tw: poród
Nie chciała żyć nudnym życiem pokornej matki – zależało jej na tym, by w Klanie Nocy knuć i wspinać się na wyżyny hierarchii. Jak na razie koty nie patrzyły tu na nią zbyt przychylnie, ale już planowała, jak może to zmienić. Ten plan nie zawierał jednak czwórki bachorów.
Niedźwiedziówka zamierzała, przynajmniej na razie, zachowywać się jak wzorcowa Nocniaczka. Gdy już być może dostanie jakiegoś mentora, na pewno zamierzała bardzo przykładać się do treningów. Będzie ćwiczyć dwa razy ciężej od każdego ucznia w tym klanie, jednocześnie starając się popisać przed kimkolwiek, kto był tu ważny – przywódcą, zastępcą i całą resztą.
Jeszcze nie do końca wiedziała, jak to wszystko funkcjonuje, ale nie było to dla niej przeszkodą. Jeszcze się dowie. Jeszcze omami jakiegoś frajera i sprawi, że ten skoczy za nią w ogień. Dokładnie tak, jak zrobiła to z Burzowymi Chmurami i Słonecznym Fragmentem.
W tym momencie leżała w miarę spokojnie, wpatrując się w sufit swojego legowiska. Czuła się obserwowana przez kocura, który – jak już się dowiedziała – nazywał się Złocisty Widlik. Nie zwracała jednak na niego większej uwagi. Zresztą… to nawet dobrze, że wzbudzała czyjeś zainteresowanie, prawda? Może kiedyś do niego zagada, gdy już zmuszą ją do opiekowania się tymi pokrakami przez następne sześć księżyców.
No właśnie, sześć! Kto to widział? Przez tyle czasu byłaby w stanie zabić już co najmniej dwa koty, a także wzniecić jakiś bunt. No, ale mimo wszystko zawdzięczała tym kociętom swój pobyt w Klanie Nocy. Gdyby w momencie znalezienia przez patrol nie była w ciąży, pewnie wyrzuciliby ją na zbity pysk ze swoich terenów. Szkoda, że nie mogła się ich pozbyć jakoś… gdy już ją tu przyjęli. Może dzięki temu zyskałaby też współczucie Nocniaków, gdyby zaczęła tak bardzo rozpaczać nad ich stratą.
Jej nienarodzonym dzieciom chyba nie spodobał się ten pomysł, bo Niedźwiedziówka nagle poczuła spazm bólu, który rozszedł się po całym jej ciele. Nie mogła się powstrzymać od wydania stłumionego krzyku, a także zgięcia się w pół i zagryzienia wargi. Jej szamotanie się wzbudziło uwagę łaciatego kocura, który aż podniósł się ze swojego posłania, by do niej podejść.
— Wszystko w porządku? — zapytał, choć bez większego niepokoju. Jakby był to obowiązek, a nie akt wykonany z troski.
Niedźwiedziówka zamachnęła się łapą, jakby chciała go uderzyć, ale spudłowała. Jak on śmiał zadawać takie pytanie, skoro widział, że nic nie jest w porządku? Wiła się tu jak dżdżownica, a on naprawdę miał czelność pytać, czy wszystko jest w porządku?! Czy on w ogóle miał oczy?
— Zawołaj pomo- — warknęła przez zęby, jednak kolejna fala bólu nie dała jej dokończyć.
Potem słyszała oddalające się kroki, które nadzwyczajnie głośno dudniły jej w uszach. Ból przyćmiewał jej myśli, jej wizję.
“Jak pozwolić Pacynka mogła na to, by znaleźć się w takiej sytuacji? Tak bezbronna wobec spojrzeń i woli cudzej?” – słyszała w myślach głos Marionetki. Gdzieś między zlewającymi się uderzeniami serca złapała się nawet za głowę, próbując pozbyć się głosu ciotki z umysłu. “Czy Pacynka pojmuje, że Słoneczny Fragment i Burzowe Chmury w kłamstwo swe wciągnęła? Prawda prędzej czy później ją dopadnie, a wtedy wszystko, co dotychczas zdobyła, w proch się obróci…”.
Niedźwiedziówka miała wrażenie, że na chwilę omdlewa, tylko po to, by znów odzyskać świadomość. Pamiętała jedynie urywki. Niespokojne głosy, rozkazy. Czasem ukradkiem otwierała oczy i widziała panujące w żłobku zamieszanie, tylko po to, by zaraz jej wizja zaszła czernią.
Z tego wszystkiego wyłapała też rozmowę medyczek:
— Ten… patrz, Różana Woni, on… nie rusza się.
— Musiał umrzeć przy porodzie. Lepiej, by ta samotniczka się o tym nie dowiedziała.
— Mam go zabrać?
— Zabrać. Zakopać. Cokolwiek, by nie wiedziała o jego istnieniu.
Wtedy leżała nieruchomo, oddychając ciężko. Oczy miała zamknięte, wyglądała niczym trup. A jednak jej klatka piersiowa powoli unosiła się i opadała. Każdy założył, że zemdlała, że nie jest świadoma tego, co dzieje się wokół. Bujda. Była świadoma, i to jak.
Wcale nie straciła przytomności, nie zasnęła. Była po prostu na tyle zmęczona, że każdy, nawet najmniejszy ruch wywoływał u niej ból. Nawet jeśli bardzo chciała wygarnąć tym dwóm kotkom, że to, co robią, jest podłe, po prostu nie potrafiła.
Nie było tak, że zależało jej na tym kocięciu – bo nie zależało. Im mniej, tym lepiej. Nie lubiła być jednak oszukiwana i gdy medyczki próbowały zataić przed nią istnienie jednego z kociąt, aż krew się w niej gotowała.
W każdym razie w takim stanie, na pograniczu snu i jawy, nie utrzymała się zbyt długo. W końcu naprawdę usnęła, mogąc odpocząć.
* * *
Za każdym razem, gdy kierowała wzrok ku nim, w piersi narastała nienawiść. Gniew, złość, obrzydzenie… Wyjątkiem była jedynie Werwa, która wyglądała zbyt podobnie do swojej zmarłej cioci – Wieleniego Szaku – by bura mogła traktować ją z taką samą odrazą.
Mimo że tak bardzo nie cierpiała swoich dzieci, postarała się nawet o imiona. Musiała zachować pozory miłej, potulnej matki, dlatego teraz po żłobku hasały Werwa, Narcyz i Kasztan. Nawet swojemu martwemu kociakowi nadała imię – Pajączek. Choć tak naprawdę nie był to jej pomysł, a bardziej podszept Marionetki. To właśnie ciotka podpowiedziała jej, by od teraz zwracać się do nieżyjącego kociaka właśnie tak. No dobrze, ale właściwie, dlaczego miałaby się w ogóle do niego zwracać? A no dlatego, że w jej głowie zakorzeniło się przekonanie, że Pajączek był złotym kociakiem. Lepszy niż Narcyz i Kasztan, na tym samym poziomie co Werwa. Co z tego, że nigdy go nie zobaczyła. Ona to czuła. Była pewna, że Pajączek wyrósłby na kogoś wielkiego w Klanie Nocy. Że pomógłby jej w realizacji planu zdobycia władzy w tej głupiej społeczności. Nie, to co te dwa… nieudane twory.
Gdy zapadła już noc, a cała dzieciarnia w końcu zasnęła, Niedźwiedziówka wpatrywała się tępo w ciemność przed sobą. Gdzieś z tyłu słyszała spokojny, równy oddech Złocistego Widlika. Miała wrażenie, jakby wszystkie jej myśli rozpłynęły się w powietrzu, a w głowie zapanowała pustka. Przynajmniej do chwili, gdy znów nie usłyszała głosu, który nawiedzał ją od kilku dni:
“Nikt nie obserwuje Pacynki. Może zrobić, co tylko zechce” – odezwała się Marionetka. Choć ciotki nie było tu w postaci materialnej, bura mogła przysiąc, że widziała jej szeroki uśmiech przed oczami. “Śmiało, Pacynko, śmiało. Wszyscy wiemy, jak bardzo nie cierpisz tych kociąt!” – kontynuowała, niemal wdzierając się do myśli Niedźwiedziówki, odcinając ją od wszystkiego innego. Bura czuła się tak, jakby duch ciotki wprost opętywał jej ciało. “Żaden Nocniak się nie dowie, a Pacynka będzie mogła jedynie wzbudzić w nich współczucie!”.
Zanim zdążyła się powstrzymać, poczuła w pysku odgryziony ogon. Nie należał on do żadnej myszy czy nornicy. Och, nie… Jej wzrok padł na ledwo przytomnego Kasztana. Kocurek wiercił się po podłodze, powoli budząc ze snu, jeszcze półprzytomny. Niedźwiedziówka pamiętała tylko przez mgłę to, co wydarzyło się przed chwilą. Dlaczego to zrobiła? Jak to zrobiła? Kiedy zdążyła chwycić ten ogon i wyrwać go z nasady?
W przypływie paniki zerwała się z miejsca i chwiejnym, przyspieszonym krokiem ruszyła ku wyjściu ze żłobka. Na zewnątrz uderzył ją lodowaty, ostry wiatr, który wręcz szeptał do jej uszu. Opuszczając obóz, zatrzymała się dopiero nad wartko płynącą rzeką, która oddzielała wysepkę azylu od reszty terenów.
Strzepnęła sfrustrowana ogonem i spojrzała na wzburzoną, ciemną wodę pod stopami. Bez wahania pozbyła się dowodu, pozwalając, by nurt porwał go daleko, ku morzu. Teraz pozostawało tylko wrócić i udawać, że całą noc przespała spokojnie. Co będzie rano? Tego nie wiedziała. Nie zamierzała nawet zgadywać, ale i tak miała wrażenie, jakby jej żołądek wywrócił się na drugą stronę.
* * *
Zazwyczaj nikt nie kwestionował jej nieobecności, choć czasem same kocięta pytały, gdzie była tak długo. Wtedy wciskała im wszystkie te kity, a że ani Narcyz, ani Werwa, ani Kasztan nie wiedzieli zbyt wiele o świecie, raczej nie sprzeczali się ze swoją matką.
Niedźwiedziówka nie potrafiła nawet określić, ile księżyców minęło od jej porodu. Każdy dzień wyglądał dla niej niemal tak samo – nawet jej myśli były identyczne, bo co ranek modliła się o to, by te dzieci wyfrunęły już z gniazda. By zostały im nadane dwuczłonowe imiona, przydzieleni mentorzy i by zostali wysłani na treningi oraz patrole – byleby bura widywała ich jak najrzadziej i mogła dalej wdrażać w życie swoje plany.
Tym razem leżała grzecznie na swoim posłaniu, wpatrzona w ścianę przed sobą. Robiła wszystko, byle tylko odciąć się od otaczających ją piskliwych głosów kociąt. Starała się też na nie nie patrzeć, bo nawet nie ręczyła za siebie. Czasami samo dostrzeżenie jednego z tych małych łajnojadów było dla niej na tyle frustrujące, że mogłaby na miejscu wydłubać mu oczy. Czego jednak… nie robiła, bo wolała, by nie wyrzucili jej z klanu. Jeszcze nie teraz.
<Kasztan?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz