Szyszka wzięła głęboki wdech i wydech. Tego dnia lis miał zostać zabity, a spokój w Owocowym Lesie przywrócony. Miała ułożony w głowie dokładny plan działania, najmniejszy szczegół. Kotka spojrzała za siebie, gdzie trzy grupy szykowały się do wykonania zadania. Zamierzała przeprowadzić całą akcję tak, żeby nie ponieśli już więcej strat w szeregach. Lis odebrał życie kilku jej pobratymcom, nie chciała, żeby skrzywdził kolejne koty. Owocowy Las musiał znowu stać się wolnym miejscem, a wszelkie zakaz opuszczania obozu zdejmie jeszcze tego samego dnia.
Wszystko będzie dobrze.
Musiało takie być. Powtórzyła sobie jednak tą myśl jeszcze kilka razy, zanim dała znać ogonem. Pierwsza grupa miała zostać w obozie. Trzeba było postawić na szybkość i zwinność. Druga grupa opuściła obóz. Brzoskwinka miała ich poprowadzić do Ogrodzenia i dopilnować, żeby dziura została zakopała. Szyszka dała krótki sygnał ostatniej, trzeciej grupie. Opuścili obozowisko. Ich zadanie było najważniejsze - mieli zabić lisa. Szyszka uznała jednak, że nie zrobią tego tradycyjnie dzięki pazurom. Nie, wolała zrobić to sprytnie, jednak z sukcesem.
Grupa składająca się z przywódczyni, zastępczyni, Płomykówki, Klonika i Kostki, zanurzyła się w znajomym terytorium Owocowego Lasu. Szli pośpiesznie, stawiając łapy na resztkach śniegu, starając się pozostać niezauważeni. Przemykali między lichymi zaroślami, kryjąc się pośród drzew, coraz bardziej oddalając się od obozu. W pewnym momencie Szyszka się zatrzymała i ogonem wskazała na gałąź. Była dziwnie wykrzywiona i chyliła się ku dołowi, chociaż dzielił ją od ziemi spory kawałek. Szyszka westchnęła. Gałąź często trzaskała pod łapami, gdy jakiś kot postanowił na niej przysiąść. Teraz, jeden ciężar ciała mógł sprawić, że ta spadnie na ziemię. Była to pułapka. Odwróciła pyszczek do swoich kotów.
- Ja, Błysk i Płomykówka pójdziemy zwrócić uwagę lisa. Kloniku, Kostko, czekajcie na drzewie i gdy tylko sprowadzimy lisa, musicie zrzucić gałąź. Ale uważajcie na siebie i nie stawajcie na niej całym ciałem. - upomniała wojowników.
Kiwnęła głową do Błysk. Zastępczyni z entuzjazmem ruszyła w stronę ostatniego miejsca, gdzie był widziany rudzielec. Kostka i Klonik zajęli pozycję. Szyszka i Płomykówka ruszyły za zastępczynią. Dwie czarne, niemal identyczne kotki, szły ramię w ramię, łapa za łapą.
- Jesteś pewna, że nie wolisz zostać w obozie?
Swoje dzieci chciała zostawić w obozowisku. Jedynie Płomykówka uparła się, że chce wziąć udział w zabiciu lisa. Szyszka nie chciała się zgodzić i uparcie to powtarzała. W końcu jednak Płomykówka dopięła swego. Oznajmiła, że pójdzie tak czy siak, nawet gdyby miała to zrobić bez jej wiedzy. Miała bardzo odważną i wierną społeczności córkę.
- Nigdy jeszcze nie byłam czegoś tak pewna. Trzeba pozbyć się tego lisa.
Uśmiechnęła się lekko, po czym łagodnie przejechała językiem za uchem kotki.
- Za dużo dajesz mi powodów do dumy, moja słodka. - zamruczała cicho.
Płomykówka posłała jej zadziorny uśmieszek. Mimo trzydziestu ośmiu księżyców na karku, wciąż miała niezły charakterek. Często powtarzała, że chce być najlepszą wojowniczką w całym Owocowym Lesie.
Szelest w krzakach zwrócił uwagę trójki kotek. Zatrzymały się szybko i zerknęły po sobie. Z krzaków wynurzył się lis. Szyszkę przeszył lekki dreszcz. Na starych terenach, gdy była uczennicą, miała okazję spotkać rudzielca z bliska. Źle by się to skończyło, gdyby pomoc nie przybyła na czas. Szeroki pysk i małe oczka nie spoglądały na nich, dopóki nie zaczęły hałasować, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. Wówczas zwierzę skierowało się w ich stronę. Przyglądało się krótki czas kotkom, zanim z jego gardła wynurzyło się głośne i wrogie warczenie. Ruszył w ich kierunku.
Wszystko działo się bardzo szybko. Szyszka, Błysk i Płomykówka poderwały się do biegu, wysuwając przed siebie długie łapy, a pędzący za nimi lis zdawał się nie odpuszczać. Intruz gnał za nimi, nawet nieświadomy, że wkrótce spotka się pysk w pysk ze śmiercią. Szyszka z ulgą dostrzegła drzewo.
- Teraz szybki zwrot! - oznajmiła.
Wykonały polecenie w samą porą, ze zwinnością i precyzją. Lis wpadł w drzewo, otrzepał sierść z ziemi i resztek śniegu, gdyż dopiero zaczęła się wiosenna pora roku. Zwierzę spojrzało na nie z wściekłością, ponownie warcząc gorliwie. Szyszka zmrużyła oczy, spoglądając na gałąź. Pysk Klonika wykrzywiał się ze zirytowania, natomiast Kostka z całej siły starała się zrzucić gałąź, wciąż pozostając tylnymi łapami wczepiona w drzewo. Gałąź jednak ani drgnęła.
I właśnie wtedy plan zaczął się sypać.
CDN.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz