Najpierw umarła Kruszynka. Odeszła niespodziewanie szybko. Kurka nie spodziewał się, że nie wydobrzeje. Może nie znał jej za dobrze, ale lubił koteczkę. Była… pomocna, może nieśmiała, ale… kompetentna. Kurka podwinął ogon bliżej siebie i oparł swój bok o bok Guziczka. Nie podobało mu się to. Nic. A. Nic.
Potem nadeszła epidemia. Kurka nigdy wcześniej nie doświadczył widoku takiej choroby. Złapała starszyznę za gardła i jakby chciała wyrwać im życie prosto z serca. Kurka nie podchodził, chociaż łapy go świerzbiły, żeby przynieść im coś, pomóc. Zamiast tego skupił się na polowaniu. Więcej jedzenia, to więcej siły!
Jednak wcale nie tak długo potem, zielony kaszel zabrał do Wszechmatki pierwszą ofiarę. Leszczyna odeszła. Odeszła z bardzo mroczną przepowiednią na ustach. Kurce na te wszystkie plotki jeżyła się szyja. Dodatkowo kaszel ogarnął żłobek i… Pumę. Pumę. Kurka odetchnął ciężko, kiedy zeskoczył z drzewa. W jego pysku wisiała nieruchomo zagubiona wiewiórka. Właśnie skończył polować i poszło mu nawet dobrze — jak na porę nagich liści. Co nie zmieniało faktu, że zamartwiał się jak szalony. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się, że ktoś mu bliski był tak chory. Zwłaszcza że epidemia pogłębiała się i zacieśniała wokół kotów Owocowego Lasu jak dusząca chmura śmierci. Kurce nie podobało się to nic, a nic!
Parę uderzeń serca później padła kolejna tragedia. Miłostka, ta zaciekła i nieco niemiła zwiadowczyni, rzuciła się na Jaśminiowiec. Kurki nie było wtedy w obozie, więc słyszał tylko tyle, ile opowiedziały mu plotki. Dla niego jednak to nie była największa tragedia. Tragedią było ciągłe polowanie, ciężkie noce, zmartwione serce i gula tkwiąca nieustannie w jego gardle. Jego łapy wróciły do trzęsienia się, kiedy obserwował pracę innych kotów. Izolatka była stawiana szybko, ale sumiennie. To było dobre posunięcie, a jednocześnie Kurka czuł się tak bardzo zagubiony! Jego tato miał zostać przeniesiony, już niedługo.
— Znowu zwierzyna. Odpocząłbyś trochę. — Czernidłak przysiadł obok syna. Jego oko mierzyło go nieco sfrustrowane. Guziczek pewnie powiedziałby mu to samo, ale… polowanie i biegnie przez tereny Owocowego Lasu, dawały mu pewien upust dla tych wszystkich emocji, które dusiły go od środka.
— Nic mi nie będzie. — Kurka machnął łapą i się uśmiechnął. — A o tej porze roku zwierzyny nigdy za mało, nawet, jak przyniosę marną myszkę. — Na chwilę zapadła cisza.
— Wiesz… Też się martwię. — Czernidłak przysunął się do Kurki. Jego wzrok stracił na tej stanowczości, zamiast tego łagodniejąc i pogrążając się w pewnym głębokim smutku, którego Kurka jeszcze nie był w stanie pojąć. — Ale zapracowanie się na śmierć, nic nie pomoże.
— Pomaga. Poza tym. Nie na śmierć. — Kurka prychnął, niezadowolony, że jego ściany tak łatwo upadają. Że jego kłamstwa i uczucia są tak łatwe do odczytania.
— Twoje łapy się trzęsą, nie jadłeś nic od rana… — Czernidłak mruknął ponuro. — Chodź. Zjemy coś.
— Dobrze… — Kurka nie miał siły się sprzeciwiać. No i... Rzeczywiście potrzebował coś zjeść. Jego żołądek skręcał się nie tylko z żalu.
Tragedia za tragedią. Borowik bowiem zaczął kaszleć następny. Jego własny brat. Ciarki przeszły po plecach Kurki, kiedy to usłyszał. Ta noc była wyjątkowo trudna. W głowie Kurki kręciły się wszystkie negatywne myśli, jakie tylko były możliwe. Kaszel, śmierć, anihilacja obozu. Jego serce biło jak szalone, jakby chciało uciec z jego piersi. Jakby chciało wyrwać jego żeberka i uciec w las, gdzie może znalazłoby spokój. Jednak nie było to możliwe. Kurka mógł tylko niespokojnie machać ogonem i ciężko wzdychać. I chicho pociągać nosem.
O poranku Kurka jakoś nie miał siły podnieść się na łapy. Zmartwienie i brak dobrego snu osłabiły go mocno. Młody zwiadowca przetarł zatkany nos i zakaszlał cicho.
Zakaszlał… cicho.
Zakaszlał…
Kurka zastygł w miejscu. Jego oczy otworzyły się szeroko, jego sierść zjeżyła, jakby zobaczył ducha. Z niesamowitą nagłością zebrał się w sobie i zszedł z drzewa, mało nie wpadając w swojego tatę po drodze. Ten rzucił mu zaskoczone spojrzenie, ale Kurka już pędził w kierunku izolatki, gdzie medycy, nie... Uzdrowiciele pracowali nad chorymi. Zwiadowca nie był pewien czy złapał ten kaszel, czy to tylko przeziębienie, może tylko odmrożenie. Może to jego niedospanie, słabość ciała, która nadal trochę go męczyła. Kto wie. Kurka chciał się upewnić.
— Co tutaj robisz! Nie powinno Cię tu być. — Poranek był może zabiegany, ale miał czas się do niego odezwać.
— Źle się czuję… — Kurka przyznał. Teraz czuł się źle, że w ogóle pomyślał, że to dobry pomysł. Co jak zarazi się czymś innym, bo to nie kaszel.
— Jak źle? — Poranek nachylił się do niego i pociągnął nosem w jego kierunku.
— Kaszel… Głowa zaczyna mi pulsować. Oh… i mam... Zatkany nos. — Kurka usiadł, jego uszy opuszczone po sobie, ogon mocno przyciśnięty do swojego ciała.
— Niedobrze. — Poranek miauknął.
I miał rację. Było niedobrze. Kurka naprawdę złapał zielony kaszel i to nie była radosna wieść. Kurka wylądował na legowisku obok brata i taty. Mógł skulić się z nimi i zagrzać odrobinę. Ich rodzina niedługo i tak miała znaleźć się w tym miejscu w całości.
Dzień w dzień wszyscy otrzymywali leki. Zielony kaszel naprawdę nie był przyjemnym przeżyciem. Zatkany nos, zielone wydzieliny, kaszel, duszności, gorączka. Wszystko to nakładające się na zimno i obecność dużej ilości innych chorych kotów… Kurka mógł tylko zamknąć oczy i prosić Wszechmatkę o wybaczenie. Mógł tylko płakać, prosząc, żeby jego rodzina wyszła z tego cało. Żeby mógł się z tego wylizać.
I przynajmniej sam Kurka jakoś sobie poradził.
Kurka nie wiedział, jak długo siedział w izolatce z rodziną. Ze wszystkimi innymi, ale jego nos stopniowo się odetkał, jego płuca nabierały powietrza bez nagłych ataków swędzenia i kaszlu, a gorączka odeszła w nieznane.
— Dobra… Powinieneś być okej. — Poranek odetchnął ciężko. Uzdrowiciele mieli naprawdę ciężką robotę. Kurka mógł ich tylko podziwiać i im współczuć. — Sio. Idź, wyśpij się chwilę i potem do roboty. — Kurka pokiwał łebkiem. Dokładnie to zamierzał zrobić, z pominięciem wyspania się. Wyspał się tutaj wystarczająco.
Jeszcze wychodząc, rzucił smutne spojrzenie swojej rodzinie. Jego ogon napuszył się na samą myśl, że to on pierwszy wylizał się z tej choroby i że… może stracić któregoś z nich. Borowik… Puma… Czernidłak. Oh, jaka to byłby dla niego tragedia.
Wyleczony w epidemii OL: Kurka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz