Po prostu.
Bez słowa.
Na początku czekał na nią. Nie odchodził od drzwi wejściowych na wypadek, jakby potrzebowała pomocy z przeciśnięciem się przez klapkę w ich dolnej części. Spał tam, zwinięty w kłębek w wiecznie uchylonej szufladzie, gdzie starszy Pan trzymał zapasowe kapcie. Pierwsze godziny siedział. Wyprostowany, jak na prawdziwego młodego panicza przystało; nie chciał przecież, wyjść na niechlujnego, gdyby akurat Peonia zawinęła do domostwa. Potem oczka zaczęły mu się kleić, łapy drżeć i zginać się samoistnie, a żołądek skręcał się ze ssącego głodu; nie odpowiedział na wołanie rodzeństwa czy prośby ojca, musiał czuwać. Gdy złota poświata zaczęła przedzierać się przez koronkowe zasłony, z zadumy wyrwał go głośny szmer i stukot za plecami. Staruszek szykował się do wyjścia. Jego łagodne spojrzenie przeniosło się na kocurka, który obrócił w jego stronę tylko łepek.
— Może Ty wiesz, gdzie podziała się mama? Czy powróci? — zapytał żałośnie, ale dobrze wiedział, że najpewniej nic z tego nie wyjdzie. Wiele razy próbował nawiązać z nim jakąś dyskusję, ale pomarszczony Wyprostowany był niczym ogromne kocie; nic nie rozumiał, a z jego brzydkiego pyszczka wydobywał się tylko bełkot. Tak było i tym razem. Dziwne dźwięki dotarły do nadstawionych uszu; były delikatnie i przyjemne, ale kompletnie niezrozumiałe. Staruszek z trudem przykucnął przy nim, a Leto już z przyzwyczajenie podniósł bródkę do góry, dając się delikatnie poczochrać. Mimo problemu z komunikacją wiedział, że ten rozumie, dlaczego jest mu przykro. Gest pokrzepił go delikatnie. Ze stęknięciem podniósł się i przed wyjściem zawrócił do środka, aby po chwili wrócić z porcją tuńczyka na malutkim spodeczku. Postawił rybę obok komody i wyszedł, zamykając za sobą dokładnie drzwi, aby podrostek nie wymknął się na zewnątrz. Kocurek wpałaszował wszystko, wylizując dokładnie talerzyk i swoją mordkę. Z pełnym brzuchem zaczął czuć się senny. Wpakował się do szuflady, chcąc tylko chwilę odsapnąć, szybko jednak oczy mu się zamknęły i tam przespał cały wieczór i noc.
To samo powtórzyło się następnego dnia.
~ * ~
Swoją krótką ucieczkę zaplanował na dzisiejszy późny ranek. Czuł, jak chłód zaczyna rozpościerać się po całym świecie, a więc teraz albo nigdy. Nie chciał przecież, aby Peonia spędzała mroźne wieczory sama, bez ciepłego boku Narratora czy radosnych śmiechów własnych dzieci, które rozgrzałyby nawet najzimniejszy pokój.
Wciągnął swoją porcję galaretkowego śniadania, a potem wylizał wszystkie pozostałe naczynka. Przeszedł przez wszystkie otwarte pokoje, patrząc, co porabiają domownicy. Amfitryta leżała za miską z owocami na kuchennym blacie, wpatrując się w czerwonego gila, który przycupnął na gałęzi. Co jakiś czas jeżyła się i wypuszczała z pyska głęboki syk, ale ptaszek nie wydawał się zbytnio przejęty. Opuszczając kuchnie, wiedział, że ciemna siostra jakoś sobie bez niego poradzi. W ciepłym pokoju z buchającym ogniem zauważył rdzawą sylwetkę ojca i jaśniejsze oblicze drugiej siostrzyczki. Narrator i Wisteria siedzieli w pobliżu pomarańczowych języków i wspólnie czyścili sobie futerko. Zostawiając chabrowooką pod opieką ojca, Leto czuł się znacznie lepiej. Chciał od razu wymknąć się z domu, nie interesując się szczególnie miejscem i tym, co zajmowało w tym momencie Celestyna, ale w ostatniej chwili skręcił, kierując się zapachem farby, która przesiąknęła już jego futro do samej skóry. Znalazł go wraz ze Staruszkiem w jego pokoju. Wpatrywał się w łyse łapy, które spoczywały na drewnianym biurku. Nie chciał zwracać na siebie ich uwagi. Cieszyło go, że wszyscy są zajęci i bezpieczni. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nawet nie zauważą jego nieobecności. Nie lubił wprowadzać kogoś w nastrój obawy.
Szybkim kłusikiem dotarł do wyjścia. Nosem wyciągnął niewielką złotą zawleczkę, którą Staruszek zamykał, aby kociaki nie uciekły przez małe drzwiczki. Chłód uderzył w szarookiego z ogromną siłą. Położył po sobie uszy i zmarszczył nos, który od razu zaczął go ogromnie szczypać. Przez myśl przemknęła mu myśl, aby wrócić i poprosić ojca o towarzystwo, ale szybko zganił swoje tchórzostwo. Wyprostowany ruszył przed siebie, przedzierając znany mu znakomicie ogródek. W ogrodzeniu były szerokie szpary, więc przeciśnięcie się było łatwe jak wystraszenie Celestyna czy dostanie po łbie od Amfitryty. Nigdy nie wychodził jeszcze tak daleko. Dreszczyk emocji przeszedł mu przez grzbiet, a oddech przyśpieszył. Gorączkowo próbował odnaleźć w powietrzu trop, chociażby najbardziej delikatną woń Peonii.
Nic.
Ogromne ich natężenie wszystkich, całkowicie nieznanych, zapachów przysporzyła mu bólu głowy. Pozostało mu tylko iść do przodu. Niewielka warstewka śniegu skrzypiała mu pod łapami, ale momentalnie topiła się przez ciepło jego poduszeczek. Kiedy matka zniknęła, białej pierzyny jeszcze nie było, więc poszukiwania były jeszcze trudniejsze. Słoneczko grzało miło jego pręgowany grzbiet. Szybko przyzwyczaił się do niskiej temperatury, a szybkie tempo marszu rozgrzało jego mięśnie. Nie minęło wiele czasu, a już napotkał pierwszego, sympatycznie wyglądającego nieznajomego.
— Dzień dobry! — wykrzyknął. Liliowa postać wzdrygnęła się i w pierwszym momencie postawiła sierść na grzbiecie. Nagłe zawołanie najwidoczniej przestraszyło kocura. Leto nie wiedział, jak zachowywać się poza swoim bezpiecznym domem, nie znał zasad, które panują w tym świecie. Zielone ślepia, kiedy tylko napotkały jego uśmiechniętą mordkę, delikatnie się uspokoiły. — Pozdrawiam! Czy byłby Pan tak miły i posłużył mi pomocną łapą i słowem? Czy zna Pan dobrze ową okolicę?
— A-ah. Tak, dzień dobry... Znam ją no... Dosyć dobrze. — wydukał, nadal zdziwiony obecnością młodego kocurka.
— Anielsko! — szczera radość, która napełniła jego ciało, aż wyrzuciła z niego to słowo, którego sam raczej rzadko używał, a jedynie słyszał je z pyska Apolla. — Czy nie zwrócił Pan uwagi na pewną kotkę? Niesamowitej, wręcz nieziemskiej, urody i elegancji, o oczach jak błyszczące, wypolerowane agaty. Musiałaby pojawić się gdzieś tutaj w przeciągu ostatnich dwóch dni. To moja matka; szukam jej.
<Mnichu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz