Nawet jeśli był środek nocy i Cień robił co w jego mocy, by tylko nikogo nie zbudzić, mała szylkretka jeszcze nie zmrużyła oka. Zastanawiała się, czy dzisiaj była wystarczająco dobra według Zalotki. Czy robiła wszystko tak, jak powinna? Wpatrywała się w dach gniazda, wyobrażając sobie różne momenty, za które starsza mogłaby ją pochwalić. Uśmiechnęła się na samą myśl otrzymania paru miłych słówek. Nagle, słysząc bardzo delikatne kroki, podniosła łeb, a gdy dostrzegła znajomą sylwetkę przemykającą ku wyjściu ze żłobka, zmrużyła oczy. Zmarszczyła nos, a ogon drgnął jej nerwowo. Wstała z posłania.— Ej, Cień! — syknęła, wyskakując z gniazda. Wydawało się, że jej nie usłyszał. Jej głosik rozdarł nocną ciszę, gdy dostrzegła go przy barierze. — A co ty tu robisz, Cieniu? Myślisz, że beze mnie gdzieś pójdziesz? — warknęła, po czym podbiegła bliżej, stanęła mu na drodze. — Co znowu kombinujesz? Zawsze musisz coś wymyślać, żeby pokazać, że jesteś lepszy. — W głosie Słoty pobrzmiewała złość, ale pod tym wszystkim kryło się nic innego jak... strach. Strach o to, że pręgus jej nie będzie kiedyś w ogóle potrzebował. Bała się, że zostanie pominięta i zapomniana. Nie chciała, by dymny miał przed nią jakiekolwiek tajemnice, doprowadzały ją do szału, bo nie mogła ich z niego wyrwać, nieważne co.
Cień uniósł łeb, kiedy usłyszał znajomy głos. Jego uszy drgnęły, a oczy zwęziły się w cieniutkie szparki, nie szersze, niż najcieńsze igiełki sosny.
— Phi. A niby czemu miałbym ci mówić, co robię? — prychnął, stając wyżej na łapach, chcąc wyglądać groźniej, pewniej. Pierś wypiął dumnie, a ogon postawił sztywno, jakby chciał ją ostrzec. — Nie musisz pchać nosa we wszystko.
Smagnął ogonem powietrze, odwracając spojrzenie w stronę mroku poza barierą, jakby chcąc ją jeszcze bardziej podjudzić.
— I nie, nie próbuję być "lepszy". Gdybyś nie była mysim móżdżkiem, to byś wiedziała, że niektórzy czasami potrzebują chwili dla siebie. Ty najwyraźniej nie, bo lepisz się do Zalotki niczym rzep do ogona — syknął, robiąc krok w jej stronę, wyraźnie chcąc ją odsunąć. — Jeśli boisz się, że będę od ciebie lepszy, to dobrze, bo będę, a nawet już jestem. W odróżnieniu od ciebie, ja nie mam zamiaru wiecznie tkwić w żłobku jak jakieś przestraszone kocię — wycedził, ukazując kły w drwiącym uśmiechu. Błysnęły w półmroku.
Czy on sugerował jej, że była tchórzem? Że była przestraszonym kociakiem? Gdyby chciała, mogłaby wyjść tu i teraz z obozu! Zupełnie sama! Jednak to on był mysim móżdżkiem, że w ogóle wpadł na coś takiego. To, że była rozsądniejsza, nie oznaczało, że była tchórzem! Wiedziała, że poza sercem Klanu Wilka czyhają niebezpieczeństwa, z którymi oni — jako kocięta — sobie nie poradzą. Prychnęła pod nosem, kręcąc głową z wyraźnym oburzeniem. W środku kipiała ze złości. Zjeżyła się na jego dalsze słowa. Jej drobne pazurki wysunęły się, rozsuwając małe kawałki ziemi pod łapą, a pręgowany ogon zafalował gwałtownie.
— Przestraszone kocię? — powtórzyła przez zaciśnięte zęby. — To chyba ty, Cieniu! Udajesz odważnego, ale tak naprawdę tylko chowasz się w mroku, bo boisz się, że ktoś cię przejrzy! Że dowiedzą się, jakim mysim móżdżkiem jesteś!
Zanim zdążył odpowiedzieć, szylkretka rzuciła się do przodu i pchnęła go łbem.
— Nie jesteś lepszy ode mnie i nigdy nie będziesz! — wykrzyczała wprost w jego pysk. Jej głosik poniósł się echem po obozie, a śpiew świerszczy ucichł na chwilę. Brała duże oddechy, wypuszczając je szybko. Ze wściekłą iskrą patrzyła bratu w oczy. Wyglądała teraz niczym wielokolorowy, napuszony jeż.
<Cień?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz