Serce zabiło mu szybciej, gdy Północny Mróz wlepiła w niego ciemne, niemal czarne ślepia. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała szybciej, niż powinna, pazurami zaorała ziemię. Zjeżone futro i pysk ociekający krwią z ani trochę nie upodabniał jej do tej małej, zagubionej Północy którą znał niemalże od zawsze.
Wziął głębszy oddech.
Kotka wycharczała coś cicho.
Ktoś poruszył się w swoim legowisku.
Ktoś ziewnął.
Ktoś kichnął.
“Nikomu nie powiem. Obiecuję”
Nie otrzymał odpowiedzi, nawet jej nie oczekiwał. Nie chciał kłamać, jednakże zrobi wszystko, by ją chronić. Nawet jeśli to oznaczało łganie prosto w oczy własnemu partnerowi.
Wsłuchiwał się w chrzęst leśnej ściółki przy każdym swym kroku, zapach klanu klifu stawał się z każdym uderzeniem serca silniejszy. W oddali cicho szumiał strumyk, na niebie dostrzegł sójkę, która podzieliła się z nim swą cudną piosenką.
Bury wziął głębszy wdech, delektując się tak pięknym dniem.
Jego uszy wyłapały jednak czyjś szloch.
Ruda kota siedząca nad wodą, między trzciną łkała cicho, z całej siły dociskając łapę do pyszczka. Krystaliczne krople spływały po jej ognistych policzkach, swój bieg kończąc w strumyku, do którego wpadały.
Ciemne futro uniosło się z lekka, gdy podszedł bliżej spokojnym krokiem, zrywając stokrotkę.
“Na lepszy dzień, proszę. Śliczne panie nie powinny płakać”
Kotka otarła łzy, zawstydzona odwracając podrażnione ślepia.
Ciepło rozlało się po jego ciele. Serce przyjemnie zadrżało.
Uśmiechnął się odchodząc w swoją stronę, zostawiając ją samą.
Ostrożnie wyciągał kolejne gałązki z futra ukochanego, uśmiechając się pobłażliwie. Stosik obok ich wspólnego posłania rósł z każdym ruchem burego.
Wróbelek syknął z bólu, gdy jeden z badyli, wplątał się w sierść na jego głowie.
Modrzewik liznął go na pocieszenie w policzek, mrucząc kojąco.
Smutne, błękitne ślepia wpatrywały się w niego intensywnie.
Powieki lidera opadły, gdy ten ułożył głowę na łapach, wzdychając ciężko.
Kolejna, ostatnia gałązka została rzucona na malutki stosik, powodując kolejną falę przyjemnego ciepła przechodzącą przez ciało wojownika. Na jego pysku tkwił lekki uśmiech, gdy wypominał ukochanemu, jak ten obiecał mu, że nie ubrudzi się dzisiaj.
“Polowałem na zająca”
“Oczywiście, bo to zawsze jest wina piszczki. Zając, ty świnio”
Legowisko lidera wypełnił szczery, perlisty śmiech Modrzewia, który otulił swym ogonem partnera, wciskając nos w jego policzek.
“Mój brudasek”
Zasypiając, towarzyszyło mu dziwne rzężenie w płucach oraz posmak krwi na języku.
Z zapartym tchem obserwował jak Świtająca Maska rzuca się na swojego rudego przyjaciela z odsłoniętymi kłami, sycząc. Leszczynowa Bryza upadł na grzbiet, kopiąc oponenta w brzuch i odrzucając go za skórę na karku.
Klan zebrał się, obserwując całe zdarzenie.
Płowy kocur zwymiotował śliną, próbując utrzymać swoje ciało na rozjeżdżających się łapach.
Łapał powietrze w płucach, przypominając rybę wyjętą siłą z wody.
Modrzewiowa Kora zadrżał, gdy zobaczył jego ciemne ślepia.
Takie same jak u Północy, którą nawiedzały w snach złe dusze.
Cofnął się o jeden krok.
Później o drugi.
Trzeci.
Czwarty.
Piąty.
Aż zupełnie uwolnił się od przytłaczającej energii tłumu. Nerwowo machnął ogonem, rozglądając się za jego malutką Północą.
Kotka siedziała pod topolą, przymykając ślepia.
Ledwie trzymała się na łapach, śladowe ilości snu skutecznie ją wyniszczały.
Gałązka trzasnęła a niebieska odwróciła w jego stronę pyszczek.
Paskudna blizna pokrywała jej lewy policzek.
Blizna, której nigdy przedtem nie miała, której nie miała jak zdobyć.
Modrzew położył po sobie uszy, cofając się pospiesznie.
Kaszel nie chciał ustąpić, podobnie co metaliczny posmak w pysku. Czasem miał wrażenie, że widział krew na swoich łapach, gdy kaszlał. Płuca i wszystkie mięśnie bolały go niczym palone przez ogień.
Po dwóch wschodach słońca uległ błaganiom partnera i udał się do medyka.
Wstępna diagnoza - czerwony kaszel.
Ta informacja sprawiła, że miał ochotę się popłakać. Żal ścisnął mu serce, gdy obserwował sylwetkę Wróbelka z tak daleka. Kwarantanna odbierała mu resztki sił. Popadł w rutynę, swego rodzaju apatię.
Najważniejsze jednak, że leki zaczynały działać. Zioło za ziołem, mieszanka za mieszanką czuł się coraz lepiej, nabierając wigoru.
Radość zalała jego ciało, gdy usłyszał ostateczną diagnozę Potrójnego Kroku - przeziębienie.
Był jednak zdrowy, mógł spokojnie opuścić znienawidzone leże i powrócić do swych obowiązków. Z radością wpadł do legowiska lidera, wtulając się w miękkie futro.
Gdzieś z tyłu głowy mignęło mu wspomnienie smutnych, żółtych oczu i ponownie poczuł radosne mrowienie.
Wziął głębszy oddech.
Kotka wycharczała coś cicho.
Ktoś poruszył się w swoim legowisku.
Ktoś ziewnął.
Ktoś kichnął.
“Nikomu nie powiem. Obiecuję”
Nie otrzymał odpowiedzi, nawet jej nie oczekiwał. Nie chciał kłamać, jednakże zrobi wszystko, by ją chronić. Nawet jeśli to oznaczało łganie prosto w oczy własnemu partnerowi.
Wsłuchiwał się w chrzęst leśnej ściółki przy każdym swym kroku, zapach klanu klifu stawał się z każdym uderzeniem serca silniejszy. W oddali cicho szumiał strumyk, na niebie dostrzegł sójkę, która podzieliła się z nim swą cudną piosenką.
Bury wziął głębszy wdech, delektując się tak pięknym dniem.
Jego uszy wyłapały jednak czyjś szloch.
Ruda kota siedząca nad wodą, między trzciną łkała cicho, z całej siły dociskając łapę do pyszczka. Krystaliczne krople spływały po jej ognistych policzkach, swój bieg kończąc w strumyku, do którego wpadały.
Ciemne futro uniosło się z lekka, gdy podszedł bliżej spokojnym krokiem, zrywając stokrotkę.
“Na lepszy dzień, proszę. Śliczne panie nie powinny płakać”
Kotka otarła łzy, zawstydzona odwracając podrażnione ślepia.
Ciepło rozlało się po jego ciele. Serce przyjemnie zadrżało.
Uśmiechnął się odchodząc w swoją stronę, zostawiając ją samą.
Ostrożnie wyciągał kolejne gałązki z futra ukochanego, uśmiechając się pobłażliwie. Stosik obok ich wspólnego posłania rósł z każdym ruchem burego.
Wróbelek syknął z bólu, gdy jeden z badyli, wplątał się w sierść na jego głowie.
Modrzewik liznął go na pocieszenie w policzek, mrucząc kojąco.
Smutne, błękitne ślepia wpatrywały się w niego intensywnie.
Powieki lidera opadły, gdy ten ułożył głowę na łapach, wzdychając ciężko.
Kolejna, ostatnia gałązka została rzucona na malutki stosik, powodując kolejną falę przyjemnego ciepła przechodzącą przez ciało wojownika. Na jego pysku tkwił lekki uśmiech, gdy wypominał ukochanemu, jak ten obiecał mu, że nie ubrudzi się dzisiaj.
“Polowałem na zająca”
“Oczywiście, bo to zawsze jest wina piszczki. Zając, ty świnio”
Legowisko lidera wypełnił szczery, perlisty śmiech Modrzewia, który otulił swym ogonem partnera, wciskając nos w jego policzek.
“Mój brudasek”
Zasypiając, towarzyszyło mu dziwne rzężenie w płucach oraz posmak krwi na języku.
Z zapartym tchem obserwował jak Świtająca Maska rzuca się na swojego rudego przyjaciela z odsłoniętymi kłami, sycząc. Leszczynowa Bryza upadł na grzbiet, kopiąc oponenta w brzuch i odrzucając go za skórę na karku.
Klan zebrał się, obserwując całe zdarzenie.
Płowy kocur zwymiotował śliną, próbując utrzymać swoje ciało na rozjeżdżających się łapach.
Łapał powietrze w płucach, przypominając rybę wyjętą siłą z wody.
Modrzewiowa Kora zadrżał, gdy zobaczył jego ciemne ślepia.
Takie same jak u Północy, którą nawiedzały w snach złe dusze.
Cofnął się o jeden krok.
Później o drugi.
Trzeci.
Czwarty.
Piąty.
Aż zupełnie uwolnił się od przytłaczającej energii tłumu. Nerwowo machnął ogonem, rozglądając się za jego malutką Północą.
Kotka siedziała pod topolą, przymykając ślepia.
Ledwie trzymała się na łapach, śladowe ilości snu skutecznie ją wyniszczały.
Gałązka trzasnęła a niebieska odwróciła w jego stronę pyszczek.
Paskudna blizna pokrywała jej lewy policzek.
Blizna, której nigdy przedtem nie miała, której nie miała jak zdobyć.
Modrzew położył po sobie uszy, cofając się pospiesznie.
Kaszel nie chciał ustąpić, podobnie co metaliczny posmak w pysku. Czasem miał wrażenie, że widział krew na swoich łapach, gdy kaszlał. Płuca i wszystkie mięśnie bolały go niczym palone przez ogień.
Po dwóch wschodach słońca uległ błaganiom partnera i udał się do medyka.
Wstępna diagnoza - czerwony kaszel.
Ta informacja sprawiła, że miał ochotę się popłakać. Żal ścisnął mu serce, gdy obserwował sylwetkę Wróbelka z tak daleka. Kwarantanna odbierała mu resztki sił. Popadł w rutynę, swego rodzaju apatię.
Najważniejsze jednak, że leki zaczynały działać. Zioło za ziołem, mieszanka za mieszanką czuł się coraz lepiej, nabierając wigoru.
Radość zalała jego ciało, gdy usłyszał ostateczną diagnozę Potrójnego Kroku - przeziębienie.
Był jednak zdrowy, mógł spokojnie opuścić znienawidzone leże i powrócić do swych obowiązków. Z radością wpadł do legowiska lidera, wtulając się w miękkie futro.
Gdzieś z tyłu głowy mignęło mu wspomnienie smutnych, żółtych oczu i ponownie poczuł radosne mrowienie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz