Mruknęła niezadowolona, wciąż topiąc nos między swoimi łapami, bezsilnie wyciągniętymi w przód. Położyła uszy, żeby powstrzymać się od łez.
– Źle – burknęła w odpowiedzi na słowa Trójki. A kto choć odrobinę znał Miedź, ten wiedział, że ta kocica naprawdę rzadko przyznaje, że coś jej dolega.
Jednak jej nie chodziło o żadne bóle stawów czy mięśni. Bolało ją serce. Kłuło, szarpało, wiło się, chcąc rozerwać się na kawałki. A może już było rozerwane? I teraz nie da się go naprawić. Rozsypało się na malutkie jak płatki śniegu kawałeczki.
Jej córeczka… Odeszła tak nagle, tak okropnie niespodziewanie. Nie mogła się do tego przygotować, zaskoczona przez los. Los przebił jej grzbiet ostrymi jak pazury cierniami, podchodząc po cichutku od tyłu. Jednak… czy w ogóle dało się przygotować na śmierć własnego dziecka?
Fasolka… Taka kochana, może trochę zagubiona w świecie medyków, ale przecież dobra. Nikt nie powinien odbierać jej życia tak szybko. Nigdy. Nikt nie powinien odbierać jej córki!
Wstrzymała oddech, przygryzając wargi. Już wiedziała, że nie powstrzyma dłużej tych łez. Schowała pysk w sierści na klatce piersiowej, łapą odsuwając przygotowane dla niej zioła. Najgorsze było to, że Potrójny Krok pewnie jej nie pocieszy, bo znienawidził Fasolkę za to, co zrobiła. Powinien nienawidzić też jej, za to, że jej nie przypilnowała… Nie przemówiła w porę do rozsądku.
Łzy zaczęły moczyć jej futro. Nie znosiła płakać. Czuła się żałośnie, więc żeby nie wzmacniać tego uczucia, powstrzymała wszystkie dźwięki, jakie mogłaby wydać, oraz jakikolwiek ruch, pozwalając tylko, aby słone strumyki z wolna płynęły po jej puszystych policzkach. Tak bardzo chciałaby się jeszcze choć raz przytulić do swojej małej Fasolki… Zamiast tego mogła jedynie przysunąć się do Igły. Do liliowego futra, tak podobnego do tego należącego do ich córeczki… To jego futro dzisiaj przemoknie łzami.
– Miedź, musisz coś jeść – zmartwiony głos ledwie dotarł do jej uszu. Nie chciała go słuchać.
Przecież wie, że musi. I te ziółka też musi. Bo bez nich nie dałaby sobie rady. Była słaba. Stara. Uciążliwa. Nic nie pozwalali jej już zrobić samej, tylko wszyscy jej usługiwali. Po co w ogóle trwała jeszcze w tym klanie? Dajcie jej w końcu odejść, tak, jak połowie jej bliskich. Cierpiała, za nie wiadomo czyje grzechy.
A jednak wciąż się o nią troszczyli. Nie pozwalali jej pogrążać się w rozpaczy i w bólach, przynajmniej na tyle, na ile mogli. Bo z niektórymi kwestiami musiała poradzić sobie sama. Jak z pogodzeniem się ze śmiercią kolejnej córki. Nie była jeszcze na to gotowa.
– Kocham was.
W końcu spojrzała ciężkim wzrokiem na te zioła i jedzenie. Przysunęła je i wzięła niechętnie pierwszy kęs, który ledwie się przepchnął przez jej zaciśnięte gardło. Może kolejne będą łatwiejsze.
Może kolejne dni też będą łatwiejsze.
<Trójeczko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz