żyło. 
Na szczęście teraz panował ta pora, ten czas, kiedy wszystkim żyło się lekko i przyjemnie. Prawda, deszcz mógł zaatakować niespodziewanie w każdej chwili, ale słońce nie parzyło w karki, a mróz nie piekł w łapy i nosy. Zwierzyna grasowała niczym szalona, niczym ślepa na wszelakie patrole łowieckie czy inne drapieżniki. Podobnie jak Owocniacy, była oślepiona wizją pełnego brzucha i wykarmionego potomstwa. Świat obfitował we wszystko. 
W Owocowym Lesie również w nieszczęście...
Kiedy para kotów dołączyła do społeczności, liczyła na spokój, bezpieczeństwo i dostatek. Może i spodziewali się większej liczby zadań i odpowiedzialności, ale nie byli przygotowani na epidemie, która po kolei przenosiła się na kolejne koty. Początkowo nie obawiali się jakoś niesamowicie mocno; w końcu chorzy byli jedynie ci, którym już i tak nie pozostało zbyt dużo czasu. W końcu jednak zachorowali również Czerwiec i Szafran, których Rohan i Gondor zdążyli poznać w obozie lub gdzieś na patrolach. To były zdrowe i silne koty, które powinny mieć jeszcze niezliczone księżyce życia przed sobą, a teraz tarmosiła je przedziwna choroba, jak gdyby również ich pyski były posiwiałe, a oczy przykryte bielmem. Wtedy dawne pieszczochy po raz pierwszy faktycznie zaczęły żałować swojej decyzji. Zwłaszcza że podczas pierwszych treningów dowiedzieli się, że Owocowy Las jest jedynie jedną z pięciu grup dzikich kotów, które zamieszkują okoliczne lasy, łąki i plaże. Czy gdyby poszli gdzieś dalej, to ominęłaby ich ta tragedia? Co jeśli jeden z nich będzie musiał odejść i pozostawić tego drugiego? 
"To był mój pomysł, moje widzimisie, moja przygoda…" — powtarzała w głowie Rohan, wpatrując się w kocura, który szedł obok niej. Nie chciała go martwić. Nigdy nie mówiła takich rzeczy na głos; wiedziała, że kocur od razu by na nią nasyczał i powiedział, że ma przestać wygadywać głupoty, bo on nie jest kociakiem i gdyby sam nie chciał dołączyć do Owocowego Lasu, nie zrobiłby tego. Nawet jeśli nie była to prawda. Gondor zawsze zrobiłby wszystko, aby tylko być u jej boku. 
— Podoba wam się u nas, moi drodzy? — zapytała nagle Purchawka, która tym razem im towarzyszyła. Kocica była przyjemna w obyciu i bardzo ciepła; bardzo za nią przepadała. Nie utraciła swojej pozytywnej iskierki, nawet kiedy po obozie szalała zaraza, a nikt nie wiedział, skąd mogła się wziąć i co mają z nią robić. 
— Jest tu nieco… zamieszania, ale wspaniale jest mieć ciepłe miejsce do spania, do kogo pysk otworzyć i nieco więcej obowiązków podczas dnia. Nuda jest paskudna — odezwał się Gondor, zanim jego ukochana w ogóle zdążyła otworzyć pysk. 
— Fakt, niefortunny czas… — wtrącił się Topola, który prowadził grupkę czterech kotów. Od kiedy jego partnerka przeniosła się do kociarni, gdzie miała wyczekiwać przyjścia na świat swojego późnego potomstwa, szkolenie burej przejęła Jeżyna. Zwiadowczyni była jednak zajęta tego poranka, gdyż musiała iść na patrol. Uczennica miała do wyboru towarzyszyć jej lub wybrać się na zbieranie ziół z partnerem, jego nauczycielem i szamanką. Decyzja była natychmiastowa.
— Tobie to chyba nie wypada tak mówić, Topolo — zganiła go żartobliwie dymna. Kocur zdał się nieco… zakłopotać? Czyżby nawet się zarumienił? Odwrócił wzrok niczym nastoletni zakochany. Zaśmiał się pod nosem. 
— No, może u nas nie jest najgorzej — wymruczał, wpatrując się w ziemię przed sobą. 
— Lepiej późno niż wcale, co? — zaczepił go żółtooki. Oczywiste było, że biały dogadywał się o wiele bardziej ze swoim mentorem niż jego druga połówka. Rohan musiała przyznać, że cieszyła się niesamowicie ze zmiany nauczycielki. Jeżyna zdawała się być o wiele milsza i bardziej wyrozumiała. Może nawet uda jej się dokończyć trening, zanim Figa wymknie się z powrotem do legowiska zwiadowców… To by było niesamowicie piękne… 
"A może macierzyństwo nieco ją ociepli? Nieco załagodzi ten ogień, który skrzy jej w ślepiach, ostudzi gniew, który z niej kipi za każdym razem, kiedy łapa zsuwała mi się z śliskiej, gładkiej gałęzi..." —  rozmarzyła się niemal. 
— A ty, moja droga? Niezwykle cicho sobie tam drepczesz, niczym nie ty! — zaczepiła ją Purchawka. Białe uszy stanęły pionowo i natychmiastowo odwróciły się w kierunku szamanki. 
— Uh... Ja po prostu tak sobie… rozmyślam — wydukała. 
— A o czym to? Czasami dobrze wyciągnąć nasze myśli z głowy i przenieść je na język, rzucić na wiatr, aby Wszechmatka mogła je usłyszeć i odpowiedzieć nam, ukoić nasze nerwy — zachęciła zezowata. 
— Mm... Myślę, że to niepotrzebne, to tylko takie głupotki, nic więcej — zaśmiała się srebrna. Gondor przeciągnął ogonem po jej grzbiecie, ale nic nie powiedział. Był kotem czynu. 
— Skoro tak uważasz — zakończyła Purchawka i ruszyli dalej nieco prędzej. Postanowili zrobić kółko wokół obozu, aby nigdy nie oddalać się zbyt mocno. W każdej chwili ktoś mógł potrzebować szamanki, a ta nie wybaczylaby sobie, gdyby akurat zabrakło jej w najbardziej krytycznym momencie. Nawet jeśli tego samego poranku przywitali kolejnego malucha, który miał szkolić się pod okiem jednego z uzdrowicieli. Nigdy nie było za dużo łap do pomocy; zwłaszcza tych faktycznie przeszkolonych i chętnych do pomocy i poświęceń. 
Nagle Topola stanął. Wryty niemal w ziemię postawił uszy na sztorc i napiął całe swoje ciało. Końcówka ogona drgała mu w skupieniu; zaczął węszyć. 
— Czujecie to? — zaczął niepewnie. Cała pozostała trójka zaczęła głęboko zaciągać się powietrzem. Pyski mieli uchylone, a oczy przymknięte, jakby pozbawienie siebie jednego ze zmysłów miało wyostrzyć pozostałe. Faktycznie zapach był wyczuwalny, cierpki, delikatnie słodki i bardzo duszący. 
— Stęchlizna... Zapach śmierci — wydukała Purchawka, robiąc jeden niepewny krok do przodu, w stronę źródła swądu. — Ale to bardzo, bardzo starej śmierci...
— Może powinniśmy być bardziej ostrożni — wymruczała Rohan, patrząc na szamankę, która z każdym uderzeniem serca zbliżała się do zarośli, które porastały brzeg rzeki.
— Może to znów te parszywe stwory! — ostrzegł Gondor. Topola spiął się jeszcze bardziej; nikt nie chciał, aby kotka skończyła jak biedny Orzeszek. Od śmierci starszego wszyscy unikali bobrów niemal z taką samą pieczołowitością co lisów. — Panno Purchawko, nie wiem, czy to dobry pomysł. — Spróbował zatrzymać ją jeszcze raz. Kotka jednak nic sobie z tego nie robiła. W końcu para kocurów ruszyła za nią. Rohan chwilę stała w bezruchu, ale ostatecznie również ruszyła za resztą. Serce waliło jej w piersi ze strachu. 
Panowała niemal całkowita cisza. Smród nabierał na sile z każdym krokiem. Powoli szczypał w oczy i sprawiał, że do pysków napływała ślina. Karpati miała wrażenie, że łapy się zaraz pod nią ugną i puści pawia prosto pod nie. W końcu jednak stanęli przed bujnymi zaroślami. Muchy brzęczały dziko, a ich śpiew dudnił kotom w głowie. 
— Nie słychać rzeki — zauważył Topola, kładąc uszy po sobie. 
— Tylko śpiew śmierci — wymruczała szamanka, robiąc ostatni krok wgłąb krzaków. Kiedy tylko zrobiła w nich przejście, zapach uderzył w resztę Owocniaków, która stała za nią. Uczennica zakaszlała i zakryła nos łapą. Jej partner, zamroczony, zrobił pół kroku do tyłu. Wojownik udawał niewzruszonego, ale oczy zaszły mu łzami. 
Ich oczom okazało się wielkie jelenie truchło w zaawansowanej fazie rozkładu. Rogacz leżał na boku, a jego nogi, brzuch i pierś (lub to, co z nich zostało) spoczywały w wodzie, której swąd wprawiał całą grupę w zawroty głowy. Nad taflą unosiła się chmara robactwa, która czarną warstwą oblepiała posklejane brązowawe futro olbrzyma. W niektórych miejscach widać było biel kości, gdzieniegdzie zgniłą zieleń zepsutego mięsa lub grubej skóry. Tylne nogi zostały już całkiem ogołocone przez wodne bakterie i inne żyjątka. Łeb za to wydawał się w niemal idealnym stanie. Być może coś jedynie nadgryzło kawałek ucha lub szczęki; oczy jednak wciąż były bystre i zdawały się wpatrywać prosto w grupę kotów. 
Stali w szoku. Nie tego się spodziewali. 
Chociaż tego nie chcieli, mniej zdziwiłby ich widok kota, który został zaatakowany przez bobry i pozostawiony na pastwe robactwa. To nie sprawiłoby, że cała okolica przesiąknie stęchlizną. 
— Spójrzcie na wodę… — odezwała się w końcu Purchawka.
— H-huh... — mruknął zaskoczony biały. 
— Stoi... A powinna płynąć — dodał Topola. — Śmierdzi niczym niewymieniany mech... — Skrzywił się z obrzydzeniem. 
— A-ale czemu? — zapytała Rohan, próbując uciec swądu, ukrywając się za partnerem. Ten jednak zdał sie już przesiąknąć przez ich futra, aż do ich skóry, a nawet kości. 
— N-nie wiem… — powiedziała najpierw szamanka, ale po chwili dodała, odwracając się do nich: — Nie. Jednak wiem... To one, to one i ich obozy na rzekach... Ich konstrukcje z gałęzi nie pozwalają rzece płynąć dalej… O-ostatnio Wiciokrzew i Mistral widzieli je nieco za obozem na rzece. One... One odcięły Owocowy Las od wody. Od dobrej wody. 
— Czy próbujesz powiedzieć, że to wszystko, co dzieje się teraz w obozie, w legowisku starszych, to… to wina bobrów? I tego martwego jelenia? — zapytał wojownik, a jego uszy położyły się płasko. 
— Tak. Jestem niemal tego pewna. — Szok niemal emanował od kocicy. — My musimy coś zrobić... One nas zabiją, wytrują jeden po drugim… 
— Ale dlaczego reszta kotów nie choruje? Tylko ta garstka? Przecież to nawet nie jest zaraźliwe… Kolendra jest zdrowy, chociaż każdą wolną chwilę spędza ze swoją ukochaną — zauważył Gondor, próbując w międzyczasie lepiej przyjrzeć się zwłokom. 
— B-bo nie wychodzą z obozu — wydukała srebrna buraska zza niego. Trzy pary oczu przeniosły się na nią. Zanim powiedziała coś jeszcze, przerwała jej dymna. 
— Tak. Wojownicy, zwiadowcy, uczniowie, a nawet i stróże... Oni wszyscy wychodzą z obozu i piją wodę z rzeki, która wciąż biegnie, która nie jest przesiąknięta larwami i śmiercią. A starsi... A starszych zatruwaliśmy wodą z bliska, zaraz z brzegu przy obozie… — Ostatnie słowa stały się niemal jękiem. Smutek i żal wymalowały się na pysku kotki. Poczucie winy ściskało jej serce. 
— Purchawko... Jakże mogliście wiedzieć? — odezwał się łagodnie Topola. Położył ogon na ciemnym grzbiecie, a zezowata zacisnęła oczy na krótką chwilę.
— To nie wasza wina… Chcieliście jak najlepiej zadbać o swoich przyjaciół — rzekł Gondor. — Teraz najważniejsze, aby jak najszybciej zanieść te wieści do Pieczarki i Czereśni. Nie możemy zwlekać; dla reszty może być jeszcze szansa na wyleczenie. 
— Tak, tak, to nie czas na obwinianie siebie. Najpierw wróćmy i zabrońmy wszystkim picia wody, która nie płynie — zadecydował wojownik. Szamanka w końcu kiwnęła głową. Cała czwórka wystrzeliła w kierunku obozu. 
W końcu mogli coś zrobić. W końcu nie byli bezradni niczym krety pozostawione na powierzchni. W końcu była jakakolwiek szansa, że dotknięte choróbskiem koty będą w stanie wyzdrowieć i powrócić do swoich rodzin, przyjaciół i obowiązków. Musieli tylko działać szybko i sprawnie. Musieli się zmobilizować i wykazać ogromną troskę. A co najważniejsze... Musieli coś w końcu zrobić z tymi przerośniętymi, mokrymi szczurami. Nie mogą czuć się spokojnie, dopóki ich zębiska ścinają ich owocowe drzewka, wgryzają się w ciała kotów i brukają się ich krwią. Nie było na nie miejsca w idealnym świecie, do którego uciekli Gondor i Rohan, w którym Topola chciał wychować swoje pociechy, w którym Purchawka miała szerzyć szlachetną wiarę w Wszechmatkę. 

[1999 słów]

Od Dryfującej Bulwy do Przebiśniegu

Starszy kocur poszedł na samotne polowanie. Był dosyć głodny i chciał przy okazji wyżywić żonę. Trochę musiał się odzwyczaić od życia, gdzie nie musiał tak często polować, bo miał z tyłu głowy, że zawsze jak wróci do obozu, to będzie miał stosik ze świeżymi rybami, które upolowali inni. Szedł sobie z ziem niczyich do pobliskiej rzeki. Podszedł do niej, próbując wypatrywać ryb, jednak jedyne co mu się rzucało w oczy to spadające liście Pory Opadających Liści na powierzchnię wody, którą niósł ze sobą prąd wodny. Na szczęście liści nie było dużo, nie chciał jednak skupiać się na liściach i popatrzył w wodę. Bury kocur zobaczył jakiś cień w wodzie, skoczył na cień, już mając rybę w łapie. Chciał już ją zabić, ale zauważył jakiś inny cień... BORSUK?! Tak się wystraszył, że wpadł do wody głową. Nie dość, że rozbolała go głowa, to się wodą zakrztusił. Szybko wyszedł na powierzchnię, gdzie było sucho, mimo tego nadal się krztusił wodą. Kaszlał niezwykle głośno, mimo to usłyszał coś zza krzaków. Czy to był ten borsuk?
To coś podeszło spokojnie do kocura, zdziwione, że tak ktoś na jeno zareagował. Było to w dużej odległości od niego, choć nie umiał się skupić, na jakiej, bo nadal się krztusił, a oczy miał tak załzawione, że nie umiał określić co to.
— A Tobie to co? Myślałam, że koty z wiekiem zdobywają wiedze, a nie ją tracą. Ryby nie powinny Cię zjeść — słysząc, że to gada, jeszcze bardziej się zakrztusił. Gadający borsuk?! Klanie Gwiazdy, czego jeszcze nie było na tym świecie... Miał tylko nadzieję, że to go nie zje.
— Nie zbliżaj się do mnie! Chce jeszcze żyć — położył się wyczerpany na ziemi, ocierając łzy z oczu. Jak dobrze, że przestał się krztusić, już myślał, że spotka się z Pluskającym Potokiem. Chciał się obrócić, ale coś się rzuciło na niego, śmiejąc się i szydząc. Nie mógł na razie wstać. Poczuł łapę, która go przyciskała do ziemi. Przynajmniej teraz wiedział, że to nie był borsuk. Bo łapy takiego, zwykle były większe od kocich. Przynajmniej teraz wiedział, że błędnie ocenił sytuację.
— Za późno, wielka ja dokończę robotę, abyś nie musiał już tonąć nigdy — dokończyć robotę?! Czy ona chciała go zabić? Klanie Gwiazdy, ratuj!
— Ki–... kim jesteś! Nie zabijaj mnie, mam rodzinę! — zawodził błagalnie, chcąc żyć, tak bardzo nie chciał zostać zabity przez jakąś samotniczkę. Chciał jeszcze zobaczyć swoją żonę i przeżyć starość, nie chciał tak skończyć.
Kotka po jakimś czasie wreszcie go puściła, przewracając oczami. Był zdziwiony, bo myślał, że go zadrapie, ale w sumie dobrze dla niego. W takim wieku rany się nie goiły dobrze. Gdyby miał jakąś dostać teraz, to...
— A to mówią, że pieszczochy nie nadają się do życia w lesie — zaśmiała się głośno, po czym podeszła do wody. Łapą lekko chlapnęła na niego.
— Masz moją łaskę — parsknęła. — Znajdź może jakiegoś sieciarza, który się Tobą zaopiekuje, bo nie wiem, czy tak się zachowując, przeżyjesz — jakiego sieciarza, o czym ona mówiła? Pewnie jakieś dziwne stworzenie.
— Nie, dzięki— nie potrzebował żadnego sieciarza, czymkolwiek to było. Zmierzył ją wzrokiem. Skąd ona była, że znała takie słownictwo? Może była pieszczoszką? Chociaż raczej była, bo mu to zasugerowała. Mieszkając na farmie kiedyś z Jabłkowym Plackiem, też widział dwunożnych którzy dbali o farmę, może więc ci sieciarze to był rodzaj dwunożnych którzy dbali o coś innego?
— Na pewno? Bo jak pieszczoch w sumie już się poddajesz — dodała nieznana kotka, nie próbując odpowiedzieć na jego pytanie. — A teraz może poszedłbyś z drogi i się stąd usunął. To jest moje miejsce na ryby — jej miejsce? Od kiedy niby? Nie chciał już mieć problemów z młodą kotką, więc odszedł bez żadnego pożegnania. Nie chciał się kłócić o głupie miejsce nad rzeką, mógł złowić coś gdzieś dalej. Stary kocur poszedł z nurtem rzeki i pustymi łapami, szukając lepszego miejsca na łowienie ryb.

<Nieznajoma?>

Od Borowika CD. Gołąbka

— Ugh...
No ładnie. Znowu to samo.
Oczywiście wiedziałem, co to zwierzyna. Widziałem też już kiedyś, jak wygląda. Jednak zupełnie obraz nie połączył mi się z nazwą ani z opisem. To samo z roślinami.
Gdybym dostawał ładny kamyczek za każdym razem, gdy mylę zwierzynę z roślinami, to miałbym... zero, bo ja się nie mylę. A to było tylko takie...
No.
Wyjątek potwierdzający regułę.
Ja działam na podstawie logiki. A miałem dokładnie takie same szanse przy wyborze, by trafić na właściwe jedzenie, jak i na niewłaściwe.
Ale teraz Gołąbek smutny. Niedobrze.
Stałem w miejscu, nie ruszyłem nawet łapką, by iść do naszej matki, więc Gołąbek oświadczył.
— Zaczekaj tu. Zaraz wrócę z mamą!
I odbiegł w stronę legowiska.
Smutny. Smutny.
Teraz dopiero, gdy mój zadaniowy i pełen determinacji nastrój opadł, zrozumiałem, co tak naprawdę tu się stało.
Gołąbek musiał włożyć swój czas i pracę w zrobienie tego... ładnego kółeczka wokół... no, czymkolwiek to było. Nie rozumiem, po co. Ale rozumiem, że mu smutno.
Potrząsnąłem główką, próbując pozbyć się z gardła tego dziwnego ścisku, uczucia, które ciężko było mi opisać, ale które nawiedzało mnie często.
Przełknąłem. Niezbyt pomogło.
Na szczęście w popełnianiu błędów jestem tak samo dobry, jak w ich naprawianiu.
Czas na magiczne wzorki.
Zacząłem sunąć pyszczkiem po ziemi, idąc tyłem. Narysowałem wokół okręgu kwiatków dwa następne okręgi, od ostatniego odchodziło osiem linii.
Wykonałem kilka kolejnych kroków, aż moje dzieło było gotowe.
Usiadłem przed okręgami na ziemi, cały umorusany w piasku i pyle.
Kichnąłem.
Nie pomogło.
Chwila.
A nie. Już dobrze.
Po niedługim czasie zobaczyłem wynurzającą się z legowiska postać brata.

<Gołąbku?>

Od Białego Strumienia

Nastała przepiękna Pora Opadających Liści pełna wilgotnych zapachów i niechybnej wizji Pory Nagich Drzew. Wszystkie stworzenia czuły tę samą presję, by jak najlepiej przygotować się na przyjście Pory Nagich Drzew. Biały Strumień widział to również w obozie, kiedy przemykające prędko koty zbierały zapasy ziół i mchu, często również rzeczy takich jak gałązki służące do napraw. Niektórzy brali żywicę z drzew, korę czy różne przydatne głupoty. Albinos z kolei pracował w pocie czoła u boku pozostałych przewodników nad zabezpieczeniem tuneli przed śniegami Pory Nagich Drzew. Wyleczył swoje oparzenia, jednak Wełnista Mszyca wciąż chciała, by do niej zaglądał na kontrolę, za co w głębi duszy był wdzięczny. Nie było nic lepszego od uczucia, iż ktoś o Ciebie dbał.
Właśnie… Co do uczuć…
Biały Strumień zdawał się zaleczyć ranę w sercu zrobioną przez Drobne Ukojenie. Miał nadzieję jednak spotkać ją któregoś dnia, być może ma zgromadzeniu, by w pysk mu powiedziała, co o nim sądzi. Nie chciał grać w podchody, domyślać się, czy to faktycznie oznaczało odrzucenie go, nim na dobre zaczął starać się o jej względy. Nie lubił takich gierek. Jeśli miała coś do niego - niech mu powie to w twarz, wtedy będzie mniej bolało.
Tak więc albinos zabezpieczał wejścia, sprawdzał ściany, które przez wilgoć lubiły się osuwać, a także dbał o konserwację Groty Pamięci czy Łapkowa, do których czasami zanosił różne zabawki.
Jednego wieczora zakończył pracę dosyć późno. Było już całkiem ciemno, kiedy jego łapy stanęły przy wyjściu z tunelu na obóz. Jego smukłe ciało bardzo sprawnie wyślizgnęło się z ziemistej jamy. Miał nieco brudną sierść na bokach, więc zanotował w głowie, by je przemyć przed snem.
Wiatr wiał w specyficzny sposób, mógł to wyczuć niemal od razu, gdy zerknął dookoła, czując jego muskanie. Wziął wdech, jednak nie poczuł nic niepokojącego, dlaczego więc…?
Ruszył, spychając to dziwne uczucie w tył głowy. Wszedł pomiędzy krzewami na teren obozu, a dokładnie w tym samym czasie Zawodzące Echo przymierzał się do wejścia w to miejsce. Biały Strumień dostrzegł jego ciemne futro, skinieniem głowy zamierzał pozdrowić zastępcę. Gdy tylko spuścił wzrok, Zawodzące Echo minął jego osobę, ale ciemny pysk przerażającego kocura zatrzymał się przy uchu młodszego. Cichy, delikatny, acz stanowczy ton rozbrzmiał w jego bębenkach, gdy syn Króliczej Gwiazdy szepnął mu kilka słów.
Po czym odszedł.
Tak po prostu. Zostawił go w tym krzewie, w tej nagle przytłaczającej ciszy. Liście leżące na trawie zaskrzypiały, kiedy nadepnął na nie łapą. Poczuł się nieswojo. Młodego przewodnika zastanowił powód, dla którego Echo wyraźnie czekał, aż kocur wróci do obozu. Czy w takim razie znał jego rozkład dnia tak dokładnie? Był w stanie przewidzieć, że dzisiaj zejdzie mu się dłużej, czy może specjalnie na niego czekał?
Odwrócił głowę, jednak po ciemnym kocurze nie został nawet ślad.
Zastanowił się nad tym dłuższą chwilę, jednak nie mógł wpaść na nic konkretnego. Zamrugał powoli czerwonymi oczyskami, nim ruszył ponownie ku legowisku na spoczynek.

Od Nieustraszonego Chomika do Wełnistej Mszycy

Przeszłość

Kotka leżała w norze. Pilnowali ją strażnicy po śmierci Norniczego Śladu, od której minęło zaledwie kilka wschodów słońca. Możliwe, że chciała zamordować Przeplatkę, ale nie żałowała tego ani trochę. Jedyne co by zmieniła, gdyby miała zrobić to ponownie, to by ją zabiła, zanim ta popatrzyłaby na Nornicę, która patrzyła na nią. Dlaczego w sumie się wahała? Przecież miało pójść tak łatwo. Może jednak nie umiała jeszcze zabić? Może to nie był jeszcze ten moment? Miała w sumie czas na takie rozmyślania, pilnował ją jakiś kot, a nikt nie zawracał jej głowy. Wszyscy uznawali ją za zdrajcę, ale ona sama wiedziała, że nim nie była. Tylko Przeplatka, która obróciła cały klan przeciwko niej. Jednym uchem usłyszała, że ktoś rozmawia ze strażnikiem, była to uczennica Przeplatki. Co u licha ona chciała? Weszła z jakimiś pytaniami, czemu niby miała zaszkodzić jej mentorce.
— Czemu niby? Ona planowała wcześniej zabić nas! Dlatego my chcieliśmy zabić ją, ale wszystko tak się złożyło, że to teraz ja tu siedzę, a moja druga matka nie żyje zabita przez tego Świerszcza! — Skoro Przeplatkowy Wianek przewidziała ich plan, to mogła podjąć inne kroki, przykładowo powiadomić o tym lidera, ale nie, wymyśliła coś innego. Więc mogła tak naciągać. Chciała coś jeszcze dodać, ale w wejściu pojawił się strażnik, który się wtrącił. Burzowe Chmury.
— Królicza Gwiazda chce, żebyś zajęła się tunelami — odparł chłodno niebieski dymny. Czy wszyscy mieli gdzieś to, co chciała powiedzieć? Skinęła leniwie głową, wręcz od niechcenia i minęła się z białą uczennicą. Najwyraźniej wszyscy mieli gdzieś jej perspektywę. Każdy wolał historyjkę o tym, jak bez sensu córka próbowała zabić matkę, zamiast tego, że to Przeplatka zaplanowała pierwsza, przed ich planem, by ich zabić. Życzyła swojej byłej matce, by umarła za to, co jej zrobiła. Przeplatka nie zasługiwała na to, by spokojnie sobie żyć! To Norniczy Ślad powinna być na jej miejscu! To ona powinna umrzeć! Gdy już wychodziła z obozu, zauważyła niebieską srebrną szylkretkę, której posłała tylko ostre spojrzenie. Niech ta prukwa umrze. Niech ją lis ukąsi. Niech dostanie najbardziej zgniłą zwierzynę ze stosu! Chciała tylko, by Przeplatkowy Wianek od tego dnia miała się tylko gorzej.

***

Była już znowu wojowniczką, zdawało się, że czas szybko minął, ale nie dla niej. Wszystko straciła przez swoją zapchloną matkę, niewiele czasu jej zostało na cieszenie się życiem. Jeszcze ten żyjący Zawilcowa Korona! Przyprawiało ją to od mdłości. Świerszcz mógł się bardziej postarać go zabić, a on jeszcze żył?! Miała nadzieję, że ten kleszcz też łatwo zniknie z powierzchni Klanu Burzy. Właściwie skoro jeden ze współpracowników Przeplatki był załatwiony, to teraz w lecznicy był lepszy zastępca kremowego, Wełnista Mszyca. Choć jej wygląd był czymś nietypowym, niewpisującym się w normalny kanon piękna, to albinoska miała to coś, co ciekawiło Chomika. Co ciągnęło ją do bliższego zapoznania się z kotką. Chciała jakoś pomóc klanowi, więc wpadła na to, że pozbiera z Mszycą zioła, o ile się zgodzi. Weszła do legowiska medyków, widząc Wdzięczną Firletkę i Wełnistą Mszycę.
— Witaj, Wełnista Mszyco, potrzebujecie może ziół? Jest teraz Pora Spadających Liści, a po niej Pora Nagich Drzew i pomyślałam, że może przydałaby się wam pomoc w zbieraniu zapasów — biała albinoska patrzyła na nią swymi fioletowymi ślepiami, wydawała się zaskoczona jej propozycją, ale potem się uśmiechnęła.
— Dziękuję, że pytasz, właśnie wieczorem chciałam zebrać parę potrzebnych ziół. Od kiedy ubyło Zawilcowej Korony, to jest mniej łap w lecznicy, a ja nie mogę w dzień wychodzić poza legowisko, słońce niezbyt dobrze mi służy. Rozumiem, że chciałaś spytać, czy teraz mam czas, ale to nic nie szkodzi! Wiele kotów czasami przez pomyłkę zapomina o tym — Chomik uśmiechnęła się tylko. Rzeczywiście, panowała niezręczna cisza w lecznicy, pewnie przez zniknięcie Zawilcowej Korony.
— Jasne, to do zobaczenia wieczorem — wojowniczka wyszła z lecznicy, korzystając z pięknego popołudnia, skierowała się do wyjścia z obozu, by upolować królika samodzielnie.

***

Był późny wieczór, nie było już słońca na niebie. Chomik udała się do lecznicy. Zastała tam Mszycę.
— Gotowa? — spytała młoda medyczka, wojowniczka bez oporu odparła.
— Jasne, możemy iść — kotki wyszły z obozu, księżyc dopiero wschodził, a Chomik mogła wtedy zgłębić tajemnicę boskości Mszycy. Grzebały tam gdzieś w łąkach w celu znalezienia kwiatów lub zielsk. Chomik zauważyła coś, więc wzięła parę kwiatów. Mszyca zaś wzięła mlecze, medyczka po drodze powiedziała jej, że potrzebuje jakiegoś krwiściągu i jakieś inne zioła, tylko to na początku zapamiętała, bo biała kotka tyle tych ziół wymieniała, że Chomik się dziwiła, jak można znać tyle rodzaj zielsk. Ona jedyne zielsko, jakie znała to trawy z kłosami i nic więcej, już więcej rodzajów zwierzyn znała niż to! Podczas dalszego szukania czegokolwiek Chomik dotknęła lekko ramienia Mszycy. Medyczka obróciła łeb w jej stronę.
— Powiedz mi, jak się czujesz ze świadomością, że jesteś jakąś cząstką Klanu Gwiazdy? Twój wygląd już w sam sobie pokazuje, że to już nie jest przypadek, żaden zwyczajny kot nie ma innych kolorów oczu niż niebieski, zielony, złoty, pomarańczowy i brązowy, za to ty masz fioletowe — na początku skoro Norniczy Ślad nie wierzyła, że albinosy były od białego pawia, to kotka myślała tak samo. Teraz gdy Nornica nie żyła, to Chomik z wiekiem zaczęła już samodzielnie myśleć bez nikogo i samej rozmyślać głębiej nad jakimiś sprawami i rzeczami nieznanymi. Chomik doszła do wniosku, że może albinosy rzeczywiście coś niosły ze sobą. Jakiś omen? Ich aura była zbyt nietypowa, by ją zignorować, także i Chomik nie powinna ignorować Mszycy, jeśli by była wcieleniem Klanu Gwiazdy. Wtedy musiałaby się z nią nawet bardziej liczyć niż z Króliczą Gwiazdą i Zawodzącym Echem, oni po prostu byli zwyczajnymi kotami, jak każdy w klanie, jak ona. Mszyca i jej rodzeństwo to było jednak coś innego.
— Hmmm — biała koteczka zamyśliła się na jej pytanie.
Nieustraszony Chomik jeszcze dodała;
— Wiem, że to dość skomplikowane pytanie, ale jestem ciekawa samego zdania kogoś, kto jest złączony z białym pawiem — miała nadzieję, że jej pytanie nie było niemiłe czy coś.

<Mszyco, czy ty jesteś kocim Jezusem?>

Od Bukowej Korony CD. Zszarzałej Łapy (Wzburzonego Kormorana)

— Nic tu po nas — rzucił, mając zamiar odejść i to jak najszybciej.
— Jak to? Co z krabami? — spytał zdziwiony Zszarzała Łapa.
— Mówię, nic tu po nas, więc idziemy. Chyba że chcesz zostać zabrany do ich siedliska, jeśli tak to droga wolna. Jednakże wtedy możesz być pewnym, że nie zostaniesz wojownikiem, a to czy jeszcze zobaczysz siostrę lub innych jest bardzo wątpliwą kwestią — warknął Buk, chwilę przed tym, jak point został pochwycony przez to wyprostowane stworzenie.
Od razu rozległy się syki i wrzaski ucznia, który wymachiwał łapami z wysuniętymi pazurami, próbując jakoś zranić Dwunoga, który go porwał. Ten jednak zdawał się nie reagować na starania kota, jakby był dla niego tylko śmieszną zabawką.
— Co jest! — wymamrotał pod nosem Bukowa Korona, nim spiął mięśnie i rzucił się na odkryte nogi napastnika. Nie mógł pozwolić na to, by to łyse stworzenie porwało mu ucznia! Może i nie zawsze się dogadywali, ale był za niego odpowiedzialny. Gdyby coś mu się stało, Buk mógłby mieć niemałe problemy.
Zacięcie drapał Dwunoga, aż ten wydał z siebie pełen bólu okrzyk. Korzystając z jego nieuwagi, Zszarzałej Łapie udało się oswobodzić z uścisku i spaść na ziemię, by następnie pędem ruszyć przed siebie. Nawet się nie obejrzał!
Tymczasem srebrny stał najeżony niebezpiecznie blisko Dwunożnego. Ten jednak stracił nim zainteresowanie, o wiele bardziej przejęty ranami, jakie Buk mu zadał.
“Właśnie tak! Ze mną się nie zadziera!” — pomyślał, mając ochotę splunąć w stronę tego łysego stworzenia. Powstrzymał się jednak i dał nogę, starając się dogonić swojego ucznia.

* * *

Teraźniejszość

Nie mógł uwierzyć w to, że doczekał się kociąt z Foczą Falą. Nie chciał nawet o tym myśleć! Czy te dzieci w ogóle były jego? Bo jak nie, to mógłby przecież zrzucić całą odpowiedzialność na kogoś innego… Choć musiał przyznać, że nie widział, by niebieskofutra kręciła się szczególnie często przy kimś innym.
Tak czy siak — nie zamierzał użerać się z tymi pasożytami. Nieważne, że miały cząstkę jego złotej krwi. Oby tylko nie przyniosły mu w przyszłości wstydu! Najchętniej pozbyłby się ich w ogóle. Wrzucił do rzeki, podrzucił Wilczakom — cokolwiek, byle tylko nie musieć ich widzieć.
Nie będzie to jednak takie łatwe. Jeden błąd mógłby go kosztować całą, wypracowaną dotychczas reputację w Klanie Klifu. Zostałby uznany za psychola. Mordercę.
Mógł się w ogóle nie pchać do tego związku, to miałby święty spokój. Teraz było już za późno, by się wycofać. Gdyby teraz zerwał ze swoją partnerką, reszta nazwałaby go zapewne bezdusznym. W końcu jak śmiał porzucać kotkę w ciąży? Jak mógł pozwolić na to, by te kocięta wychowywały się bez ojca?
No właśnie. Musiał poczekać przynajmniej do momentu, gdy latorośle zostaną wojownikami. Inaczej musiałby codziennie zmagać się z oceniającymi spojrzeniami swoich pobratymców, a tego nie chciał. Chyba spaliłby się ze wstydu.
Wracając ze spaceru, przyszło mu na myśl, by zabrać ze stosu piszczkę i zanieść ją Foczej Fali. W ten sposób nie będzie mu robić problemu o to, że w ogóle się nią nie przejmuje. Cóż, prawda była taka, że to stwierdzenie było… prawdziwe — ale lepiej by było, gdyby nikt się o tym nie dowiedział.
Chwycił w zęby pierwszą lepszą mysz leżącą na stosie i ruszył w stronę żłobka. Zanim do niego dotarł, poczuł, jak po jego grzbiecie przeszedł nieprzyjemny dreszcz — jakby jakaś obca siła mówiła mu, by tam nie wchodził. A może to nie była żadna siła? To pewnie jego godność próbowała go odciągnąć od tego miejsca. Zupełnie tak, jakby postawienie łapy w kociarni miało odebrać mu męskość i siłę.
W końcu zanurzył pysk w półmroku żłobka, wypatrując wzrokiem Foczej Fali. Kotka leżała spokojnie na swoim posłaniu; miała zmrużone oczy i oddychała miarowo, jakby właśnie zasypiała. Nawet jeśli — trudno. Bukowa Korona złożył jej wizytę teraz, więc musi się do tego dostosować.
— Focza Falo, przyniosłem ci jedzenie — oznajmił, podchodząc do ledwo kontaktującej karmicielki. Nim otworzyła w pełni oczy, rzucił jej pod pysk zwierzynę i przez moment stał w bezruchu, przyglądając się jej ze skupieniem.
Gdy w końcu się ocknęła, Buk potrząsnął łbem i zrobił krok w tył, już chcąc wyjść ze żłobka.
— Śpieszy ci się gdzieś? — mruknęła nagle niebieskofutra, na co kocur zamarł.
Nim odpowiedział, strzepnął ogonem i fuknął coś pod nosem.
— Chciałem iść się przewietrzyć — stwierdził, zadzierając brodę.
Karmicielka zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem, mrużąc ślepia. Nie wyglądała na przekonaną wymówką wojownika.
— Czy przewietrzenie się jest dla ciebie ważniejsze niż pobyt z partnerką? — zapytała z wyrzutem, co przykuło uwagę Morświnowej Płetwy, która niedawno także doczekała się kociąt.
— Musisz mi to wypominać przy innych? — burknął w stronę Foki, przewracając oczami. Co o nim pomyśli liliowa kotka? Pewnie, że jest zwykłym dupkiem! Właściwie… może była to prawda, ale w każdym razie nie dla Bukowej Korony, który uważał się za najinteligentniejszego kota pod słońcem.
— Ach, przepraszam, księżniczko. Masz rację. Nie powinnam o tym rozmawiać, bo ci reputacja spadnie! — odparła Foka, na co Morświn zachichotała.
Kocur westchnął gniewnie, smagając ogonem powietrze.
— Nie denerwuj mnie — rzucił tylko i, odwróciwszy się na pięcie, wybył ze żłobka. Tym razem nie zamierzał się nawet zatrzymywać, choćby skały srały. Pewnym krokiem ruszył do wyjścia z obozu, by udać się na kolejny w ciągu dnia spacer.
Cóż, schadzek nigdy za dużo — tym bardziej, gdy w obozie czeka na ciebie nadąsana partnerka.

* * *

Zawędrował aż nad granicę z Klanem Wilka. Może zrobił to bez większego celu, a może podświadomie, wciąż mając w głowie myśli o tym, że może lepiej byłoby sprzedać te dzieci Wilczakom… W końcu co to za problem? Nikt nie musi się o tym dowiedzieć. Focza Fala może i kilka łez by uroniła, a potem przecież by jej przeszło, prawda? Nie miała w zwyczaju rozwodzić się długo nad niedogodnościami. Może w dodatku los by się do niego uśmiechnął i niebieskofutra od razu by z nim zerwała? Marzenie!
Wojownik tak się zamyślił, że nawet nie zauważył momentu, w którym trzepot skrzydeł na niebie zrobił się podejrzanie głośny i znajomy. Nim zrozumiał, że jakiś ptak zbliża się w jego stronę, został uderzony w tył głowy. W jego uszach rozległo się głośne skrzeczenie i świst powietrza. Był na tyle skonfundowany i zakłopotany, że przez moment nie potrafił się poruszyć, nie rozumiejąc, co się wokół niego dzieje. Dopiero po chwili to do niego dotarło, gdy duże, białe ptaszysko wylądowało kilka lisich ogonów przed nim. Nie był to byle jaki skrzydlaty szczur — to była mewa.
— Na Klan Gwiazdy! Czy ci Klifiacy nawet jednej rzeczy nie potrafią zrobić dobrze?! Te mewy miały stąd zniknąć! — syknął srebrny, zszokowany obecnością ptaka na terenach Klanu Klifu. Jak to możliwe, że jeden z nich się tu ostał? Czy podczas ataku znajdował się poza gniazdem? Może przyleciał tu z Klanu Nocy? Nieważne, jak tu się dostał. Ważne, że był żądny krwi i właśnie zadarł z Bukową Koroną!
Srebrny obnażył zęby. Miał właśnie szansę na to, by odpłacić się gatunkowi tych latających szkodników. One odebrały mu oko, a on odbierze im życie! Wysunął pazury, napinając mięśnie. Przez moment wpatrywał się w swój cel — aż nagle wystrzelił do przodu, rzucając się na białego ptaka.
Udało mu się przewrócić mewę, powalając ją na plecy. Nim jednak zdążył sięgnąć kłami do jej szyi, ptak kłapnął dziobem tuż przy jego zdrowym oku. Buk spanikował, nagle truchlejąc. Gdy się ocknął, odpychnął mewę i ciężko upadł na ziemię. Nie mógł pozwolić, by całkowicie go oślepiła! Wtedy nie byłby już wojownikiem, a jedynie ciężarem dla Klanu Klifu — a tego by nie zniósł. Razem z okiem przepadłyby wszelkie szanse, by kiedykolwiek stanąć na czele tej przynależności.
Nim zdążył zaatakować mewę po raz drugi, ta skoczyła w jego stronę, chaotycznie machając skrzydłami. Może akurat nie była wtedy w gnieździe, gdy Klifiacy pozbawiali się jej towarzyszy? Po raz pierwszy widział w mewie tyle nienawiści i urazy! Była tak rozwścieczona, że bez wahania zbliżała się do srebrnego, skrzecząc na cały głos. Pomarańczowooki musiał przyznać, że jej taktyka była skuteczna — trudno mu się było skupić, gdy nie słyszał nawet własnych myśli.
Nieco zmieszany zaczął się cofać, choć prędko łapy poczęły mu się plątać. Próbował nadążyć za ptakiem, który cały czas wykonywał niewielkie skoki w jego stronę, ale w końcu omsknęła mu się łapa i padł na ziemię. Mewa zaskrzeczała głośniej, jakby chciała go wyśmiać, po czym wyciągnęła szyję i rzuciła się na Buka z dziobem.
Kocurowi udało się obrócić na plecy, unikając ataku ptaszyska. Mewa jednak dostrzegła szansę i przygwoździła go do gleby, rozciągając szeroko skrzydła. Buk wyciągnął przednie łapy, próbując odciągnąć je od siebie, ale na niewiele się to zdało — ptak dziobem dobierał się do jego pyska, celując prosto w zdrowe oko.
Bukowa Korona miotał się, unikając ciosów. Myśl, że straci drugie oko, wypełniała go przerażeniem — był zdecydowany zrobić wszystko, by go chronić. Rzucał pyskiem na boki, pozwalając, by mewa dziobała go wszędzie, tylko nie w pobliżu zdrowego oka.
Jednak taki układ musiał się w końcu skończyć. W pewnym momencie zagapił się i dostrzegł, jak dziób zbliża się wprost na jego ślepie. Natychmiast zamarł. Czas wokół niego jakby zwolnił, serce podeszło do gardła, a umysł wypełniła pustka. Wizje gnicia w legowisku starszyzny pojawiły się przed jego oczami. Był przekonany, że to już koniec — że skrzydlaty szczur po raz drugi go pokonał.
Lecz wtedy nagle… poczuł się lżejszy. Mewa została z niego strącona i zepchnięta na bok. Buk odwrócił głowę i dostrzegł, że obcy kocur właśnie siłuje się z ptakiem. Nim srebrny zdążył się ocknąć, biały ptak odleciał.
Ciemnofutry kot stał, dysząc ciężko. Wzrok miał wbity w niebo, uważnie obserwując oddalającą się mewę.
“Kto to jest?” — pomyślał, szybko podnosząc się na równe łapy. Nie mógł pozwolić, by obcy zbyt długo widział go w takim stanie.
Postanowił podejść do niego, by dowiedzieć się, kto uratował mu życie. No, może nie dosłownie — choć Buk uważał, że wraz ze stratą oka przepadłaby też jego przyszłość.
— Hej, kim jesteś? — zapytał, stając obok nieznajomego. Wtedy zauważył, że Wilczakowi także brakowało jednego oka. Uśmiechnął się pod nosem. Czyli nie był w tym sam.
Od tego dobroczynnego towarzysza nie dostał jednak żadnej odpowiedzi. Zamiast tego obcy rzucił się na niego, powalając go na ziemię i przyciskając pazur do jego szyi.
— Co ty wyprawiasz! — syknął Buk, marszcząc brwi. Po kija ten kot mu pomagał, skoro chciał go teraz zabić?
— Myślisz, że po ocaleniu ci życia tak po prostu cię puszczę? — zakpił ciemnofutry. — W takim razie jesteś jeszcze głupszy, niż myślałem! Choć muszę przyznać, że już przegrywając z tą mewą, pokazałeś mi, że nie grzeszysz mądrością — kontynuował, wciąż przyciskając czekoladowego do ziemi.
To było dla Buka upokarzające. Nigdy nie spodziewał się, że w jednym dniu aż dwa razy może otrzeć się o śmierć — i to w ciągu kilku uderzeń serca!
— Dobra, dobra. To, czego w takim razie chcesz? — fuknął, próbując wcisnąć głowę w ziemię, bo pazur obcego znajdował się niebezpiecznie blisko jego gardła.
— Zapłaty.
— No wiem, że zapłaty! Ale jakiej? — zdenerwował się Buk. Na jego słowa łapa Wilczaka drgnęła, jakby chciał przypomnieć, że jeden niewłaściwy ruch i będzie po nim.
— Jakiejkolwiek. Wymyśl coś mądrego, to pozwolę ci żyć — odparł nieznajomy. Jego ton nie pozostawiał wątpliwości, że nie żartował. — Nawet jeśli ograniczysz swoje wędrówki na granicę z Klanem Wilka, i tak cię znajdę. Nie będziesz już bezpieczny — dodał jeszcze, nim odsunął się od Buka, pozwalając mu wstać.
Srebrny podniósł się, otrzepał z trawy i brudu, który przykleił się do jego futra podczas szamotaniny. Może faktycznie powinien był zostać z tą nieszczęsną Foczą Falą… Czy Klan Gwiazdy karał go za jego zachowanie wobec partnerki? Skinął głową w stronę Wilczaka i mruknął:
— Spotkajmy się tu o tej samej porze za cztery dni.
Powiedziawszy to, minął kocura i ruszył chwiejnie w stronę obozu, wciąż zdumiony tym, co właśnie się wydarzyło. Nie miał pojęcia, co powinien dać temu psycholowi. Był jednak na tyle obolały, że nie miał siły nad tym rozmyślać. Zastanowi się dopiero wtedy, gdy wróci do obozu i odpocznie.

* * *

Dwa dni po ataku mewy i spotkaniu z tym szemranym Wilczakiem, Focza Fala zaczęła rodzić. Buk słyszał jej wrzaski, widział wbiegającą do żłobka Jagnięcy Ukłon — a mimo to długo mu zajęło, by zebrać się i w końcu do niej przyjść. Nim to zrobił, leżał na swoim posłaniu, słysząc wokół szepty swoich pobratymców. Zastanawiali się, dlaczego jedynie obserwował kociarnię, zamiast ruszyć do niej pędem.
Poszedł dopiero wtedy, gdy sytuacja już trochę się uspokoiła i miał pewność, że nie będzie musiał uspokajać niebieskofutrej. Raczej nigdy nie był zbyt dobry w pocieszaniu innych, więc nawet jeśli przyszedłby tam wcześniej, nie przydałby się na nic. Jagnięcy Ukłon i Aldrowanda wciąż jeszcze siedziały przy Foce, gdy srebrny wsadził łeb do środka.
— Dobry wieczór… — mruknął cicho, ze zwieszoną głową kierując się w stronę karmicielki. Przysiadł obok niej, owijając ogon wokół łap. Okazało się, że kotka zdążyła już wydać na świat potomstwo — dwoje kociąt. Jedno z nich miało czarne futerko, drugie natomiast było niemal całe białe.
Gdy Jagnięcy Ukłon i jej uczennica zrozumiały, że Bukowa Korona mógłby chcieć porozmawiać na osobności ze swoją partnerką, pożegnały się z nimi i wróciły do lecznicy.
— Więc… jak ich nazwałaś? — zapytał czekoladowy, wlepiając wzrok w ścianę żłobka.
Pręgowana przez chwilę nie odzywała się, jedynie oddychając ciężko, jakby wciąż jeszcze była zmęczona po porodzie. Dopiero po chwili przeniosła wzrok na kocura, który nawet na nią nie patrzał.
— Kocurek to Złamanek, a kotka to Fiołka — oznajmiła bez wahania. Specjalnie nadała im imiona tak szybko, by Buk nie mógł nic zaproponować? Cóż, jak na nią było to całkiem możliwe.
— Złamanek? Dlaczego Złamanek? — burknął wojownik. — To obraza dla tego kociaka. Ma wyrosnąć na silnego wojownika, a nie na złamasa — stwierdził Bukowa Korona, unosząc brodę wyżej.
Niebieskooka przewróciła oczami.
— Bo złamałeś mi serce, mysi móżdżku — bąknęła karmicielka, po czym odwróciła wzrok od partnera i zaczęła lizać swoje kocięta po głowach.
— W ogóle nie są do nas podobni — skomentował jeszcze, zaciskając szczękę.
Kotka zignorowała jego słowa, wciąż jeżdżąc szorstkim językiem po czołach swoich latorośli. “Jak ona śmie udawać, że mnie nie słyszy?” — pomyślał Buk, podnosząc się z miejsca. Skoro nie zamierzała się do niego odzywać, to on nie będzie bez celu tu siedział. Śmierdziało tu mlekiem i miłością — czekoladowy nie mógł pozwolić na to, by ta woń osiadła mu na futrze i odebrała mu męskość.
Nim wyszedł, w jego głowie narodził się plan. Niecny plan.
— Wychodzę — rzucił płasko i smagnął powietrze ogonem, by następnie skierować się do swojego posłania.

* * *

Noc. Warta.
Bukowa Korona siedział przy wyjściu z obozu, czekając, aż wszelkie szepty ucichną i zostaną zastąpione rytmicznymi oddechami jego pobratymców. Czuł, jak całe jego ciało niemal pulsuje przez ciężko bijące serce. Zgadał się z tym obcym kocurem, by tej nocy wręczyć mu zapłatę za uratowanie. Wszystko musiało być zrobione ostrożnie, by nikt go nie nakrył. A jeśli coś miałoby wyjść na jaw, to po prostu ucieknie do miasta, odnajdzie swoją rodzinę i będzie żył z nimi, jakby nic się nie stało… o ile jeszcze nie umarli.
Czas mijał, a azyl Klanu Klifu cichł coraz bardziej. W końcu wszyscy zamilkli i mogłoby się nawet wydawać, że w obozie nie ma ani jednej żywej duszy. To właśnie wtedy Buk uznał, że musi działać. Choć musiał przyznać, że całkiem obawiał się tej akcji, to czy miał w ogóle wybór? Sam ten kot zagroził mu, że jeśli nie odda mu tych kociąt, srebrny nigdy nie będzie już bezpieczny. Ile w tym prawdy — tego nie wiedział, ale wolał dmuchać na zimne.
W końcu ostrożnie podniósł się z miejsca i zwrócił się w stronę kociarni. Raz jeszcze objął wzrokiem azyl, upewniając się, że nie obserwują go żadne ciekawskie oczy. Gdy był już przekonany, że każdy z kotów smacznie śpi, ruszył do przodu.
Wchodząc do żłobka, zauważył Foczą Falę. Kotka zwinięta była w kłębek, a pod jej ogonem leżał kocurek — Złamanek. Jego siostra natomiast leżała odrobinę dalej. Na tyle, by Foka się nie obudziła, gdyby Fiołka została zabrana. “Miały być dwa…” — pomyślał Buk. Jednak zabranie czarnofutrego od matki byłoby zbyt ryzykowne.
Srebrny rozejrzał się jeszcze po kociarni, uważnie sprawdzając Morświnową Płetwę, Agatówkę, Błyskotkę i resztę kotów w niej przebywających. Każdy z nich leżał spokojnie, ze zmrużonymi oczami, a ich klatki piersiowe miarowo unosiły się i opadały. Musieli spać.
Bukowa Korona ostrożnie podszedł do swojej córki i delikatnie złapał ją za skórę na karku. O dziwo młódka nawet nie drgnęła. Gdyby się jednak obudziła, mogłaby zacząć piszczeć, co obudziłoby resztę. Na szczęście spała jak zabita.
Wojownik wycofał się ze żłobka i prędko ruszył w stronę wyjścia z obozu. Do granicy z Klanem Wilka niemal przez cały czas biegł, chcąc jak najszybciej uwinąć się ze swoją misją. Jak się okazało, na miejscu czekał już na niego Wilczak.
— Tylko jeden? Miały być dwa — odezwał się, jeszcze zanim Buk zdążył odłożyć Fiołkę na ziemię. — Chyba Klan Klifu musiałby się walić, żebym ci to wybaczył — fuknął, marszcząc brwi.
Srebrny położył córkę przed łapami ciemnofutrego i mruknął:
— Drugi był zbyt blisko matki. Gdybym go zabrał, mogłaby się obudzić. A, i jeśli ktoś spyta, powiedz, że zobaczyłeś kunę z kociakiem i go uratowałeś.
Wilczak nie wyglądał na przekonanego, ale bez słowa zabrał Fiołkę i wycofał się w głąb swoich terenów. Buk natomiast nie marnował czasu i ruszył z powrotem do azylu Klanu Klifu.
Gdy wpadł do obozu, od razu pobiegł do żłobka.
— Fiołka zniknęła! — krzyknął, budząc wszystkich w kociarni. Wszyscy wyglądali na zaspanych i ledwo przytomnych, co tylko pomagało jego wymówce. — Kuna ją porwała! Próbowałem ją dogonić, ale gdzieś zwiała! — mówił dalej, patrząc prosto w oczy Foczej Fali, która wciąż nie do końca kontaktowała ze światem.

* * *

Rankiem Bukowa Korona zaproponował, że wraz ze Wzburzonym Kormoranem pójdzie poszukać Fiołki. Niestety, gdy tylko wyszli z obozu, przekonali się, że w powietrzu nie było ani tropu kuny, ani młodej koteczki.
— Wiatr musiał rozwiać ich zapach — stwierdził srebrny, a jego głos załamał się na pokaz. Musiał udawać zdruzgotanego ojca, bo inaczej zaczną coś podejrzewać. — Co teraz zrobimy? Musimy znaleźć Fiołkę, musimy! — mówił dalej, wręcz spanikowanym głosem.
Point musiał być nieźle zdziwiony, po raz pierwszy widząc swojego mentora w takim stanie.

<Wzburzony Kormoranie?>

Od Płomiennego Serca do Błyskotki

Od kiedy Płomykówka dowiedziała się, że ma zostać ciocią, to chodziła w skowronkach. Chyba od śmierci Trójki polubiła zajmować się małymi kulkami puchu, bo nie chciała, aby te czuły się samotne. Ale może nawet i lubiła to wcześniej, gdy sama jako kociak patrzyła na braci zmartwiona, bo ci znów zrobili coś głupiego. Sama już dawno temu porzuciła myśl posiadania własnych potomków, lecz gdy Drzemiące Słońce przyznał, że spodziewa się kociaków to Płomienne Serce tylko czekała na dzień, w którym te się urodzą. Dla dobra maluchów nawet poszła na wojnę.
Nie mogła przyjść od razu, gdy kuleczki przyszły na świat, bo sama wtedy nie była jeszcze na siłach. Ani fizycznie, ani psychicznie. Gdy tylko jednak udało jej się zebrać, to przyszła do żłobka.
— Cześć, Morświn — uśmiechnęła się do matki kociąt.
Nigdy nie rozmawiała z nią dużo, chociaż po tym, jak okazała się partnerką jej brata, to próbowała trochę zacieśnić z nią więzi. Mimo to nie były one ze sobą szczególnie blisko. Starały się jednak traktować jak rodzinę, którą w jakiś sposób były.
— Witaj, Płomienne Serce.
— Maluszki śpią? — rozejrzała się.
— Błyskotka chyba nie — wskazała szylkretkę leżącą w rogu. — Tylko jest dość nieśmiała.
— Jak tatuś — zachichotała ruda.
Powoli podeszła do małej kuleczki i usiadła obok. Blisko, aby kociak ją widział, ale nie na tyle, aby się przestraszył.
— Hej. Jestem siostrą twojego tatusia — przywitała się z kotką. — Możesz mi mówić ciocia Płomykówka.

<Błyskotko?>

Od Płomiennego Serca

Podczas bitwy z mewami

Płomienne Serce przez długi czas wahała się, czy iść na wojnę. Mewy były ogromne, niebezpieczne, a ona nie chciała umierać. Jednak ptaki wyrządziły tak wiele krzywdy, w dodatku mogły zrobić jej jeszcze więcej. A niedługo mieli urodzić się jej bratankowie. Więc nie chciała pozwolić… nie, nie mogła pozwolić na to, aby jeszcze jakiś kociak został skrzywdzony. Tylko dlatego stanęła wraz z innymi zainteresowanymi do walki.
Bała się. Była przerażona. A jednak dość pewnym krokiem szła za Judaszowcową Gwiazdą. Obok niej było tak wiele kotów. Z niektórymi z nich rozmawiała, innych widziała tylko z widzenia. Lecz teraz wszyscy mieli to samo zadanie – pokonać mewy i przeżyć. Żywiła się nadzieją i tylko ona sprawiła, że ruda nie odwróciła się i nie odbiegła przerażona.

***

Wszystko działo się tak szybko; wrogowie nie czekali. Mewy atakowały dość bezmyślnie, mimo to i tak udało im się zaatakować Psotnego Nietoperza. Płomykówka, zauważywszy to, nie czekała. Rzuciła się na mewę, ściągnęła ją na ziemię, lecz zaraz oberwała skrzydłem i szybko się odsunęła.
A potem już nie myślała, co robi. Po prostu skakała, atakowała, starała się zabić ptaszyska, które narobiły jej klanowi tak wiele szkód. Wiedziała, że już nieraz zabijała zwierzęta – podczas polowań. Lecz, gdy w którymś momencie wraz z innymi udało jej się zabić pierwszą z wielu mew i poczuła na ustach smak krwi… Nagle zrobiło jej się niedobrze. Ptaki były zagrożeniem dla jej rodziny, lecz same po prostu starały się przetrwać.
Tak to działało – walczysz o przeżycie. Ale nagle kotka zamiast martwego ciała mewy zobaczyła martwe ciało Trójki. Jej małego braciszka… Tak sponiewierane, chociaż tak młode.
Opuściła gardę. Tylko na chwilę. Na kilka uderzeń serca. To był jej błąd. Nagle poczuła ból. Odskoczyła szybko, z sykiem i spojrzała w górę. Jakaś mewa chciała ją złapać, zakończyć jej życie. Nie udało jej się, lecz ruda czuła, że z zadrapania będzie blizna. Czuła krew, która wsiąkała w jej futro…
Szybko się otrząsnęła. Dała znać innym kotom, że nadal jest w stanie walczyć i to zrobiła. Mimo bólu walczyła do samego końca. Zabiła tak wiele stworzeń, z którymi może jednak mogli żyć w spokoju.
Wygrali. Chociaż wiele kotów było w słabym stanie i skończyło na wakacjach u medyka, to wygrali. Jedynym kotem, który zmarł był Judaszowcowa Gwiazda. To nie były dobre wieści, lecz Płomienne Serce i tak odetchnęła z ulgą.

***

Nawet gdy leżała z innymi poszkodowanymi u medyczki, nie mogła przestać myśleć. O tym, czego się dopuściła. Ile żyć zabrała i ile będzie musiała jeszcze zabrać w dalekiej przyszłości. Musiała walczyć, aby inni byli bezpieczni. Musiała zabijać, aby sama przeżyć.
Tylko że Płomykówce nigdy o to nie chodziło. Nigdy nie chciała zabijać, sprawiać, że inni cierpieli. Chciała dobra na tym świecie – nawet jeśli nie było ono możliwe.

05 kwietnia 2026

Od Nieustraszonego Chomika do Pierzastej Łapy

Przeszłość

Nie ukrywała, że nabijała się z tego, że kociaki Kminkowego Szumu dostały srogą karę. Nawet ona za próbę morderstwa dostała lżejszą karę niż Rudzikowe Skrzydło i te bachory. Chomik nie nosiła obrzydliwego, karnego imienia, a oni już tak. Chyba naprawdę go wkurzyli na tym zgromadzeniu. Dobrze, że to nie ona wkurzyła przywódcę. Podczas sprzątania obozu, poczuła piekielny smród żółci. Pochyliła się, a obok jej łapy akurat pojawił się jeden ze smrodów Kminku i to dosłownie. Nie dało się obok niego wytrzymać.
— Ej ty! Jesteś Paskudek... lub Smrodek? Wszystko mi jedno, mógłbyś zwiększyć swój dystans? Jesteś tak wyczuwalny, że liście, które sprzątam, więdną od razu — Klanie Gwiazdy, za co karzesz tym smrodem? Jak on się nie odsunie od niej o parę kroków, to ona sama go zaraz wywali z obozu.
— Coooo?! A ty się lepiej nie odzywaj, stara prukwo! — krzyknął rozjuszony kociak. — Rybkowa Łapa mnie umyła! To pewnie smród Aminka! — wytłumaczył zdenerwowany. — Nie wiesz nawet, co mówisz! — dodał, a na jego pysk wkroczył nikczemny, chytry uśmieszek. Dmuchnął w swoją grzywkę. — Może dlatego jesteś tym więźniem… — pysk Chomika zrobił się czerwony. Jak ten bachor śmiał? Już mu pokaże!
— Ja dam ci za chwilę tę starą prukwę, ptasi móżdżku, będziesz fruwał po całym obozie! — syknęła w stronę kocura, a jej ogon się ruszał dość dynamicznie. — Oczywiście nie ja ci ją dam… — powiedziała ze złowieszczym uśmiechem. Niech się tylko Brzoza dowie, a życie nie będzie już mu miłe. Wiedziała, że Brzoza miała twardą łapę do swoich pociech, więc to ona załatwi mu lanie. — W końcu rodzice sami wiedzą, jak doprowadzić swoje pociechy do pionu, nie sądzisz? — dzieciak nie będzie jej terroryzował. Mały szczyl ujrzy swobodę jak świnia niebo! Już ona o to zadba.
— Ej, Ej! — pisnął przerażony kociak. Najwyraźniej trafiła w sedno. — Ty… ty lepiej pilnuj swoich dzieci! — burknął rudy. — Bo… bo jednego już tu nie ma…! — dodał ciszej. Nie uśmiechał się. Cofnął się o kilkanaście kroków, obawiając się, że kotce może odbić. Popatrzyła na niego prosto, nie miał prawa używać Ciszy tylko po to, by ją osłabić.
— Nie muszę nikogo pilnować. Umarł, bo tunele go zakopały. Ale życie wojowników to nie tylko droga usłana tęczą i ładnymi porankami, dlatego uczniowie są uczeni, by przetrwać najtrudniejsze warunki. Skoro więc nie umiał przetrwać tunelu, to oblał tę próbę — popatrzyła na niego ostrym wzrokiem. Cisza i tak był dla niej nikim. Tylko porażką. Spodziewała się, że nie przetrwa. Był niemy, a to była słabość, której nie można było usunąć z życia. — Nic nie wiesz o mnie, zapchlony inspekcie. Widać, do czego prowadzi bezstresowe wychowanie! Właśnie do takich wybryków natury, które jedyne co robią, to kłapią dziobami, jakby myślały, że mają aktualnie prawa.

***

Teraźniejszość

Tragedia działa się za tragedią, ale to chyba był już dla niej dzień jak co dzień. Ponoć Gadożerowa Łapa otruł Strzępotkowy Kokon, za to białas twierdził, że to był Pierzasta Łapa. Szczerze nikomu nie wierzyła. W tym momencie zauważyła jej ulubionego rudzielca, na którego widok już rzygała ekscytacją, oczywiście mowa tu była o słynnym Pierzu. Postanowiła zaczepić kocura.
— Witaj, Pierzu, ponoć z tego, co słyszałam, wrabiają cię! — Pierzowi chyba nie było do śmiechu, no cóż, nie jej problem.
— Czego chcesz, starucho! — wrzasnął jej w pysk, chciała już mu coś powiedzieć, ale przypomniała sobie, że musi bardziej uważać, bo dopiero co odzyskała rangę.
— Pogadać, bo raczej nie możesz mi tego zabronić, zwłaszcza z tego, co wiem, to musisz czuć się osamotniony bez rodziców — słyszała o domniemanej ucieczce Kminkowego Szumu z jego samotniczką. Ich ucieczka była korzystna dla niej tylko, dlatego że wzięli tego przeklętego Zawilca. Ciekawe czy Pierze też za nim tęsknił?

<Pierzasta Łapo?>

Od Żmijowcowej Wici CD. Trzcinowego Szmeru

Westchnął. Zawsze zapominał, że Trzcinowy Szmer jest w niemal tym samym wieku co absztyfikant Kropiatkowej Skórki. Musiał przypominać sobie, jak trzymał tę dwójkę na gałęzi sumaka, kiedy obóz pochłaniały wzburzone fale powodzi. Miał wrażenie, że od tego wydarzenia minęły całe wieki…
— Pewnie tak… — Spojrzał przed siebie. Cisza była gęsta i przygnębiająca. Jego dobry i łobuziarski humor wyparował do reszty. — To nie tak, że nie chcę albo że o tym nie myślałem — wytłumaczył się, chociaż nie wiedział do końca, dlaczego. Trzcina nie obwiniała go. Nie musiała. Sam się obwiniał. — Lubię kocięta. Wiesz, że lubię — rzucił. Wszyscy w klanie mieli sposobność zauważyć, że jeśli z kimś ten uszczypliwy buras od razu się dogadywał, to właśnie z najmłodszymi. — Najwidoczniej mam po prostu kłopot z matkami — przyznał i wzruszył nieco łopatkami.
— Oj, dobrze wiem, że lubisz kocięta. Ciężko się oprzeć małym kuleczkom, które tak uroczo na ciebie patrzą — rozmarzyła się przez chwikę. Dostrzegając wzrok kocura, odchrząknęła, przyprowadzając się do pionu — Miałeś problem z matkami? Chyba ogólnie z kotkami. Rozmawiałeś z jakąś w klanie? Wiesz, może jakaś się znajdzie, czy coś.
Zmarszczył się od razu. Czy wszyscy musieli się go o to pytać? Matka, siostra, nawet jego przygłupi, zdradziecki brat... Wszyscy wydawali się być nagle mądrzejsi od niego w temacie sercowym; nawet ci, którzy sami nie byli w jakimkolwiek związku. 
"Tacy to właśnie zawsze mieli najwięcej do powiedzenia..." — mruknął w myślach.
— Dogadywałem się z moją mamą, kiedy byłem młodszy, ale z wiekiem chyba wydoroślałem i doszedłem do wniosku, że mnie w niej dużo… irytuje. No i też nie musiałem już walczyć o jej względy; dobrze wiem, że jestem najbardziej szanowany z mojego rodzeństwa, chociaż w tym momencie nie jest to zbyt duże osiągnięcie, sama przyznasz — mruknął. W sumie to nie myślał za wiele o tym, czemu od jakiegoś czasu już nie przejmuję się zdaniem Wężynowego Kła. Może to po prostu kwestia dojrzewania? Może każdy mamisynek w końcu zostawia za sobą swoje żałosne przywiązanie do rodzicielki? — A co do kotek — zmieszał się. — Nie powiem, że nie rozmawiałem. Przecież nawet teraz rozmawiam z tobą, a ty jesteś kotką. Przyjaźnie się też z Kropiatkową Skórką, no i dużo rozmawiam z Mandarynkową Gwiazdą. Mam swoją nową uczennicę... Nie widzę potrzeby, żeby wchodzić w relacje z innymi — ostatnie słowa wyburczał w swoją kryzę. Czuł się niezręcznie, rozmawiając o płci przeciwnej. Trzcinowy Szmer zauważyła jego zmieszanie, więc westchnęła przeciągle:
— Dobrze, jeśli tak uważasz, to twoja sprawa. Może kiedyś będziesz miał kocięta. — Wzięła kolejnego kęsa swojej ryby.  — Ja osobiście ci życzę, byś kiedyś dorobił się kociąt. Jestem ciekawa, jakby wyglądały małe Żmjowce .— Na myśl o małych kopiach przyjaciela robiło jej się ciepło na sercu, a na pyszczku pojawił się jej subtelny uśmiech. Ten szczegół umknął jednak kocurowi.
— Raczej nie byłyby takie niesamowite jak oryginał, ma się oczywiście rozumieć — przyznał, wypinając pierś. Odzyskał nieco pazura i pewności siebie. Wolał zdecydowanie mówić o sobie, a nie o jakichś bezsensownych miłostkach z kocicami. Zaśmiał się, a Trzcina cicho mu zawtórowała. Przez moment milczeli. W końcu dodał, nieco ciszej, łagodniej. — Ale nie chciałbym aż tak małego Żmijowca... Chciałbym mieć córkę.
— Małą Żmijkę? — zamruczała rozbawiona. — Szczerze, widzę cię jako dobrego ojca. Szczególnie dla kotki. Wplątywałbyś jej ładne kwiaty w jej długą sierść. Ja niestety nie mogę posiadać biżuterii, tak jak niektórzy. Mam za krótkie futerko i obawiam się, że moje kocięta też by takie miały... Za to ja chętnie bym miała kocurka, uczyłabym go pływać oraz pokazywałabym różne zabawy w wodzie, żeby wyrósł na wspaniałego wojownika. Jednak nie obraziłabym się, gdyby Klan Gwiazdy obdarował mnie córką w przyszłości, tylko nie chciałabym, by później miała mi za złe, że odziedziczyła po mnie krótkie futerko.
Uśmiechnął się pod nosem, a ostatecznie zachichotał nawet na głos. 
— Nie pomyślałbym, że masz jakieś kompleksy związane ze swoim futrem. Wydajesz się być osobą, która stawia na bycie praktycznym, niekoniecznie wylalusiowanym. Nie musisz się użerać z kłakami, a może i wplątywanie kwiatków jest urodziwe, ale równie łatwo w dłuższy ogon wplątują się gałązki i inne chwasty. Uwierz mi, wiem, co mówię — powiedział, drapiąc się nieco po długiej kryzie. Sam był nieźle zaznajomiony z tym, jak uciążliwa mogła być poranna toaleta, kiedy do brzucha przyczepił się niemal cały mech z legowiska, a pierwsze, co czujesz podczas wyjścia z legowiska, to te wszystkie włoski, które zebrały ci się w pysku i przełyku.  — Ale skoro aż tak nie chcesz skazać swoich przyszłych córek na twój "żałosny" los, to wystarczy, że znajdziesz sobie włochatego partnera, czyż nie?
Kotka wywróciła oczyma. Chyba to nie było takie proste, jak przedstawiał to buras.
— Może kiedyś spadnie taki gwiazdor z nieba z długim futrem, o ile dożyje do tego dnia — burknęła pod nosem, jakby wstydziła się swoich kompleksów. — Długie futro jest miękkie i po prostu ładnie wygląda. Pewnie po dniu bycia kudłaczem, musieliby mnie rozplątywać z własnych kłaków ale czasami warto sobie pomarzyć... — pazurem zaczęła rysować w ziemi różne wzorki. Żmijowiec chwilę wodził wzrokiem za jej łapą, ale doszedł do wniosku, że jeszcze chwila i zasnąłby na siedząco. 
"Marzyć zawsze warto..." — zgodził się z nią w myślach. 
— Na to samo wyjdzie, jak pójdziesz na plażę i wytarzasz się w wodorostach. Jak chcesz, mogę cię tam nawet zabrać i powiązać ci je wokół ogona. Wtedy na pewno nikt ci się nie oprze, moja droga koleżanko. Snur kocurów będzie się za tobą ustawiać, aby zaciągnąć się twoim morskim, algowym smrodkiem. — Uderzył ją łapą w brzuch. — A propos zapachu! Wiesz, jak ciężko pozbyć się smrodu ryb z długiego futra? To jakaś tragedia; śmierdzę, jakbym sam miał łuski i skrzela, i to po każdym polowaniu! Wolałbym, żeby moje maluchy nie musiały się z tym użerać, zwłaszcza że na samym początku, kiedy będą się tarzać w ciepłym, ugotowanym brodziku, to ja musiałbym wylizywać te ich ukiszone futerko — zaśmiał się. Chociaż narzekał, nie mógł zignorować ciepła, które rozlało się w nim wrac z tą wizją. Nawet śmierdzący maluch nie jest tak oszkliwy i paskudny. 

<Trzcinko?>

Od Trzcinowego Szmeru do Fląderki

Trzcinowy Szmer wyszła wypoczęta z legowiska wojowników i wzięła głęboki wdech. Chłodne powietrze przyjemnie ją otuliło, a delikatna mgła suwała się po obozowisku. Jak na Porę Opadających Liści, ranek był idealny na polowanie na ptaki. Był zawsze cień szansy, że niektóre kaczki zapomniały o zmieniającej się porze roku i zostały tych kilka dni dłużej.
Nocniaki szwendały się po obozie, ciesząc się porannymi promieniami słońca. Wśród uczniów zauważyła Rezedową Łapę, który właśnie kończył posiłek. Uczeń prowadził ożywioną rozmowę wraz ze swoimi przyjaciółmi.
“Niech dokończy w spokoju ten posiłek. Dzisiaj będę dla niego wyjątkowo wyrozumiała”.
Pamiętała dokładnie, jak ona była uczennicą i przeszkadzało jej to bardzo, gdy, wtedy jeszcze, Mandarynkowe Pióro poganiała ją z posiłkami lub ich wcale nie miała. Było to bardzo irytujące. Mogła dopiero rozmawiać i plotkować po zachodzie słońca, kiedy już nie miała siły na nic. Było to naprawdę uciążliwe, chociaż ten solidny trening zrobił z niej godną wojowniczkę Klanu Nocy.
Zamyślona ruszyła w stronę konara, który służył za spiżarnię na zwierzynę. Weszła po kamiennych stopniach i złapała małą uklejkę. Może i nie było to jej ulubione danie, jednak czuła, że ryba została świeżo złowiona.
“Pewnie ktoś musiał się naprawdę nudzić w nocy, żeby pójść na łowy”.
Miała odejść na pobocze, by w spokoju zjeść śniadanie, a potem wyruszyć na trening ze swoim uczniem, gdy ktoś jej wpadł pod łapy. O mało się nie wywracając, upuściła swoje śniadanie i syknęła poirytowana czyjąś nieuwagą.
— Twój mentor nie nauczył cię, jak się poruszać po obozie? — warknęła pod nosem, nawet nie zdążywszy zauważyć, który z uczniów dokładnie stał się tym nieszczęśnikiem. Już szykowała kolejne obelgi oraz pomysły, jak dopiec uczniowi na patrolu, gdy zobaczyła przestraszoną, czekoladową szylkretową mordkę, z krótkimi wąsikami. — Fląderko, musisz bardziej uważać — jej pysk złagodniał nieco.
Nie chciała wyżywać się na kotce, która i tak miała już ciężko w życiu przez swoje pochodzenie, kolor sierści oraz wynaturzenie w postaci braku jednego ucha, no i tych dziwnych i króciutkich krecich wąsików. Wrzeszczenie na wyrzutka było ciosem poniżej pasa. No i nie przystawało dla wojowniczki Klanu Nocy. Musiała trzymać poziom i reprezentować godnie swoją pozycję oraz przywódczynię, która była jej mentorką.
— Przepraszam najmocniej, Pani Trzcinowy Szmerze. Nie chciałam pani przeszkodzić — czekoladowa szylkretka spuściła zawstydzona wzrok na swoje łapy. — Następnym razem będę bardziej uważna — dokończyła cichutko pod noskiem.
Współczucie ścisnęło Trzcinowy Szmer za serce. Wiedziała, że nie mogła okazywać zbyt wielkiej empatii w stronę Fląderki przy innych Nocniakach, bo to groziło podejrzeniami, że spiskuje z czekoladowymi kotami lub mogłoby to się nie spodobać Mandarynkowej Gwieździe. Musiała być jakaś alternatywa, gdzie mogła trochę ulżyć cierpieniu koteczce oraz być nadal w łasce przywódczyni.
Kiedy ta wpatrywała się we Fląderkę, podszedł do nich Rezedowa Łapa z widocznie niezadowoloną miną, co do swojej siostry. Puszył się i sapał coś pod nosem, na co na początku nie zwracała większej uwagi.
— No wiesz ty co, Fląderko? Jak można być jeszcze taką fajtłapą, by wchodzić w moją mentorkę? Jeszcze przyniesiesz nam pecha na dzisiejszym treningu i przez ciebie mogę się czegoś nie nauczyć! — kocur z obrzydzeniem wystawił język. Widać było po nim, że lubi dogrzać swojej siostrze i wywyższać się nad nią. — Myślisz, że wydostaniesz się z tego obozu na polowanie, czy jak? Wiemy, że dla ciebie trzymanie upolowanej zwierzyny byłoby czymś wyjątkowym, ale i tak twoje miejsce jest w obozie!
“Właśnie! Mogłaby wziąć kotkę na polowanie!”
Fląderka pilnowałaby ich zwierzyny i może nosiła ją z jednego miejsca na drugie, a przy okazji spróbowałaby sama zanurzyć łapy. Trzcinowy Szmer mogłaby jeszcze namówić Rezedową Łapę, by ten coś pokazał siostrze, pod pretekstem pokazania mu, jak powinien uczyć mentor. Przecież młodziak kiedyś też zostanie czyimś mentorem.
— Zamilcz, Rezedowa Łapo — powiedziała chłodno do kocura, który ze zdziwieniem spojrzał się na nią. Pacnęła go w głowę ogonem i zwróciła się do Fląderki: — Pójdziesz dzisiaj z nami na polowanie. Przydasz się nam do pilnowania zwierzyny.
W oczach Fląderki widziała zmieszanie. Czy się cieszyła, że wyjdzie dzisiaj z nimi na trening? A może obawiała się uszczypliwości ze strony brata? Trzcinowy Szmer nie była pewna, co dzieje się w główce kotki, nie znała jej aż tak dobrze, gdyż nie rozmawiała z wyrzutkami.
— Rezedowa Łapo, weź Fląderkę do wyjścia z obozu, a ja idę przekazać Błękitnej Lagunie, że bierzemy ją ze sobą, jako pomoc.
Jej uczeń niechętnie spojrzał na swoją siostrę. Widziała, jak bardzo chciał się sprzeciwić, jednak kocur wiedział, że jego zdanie nawet nie będzie brane pod uwagę. Westchnął przeciągle i oboje ruszyli do wyjścia, gdzie na nią mieli czekać.
Trzcinowy Szmer ruszyła do zastępcy i nonszalancko przekazała mu plan treningowy oraz po co zabierali Fląderkę. Błękitna Laguna bez problemów przyjął do wiadomości informacje i bez dłuższego przeciągania, pozwolił im wyjść. Wróciła prędko do swego ucznia oraz jego siostry i wyprowadziła ich poza obóz, prosto w kierunku Zanurzonego Mostu i Starej Łupinie.
Rzeka szumiała przyjemnie, a mgła między trzcinami otulała ich miło. Co jakiś czas odwracała się w kierunku Fląderki, która z rozmarzeniem obserwowała widoki, których nie była w stanie zobaczyć, siedząc tak długo w obozowisku.
Cieszyła się w środku ze szczęścia Fląderki. Pomyśleć, że tak niewielka rzecz dla niej, jakim był spacer na łowy ptactwa lub samych ryb, było czymś tak ciekawym dla czekoladowej szylkretki.
“Może w przyszłości jeszcze ją zabiorę na jakieś sparingi z uczniami lub na naukę pływania? Chociaż, czy dobrze, że tak robię? Nie powinnam tego wykorzystywać zbyt często… Robię to tylko dla niej ze współczucia, a nie z dobroci serca”.
W końcu się zatrzymali i zarządziła, by dwójka młodych kotów przysiadła i wypatrywała zwierzyny. Podzieliła ich, by Fląderka nasłuchiwała dźwięków ptaków takich, jak kaczki lub łysek, a Rezedowa Łapa miał się skupić na ruchach w wodzie i złapać ryby.
Jej uczeń był już na tyle doświadczony, że był w stanie złapać okonia lub jazgarza i nawet oczekiwała, że dzisiaj się wykaże swoimi umiejętnościami przed siostrą. Kocur przysiadł na kamieniach i godnie wykonywał jej polecenia. Wpatrywał się w wodę cierpliwie, czekając, aż znajdzie się przed nim smakowity kąsek, którego można by wyłowić.
Trzcinowy Szmer natomiast siedziała w cieniu, za ową dwójką, obserwując ich zmagania. Ranek był bardzo przytulny, więc czuła w swoich pazurach, że przyjdą z dobrym łupem do obozu.
Minęło trochę czasu, słońce wzeszło wyżej na nieboskłonie, a liście mieniły się lekkimi odcieniami żółci i zieleni, dając im w zaciszu przyjemny cień.
Nagle w wodzie odbiły się pomarańczowe kolory płetw okonia, na co Rezedowa Łapa wbił się w wodę niczym kormoran, by schwytać rybę. Po chwili cały mokry, ale i zadowolony, wdrapał się na ten sam kamień, trzymając w pysku okonia, który starał się rzucać we wszystkie strony. Skinęła mu głową z aprobatą i ogonem wskazała miejsce, gdzie ma rzucić swoją zdobycz.
— Fląderka ci ją przypilnuje, a ja postaram się wypatrzyć jakiegoś ptactwa. Chciałam, żebyś również zapolował na coś innego niż ryby.
Rezedowa Łapa podał Fląderce okonia, a ona z trudem zaniosła go na pobocze, z dala od wody. Kocur z zadowoleniem patrzył, jak rzucająca się ryba sprawia trudności swojej siostrze i powrócił na swoje miejsce, czekając, aż podpłynie następna zdobycz.
Trzcinowy Szmer cieszyła się, widząc, że jej uczeń nie przejmował się mokrym futrem. Dobrze go szkoliła. Miał być twardy i nie przejmować się chłodem, czy moczeniem łap. Im więcej kocur miał kontaktu z wodą, tym lepiej. Miał zadatek na bardzo dobrego wojownika, no może mógłby troszkę bardziej się postarać czasami.
Uwagę kotki przykuło chlupotanie i gwałtowne, krótkie i lekko gdaczące sylaby, które były charakterystyczne dla łyski. Ogon postawiła do pionu, zwracając tym samym uwagę obojga młodych kotów.
— Uwaga, mamy szansę złapać dobry posiłek! — syknęła cicho przez zaciśnięte zęby. — Nie ruszać się i nie spłoszyć mi ptaka. Rezedowa Łapo, chodź! — przywołała kocura ogonem.
Zakradli się oboje linią brzegu w stronę wydawanych odgłosów przez przyszłą zdobycz. Między trzcinami na płytkiej wodzie ukazał im się samiec łyski, który właśnie starał się otworzyć małża swoim białym dziobem.
Ptak był rozmiaru dorosłej kaczki, o pięknym czarnym pierzu oraz krwisto czerwonych oczach, wpatrujących się w swój posiłek. Był zajęty i nieuważny, co mogło się skończyć dla niego różnie. Samiec był w sile wieku i nie wyglądał na słabe ogniwo, więc mogli mieć problemy.
— Co to za ptaszysko? — zapytał zdziwiony Rezedowa Łapa.
— Jest to samiec łyski.
— Ma strasznie duże łapska oraz te oczy… Są przerażające.
— Jednak jego piórka i mięso się przydadzą, a ty musisz umieć polować jeszcze na ptactwo. Dlatego patrz i ucz się.
Powoli i ostrożnie zakradła się do ptaszyska. Kiedy wyczuła, że to odpowiedni moment, skoczyła prosto na jego plecy, a zębami celowała w gardło. Łyska zagdakała przerażona i zatrzepotała skrzydłami, jednak Trzcinowy Szmer przewróciła go, lekko go podtapiając. Szamotanina trwała dość długo, ptak był silny, a ona była lekka, jednak szybkim ugryzieniem, zdołała dopaść gardło czarnego ptaka. Ciało zdobyczy zwiotczało i z trudem, wyciągnęła je na brzeg. Była zmęczona, jednak jedzenia i zabawek starczy na bardzo długi czas.
— Możemy wracać — zażądała.

***

Dotarli do obozu, kiedy słońce zachodziło za horyzontem. Cały dzień spędzili na polowaniu, szczególnie na ptaki, jednak mogła stwierdzić, że na tą chwilę Rezedowa Łapa był tylko dobry w polowaniu na ryby i nic poza tym. Kocur zawiódł ją dzisiejszym polowaniem, bo oprócz ładnego okonia, złapał jeszcze z dwie mierne uklejki, a byli w różnych miejscach. Większość ptactwa i tak spłoszył, jedynie czym mogli się pochwalić, a bardziej ona, to dorosły samiec łyski.
Zwrócili uwagę Nocniaków, wnosząc czarne ptaszysko, jednak nikt nie podszedł, żeby bliżej się przyjrzeć zwierzynie. Ewidentnie Fląderka odstraszała wszystkich swoją obecnością.
— Fląderko, możesz zanieść do żłobka łyskę. Piórka przydadzą się kociętom, a mięso podzielisz dla Wężynowego Kła, Flaminga, Złocistego Widlika i dla starszyzny. Resztę co zostanie, rozejdzie się po lecznicy dla Różanej Woni, Gąbczastej Perły oraz Klekoczącego Bociana — ogonem wskazała na Rezedową Łapę. — A ty jej pomożesz. Rozczarowałeś mnie dzisiaj podczas polowania, myślałam, że cię lepiej nauczyłam łowiectwa, Rezedowa Łapo, jednak się myliłam.
Uczeń położył po sobie uszy i skinął głową. Bez zająknięcia ruszył wraz z siostrą do żłobka, gdzie czekał już na nich Złocisty Widlik wraz z karmicielką oraz kociakiem. Pokręciła bezsilnie głową i rozłożyła się wygodnie na trawie. Była padnięta i niezadowolona. Czy to może rzeczywiście słabe umiejętności łowieckie Rezedowej Łapy? Kocur nie pociągnie długo, jeśli będzie umiał polować tylko na ryby. Klan Nocy nie jadł tylko tego, co pływało w rzece, ale i też wszystko, co poruszało się po gałęziach, latało oraz chowało się w podszyciu. Chociaż, czy nie była to może sprawka Fląderki? Może to ona przyniosła im pecha podczas dzisiejszego polowania?

< Fląderko? Chętnie usłyszę, czy ci się podobało poza obozem 💕🦆>

Od Gołąbka CD. Borowika

Gołąbek w przerażeniu patrzył na to, co zrobił jego brat. Nie był na niego zły, wiedział, że Borowik nie zjadł jego kwiatków ze złośliwości.
Mimo to było mu bardzo przykro. Szczególnie dlatego, że kwiatki złożył w ofierze duszy myszy i Wszechmatce.
— Borowiku! Tego się nie je! — pisnął Gołąbek. — To było dla Wszechmatki! No i dla duszy myszy! — Gołąbek zauważył, jak bardzo zdezorientowany wydawał się jego brat. Czyżby naprawdę nie wiedział, jak wygląda zwierzyna? Przecież mieli już po trzy księżyce!
Gołąbek przełknął łzy. Miał nadzieję, że Wszechmatka i mysz nie będą na niego źli. Nie wiedział, dlaczego tak bardzo przejmował się tą myszą. Starał się o niej nie myśleć. Ale nadal martwił się o to, co sobie o nim pomyśli. Spojrzał na brata, przypominając sobie, co mówiła mama o jedzeniu roślin. Nie wolno było im tego robić, bo mógł po nich boleć brzuszek.
— Borowiku! Musisz iść potem do uzdrowicieli, bo będzie cię boleć brzuszek! A ja teraz pokażę ci, jak wygląda zwierzyna!
Gołąbek wymknął się ze żłobka w stronę sterty zdobyczy. Nie wolno mu było brać jej samemu, szczególnie że w obozie panowała choroba. Ale przecież pokazanie jej bratu nie zaszkodzi, prawda? Po chwili kociak wrócił do legowiska, ciągnąc za sobą kolejną mysz. Przyniósł ją prosto pod pyszczek brata, by ten mógł się dobrze przyjrzeć.
— Tylko nie jedz! — ostrzegł. — Mamusia musi sprawdzić, czy nie pachnie chorobą!

<Borowiku?>

04 kwietnia 2026

Focza Fala urodziła!

Złamanek

Od Stroczkowej Nadziei

Stroczkowa Nadzieja przyglądał się spadającym z nieba masowo liściom, mieniącym się kolorowo w blasku bladego słońca Pory Opadających Liści. Chłodny wiatr zmierzwił jego futro, posyłając wzdłuż jego kręgosłupa nieprzyjemne ciarki. Przygnębienie nadal trzymało się go dość sprawnie, czuł się trochę tak, jakby ktoś wypruł z niego jakiekolwiek chęci na ruszanie się z obozu, robienia czegokolwiek, tak naprawdę. Odkąd pochowali Jarzębinowy Żar, cały czas myślami wracał do jej grobu, odwiedzając go niejednokrotnie. Pytał ją o rady, rozmawiał z nią, wyobrażając sobie, że siedzi obok niego, gdzieś blisko i obserwuje go przy każdej czynności. Czy była z niego dumna? Czy uzyskała swoje miejsce w szeregach Klanu Gwiazdy? Z całą pewnością przyjęli ją miło. Tak naprawdę to jego dni wyglądały teraz dość monotonnie. Chodził zbierać zioła, układał je w swoim składziku starannie, te, które mógł, to suszył w prażących promieniach słońca, a resztę podawał potrzebującym… Jadł, pił, rozmawiał zdawkowo z pobratymcami.
A jak już o potrzebujących chodziło, przywołał do swojej nory pewnego kocura, którego stan ostatnio go zaniepokoił.
Przyjrzał się Kosaćcowej Grzywie uważnie, doszukując się więcej urazów, które mogłyby spowodować kłopoty, gdyby pozostały nieleczone. Prędko odkrył, że doskwierało mu ugryzienie szczura, które było naprawdę paskudne. Łatwo się brudziło i gdyby to przeoczył, van mógłby zmagać się z naprawdę nieciekawymi objawami w przyszłości, których raczej każdy wolał uniknąć. Rudy podarował wojownikowi dziki czosnek, w którym kazał mu się porządnie wytarzać, obserwując, czy rana została pokryta odpowiednio. Gryzący zapach był jedyną ceną, jaką trzeba było zapłacić za zdrową, dobrze gojącą się łapę.
— Kosaćcowa Grzywo, czy mógłbyś mi towarzyszyć podczas odwiedzin Rysiego Tropu? Ostatnio zachorowała, nie chcę, żeby przeszło to na nas — wyjaśnił krótko, poruszając lekko nerwowo ogonem. Ubrał swoje myśli w takie słowa, które przekonałyby niebieskookiego. Masywny kocur zgodził się prędko, co przyniosło młodzikowi lekką ulgę.
Skinąwszy mu głową, niebieski odprowadził go do dziury więźniów. Rysi Trop nabawiła się kataru – prawdopodobnie, gdyby nie było tutaj vana, pozwoliliby jej umrzeć z powodu choroby. Stroczkowa Nadzieja jednak, mimo że nie żywił do niej wiele pozytywnych uczuć, nie mógł pozwolić na to, aby i ona cierpiała. Dopuściła się haniebnego czynu, jednak nadal była kotem, który otrzymał od Klanu Gwiazdy życie. To, że marnowała je w ten sposób, nie było czymś, na co mógł wpłynąć. Nie oznaczało to jednak, że akceptował taką postawę. Schylił łeb, doszukując się jej pyska w półmroku. Para ślepi zabłyszczała wrogo, gdy promienie słońca padły na jej ramię.
— Rysi Tropie, proszę, zjedz te zioła. Pomagają z katarem — miauknął, po czym położył je delikatnie. Niebieska szylkretka przysunęła je bliżej siebie, po paru uderzeniach serca spożywając je. Stroczkowa Nadzieja pochylił głowę, wycofując się z powrotem do centrum. Było to jedno zmartwienie mniej na jego głowie. Jeszcze ją odwiedzi, żeby upewnić się, że dolegliwość na pewno została zwalczona.

wyleczeni: Kosaćcowa Grzywa, Rysi Trop

Od Trójokiego Zająca

Nadeszła Pora Opadających Liści, a wraz z nią nastały kolejne zmiany w obozie Klanu Klifu. Wielokolorowe liście szeleściły na wietrze, były to ostatki ciepła przed srogą Porą Nagich Drzew, zbliżającej się na tereny klanów wielkimi krokami. Drzewa pokryły się łysymi gałęziami, zrzucając z siebie cały ciężar w postaci jeszcze do niedawna czysto zielonych liści. Wiatr z każdym dniem stawał się coraz bardziej chłodny, nieprzyjemny, kłujący w płuca. Noce bywały niezwykle mroźne, a słońce zachodziło niewiarygodnie szybko, przez co każdy dzień wydawał się zbyt krótki, pozostawiał niedosyt u wielu kotów. Kremowy wojownik, z jakiegoś powodu, wcześniej nie skupiał się na tych zmianach aż tak bardzo, zawsze pogrążony we własnych myślach, skupiony tak naprawdę… na sobie. Na każdej niepokojącej myśli, jaka tylko przyszła do jego głowy. Na gdybaniu, spędzaniu czasu z rodziną – głównie z bratem. Jak i również na próbie umilenia życia Kukułczemu Wdziękowi. Zależało mu na jej zdaniu cały czas niezmiennie, można było powiedzieć, że od niej zależał cały jego humor, każdy dzień, podczas którego otwierał oczy i szedł przed siebie, zadowalając klan poprzez wykonywanie sumiennie własnych obowiązków. Równowaga ta została zaburzona w momencie, gdy Pietruszkowa Błyskawica odeszła. Zielonooki robił co w jego mocy, aby poprawić swojej ukochanej humor, jednak to nie było wcale łatwe. Często po prostu życzyła sobie samotności, którą Klifiak nierzadko odbierał jako odrzucenie go, nawet jeśli próbował zbywać tego rodzaju myśli, bo przecież świat nie kręcił się tylko wokół niego. Mimo świadomości nie potrafił wymazać emocji, jednak nie oznaczało to też, że miał jej za złe fakt przeżywania żałoby na swój sposób. Z jednej strony rozumiał jej potrzebę przetrawienia żałoby w samotności, z drugiej zaś chciał jej pomóc i dlatego czuł się także smutny z tego powodu. On sam, kiedy jego “ciocia” odeszła nie czuł się szczególnie poruszony. Może po prostu nie wiedział, jak powinien podejść do tematu śmierci. Wyjaśnienie, że koty wierzące trafiały na Srebrną Skórę, na której miały lepiej, niż za życia, mu wystarczyło. Starał się nie rozmyślać nad tym niepotrzebnie długo, ponieważ nie chciał chodzić przygnębiony. Mimo wszystko Pietruszkowa Błyskawica była porządną kotką. W końcu była przybraną matką Kukułczego Wdzięku. Czy to robiło z niego egoistę? Może powinien bardziej zainteresować się zdrowiem swojej matki, Pikującej Jaskółki? Może gdyby częściej rozmawiał z pobratymcami, których kojarzył tylko dlatego, że mijali się codziennie na środku jaskini, to byłby szczęśliwszy? Czy obecność Kukułczego Wdzięku mu wystarczyła? Do tej pory myślał, że tak. Że właśnie tak powinno wyglądać idealne, odpowiednie życie. I tak naprawdę nie potrafił sobie wyobrazić innej opcji. Budzenie się i zasypianie obok kotki sprawiało, że czuł się spełniony i szczęśliwy. Chociaż była jeszcze jedna rzecz, której mu brakowało, a na którą nie wiedział, czy był w zupełności gotowy…
Urwał wyrośnięte gałązki zakończone gęsto aksamitnym kwieciem, jedne z ostatnich. Były w wyjątkowo dobrym stanie. Roślina pod jego naciskiem ugięła się, pękając w połowie. Chwycił bukiet w pysk, wracając do wielkiej jamy. Ryzykował, wychodząc samotnie w poszukiwaniu najlepszych, ostatnich płatków, aczkolwiek był gotów zrobić wszystko, byleby tylko poprawić humor kotce bliskiej jego sercu.
Trójoki Zając postawił czujnie uszy, przyuważywszy niemałe poruszenie w obozie. Atmosfera wokół stała się tak gęsta, że dało się ją ciąć pazurem. Starsi plotkowali między sobą, a uczniowie wyglądali z legowisk z dużymi, wytrzeszczonymi oczkami. Serce wojownika zabiło szybciej, a kikut poruszał się nerwowo. Szylkretki nie było w posłaniu, najwidoczniej nie wróciła jeszcze z patrolu.
Do ich azylu została przyniesiona malutka, pręgowana kuleczka. W składzie kotów, które wróciły, znajdowała się Kukułczy Wdzięk, co za tym idzie, Klifiak musiał koniecznie dowiedzieć się, co się stało. Dlaczego wyglądała na tak spiętą? Zaniepokojoną? Może nawet lekko zezłoszczoną? A może tak naprawdę jedynie sobie to dopowiedział z powodu potrzeby otrzymania prędkiej odpowiedzi na wszystkie, kotłujące się w jego głowie pytania? Jakiegoś wyjaśnienia? Źrenice zwęziły mu się w cieniutkie szparki, a nos zmarszczył, gdy dotarła do niego intensywna, metaliczna woń. Widok zakrwawionego kocięcia go zmartwił i to znacząco. Drobna nieznajoma zwisała z pyszczka Gąsienicowego Ogryzka, którego koniec ogona zniknął właśnie w jamie medyków. Otworzył oczy szerzej, a mięśnie u łap spięły mu się wręcz odruchowo. Kto skrzywdził to maleństwo? Czy Jagnięcemu Ukłonowi uda się ustabilizować jej stan? Energicznie zszedł ze skalnej półki prowadzącej do legowiska wojowników, zostawiając kwiaty w posłaniu Kukułki. Dzisiaj wykonał już przydzielone mu zadanie przez Mysi Postrach, dlatego mógł pozwolić sobie na odpoczynek. Chociaż ciężko było odpocząć w obliczu takiej sytuacji. Jego mózg domagał się odpowiedzi. Wylądował zgrabnie na zimnej posadzce, zbliżając się do znanej mu kotki. Pobratymczyni utkwiła wzrok we własnych łapach, a myślami była gdzieś daleko.
— Kukułko, co się stało? — zapytał, siląc się na spokój i ocierając się o nią delikatnie w geście powitania.
Wojowniczka podniosła wzrok, błądząc z jego jednego ślepia na drugie, jednak szybko zmarszczyła brwi. Może nie miała humoru na rozmowę o tym teraz? Ale jak mógł zignorować jej zaniepokojenie wymalowane na pysku? Żółtooka pokręciła głową, po czym westchnęła cicho pod nosem.
— Biedulka… taka malutka.
— Gdybym mógł, to bym wybił wszystkie te zawszone kundle!
Do jego uszu doleciały nieprzychylne słowa Klifiaków. W sercu kremusa pojawiło się gorące, nieprzyjemne uczucie, które zawrzało w nim niczym bulgocząca woda. Nabrał parę wdechów w próbie uspokojenia się. Raz… Dwa… Trzy… Tutaj koteczka będzie bezpieczna. Cztery… Pięć… Sześć… Koty Klanu Klifu dopilnują z pewnością, aby nie musiała się więcej martwić psami – oczywiście, jeśli tylko nie będzie się wybierała sama poza obóz. Na ich terenach ostatnimi czasy grasowały mewy, a jak już o mewach… Siedem… Osiem…
Zielonooki skrzywił się na samą myśl. Serce zabiło mu mocniej, a przed oczami odrobinę pociemniało. Zamrugał parokrotnie. Nadal nie potrafił pogodzić się z potyczką, jaka miała miejsce ostatnio. Wysłano go przymusowo na wojnę z tymi potężnymi ptakami… Oczywiście, miało to sens, ponieważ był wojownikiem. Wyrządziły naprawdę wiele szkód Klanowi Klifu, zabierając im cennych członków. Aczkolwiek to nie było wcale takie proste, jak mogłoby się zdawać. Nawet jeśli byli z ich powodu stratni, Trójoki Zając nie potrafił po prostu zmienić tego, w co wierzył całe życie, nie potrafił z tym walczyć. Nie bał się o to, że zostanie uszkodzony. W swoim życiu został zaatakowany już wiele razy i kolejna blizna nie robiła mu różnicy, aczkolwiek, tak naprawdę, obyło się bez większych głębszych szram. Raczej złość powodował fakt, że kłóciło się to z jego przekonaniami. A jakby tego było mało, to miał wyeliminować wszystkie te ptaki. Jak najwięcej. Niszczyć ich gniazda, tłuc jaja, zrzucać je z klifu. Zaczął sapać, nabieranie oddechu zaczynało sprawiać mu trudność, a oczy mrużyły się. Czy gdyby mewy odebrały mu Kukułczy Wdzięk, czy wtedy by się ocknął? Zmienił diametralnie? Dziewięć… Dziesięć…
Kukułczy Wdzięk, całe szczęście, nie miała mu tego za złe. Rozumiała, że nie miał wyboru, chociaż nie obyło się bez dokładnego przepytania go, które dzięki Klanowi Gwiazdy miał już za sobą. Liliowa przysunęła się bliżej wojownika, jakby szukając w nim wsparcia. A może wyczuła, że dzieje się z nim znowu coś niedobrego? Może chciała mu w ten sposób ponownie pomóc? Ich boki zaczęły się stykać delikatnie. Kremus zaczął cicho pomrukiwać. Negatywne emocje od razu z niego zeszły, jakby szylkretka posiadała jakieś niesamowite umiejętności niewerbalnego pocieszania. Westchnął cicho pod nosem, rozluźniając spięte z nerwów mięśnie. Nie mogli na razie za wiele zrobić. Musieli czekać na unormowanie stanu młódki przez Jagnięcy Ukłon. Brane przez niego wdechy unormowały się, co za tym idzie, siła powróciła do jego kończyn. Nawet jeśli nie zdążył zamienić ani jednego słowa z malutką Werbeną, bał się o jej zdrowie, co go zdziwiło – bo przecież wcześniej nie przykładał aż tak wielkiej wagi kociętom, które nie należały do jego rodziny.

***

Gdy słońce rzucało ostatnie, pomarańczowe promienie, blado ogrzewając boki kotów i rozświetlając ogromną jamę błyskiem, a ptaki śpiewały swoją ostatnią, wieczorną melodię, Trójoki Zając ułożył się wygodnie w posłaniu, tuż obok Kukułczego Wdzięku. Po kotce było widać zmęczenie i prawdopodobnie, gdyby nie niespodzianka, oddałaby się od razu w objęcia snu. Z powodu stresu, jaki dopadł go wcześniej, zupełnie zapomniał o kwiatach dla niej, które tu zostawił. Położył po sobie odrobinę uszy, nieśmiało, martwiąc się, jak zareaguje. Kotka przysunęła je w stronę wojownika. Pręgus nagle wpadł na pewien pomysł, prostując się, zauważywszy, że Klifiaczka wcale nie zareagowała negatywnie. Urwał parę płatków, po czym wetknął je pomiędzy kłosy kotki dość ostrożnie, żeby jej przypadkiem nie poplątać futra. Szylkretka ułożyła się wygodnie na boku, mrużąc oczy. Nie protestowała ani nie pogoniła go, więc ten pomysł najwidoczniej jej się spodobał. A może nie chciała, żeby mu było przykro? Przełknął nerwowo ślinę.
— Kukułczy Wdzięku…?
Kotka spojrzała na niego nieco sennie, poruszając zadbaną końcówką kity aksamitnie.
Czy powinien powiedzieć jej już teraz? Czy to naprawdę było to, co myślał, że było? Może się pomylił…? Może tak naprawdę łączyła ich jedynie przyjacielska więź? Poczuł nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej. Bo co jeśli ona nie czuła tego samego? Co, jeżeli tymi dwoma słowami, jakie chciał jej wypowiedzieć, zepsułby całą ich relacje i żałował tego potem do końca swojego życia? Serce pędziło mu galopem, a w uszach słyszał jego dudnienie.
— Tak, Zajączku? — dopytała, jakby próbując go zachęcić do wypowiedzenia tego, co mu ciążyło na sercu. Zdziwił się ciut, jednak w jego piersi pojawiło się przyjemne, ciepłe uczucie. Gdyby był łysy, prawdopodobnie byłby czerwony niczym pomidor. Poduszki jego łap stały się ciepłe. Zawstydził się na nowo.
— Ach… bo j-ja… — wymamrotał, zataczając łapą kółeczka w posłaniu legowiska. — M-myślę, że wyglądasz pięknie. Bardzo ci do twarzy z tymi kwiatami, ładnie podkreślają twoją urodę — wydusił z siebie, krzycząc wręcz w myślach. Nie… nie o to mu chodziło…! To znaczy, tak, była według niego piękna, najpiękniejsza wręcz, aczkolwiek nie to chciał jej teraz powiedzieć. To nie tym się zamartwiał tak długo, nie nad tym tak głowił i dywagował od tylu księżyców.
Kukułczy Wdzięk skinęła głową, po czym ułożyła się wygodnie na własnych łapach, przyjmując komplement. Po jakimś czasie jej bok zaczął unosić się, a potem opadać spokojnie. Ogon miała zawinięty wokół jednej z kończyn. Czy powinien ją obudzić? Ale jaką miał gwarancję, że nie zezłościłaby się za to na niego? Jaką mógł mieć pewność, że po obudzeniu jej dałby radę wypowiedzieć te jakże istotne słowa dla niego? Nie, może nie powinien psuć tak miłego momentu. Powinien powiedzieć jej kiedy indziej. Niech Kukułka teraz odpocznie.

Od Poranku

Wiciokrzew, Purchawka i Mistral szli z przodu. Poranek, ze wzrokiem wlepionym w ziemię, ale napiętymi wszystkimi mięśniami, szedł powoli za nimi, starając się nie wdawać w żadne konwersacje. Mimo wspólnej profesji bał się każdego z osobna. Ale dlaczego? Co go do tego popchnęło? Odpowiedź była jedna — powrót do Owocowego Lasu. A reszta? A reszta była tylko skutkiem jego błędów i kary Wszechmatki, za jego postępowanie. Za to, że pozwolił na zranienie Mgiełki, na zniknięcie Murmur i, co najważniejsze...
Śmiech rozbrzmiał echem w jego uszach. Od razu lekko podskoczył. Śmiech był ostry i głośny, dokładnie tak, jakby ktoś krzyknął mu do ucha. Podniósł lekko głowę, spodziewając się tam znajomych sylwetek trójki pobratymców. Nie zauważył jednak nikogo. Zamiast tego zobaczył tylko ciemne drzewa, wysokie i niektóre wręcz przerażające, zasłaniające jasne niebo. Ich cień padł prosto na niego, zostawiając go samego w ciemności. Samego. Nagle wszyscy go zostawili.
Zaczął się nerwowo rozglądać. Myśli w jego głowie od razu przyspieszyły, powodując lekkie zamieszanie.
– Gdzie jesteście? – odezwał się po raz pierwszy od wyjścia z obozu, jednak nikt mu nie odpowiedział. Obrócił się w obie strony, wzrokiem przelatując po każdym drzewie, każdym cieniu, każdym miejscu, gdzie mógł zobaczyć znajome twarze. Było pusto. Mimo to znów usłyszał ten śmiech. Czyżby ktoś z niego drwił? Śmiał się z niepowodzeń. Z jego zabłąkanej duszy, już dawno opuszczonej przez Wszechmatkę.
– To nie jest zabawne – mruknął cicho, strosząc sierść na karku. Śmiech stał się tylko głośniejszy, jakby nie słuchał słów uzdrowiciela. Jakby ich nie słyszał. – Wiciokrzewie? – zawołał rudy. – Purchawko? – został sam śmiech. – Mistral? – śmiech zagłuszający jego myśli i szepty, które dochodziły z oddali. To musieli być oni. Mimo strachu cały się spiął i pobiegł w stronę szeptów, męczących jego głowę. Liczył na cokolwiek związanego z Owocowym Lasem. Cokolwiek związanego z "domem". Nie zastał nic. Tylko drzewa, których cienie zamykały go w swoich szponach, tylko upewniając Poranka w fakcie, że został sam. Sam w ciemności. Nikt nie zauważył, że zniknął. Nikt go nie szukał. Nikomu nie był potrzebny.
 
***
 
Szybko podniósł się ze swojego posłania, czując jak dreszcze przechodzą po całym jego ciele. Oczy miał szeroko otwarte, oddech nie tak spokojny, jak powinien być. Musiał się uspokoić, zanim ktokolwiek przyjdzie do legowiska. Wziął głębszy oddech, uważnie rozglądając się dookoła, by upewnić się, że ciemny las był tylko snem. Jednak czy sen ten był tak daleki od prawdy?
– Halo? Jest tu ktoś? – głos Szafran, wchodzącej do legowiska, sprawił, że kocur poraz kolejny podskoczył. Dlaczego każdy musiał przychodzić zawsze wtedy, gdy on był chwilę po wstaniu?
 
***
 
Siedział przy swoim drzewie, starając się zebrać myśli, które przeskakiwały z tematu na temat. Jakby w jego głowie był mały kołowrotek, napędzany przez jakieś stworzenie. I mimo prób zatrzymania urządzenia - nic nie dawało. Jedną z takich myśli, była ta dotycząca obecnego stanu jego społeczności. I chociaż Poranek nie był na bieżąco z każdą sprawą w Owocowym Lesie, wiedział o śmierci niektórych kotów i wiedział o sytuacji na terenach Owocniaków. W takim miejscu pełnym plotek, nawet gdy nie chciał, dowiadywał się różnych rzeczy. Z szeptów, z zachowań i z ważniejszych ogłoszeń. Nawet jego bezpieczne legowisko nie dawało rady uchronić go przed każdą plotką, krążącą wśród pobratymców. Ale jedna rzecz była w stanie - śmierć. Od śmierci Rokitnika miał wrażenie, że nikt nie zwraca już na niego uwagi. Chociaż nigdy nie miał też kontaktów ze starszym kocurem, miał świadomość, że on mógł pamiętać go sprzed ucieczki z Murmur. A większość starszych wtedy kotów nie zapisała się dobrze w pamięci Chwastu. A rozmyślania takie naszły uzdrowiciela po wycieczce do legowiska starszyzny, gdzie to musiał zająć się chorym Bukszpanem.
Kolejną rzeczą, którą napędzał kołowrotek w jego głowie, było wspomnienie jego snu. To poczucie samotności, które towarzyszyło mu każdego dnia. Ten strach. Ta ciemność, którą widział, myśląc o swojej rzeczywistości. Czy to tak miało to wszystko wyglądać? Czy naprawdę jego życie było karą od Wszechmatki?
– Witaj Poranku! Co za spotkanie. Akurat wyszedłem na dłuższy spacer – rudy odwrócił głowę, jak zwykle spodziewając się najgorszego. Jednak zamiast kogoś z jego otoczenia, zobaczył Derwisza, który mimo nie mieszkania w Owocowym Lesie, co jakiś czas pojawiał się w okolicy. – Jak się miewasz?
– Żyje.
– Naprawdę miło mi to słyszeć! Jednak ja dalej pytam, jak żyjesz Poranku – mruknął z uśmiechem Derwisz, podchodząc do uzdrowiciela. – Mogę się dosiąść? – zapytał uprzejmie. Poranek chciał zaprzeczyć, chciał powiedzieć cokolwiek, ale zamiast tego tylko kiwnął głową. Tak więc skończył, wraz ze starszym kocurem, przy tym jednym drzewie, do którego przychodził od dłuższego czasu.
– Wierzysz w coś? – zapytał nagle rudy, mimo lęku spoglądając na towarzysza.
– Ciekawe pytanie, a odpowiedź brzmi tak. W siły natury. Uważam, że natura to najpotężniejsza z sił, a jej potęga wynika z czystości i miłości. Tylko się rozejrzyj! Tyle wystarczy by pojąć jej siłę. By zobaczyć miłość – zaczął swój wywód Derwisz. – Natura jest przepiękna, ale też niespodziewana. Nigdy nie wiesz, co możesz spotkać na swojej drodze. Po takim czasie w podróży mogę to potwierdzić. Ale nie tylko ja – rozmarzony samotnik zamknął na chwilę oczy. Na jego rozświetlonym blaskami słońca pysku pojawił się uśmiech. Łagodny i trochę kojący, jakby chciał zapewnić cały świat, że moc miłości i spokoju ich uratuje. Jednak Poranek w to nie wierzył. Nie umiał uwierzyć. – A ty? – nagle znów odezwał się Derwisz. – Wierzysz w coś konkretnego?
– Chyba tak – mruknął cicho rudy, wbijając wzrok w ziemię.
– Chyba?
– Skąplikowana sprawa – odparł cicho Chwast, spinając się lekko. Nastała chwila ciszy. Młodszy z kocurów odwrócił się lekko od starszego, jakby unikał jego spojrzenia. – Wierzę we Wszechmatkę – powiedział w końcu. – Jednak ona już nie wierzy we mnie – stwierdził Poranek, już zaczynając ze stresu grzebać łapą w ziemi.
– Co masz na myśli?
– Zrobiłem coś złego i teraz mierze się z jej karą – powiedział tylko Chwast, nie patrząc Derwiszowi w oczy. Nie był w stanie spojrzeć mu w oczy. Miał wrażenie, że nie mógł już nikomu spojrzeć w oczy.

Wyleczeni: Szafran, Bukszpan