Skrzywił się na odepchnięcie, ale wstał na łapy i pognał do obozu. Krew mu zalewała wzrok i czuł się wielkim szczęściarzem, że znów udało mu się uciec śmierci. Kiedy się oddalił, rozejrzał się. Nigdzie nie widział ojca, czyli tam najwidoczniej został. Zerknął w kałuże, przyglądając się ranie. Wyglądała podobnie do tej co sam mu zrobił i do tej co podobno miała jego matka. Pokręcił głową. Teraz jak nic nie będzie miał życia na treningach. Nie dość, że okaleczył kocura to wyglądał teraz jak obiekt jego nienawiści. No to się wkopał.
Ponowił bieg, bojąc się, że kocur mógł podążać jego śladem. Wiedział, że przesadził. Skąd jednak miał wiedzieć, że do tego dojdzie? No dobra... sprowokował go i miał za swoje, ale naprawdę kusiło go, zwłaszcza po tym, jak Wielka Gwiazda proponowała mu taki cudowny układ. Nie wiedział dlaczego tak się pchał w kłopoty. Kocur był przecież nienormalny i wiele razy już mu to udowodnił, a mimo to... stawiał mu się, gdzie pewnie ktoś normalny, by mu uległ i poddał.
No właśnie. Tu był pies pogrzebany. Nie chciał mu ulec. Czułby się wtedy źle. Taki słaby i pokonany przez starszego, który raz na zawsze odebrałby mu wolność. To do niego nie pasowało.
Kiedy dotarł do obozu, ukrył się w legowisku uczniów, ponieważ nie chciał tłumaczyć się z kocich pazurów na oku. Przemył pysk mchem z nadzieją, że nie wyglądał tak okropnie jak się czuł i zwinął się w kłębek. To powinno samo się zagoić. Prawda?
* * *
— Wstawaj.
Ocknął się słysząc głos ojca. Jego ton... był dziwny. Nadal był na niego zły? Spojrzał na niego, a widząc jego wzrok, poczuł się mały. Tak był. I to chyba bardzo. Bez marudzenia wyszedł z legowiska, kierując kroki na kolejny trening. Bał się co się na nim stanie. Wojownik nie wyglądał w nastroju do prowadzenia zajęć. Bardziej jakby chciał go rozerwać na strzępy. Wyrwał do przodu, poza obóz, stawiając twarde kroki. Odwrócił się w stronę syna dopiero, gdy dotarli do lasu.
— Zobaczymy jak walczysz — warknął i bezceremonialnie rzucił się na niego.
Znowu walka? Nawet nie otworzył pyska, kiedy został powalony. Nie miał ochoty na walkę. Nie po wczorajszym dniu. Musiał jednak się wydostać spod jego ciężaru, więc kopnął go w brzuch, krzywiąc się przez ugniatające mu wnętrzności łapy ojca.
— Nie chcę walczyć! — miauknął.
Kocur jednak zachowywał się tak jakby go nie słyszał. Zaczął okładać go łapami z całej siły, szczerząc wściekłe kły i warcząc pod nosem. Nie odpowiedział na jego wrzask. Nie reagował na żaden sprzeciw. Liczyła się tylko walka. Tylko ból i zemsta. Zaśmiał się długo i przeraźliwie, gdy jego łapy przejeżdżały po ciele młodszego. Ograniczał się do uderzeń masywnymi łapami, czerpiąc chorą satysfakcję, jak gdyby właśnie dorwał dawną partnerkę.
On oszalał. Tylko tyle przebiegło mu przez myśl, kiedy ból rozchodził się po całym jego ciele. Szarpał się, odwracając tak, aby nie dorwał jego brzucha. To był słaby punkt, a nie chciał tu zwymiotować. Próbował się oswobodzić, wydostać, ale kocur się wczepił w niego jak pijawka. Krzyczał, szarpiąc się, czując ból, który rósł i rósł
— Przestań! Nie! Dość! Tak nie wygląda walka! — skomlał, próbując go od siebie odepchnąć.
Słysząc jego błagania, zatkał mu jedną łapą pysk, przyciskając głowę do gruntu. Jedną z tylnych łap nacisnął na jego brzuch, specjalnie, by zabolało. Nie zważał na to, że wżynał się w jego futro. Nie odpowiadał na jego krzyki. Jedyne co czuł to chora, obrzydliwa radość, wściekłość i słodki smak zemsty. Przednia łapa coraz mocniej uciskała głowę kocura, by sprawić mu jak największy ból, a jednocześnie uniemożliwić podniesienie się. Z każdym kolejnym słowem protestu z pyska syna tylko mocniej bił go łapami, karmiąc się jego goryczą.
Wrzeszczał, zduszony przez jego łapę. Łzy ciekły mu strumieniami, a całe ciało wołało o pomstę do nieba. Oszalał! Miał dość. Chciał by to dobiegło końca. Poddał się. Zwiotczał. Po prostu czekał na koniec, rycząc z zaciśniętymi oczami.
— No co z tobą? — prychnął van, trącając go mocniej.
Nie zareagował, kuląc się tylko. Chciał wrócić już do obozu i nie wychodzić z legowiska. Nadal łkał, łykając swoje łzy.
— Walcz! — szturchnął go, zaczynając się nudzić. — Walcz tchórzu!
Widząc brak reakcji ze strony kocura zirytowany Omen zlazł z niego, wsuwając i wysuwając pazury.
Chłodna Łapa zwinął się bardziej, łkając i ignorując słowa ojca. Było mu okropnie źle. Jednak udało się. Zszedł z niego i nie kontynuował lania. Nie miał pojęcia jak wróci do obozu. Żałował, że skrzywdził kocura, który w akcie zemsty, dał mu porządnie w kość. Chciał do domu, ale przecież już go nie miał. Klan Klifu się go wyparł i skazał na takie życie... Życie przy psychopatycznym ojcu.
— Jak sobie chcesz — prychnął i odwrócił się. — Zostań tu, najlepiej zjedzony przez wściekłe kruki. Daj się im zabić, skoro tak niechętny do walki jesteś.
Po prostu odszedł. Zostawił go samego. Odetchnął z ulgą, uspokajając oddech i szalejące serce. Kiedy zniknął mu z oczu, spróbował się podnieść. Było to trudne, bo gdy tylko starał się unieść na łapy, opadał z głuchym stęknięciem. Czołganie też nie pomogło. Ból był potworny. Zakaszlał czując mdłości. To cud, że nie połamał mu żadnych kości, bo czuł się tak, jakby kocur po nim skakał.
Jęknął. Chyba naprawdę zjedzą go tu kruki. Zamknął oczy. Gdy je ponownie otworzył dojrzał zaskoczony patrol Klanu Wilka, który pochylał się nad nim i cucił. Skrzywił się z bólu, rozglądając po kotach. Mysikróliczy Ślad, Irgowy Nektar i Krzaczasty Szczyt, to ta trójka stała się jego wybawicielami.
— Co się stało, Chłodna Łapo? v miauknął kremowy kocur. — Ktoś cię zaatakował? — Sprawdził jego ciało, ale nie dojrzał żadnych ran, co go zdziwiło.
— Nie... - jęknął do nich. — Ja tylko... — Spuścił po sobie uszy. — Ja... uciekłem od mentora, bo... chciałem coś mu udowodnić, ale... zgubiłem się i wszedłem na drzewo, aby rozejrzeć się po okolicy. Wystraszył mnie ptak i spadłem na dół. — wyjaśnił.
Kotka wbijała w niego wzrok, tak jakby zdawała sobie sprawę co dokładnie zaszło. Gardło ścisnęło mu się boleśnie. Kocury za to wyglądały mu na takich co łyknęli jego bajeczkę, bo zaczęli mu snuć wywody o tym, by samemu się nie oddalać od ojca. Powinien powiedzieć prawdę, być może wtedy jego piekło dobiegłoby końca. Ale... zdradziłby go, a on mógł w złości tym razem się nie powstrzymywać i zrobić mu coś gorszego. Nie chciał tego.
— Rozumiem — miauknął do nich, a ci zaczęli zastanawiać się jak go chwycić.
Wybawiła ich Irgowy Nektar, która podeszła do niego i złapała za kark, dość delikatnie. Uniósł się do góry, dziwiąc się z siły kotki. Kocury obrzuciły ją zaskoczonym spojrzeniem, ale nie narzekali. Ciało go bolało, ale nie aż tak, jakby sam miał czołgać się do obozu. Gdy dotarli na miejsce, wojowniczka postawiła go na ziemi, informując członków patolu, że się nim zajmie. Ci nie dopytywali, odeszli robić swoje sprawy. Został sam ze złotą, która znów go uniosła i wprowadziła do legowiska medyka. Nikogo jednak tam nie zastali.
— Chyba poszły nazbierać ziół. — zauważyła, przeglądając zioła.
Czyli musiał poczekać na ich powrót. Ku jego zdziwieniu, zielonooka złapała w pysk jakieś zioła i do niego podeszła. Zmieliła je na papkę, smarując go tym czymś po ciele. Skrzywił nos.
— Co robisz? — zapytał zdumiony. Nie spodziewał się, że znała się na ziołolecznictwie.
— To ukoi ból, rozluźni mięśnie, a to — Wskazała na inne rośliny. — Musisz zjeść. Wzmocnią cię — dodała, czekając aż wsadzi je sobie do pyska i przełknie.
Nie był pewien czy mógł ufać kotce, jednak ta wbiła w niego taki wzrok, że ciarki mu przeszły po grzbiecie. Chwycił ostrożnie rośliny, po czym je zjadł, krzywiąc pysk.
— Jeżeli nie chcesz ponownie spaść z drzewa, następnym razem zachowaj ostrożność. — miauknęła. — Niektóre ptaki potrafią porwać kocięta i je zrzucić na skały. Szkoda by było gdyby cię to spotkało.
— Tak... Wielka szkoda... — zgodził się z nią.
Czyli jednak mylił się co do niej. Łyknęła jego kłamstwo.
— Powiadomię Mroczny Omen, że dotarłeś. — Widząc jak rozszerza w panice oczy, uspokoiła go zaraz. — Na pewno ucieszy się na wieść, że go nie wydałeś. Musisz jeszcze dużo się nauczyć, kochany. Ale jesteś młody. Masz czas. — to powiedziawszy wyszła, zostawiając go samego.
Wiedziała? I... i nie była temu przeciwna? Czy swoje dzieci też biła? To dopiero była zagadka. Stokrotkowa Polana była nie ten tego, więc prawdopodobnie mogła. Nie chciał ześwirować jak ona.
Po jakimś czasie, leki zaczęły działać i rzeczywiście lepiej już się czuł. Ośnieżona Łąka i Kunia Łapa, były zdumione, że ktoś się nim zajął, gdy ich nie było. Chyba nie spodziewały się, że Irgowy Nektar zna się na tym fachu, tak jak one.
— Dziwię się, że wtarła to w ciebie — rzuciła nagle medyczka. — Widać nie zna się na leczeniu upadków z drzew.
Taak... najwidoczniej nie uleczyła go z tego, a z czegoś zupełnie innego. Wolał jednak nie uświadamiać starszej kotki. Grał dalej głupa i gdy w końcu stwierdziły, że mógł opuścić ich legowisko, zrobił to. Mięśnie nadal go bolały, ale w mniejszym stopniu. Chodził, a to był cud. Zrobiło się ciemno, więc udał się do legowiska uczniów. Bał się kolejnego treningu z ojcem i tego czy przypadkiem znów nie skończy wdeptany w ziemię.
<Tato? ;-; >
[przyznano 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz