— Mroczny Omenie, nie wiesz jak dobrze cię widzieć. Wpadłam na taki cudowny pomysł. Jesteś silnym wojownikiem i dobrze byłoby cię mieć w naszej sprawie. Wiem, że niezbyt się lubimy, ale wiesz... Dostaniesz odpowiednie wynagrodzenie. — mrugnęła do niego.
Wbił wzrok w liderkę, unosząc jedną brew. Tego to on się nie spodziewał. Wielka Gwiazda, zwracająca się do niego miło, i do tego oferująca mu wynagrodzenie? Nie wiedział, o czym mówiła, ale na pewno nie chciał działać w żadnych jej sprawach. Był wierny tylko Mentorowi. Mimo to, jej wiadomość zaskoczyła go, bo przecież jeszcze tak niedawno uderzyła go z liścia i klnęła na niego na zgromadzeniu, więc chciał wiedzieć więcej. Zwłaszcza, gdyby mógł mieć okazję dowiedzieć się jej prywatnych zamiarów czy zdobyć dodatkowe informacje, które pomogłyby mu zrzucić ją ze stanowiska.
— Co masz na myśli? — spytał, spoglądając na nią bez żadnych wyraźnych uczuć wymalowanych na pysku.
— Porzuć swoją ohydną kocurzą postać i stań się silną kotką! - miauknęła.
Chłodna Łapa prychnął śmiechem, ale ta nawet i tego nie zauważyła. Wbijała swój radosny wzrok w kocura.
— Twoja siła to dar prawdziwej kotki. Wierzę, że byłbyś idealny! Mogę cię podszkolić nawet w tych sprawach
Nie spodziewał się tego. On? Kotką? Dobre sobie. Miał porzucić swoją biologiczną płeć tylko ze względu na jakąś pierdolniętą na łeb feministkę? Zignorował parsknięcie syna. Z nim policzy się później, skoro tak go to śmieszyło.
— Nie jestem zainteresowany, Wielka Gwiazdo — wycedził, nie spuszczając z niej oczu. Jego siła była przeznaczona dla tych, którzy byli mu w stanie coś zaoferować. Wielka Gwiazda na to nie zasługiwała. Była głupia, a polityka klanów zdawała się jej w ogóle nie obchodzić. Na co mu taki sojusz? Pozostawał wierny Jastrzębiej Gwieździe, nawet jeśli kocur umarł, i to nie zmieni się nigdy.
— Jak możesz to odrzucać? — miauknęła oburzona liderka, trzepiąc na boki ogonem. — Przecież to nic złego! Wystarczy zmienić nastawienie, zaimki i włala! Będziesz raz dwa piękną kotką!
Słyszał, jak za jego plecami Chłodna Łapa dusił się ze śmiechu. Ledwo się powstrzymywał by nie zaorać pazurami bachora.
Skarcił syna wzrokiem.
— Mógłbyś zachować chociaż odrobinę więcej szacunku — palnął i odwrócił się znów do Wielkiej Gwiazdy. — Nie chcę być kotką, a jeśli już, to na pewno nie w twojej służbie. Moja siła jest przeznaczona dla kogoś innego. Kto bardziej na to zasługuje — miauknął, zachowując spokojny ton głosu.
— Niby kto na to bardziej zasługuje niż my? Mroczny Omenie, przejrzyj na oczy. My wygrałyśmy. Dołącz do nas, a będziesz królował wraz z nami, a nie żył jak sługa — skrzywiła nos.
— Wolę żyć jako sługa niż w służbie czemuś, co do mnie nie przemawia — mruknął. W życiu nie zostałby kotką. — Skoro tak ci zależy, to proszę bardzo, posadź mnie na wyższej pozycji. Fakt, czy uważam się za kotkę czy kocura nie ma wpływu na moją siłę fizyczną i psychiczną — dodał.
Wielka Gwiazda prychnęła.
— Wybacz, ale tak bawić się nie zamierzam. Jesteś odrażający, że odrzucasz moją propozycję. Ale dobrze. Gnij dalej jako bezwartościowy kocur i kradnij nam powietrze — miauknęła, dając mu ogonem po pysku i odchodząc.
Chłodna Łapa w końcu się uspokoił, obserwując odchodzącą kotkę.
— Pani Mroczna Omen... Ha, ha, ha.
Warknął pod nosem, spoglądając na oddalającą się liderkę łypiącym spojrzeniem. Odwrócił się do syna, odsłaniając kły.
— A ciebie co tak bawi?
— Ha, ha, ha... No ty. Czemu jej odmówiłeś? Byłbyś moją mamą. Ale dobre — parsknął znów śmiechem.
— Myślisz, że zostałbym kotką dla jakiejś imitacji lidera? — prychnął. — Na twoim miejscu nie żartowałbym sobie ze mnie. Chyba już zapominasz, co tobie zrobiłem. Może dla kolekcji odgryźć ci drugie ucho? — warknął cicho, zbliżając się do niego. Ten położył po sobie uszy, cofając się od ojca.
— No weź. To tylko żarty... mamo — znów parsknął śmiechem, po czym odbiegł z wrzaskiem.
Kretyn. Skończony kretyn.
Ruszył za nim wolniejszym biegiem. Nie miał zamiaru się męczyć dla takiego bachora. Mógł sobie biec, i tak wróci. Nie miałby gdzie się podziać. On za to chętnie powyżywa się na nim fizycznie, skoro już zebrało mu się na śmiechy. Też chciał się pobawić.
Przyspieszył poza obozem, gdy widział sylwetkę ucznia. Łapą z wysuniętymi pazurami nastąpił na jego ogon, gdy był wystarczająco blisko.
— Ałć! — młodszy zatrzymał się czując ucisk na ogonie. Widząc za sobą ojca, przełknął ślinę. Wysunął pazury, jednak nie zamierzał jeszcze się bronić.
— Ej staruszku uspokój się. Nie ucieknę przecież... tam.
— Nie mów do mnie w ten sposób — warknął.
— No dobrze, zluzuj sierść. Puścisz mój ogon? — Chłód spróbował go wydostać spod jego łapy.
— Może. Jak przeprosisz — uśmiechnął się obrzydliwie, przyciskając jego ogon jeszcze bardziej. — Wbrew pozorom ja też mam dobre poczucie humoru. I chętnie się zabawię.
Kocurek skrzywił się czując narastający ból w ogonie.
— No nie wiem, nie wiem. Jakoś nie zauważyłem tego. Zawsze z ciebie był drętwus... mamo! — syknął, po czym przejechał mu pazurami po pysku, czując niemałą satysfakcje.
Czarny skrzywił się, nie spodziewając się tego ruchu. Uśmiechnął się, spoglądając spode łba na młodszego.
— Więc tak zamierzasz się bawić? — miauknął, odbijając się na łapach. Przejechał lekko wysuniętymi pazurami po jego grzbiecie. Chciał, by zabolało, ale nie chciał zrobić mu poważnych blizn, żeby kretyni wierni Klanowi Gwiazdy się nie zesrali. Pf. Co to za uczeń bez ran?
Syknął czując jego pazury na grzbiecie. Przynajmniej był wolny. Zamachnął ogonem, pozbywając się z niego resztek bólu, po czym spojrzał na ojca.
— Ha, ha, zabawne. Teraz jestem wolny, więc to ja wygrałem — młodszy uśmiechnął się do niego. Mógł teraz nawiać, ale stał nadal obserwując kocura.
Omen zmrużył oczy.
— Nie jesteś wygrany, dopóki nie pokonasz przeciwnika — miauknął zimno. — Tylko tchórze uciekają z pola walki, gdy uda im się uwolnić z łap przeciwnika.
Wbijał wzrok w jego oczy, nim bezceremonialnie rzucił się do przodu, celując w inne miejsce. W łapy, chcąc wymusić, by stracił równowagę. Ten odskoczył na bok, widząc jak na niego skacze. Wylądował tuż obok, więc nie czekał, rzucił się mu na grzbiet, gryząc go w kark. Nie szczędził w swoim przypadku sił. Czarnobiały przewrócił się i przetoczył się na bok, by zrzucić z siebie syna. Nie czekając na znak, po raz kolejny zaszarżował na niego, podrywając się z łap
— Dobrze ci idzie — stwierdził z nutą ironii w głosie.
— Tak? — Pozbierał się z ziemi, sycząc. — A tobie tak sobie. Już w krzyżu łupie? — prychnął uczeń, wybijając się w powietrze i opadł mu na zadek, wbijając mu kły w udo.
Syknął i przewrócił się na ziemię, łapiąc go za głowę przednimi łapami. przycisnął ją mocno do siebie i zaczął kopać go mocno tylnymi łapami.
Rudy wrzasnął. Bolało. Bardzo.
— Nie chcę się z tobą tulić! Puszczaj! — warknął, wyciągając pazury i łapą przejeżdżając mu po oku.
Zamknął jedno ślipie, w które trafiły pazury młodszego i złapał się za nie swoją łapą. Kopnął go jeszcze raz, tym razem na tyle mocno, by go od siebie odepchnąć.
Czuł pod łapą skórę i nieobfite kropelki szkarłatnej krwi.
Przyspieszony przez walkę oddech wyrywał się z jego klatki piersiowej, gdy jego wzrok spoczął na rudym vanie.
— Coś ty zrobił — fuknął, jednak po chwili w jego oczach zabłyszczała słaba duma w połączeniu z frustracją, że dał się tak zaatakować ze strony Chłodu. — Takiego ruchu się po tobie nie spodziewałem. — parsknął.
— Agh! — Chłodna Łapa upadł na ziemię, odepchnięty przez kocura. Spojrzał na ojca i na krew na swoich pazurach. — Ups — miauknął tylko, widząc jak rana coraz bardziej krwawi. Zaczął powoli się wycofywać, korzystając z dekoncentracji starszego kocura.
Wojownik chwilę trzymał łapę na bliźnie, nim jego wzrok skierował się do pobliskiej kałuży. Jego oczy skierowały się na bliznę, bliznę na oku, tak znajomą.
Rysia Pogoń.
Miał ten sam znak, co ona.
Warknął, wysuwając pazury i wbijając je w taflę wody, rozpryskując wokół siebie krople. Obrócił się z błyskiem furii w oczach, na dużych krokach zaczynając biec w kierunku syna. Przerywany warkot przypominający psie ujadanie wyrywał się z jego klatki piersiowej, gdy patrzył się na syna morderczym wzrokiem.
Rudy van dał nogę przed wściekłym ojcem, starając się biec najszybciej jak potrafił. Adrenalina robiła swoje.
— Nie zabijaj mnie! — krzyknął, aby nieco go uspokoić.
— ZROBIŁEŚ MI BLIZNĘ. PIERDOLONEJ RYSIEJ POGONI — warknął Omen, odbijając się co chwila na łapach, by szybciej dogonić młodszego.
Jego syn zjeżył sierść, najwyraźniej czując, że rzeczywiście straci życie, dlatego sadził ogromne susy, godne zająca.
— NIE CHCIAŁEM! TO PRZYPADEK! BRONIŁEM SIĘ TYLKO!
Oczyska czarno-białego psychopaty lśniły gniewem, nie zważając na żadne słowo obrony wylatujące z pyska syna. Zrobił mu bliznę. Taką samą, jaką posiadała R y s i a P o g o ń.
— BRONIŁEŚ? NIE ZAGRAŻAŁA CI UTRATA ŻYCIA — syknął. Gdy zbliżył się wystarczająco, odbił się na łapach, pazurami czepiając się końcówki grzbietu Chłodnej Łapy. — TO ZOSTANIE MI NA ZAWSZE. BĘDZIE PRZYPOMINAĆ O TEJ SZMACIE. Przez CIEBIE!
Uczeń pisnął, gdy pazury ojca sięgnęły jego grzbietu.
— KOPAŁEŚ MNIE! — rzucił w swojej obronie, nim stracił równowagę i potknął się o kamień. Upadł, przeturlawszy się po ziemi, krzywiąc się z bólu.
Omen przycisnął go łapą do ziemi.
— To cię nie usprawiedliwia! — zbył go. — Co ja mam teraz zrobić, Chłód? Zabić cię na miejscu? Bo sprawiłeś, że jestem podobny do kogoś takiego jak ONA? — sapnął z furią w głosie.
Wojownik czuł przyspieszony oddech młodszego. Próbował się wydostać, jednak daremnie. Przegrał. Chłodna Łapa zadrżał, kuląc pod siebie ogon. Omen dobrze czuł woń jego strachu.
— Proszę, nie. Nie zabijaj. Ja... ja przepraszam. Naprawdę nie chciałem. Nawet nie wiedziałem, że miała jakąś bliznę. Nie pamiętam jej już dobrze — miauknął z goryczą w głosie.
Przepraszam? Kurwa, co niby miało znaczyć to przepraszam? Wojownik tylko prychnął, spluwając z pogardą. Co go obchodziły przeprosiny? Głupie, puste słowa?
— Przepraszam nie usunie mi blizny z twarzy! — zawył, przyciskając go mocniej. — Głupiec! Taki jak matka — wysyczał. — Już wiem. Też będziesz taki jak ona. Taki jak ja. Oko za oko, ząb za ząb. — warknął i bez ostrzeżenia zamachnął się pazurami na oko kocura.
Uczeń zacisnął powieki, gdy pazury biało-czarnego zbliżyły się niebezpiecznie blisko do jego pyska. Krzyknął, a starszy nawet nie zwrócił uwagi na krew spływającą po jego pysku.
— Przepraszam! — znów miauknął cały zestresowany, otwierając oczy. Gdy zobaczył krwiste pazury Omenu, zacisnął zęby, jakby robiło mu się niedobrze. Otworzył pysk, jakby chciał coś powiedzieć, ale jednak go zamknął.
— K-k-kwita? — miauknął po chwili milczenia.
Wojownik odepchnął go od siebie, cofając się o parę kroków i wbijając w niego wściekłe spojrzenie.
— Lepiej zwiewaj do obozu, zanim się rozmyślę — warknął tylko, nie odpowiadając na jego pytanie.
<synku?>
[przyznano 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz