Bławatkowy Potok skończyła w żłobku, a on musiał cieszyć się towarzystwem Bażanciego Futra. Mógłby z nią tam siedzieć i spędzać czas, jednak coś czuł, że Krucza Gwiazda by go natychmiast przegoniła po jego ostatnim wybryku. Zresztą jej pysk to ostatnie co chciał dzisiaj widzieć. Że też los chciał, by został ojcem, a jego dzieci przyjdą na świat u boku czarnej. Miał nadzieję, że nie zostaną przez nią zniszczone czy odwrócone przeciwko niemu. Bławatkowy Potok nie dopuściłaby pewnie do tego, by liderka odebrałaby ich kocięta. Każda matka w końcu walczy o swoje młode. Postanowił już, że ona zajmie się opieką nad nimi. Nie miał zamiaru zbytnio zawracać sobie tym głowy. Nie znał się na kociętach. Już i tak był zmęczony.
Przymknął na chwilę oczy, by zapaść w sen; każdy był wyraźny i sprawiał mu ból. Miał już powoli dość wodnych tortur, które zawsze w nich przeżywał. Budził się wtedy natychmiast, obudzony przez plaskacz Bażanta. Nie sypiał dobrze, przez co coraz bardziej niknął w oczach. Był zmęczony. Chciał odpocząć. Jednak co zamykał oczy, był zaraz budzony. A jak był budzony, to nie mógł odpocząć. Leżał więc na mchu, wbijając wzrok w jeden punkt, próbując spać i nie spać. Byle tylko organizm odzyskał siły. Odrobinkę.
- Może pomogą mu ziarna maku? - usłyszał czyjś głos.
- Tak? Ale to ty będziesz go uciszał jak zacznie się drzeć i rzucać przez sen. - Bażant nie brzmiał na zadowolonego.
- Nawet jeśli, to potrzebuje snu. Nie pociągnie tak długo, jak będziesz go budził.
Racja. Głos miał rację. Wojownik westchnął.
- Już i tak o nim szepczą. Mają jeszcze bardziej go znienawidzić, bo będą mieć dość hałasu? Ja już szaleje, gdy otwiera pysk.
Dalej nie słyszał, co ten ktoś mu odpowiedział. Odpłynął.
***
Obudził się, gdy słońce zaczęło zachodzić. Czuł mokry pot na grzbiecie oraz ciężar, który go przyciskał do ziemi. Chwilę leżał próbując wrócić do rzeczywistości. Spotkania z koszmarami zawsze były ciężkie. Zostawały w głowie niczym blizna. Poruszył się co wywołało reakcję Bażanciego Futra, który wyglądał na zmęczonego. Co się stało? Wypluł mech z pyska, pomagając sobie łapami i kaszląc. Napakował mu tego sporo. Przecież mówił mu, żeby tego nie robił! Zakaszlał ponownie, a bolące gardło odezwało się nieprzyjemnie.
- Nareszcie - sapnął wojownik, wstając. - Jest coraz gorzej - zaczął bez ceregieli. - Następnym razem wyniosę cię poza obóz i wrzucę do dołu. Albo zwiążę ci łapy.
- Co się stało? - charknął, marszcząc czoło.
- No zgadnij. Rzucałeś się tak jakby w coś w ciebie wstąpiło. Przylałeś mi i to nie raz. Wyspałeś się przynajmniej? - zapytał, chcąc usłyszeć, czy jego ból był tego warty.
Pokręcił głową.
- Nadal czuję się zmęczony.
Bury sapnął, a on uniósł się na drżące łapy. Musieli wyjść z legowiska wojowników nim koty zaczną się schodzić do snu. Teraz jego kolej na polowanie dla klanu. Nie chciał by uważali go za ciężar.
Wyszedł, nie zauważając spojrzeń, które kierowali na niego Nocniaki. Szedł ze zwieszoną głową do lasu. W tamtym momencie, to Bażancie Futro bardziej palił się ze wstydu niż on. On... miał to gdzieś.
Kroki kosztowały go dużo. Czuł jakby brnął w gęstym błocie.
Zatrzymał się siadając pod drzewem, czując nieprzyjemny ścisk w żołądku. Kocur zaniepokojony spojrzał na niego.
- Przyniosę ci coś do jedzenia. Nic ostatnio nie jadłeś - po czym zniknął mu z oczu.
Jego nagła troska była dziwna, ale pewnie spowodowana strachem o swoje dobro. Tak przynajmniej sądził.
Kiedy wrócił z rybą, zemdliło go. Widząc jego minę bury, machnął niezadowolony ogonem.
- Wepchnę ci ją do gardła jak jej nie zjesz. Kiedy w ogóle ostatnio miałeś coś w pysku? - spytał.
Kiedy? Po tym jak kocur się czymś struł, nawet nie patrzył na jedzenie. Nie czuł potrzeby. Mówił mu, że jadł, chociaż tego nie robił. Widząc jak ten zastanawia się nad odpowiedzią na tak proste pytanie, zrozumiał że było to dawno.
- Nie jestem głodny - odpowiedział więc tylko.
- Jak nie jesteś jak słaniasz się na nogach?! Chcesz się zagłodzić? - syknął.
"Jedz"
Drgnął słysząc jej głos.
"Jedz, nie rozczarowuj mnie"
No tak. Mieli przecież umowę. W takim stanie na pewno nie da rady nazbierać dla niej informacji. Znów czułby się winny.
Pochylił więc łeb i zrobił to. Zjadł rybę. Przełknął każdy kęs, ku zadowoleniu wojownika. Kocur poklepał go łapą po grzbiecie.
- Bławatkowy Potok i twoja matka na pewno nie chciałyby twojej śmierci. Pamiętaj o tym - miauknął.
Gdyby tylko wiedział, że nie dla nich to robił.
Robił to... dla niej.
***
- Nadal go widzisz? - zwrócił się do niego bury, kiedy siedzieli oboje nad jeziorem w bezpiecznej odległości. Kocur nie wyglądał już tak dobrze jak na początku, gdy Krucza Gwiazda kazała robić za jego niańkę. Nieprzespane noce i dnie i na nim odbijały się piętnem. Ciągle ziewał, a wzrok miał rozbiegany. Dziwnie się czuł z faktem, że to przez niego. Przecież nic nie robił, a go niszczył.
Spojrzał na wodę, przyglądając się odbijającym promieniom słońca.
Zajęcza Gwiazda stał tam niczym zjawa. Niewyraźny, zamazany kształt bieli.
- Tak. Widzę. - miauknął do wojownika.
- I...? Coś od ciebie chcę? - dopytywał.
Pokręcił głową.
- Stoi tam zawsze. Nic nie mówi, nie rusza się. Patrzy w moim kierunku i czeka aż sam wejdę do wody. Gdy dostrzega, że go widzę, uśmiecha się. - ziewnął.
- A co by się stało gdybyś do niego podszedł? - zasugerował.
Spojrzał na niego zdziwiony, od razu rozbudzając się na tyle, by usiąść prościej. Podejść do niego? Nie... Nie ma mowy. Jednak skoro on go tylko widział i był zwidem według Bażanciego Futra, to co by mu zrobił? Nic.
- Tam jest woda - przypomniał kumplowi. - Nie podejdę.
Usłyszał westchnięcie.
- A podczas naszej kąpieli widziałeś go?
- Myślałem, że ty nim jesteś - przypomniał sobie tą szaleńczą próbę ucieczki. - Niezbyt dobrze to pamiętam.
- A na środku jeziora? Pokazywał ci się?
Skinął głową.
- Był na brzegu. Zawsze jest na brzegu. - miauknął.
Bury zastanowił się chwilę nad tym, po czym ruszył przed siebie. Zdumiony spojrzał jak podchodzi w miejsce, gdzie stała zjawa i macha tam łapą, jakby próbował odgonić dym. Wstał.
Problem z Zającem był taki, że co mrugał znikał. Teraz również uciekł mu z oczu, by pojawić się tuż obok niego. Wrzasnął widząc jego puste oczy, a raczej ich brak, a sierść na grzbiecie się uniosła. Spanikowany pognał od razu do Bażanta, chowając się za nim. Dyszał, a słabość zaczęła ogarniać jego kończyny.
- Bezchmurne Niebo! Co ty tu robisz?! Powinieneś siedzieć w starszyźnie! - ryknął na niego wojownik.
Chwila... Bezchmurne Niebo? Wychylił łeb zza kocura, rzeczywiście zdając sobie sprawę, że to on, a nie Zajęcza Gwiazda. Ta biel futra go zmyliła i... koszmarny wygląd godny zjawy, zbrukany przez krew, która wylewała mu się z oczu.
- Szukam Muchomorzego Jadu - miauknął tylko. Zaraz ktoś jednak do niego dotarł i zawrócił z powrotem do legowiska, przepraszając ich za kłopot.
- Co mu się stało z oczami? - zapytał kocura.
- Ktoś na nich napadł. Jakieś koty i wydłubały mu je. Ej, ale podziałało! - Uśmiechnął się z dumą. - Bo patrz. Przyszedłeś do swojego Zająca. Tęsknił...
Co. Drgnął, odwracając się. Woda. Brzeg.
On.
Znów tu był.
Wyciągnął łapę. Była cała we krwi. Bury wojownik zaczął się krztusić, opadając na ziemię i tam konając. On chyba... chyba go nie zabił?! Krew cieknąca mu z pyska jednak to tylko potwierdzała.
Dotknął go nim, a gęsta maź pozostała mu na głowię.
"Obudź się Rybko" - miauknął, owijając go w swoje ramiona i wrzucając go do rzeki.
Obudź się? Obudź?
Tonął. Zapadał się w grubym mule, a świat przestawał istnieć.
Obudził się zlany potem, rozglądając się dookoła. Bażant cucił go, kilkoma uderzeniami po pysku, a widząc jak wróciła mu świadomość, odetchnął z ulgą.
- Słuchaj... musimy porozmawiać. - zaczął od razu, widząc jak ten zdumiony rozgląda się po legowisku wojowników. Był nadal dzień. Zamrugał.
- Zemdlałem nad rzeką? - zapytał zdziwiony.
- Rzeką? Nie byliśmy jeszcze nad nią. Śniło ci się coś. - wyjaśnił, nie dyskutując dalej na ten temat.
To to był sen? No tak... Przecież gdyby Bażant usłyszał, że widzi Zająca na brzegu, to prędzej go by wyśmiał, a nie kazał mu do niego iść. Na języku czuł jednak metaliczny posmak. Zerknął na swoje łapy. Krwawiły.
- C-co się stało?! - wysapał.
- No właśnie o tym musimy porozmawiać. Jak już wspomniałem... Jest gorzej. Podczas snu szalejesz jak rozjuszone zwierzę. Wyplułeś mech i zacząłeś się gryźć, mnie też dziabnąłeś. Nie daje sam rady, dlatego postanowiłem, że wezmę kogoś do pomocy. A ty... - Zmrużył oczy. - Masz iść natychmiast do Muchomorzego Jadu i niech ci coś przepiszę. - rzucił, patrząc gdzieś w bok.
Skierował tam wzrok. Bławatkowy Potok i jego mama patrzyły na niego zaniepokojone. Martwiły się.
- Wszyscy już wiedzą? - rzucił tylko, nie chcąc myśleć co już o nim mówili.
- Cóż... Krzyki każdy słyszał, a że zwariowałeś to wiedzą od dawna. Nie zwracaj lepiej na to uwagi. Musisz wziąć się za siebie i zacząć to leczyć. A jak to choroba to idziesz do medyka i już - zarządził.
Pokręcił głową, nie mogąc pojąć co ten do niego mówił. Był chory?
- Pęd proszę cię... - Bławatek weszła, patrząc na niego z niepokojem. - To cię tylko niszczy. Medycy pomogą.
- Synu. Nie utrudniaj. - Matka usiadła tuż obok. - Na pysku masz krew, powstaną kolejne plotki. Krucza Gwiazda już jest i tak na ciebie zła. Nie dawaj jej kolejnych powodów do wygnania ciebie. Nie chcę stracić jedynego dziecka, które mi pozostało.
Krew? Otarł pysk łapą i rzeczywiście, czerwona ciecz została mu na kończynie. Rodzina się o niego martwiła. Widział ich wyrazy twarzy. Czas było coś z tym zrobić. Skoro było źle... a mogło być jeszcze gorzej. Wstał.
- Dobrze. Zrobię co chcecie. Może rzeczywiście zioła pomogą? Chciałbym mieć chociaż raz miły sen. - westchnął.
Partnerka przytuliła się do niego, wygładzając mu językiem sierść. Bażant przysłuchiwał się tylko temu, a znużenie na jego pysku robiło się coraz bardziej widoczne.
Czas było stawić czoło problemowi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz