TW: problemy z jedzeniem
Długie spacery, ciche śmiechy i ta przyjemna woń lasu wokół — to wszystko zupełnie nagle zniknęło z życia Kurki całkowicie, a jednocześnie nie do końca. Kurka nadal chodził na spacery, których wracał ze zdobyczą. Nadal śmiał się do siebie, chociaż bardziej z żalu niż radości. A woń lasu? Ona przecież nigdy nie ustaje! I nie ustoi. Nadal była wokół Kurki, ale Kurka zdawał się jej nie dostrzegać. Czy ją ignorował? Może…
Noce stały się długie i zimne. Pora nagich drzew nie rozpieszczała nikogo. Posłania z drzew, mchu i gałęzi chroniły wojowników przed opadami uporczywego śniegu, ale mróz nadal uporczywie wlewał się do płuc każdego, kto tylko śmiał wziąć głębszy wdech. Kurka znowu nie spał, jego boki zimne i samotne. Jego brat – Borowik, spał w legowisku uczniów. Jego przyjaciel – Guziczek, też był równie daleko. Ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko jeden porządny skok, że to wcale nie tak daleko! Ale dla Kurki to było za daleko. Nie dla jego zmęczonego ciała.
— Jeszcze chwila, a nabawisz się przeziębienia! — Puma pacnął Kurkę w łepek. To był miły gest wykonany lekką łapą.
— Jest okej, tato. Naprawdę. — Kurka odparł. Starał się brzmieć silnie, pewnie i radośnie, ale to, co wyszło z jego pyska, brzmiało bardziej jak wstrzymywany płacz – ciche i smutne. Puma zmarszczył nos i przywarł swoim bokiem do boku Kurki. Ciepło drugiego kota było miłe. Kurka miał ochotę rozpuścić się w ramionach taty, jednak powstrzymał się przed tym gestem. Miał bowiem przed sobą pewne wyzwanie. Śniadanie. Od czasu jego samotnych nocy, od czasu jego mianowania, wszystko się sypało w jego łapkach. Jego sen, jego relacje, jego apetyt. Zjedzenie takiej małej myszki, której nieruchome ciało leżało pod jego łapami, było nie lada wysiłkiem, ale Kurka się starał. Wiciokrzew czasem podawał mu jeszcze zioła, aby w tym pomóc, kiedy Kurka miał szczególnie złe dni.
— Co się dzieje? — Puma polizał syna między uszami.
— Życie zwiadowcy — odparł Kurka. — Jest trochę inne, niż sobie wyobrażałem. Jest fajnie, ale… wszyscy moi przyjaciele to nadal uczniowie. Trochę … mi samotnie — przyznał. Nadal było mu trochę ciężko otwarcie mówić o swoich problemach. Prościej było uśmiechać się do wszystkich, pusto śmiać i o niczym nie mówić. Jednak doświadczenie wyraźnie wskazywało, że Kurka sam sobie ze swoimi problemami słabo radzi.
— Ach. A co z Czernidłakiem? Nie położysz się z nim? Może to poprawi Ci humor.
— Częściej jest z Tobą niż w legowisku wojowników. Zresztą, to … trochę poza zasięgiem? Nie wiem. Tato nie jest… zbyt wylewny w ten sposób. — Kurka zawinął ogon pod swoje przednie łapy.
— Nie odmówiłby Ci. Nie odmówiłby żadnemu z was. Tobie czy bratu. — Puma sam zawinął swój ogon wokół swoich łap. Zimo, było wyjątkowo silne tego poranku.
— Wiem, ale… Nie wiem, jakbym się z tym czuł. Ale… będę okej. Obiecuję. — Kurka przytulił się raz jeszcze do taty, na chwilę dając upust tej kocięcej potrzebie bliskości, po czym połknął swoją mysz prawie w całości. Skrzywił się lekko, ale szybko otrzepał z siebie ten nieprzyjemny smak. – Lecę już. Zwierzyny nigdy za mało!
— No dobrze. Ale wiesz… jeśli masz jakiś problem, do mnie zawsze możesz przyjść. — Puma uśmiechnął się do syna.
Ale czy Kurka miał jakieś problemy? Miał. Jeden duży problem. Po polowaniu już któryś dzień z rzędu próbował złapać Guziczka. Wiedział, że jego serce zrobi się tylko jeszcze cięższe. Jego najlepszy przyjaciel, od czasu tego … wypadku podczas mianowania Kurki zwyczajnie go unikał. Przecie wyjaśnili sobie, że nic się nie stało. Że to tylko głupie wydarzenie, które nie powinno wpłynąć na ich relację – przynajmniej nie tak negatywnie.
— Hej Gąsko! — Kurka przywitał się z pierwszym uczniem, jakiego znalazł. Koteczka podniosła na niego wzrok, a raczej zrównała go z jego.
— Cześć Kurko! — Uśmiechnęła się. Jej głos był niewiele głośniejszy od zimowego wiatru.
— Widziałaś może… Guziczka? — Kurka wiedział, że nikt mu i tak nie powie, gdzie on jest. Zwłaszcza nie Gąseczka.
— Niestety nie. Nie dzisiaj. Wyszedł rano i nie wrócił chyba jeszcze — odparła koteczka.
— No dobrze. Dziękuję! — Kurka pożegnał się ładnie, po czym zaczął truchtać z powrotem do wyjścia z obozu. Może zapoluje jeszcze raz. Coś na pewno znajdzie, a i tak musi jakoś zająć swój umysł. Wychodząc, w jego oko rzuciło mu się znane futro. Zwiadowca podniósł wzrok i mało nie padł. Guziczek wszedł do obozu, całkiem nie tak daleko od Kurki, jego wzrok odwrócony i ramiona napięte. Nie odezwał się ani słowem. Kurka opuścił ogon, uszy, wzrok. Gdyby mógł, cały zapadłby się pod ziemię. Relacje są trudne. Kto by pomyślał, że nawet tutaj Kurka nie daje sobie rady. No dobrze… Może Guziczek nadal potrzebuje spokoju od niego. Może ma już go dość. Kurka też miał siebie dość. Polowanie… to na pewno poprawi mu humor.
Kurka przetarł zaszklone oczy i odetchnął. Tak… na pewno poprawi mu humor — po czym zniknął w zaśnieżonym lesie.
<Guziczku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz