— Skąd w ogóle taki pomysł? — przechyliła głowę — Nie myślisz, że... No nie wiem.
— Boisz się? — podniósł jedną z brwi, a kąciki jego pyszczka uniosły się.
— Ja? Oczywiście że nie!
Zmierzyła go uważnym wzrokiem. Kocur przełknął nerwowo, patrząc jej w oczy.
— Myślę, że to ty się boisz — miauknęła — co nie?
— Ja też się nie boję!
— Na pewno? Wiesz, z tego co wiem, to można się tam zgubić... Co, jeżeli nie wrócimy?
Topola położył uszy do tyłu.
— No... Nie zgubimy się.
— No to chodź! Byle szybko, bo jeszcze się zaczną pytać, gdzie jesteśmy. Jak coś się stanie, to wina spada na ciebie.
— No ej! — wbił w nią spojrzenie z wyrzutem — To nie fair!
Uśmiechnęła się szerzej, zapominając już o wcześniejszych smutkach.
— Taki żarcik — zachichotała — ale to w końcu twój pomysł!
*teraz*
Ziewnęła, spoglądając w dół ze swojego posłania. Rzuciła kątem oka spojrzenie na śpiącego niedaleko Czereśnię, który wykończony po późnym treningu z Figą pochrapywał na sąsiedniej gałęzi. Postawiła uszy na poirytowane fuknięcie usłyszane z niedaleka i rozejrzała się. Stojąca pod drzewem uczennica jej "przyjaciela" nie wykazywała za to oznak zmęczenia, tylko prędzej znudzenia. Złapała z nią kontakt wzrokowy i uśmiechnęła się, po czym odwróciła się do czekoladowego kocura.
— Czereśnio? — pochyliła się nad jego zgrabnym pyszczkiem, a on uchylił jedno oko — Wstawaj. Nie wymęczyłeś Figi wystarczająco, czeka na ciebie na dole.
Zwiadowca parsknął z irytacją. Podniósł głowę i spojrzał na podopieczną. W tym czasie Jeżyna odsunęła się dalej i przeciągnęła się, przygotowując do zejścia na ziemię.
— Idziesz gdzieś?
— Tak — miauknęła, odwracając głowę — Zobaczę, czy mam jakiś patrol. Chciałeś czegoś?
— Nie — westchnął, kładąc się z powrotem na posłaniu.
Skinęła głową i zamruczała coś na pożegnanie, schodząc z pnia głową do dołu. Stanęła obok Figi i uśmiechnęła się grzecznie.
— Zaraz do ciebie zejdzie — oznajmiła, zyskując poirytowane westchnięcie.
Wzruszyła barkami i ruszyła dalej, rozglądając się po obozowisku. Jej spojrzenie utknęło na Topoli, siedzącym pod uczniowskim kasztanowcem. Żwawym krokiem podeszła do brata, witając się otarciem policzka o policzek.
— Na co czekasz?
— Na Żagnicę — odmruknął — Mieliśmy iść na patrol.
— To chyba sobie trochę poczekasz...
Łaciaty wbił w nią pytające spojrzenie
— Dlaczego?
— Jak na razie, to wraz z Rokitnikiem obsciskują się w legowisku wojowników. Ochyda. Nie umieją trzymać łap przy sobie, a poza tym, wymiotować mi się już chce od ich słodkich słówek. Ciesz się, że tego nie widzisz.
Topolek wyglądał na lekko zmieszanego, ale nic nie powiedział. Przesunął łapą po warstwie bielutkiego śniegu i podniósł w wzrok w kierunku, w którym powinna znajdować się nowa para. Gdzieś tam na drzewie.
— Naprawdę tak przeszkadzają?
— W sensie... — teraz to ona zabrzmiała na niepewną — Może nie aż tak. Ale chyba wolę starego Żagnicę. Komplementy, które prawi swojemi kochasiowi, brzmią nienaturalnie. On zawsze innych wyzywał, a nie całował po pysku!
<Braciszku? Co myślisz o romansach mentora?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz