Nocne Pióro spojrzała na Mamrota z obojętnym wyrazem pyska. Kocurek jednak tego nie zauważył, zajęty był znoszeniem kępek mchu do legowiska. Nie dostrzegł również, jak w pewnym momencie kotka podnosi brwi.
- Rozumiem – rozległo się gdzieś ze strony legowisk. - Ciebie też miło poznać, drogi Mamrocie.
„Drogi?” zdziwił się w myślach kremowy. Chyba nie załapał tej ironii w jej głosie, no wiecie – zbytnio cieszył się tym, że nie zrobiła mu krzywdy i dała mu schronienie. Potraktował więc to jako komplement.
Deszcz ciągle moczył ziemię, więc nasz samotnik starał się jak najszybciej uwinąć, żeby cały mech nie przemókł do suchej nitki. Z czasem zaczął się nieco uspokajać i nawet przywyknął do tego, że czarno-biała kotka bacznie go obserwowała. Ale gdzieś wewnętrznie dalej czuł stres, coś nie dawało mu spokoju... Może to ta dumna i niezależna postawa Nocnego Pióra wywarła na nim takie wrażenie? A może był po prostu był już tak głodny, że popadał w paranoję? Sam nie był pewien... A, właśnie, jedzenie! Krzywoszczęki zdziwił się, że jeszcze nie ruszył swojej piszczki. Ale musiał nazbierać jeszcze trochę mchu, dopiero potem pozwoli sobie na konsumpcję zwierzątka.
Po dłuższej chwili układał przed momentem położoną kępkę pierwotniaka. Przyjrzał się swojej robocie. Nie wyglądała chyba tak źle...
- Dobra, może być - rozległ się wciąż chłodny głos Nocnego Pióra. Kocurek potaknął z leciutkim uśmiechem.
- Najwyrażniej - odparł i już po chwili leżał na swojej części posłania. Ach, jak wygodnie było się położyć na czymś suchym! To znaczy, może nie aż tak, ale w porównaniu z futrem złotookiego mech był ledwie zwilżony. Wsłuchiwał się w bębnienie spadających kropli o liście i podłoże. Lekko przymknął oczy. Przypomniało mu się, jak kiedyś, może nie tak bardzo dawno, siedział w ciepłej stodole ze swoim przyjacielem... Wtedy też padało, ale nie był to deszcz, lecz śnieg. Leżeli obok siebie i milczeli, tak jak teraz on i Nocne Pióro. Znaczącą różnicą było jednak to, że tamten kocur był dla niego kimś bliskim, a brązowooka tylko przypadkowo napotkaną kotką, która udzieliła mu schronienia na czas deszczu. Westchnął cicho, oddając się nostalgii...
...którą przerwało nagłe burczenie w żołądku. To skutecznie sprowadziło naszego samotnika na ziemię. No tak, piszczka! Dotarło do niego, że czarno-biała już wzięła się za... zaraz, czy to była żaba? Nie wiedział. Wiedział już tylko, że powinien chwycić za swoją zwierzynę i zacząć ją w końcu konsumować, co oczywiście zrobił. Smakowała wybornie...
Po raczej niedługim czasie, dwukolorowa poszła gdzieś z resztkami swojego pożywienia, zapewne żeby je gdzieś wyrzucić. Kocurek właśnie skończył wcinać swoją mysz i delikatnie, żeby nie rozsunąć mchu z posłania na wszystkie strony, ułożył się i zwinął się w kłębek. Poczuł niewyobrażalne zmęczenie, zapewne wywołane dzisiejszym stresem i głodem. Przymknął oczy i zanim się spostrzegł, odpłynął do krainy snów...
***
Śniło mu się, że się obudził. Mrugnął kilkakrotnie. Nie był już na przemoczonym mchowym posłaniu wśród deszczu, ale leżał w jakimś ciepłym i suchym miejscu. Wstał, rozglądając się dookoła i nie wierząc własnym oczom. To miejsce wyglądało tak znajomo, że Mamrotowi aż serce się ścisnęło. Tak, taki sam zapach słomy... Takie same kolory drewna! Pręguskowi zaparło dech w piersiach, a przyjemne wspomnienia zalały jego umysł. To stodoła jego przyjaciela!
Wtem usłyszał za sobą jakiś szelest. Odwrócił się tam z nadzieją, ale zobaczył coś zaskakującego. I z pewnością innego, niż się spodziewał.
Widział swojego przyjaciela i... samego siebie sprzed dwóch księżycy. Nie byli tacy uśmiechnięci, jak złotooki sobie zapamiętał... Wtem przyjaciel podszedł do młodszej wersji Mamrota i położył głowę na jego łebku. Dało się słyszeć ciche westchnięcie.
- Mamrociku... Jesteś pewien, że nie zostaniesz tu na dłużej? - odezwał się zielonooki przyjaciel lekko zachrypniętym głosem. Młodszy Mamrot pokręcił przecząco głową i odsunął się lekko od starszego kocura.
- Muszę iszcz dalej, Dżoi - odpowiedział, spoglądając ze smutkiem w oczy przyjaciela. - Wyszedłem, aby wędrowacz... Ale wróczę tutaj. Obieczuję.
Naszemu krzywoszczękiemu ścisnęło się w sercu. Dobrze pamiętał tamten dzień. To wtedy rozstał się ze swoim jedynym przyjacielem, Joey'em. Zacisnął oczy i spuścił głowę. Nie chciał na to patrzeć...
Wtem wszystko utonęło w czerni.
***
Mamrot powoli otworzył oczy. Tym razem obudziły go promienie słońca, za co był im wdzięczny. Powoli podniósł się na łapy. Dlaczego akurat teraz musiało mu się przyśnić jedno z najboleśniejszych wspomnień? Z lekkim przygnębieniem wyszedł z legowiska i ospale się przeciągnął. Nocnego Pióra już nie było... A może nawet nie wróciła na noc? Ta myśl zaniepokoiła krzywoszczękiego. "Może powinienem jej poszukać?" pomyślał, po czym wcielił swój pomysł w życie.
***
Minęło trochę czasu. Podłoże delikatnie chlupotało pod łapami kocurka. Rozglądał się uważnie, próbując gdzieś dostrzec biało-czarne futro starszej kotki. Im dłużej mu się nie udawało, tym bardziej się niepokoił. "No dalej!" pomyślał sam do siebie, "Przecież powinna być niedaleko..."
Wtem, gdzieś zza szuwarów rozległo się agresywne syczenie i ostra wymiana zdań między dwoma kotami. Krzywoszczęki uświadomił sobie, że jeden z nich należy do Nocnego Pióra, natomiast drugiego nie znał. Ostrożnie podkradł się w pobliskie chaszcze i ostrożnie wyjrzał z kryjówki.
Brązowooka kotka była cała ubłocona, a na jej pysku malowała się furia.
- Uważaj, co mówisz! - warknęła do nieznajomego, a tamten przez chwilę jeszcze tam stał, po czym powoli odszedł w swoją stronę. Złotooki skulił się lekko, w duchu prosząc, aby tamten go nie wyczuł. Co się udało.
Nocne Pióro również postanowiła wrócić i zaczęła iść ze wzrokiem wbitym w ziemię , właściwie kierując się w miejsce, gdzie ukrywał się nasz kocurek. Ten jednak już nie czekał, tylko spokojnie wyszedł z kryjówki i nieśmiało spytał:
- Wszyżdko dobrze?
Kotka podniosła nagle głowę i spojrzała na niego z lekkim poirytowaniem w oczach.
- No a jak widzisz, drogi Mamrocie! - syknęła w odpowiedzi (przy czym do kremowego pręguska wreszcie dotarło, że u niej "drogi" to wcale nie komplement). - No niezbyt!
Młodszy spuścił lekko łepek.
- Ja... Małtwiłem szię, że pany nie włóciła na noc i... i że czoś mogło... szię pany sztacz... - wyjąkał. Dopiero teraz zrozumiał, jak bezpodstawne były jego obawy. Nocne Pióro była od niego o wiele starsza i bardziej doświadczona, umiała sobie radzić... W sumie to bardziej ona musiałaby się o niego martwić, niż on o nią, ale o tym raczej mowy nie było. - Przepłaszam... - dodał na końcu. Było mu wstyd, że pomyślał, jakoby czarno-biała miałaby sobie z czymś nie poradzić. Przecież to ona była tu specem!
<Nocne Pióro?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz