Powiedzieć, że Lulkowe Ziele nie należał do zacnego grona fanów bachorów, to nic nie powiedzieć. Nie miał pojęcia, co niby powinno się z nimi robić. Nie był więc szczególnie zachwycony na widok młodziaka. Westchnął cicho, uderzając puszystym ogonem o piaszczystą ziemię, starając się na szybko wymyślić jakąś wymówkę. Nie chciał być dla niego celowo podły — to w końcu tylko dzieciak — ale nie miał też zamiaru się nim zajmować. Gdzie była Nenufarowy Kielich, gdy była potrzebna?...
Przeniósł zmęczony wzrok żółtych ślepi na stojącego przed nim kocurka. Jak na złość, żaden w miarę sensowny pretekst, aby nie akceptować jego pomocy, nie mógł mu przyjść do głowy. Nigdy nie był tak dobry w wymyślaniu rzeczy na poczekaniu jak Żmijowiec czy Wężynka. Niech to...
Niechętnie pokiwał głową, bez słowa wydając mu zgodę na przyłączenie się do wspólnego sadzenia roślin. Przez cały czas starał się jednak nie wchodzić z nim w żadną interakcję, unikając nawet jego wzroku, udając, że pointa wcale obok niego nie było — zwłaszcza, że iskierka radości, która pojawiła się w jego oczach po słowach Lulka, wywoływała w starszym dziwne, niekomfortowe uczucie. Zbył je jednak, skupiając się na kontynuowaniu swojej pracy.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
Lulkowe Ziele za to wpatrywał się w tę dwójkę tak, jak gdyby jego mentorka obwieściła mu właśnie, że w ich legowisku zamieszkała rodzina latających jeży. Jego pyszczek był zupełnie pozbawiony jakiegokolwiek wyrazu, a on sam nie do końca jeszcze zakodował treść jej wypowiedzi. Pokiwał więc jedynie łebkiem i nie odpowiedział nic, odchodząc w stronę krzewów rosnących nieopodal legowiska nonszalanckim krokiem. Jakby ta informacja spłynęła po nim jak woda po kaczych piórach!
... Było, któż mógł by to przewidzieć, kompletnie inaczej. Gdy tylko uderzył go sens jej wypowiedzi, poczuł, jakby coś go przygniotło, złamało i pozostawiło żałośnie wbitego w grząską ziemię. Co to niby miało znaczyć? Przecież nie potrzebowali aż tylu ogrodników! Doskonale radzili sobie we dwójkę, on i Pierzasta Kołysanka. A Szept? Po co był im dodatkowy balast? Zwłaszcza teraz, gdy należało odbudować ogród — przecież on absolutnie się na tym nie znał, niczego nie wiedział i wyłącznie by przy tym przeszkadzał! Dlaczego Piórko wyraziła na coś takiego zgodę? Czy to był jej pomysł? Ona chciała nowego ucznia?...
Położył się na swoim posłaniu, starając się uporządkować myśli. Raz po raz wbijał pazury w mszaną poduszeczkę, rwąc ją na strzępy, zbyt zajęty burzą, która trwała najlepsze w jego umyśle.
Zrobił coś źle?
Nie umiał czegoś?
Miała go dość? Po tym wszystkim, co razem przeżyli?!
Chciała kogoś lepszego na jego miejsce. Chciała się go pozbyć i wymienić, po prostu to czuł! Ale dlaczego na niego? Jakkolwiek beznadziejnym przypadkiem by nie był, ta znajda nie dorastała mu przecież do pięt.
Biorąc pod uwagę jego, lekko mówiąc, kiepskie nastawienie do młodego kocurka, dla nikogo nie powinna być zdziwieniem absolutna rozpacz, jaką wywołała w nim informacja o nowym "koledze" po fachu.
— Szepcząca Łapa obrał ścieżkę ogrodnika — miauknęła Pierzasta Kołysanka, przedstawiając swojego nowego ucznia biało-czarnemu. Musnęła ogonem ich nowy nabytek, a niebieski kocurek uśmiechnął się na to nieśmiało, delikatnie kołysząc się na łapkach, wyraźnie nieco speszony tak "oficjalnym" powitaniem. W jego uroczych oczkach błyszczały małe iskierki, a wibryski podrygiwały mu nerwowo. Lulkowe Ziele za to wpatrywał się w tę dwójkę tak, jak gdyby jego mentorka obwieściła mu właśnie, że w ich legowisku zamieszkała rodzina latających jeży. Jego pyszczek był zupełnie pozbawiony jakiegokolwiek wyrazu, a on sam nie do końca jeszcze zakodował treść jej wypowiedzi. Pokiwał więc jedynie łebkiem i nie odpowiedział nic, odchodząc w stronę krzewów rosnących nieopodal legowiska nonszalanckim krokiem. Jakby ta informacja spłynęła po nim jak woda po kaczych piórach!
... Było, któż mógł by to przewidzieć, kompletnie inaczej. Gdy tylko uderzył go sens jej wypowiedzi, poczuł, jakby coś go przygniotło, złamało i pozostawiło żałośnie wbitego w grząską ziemię. Co to niby miało znaczyć? Przecież nie potrzebowali aż tylu ogrodników! Doskonale radzili sobie we dwójkę, on i Pierzasta Kołysanka. A Szept? Po co był im dodatkowy balast? Zwłaszcza teraz, gdy należało odbudować ogród — przecież on absolutnie się na tym nie znał, niczego nie wiedział i wyłącznie by przy tym przeszkadzał! Dlaczego Piórko wyraziła na coś takiego zgodę? Czy to był jej pomysł? Ona chciała nowego ucznia?...
Położył się na swoim posłaniu, starając się uporządkować myśli. Raz po raz wbijał pazury w mszaną poduszeczkę, rwąc ją na strzępy, zbyt zajęty burzą, która trwała najlepsze w jego umyśle.
Zrobił coś źle?
Nie umiał czegoś?
Miała go dość? Po tym wszystkim, co razem przeżyli?!
Chciała kogoś lepszego na jego miejsce. Chciała się go pozbyć i wymienić, po prostu to czuł! Ale dlaczego na niego? Jakkolwiek beznadziejnym przypadkiem by nie był, ta znajda nie dorastała mu przecież do pięt.
Z każdym mijającym dniem kiełkowała w jego wnętrzu bezsensowna, niewytłumaczalna, irracjonalna złość, wymierzona prosto w młodego ucznia. Nie potrafił znieść jego obecności. Sam jego widok wywoływał u niego nieprzyjemne kłucie w żołądku. Zwłaszcza, gdy widział go rozmawiającego ze srebrną ogrodniczką — wówczas niemalże czuł, jak przekręcają mu się wszystkie narządy, a krew zaczyna bulgotać w żyłach. Nie cierpiał jego pytań. Nie cierpiał jego zaczepek. "Lulkowe Ziele, a czy wiesz, że...", "Lulkowe Ziele, a mógłbyś mi pokazać...", "Lulkowe Ziele, a co to jest?" — czemu dręczył akurat jego? To nie Lulek był jego mentorem, nie musiał odpowiadać na jego idiotyczne, głupie i ignoranckie pytania.
Nie lubił go. Bardzo. Do tego stopnia, że każdej nocy tuż przed snem po cichu marzył, by Szepcząca Łapa po prostu wyparował. Nie chciał go tu. Drażnił go samym istnieniem, chociaż nie był głośny ani typowo-dziecięco-irytujący. Po prostu... był. I to chyba było najgorsze.
Bo głupi Lulek nie potrafił rozsądnie usprawiedliwić obrzydliwych myśli, które nawiedzały go każdej nocy — gdy wchodził do legowiska, przyglądał się śpiącemu malcowi...
I wyobrażał sobie najgorsze możliwe rzeczy, jakie mogłyby się mu przydarzyć. Nie potrafił tego kontrolować, a gdy tylko próbował powstrzymać się przed wymyślaniem kolejnych mrocznych scenariuszy, jego mózg zwracał się przeciw niemu, jedynie podsycając te chore wymysły.
"Jest mały, drobny i lekki; możesz go wynieść i wrzucić do rzeki, przecież nie zdąży się— cicho! To cho— Mógłbyś mu dorzucić cisu do jedzenia! Nikt nie zdąży zareagować..." — Takie wizje nawiedzały go za każdym razem, gdy jego wzrok padał na niewinnie śpiącego ucznia.
Nienawidził się za to. Czuł się winny. Od razu odwracał wzrok, zaciskał oczy. Panicznie przeszukiwał swój mały składzik, poszukując ziaren maku, aby nie musieć myśleć o tym, jakim potworem był.
Jednocześnie czuł coraz większą nienawiść także i wobec niego. Bo przypominał mu o tych okropnych pomysłach, o tym, do czego ewidentnie był zdolnym. O tym, że był zły. Po prostu zły. Widział w nim dużo lepszą wersję siebie. Pozbawioną wszystkich jego wad.
A to sprawiało, że koło obłędu toczyło się dalej.
Nie okazywał mu swojej wrogości, po prostu go unikał. Nie rozmawiał z nim. Kładł się spać znacznie później, niż terminator i wstawał wcześniej od niego. Robił wszystko, aby spędzać z nim jak najmniej czasu — i jak najrzadziej przypominać sobie o własnym zepsuciu. Nie tylko z samym Szeptem — dotyczyło to także Pierzastej Kołysanki. Był na nią... obrażony? Bardzo dojrzale z jego strony, ale tak właśnie było. Bolało go, gdy widział, jak ze sobą rozmawiają. Nie jadał więc z nimi i absolutnie nie towarzyszył im w sesjach treningowych, wymigując się ważniejszymi sprawami, którymi musiał się pilnie zająć. Cóż, tym razem przynajmniej była to prawda.
Bo Lulek, cóż — był zazdrosny, Nie to, żeby dopuszczał do siebie tę myśl — albo w ogóle rozumiał, czym była ta konkretna ostra emocja, tak w jego wyobraźni podobna do zalewającej go żółci. Był to jednak obiektywny fakt, z którym nie można było się kłócić. Aczkolwiek nie była to zazdrość zmysłowa. Nie darzył wszak Piórka żadnymi romantycznymi uczuciami — czuł wobec niej coś znacznie silniejszego. Traktował ją poniekąd jak matkę, figurę rodzicielską, która zapełniała tę pustą rolę w jego życiu. Nawet nie byli związani krwią, ale dogadywał się z nią dużo lepiej niż z oschłą rodzicielką. I miał w serduszku cichą nadzieję, że księżniczka też widziała w nim kogoś bliskiego.
Dlatego też nie mógł zdzierżyć faktu, że zdawała się traktować nowego ucznia zupełnie tak samo, jak jego.
Patrząc na to chłodno, logicznie, cóż... Lulek był świadom bezsensowności swojej frustracji. Szept nie był złym kotem. Nie robił niczego na złość starszemu koledze. Był ciekawym świata, całkiem inteligentnym i pilnym terminatorem, który dodatkowo zawsze zwracał się do niego życzliwie, nie wykazując żadnej złej woli. I to... to było najgorsze.Bo głupi Lulek nie potrafił rozsądnie usprawiedliwić obrzydliwych myśli, które nawiedzały go każdej nocy — gdy wchodził do legowiska, przyglądał się śpiącemu malcowi...
I wyobrażał sobie najgorsze możliwe rzeczy, jakie mogłyby się mu przydarzyć. Nie potrafił tego kontrolować, a gdy tylko próbował powstrzymać się przed wymyślaniem kolejnych mrocznych scenariuszy, jego mózg zwracał się przeciw niemu, jedynie podsycając te chore wymysły.
"Jest mały, drobny i lekki; możesz go wynieść i wrzucić do rzeki, przecież nie zdąży się— cicho! To cho— Mógłbyś mu dorzucić cisu do jedzenia! Nikt nie zdąży zareagować..." — Takie wizje nawiedzały go za każdym razem, gdy jego wzrok padał na niewinnie śpiącego ucznia.
Nienawidził się za to. Czuł się winny. Od razu odwracał wzrok, zaciskał oczy. Panicznie przeszukiwał swój mały składzik, poszukując ziaren maku, aby nie musieć myśleć o tym, jakim potworem był.
Jednocześnie czuł coraz większą nienawiść także i wobec niego. Bo przypominał mu o tych okropnych pomysłach, o tym, do czego ewidentnie był zdolnym. O tym, że był zły. Po prostu zły. Widział w nim dużo lepszą wersję siebie. Pozbawioną wszystkich jego wad.
A to sprawiało, że koło obłędu toczyło się dalej.
Nie okazywał mu swojej wrogości, po prostu go unikał. Nie rozmawiał z nim. Kładł się spać znacznie później, niż terminator i wstawał wcześniej od niego. Robił wszystko, aby spędzać z nim jak najmniej czasu — i jak najrzadziej przypominać sobie o własnym zepsuciu. Nie tylko z samym Szeptem — dotyczyło to także Pierzastej Kołysanki. Był na nią... obrażony? Bardzo dojrzale z jego strony, ale tak właśnie było. Bolało go, gdy widział, jak ze sobą rozmawiają. Nie jadał więc z nimi i absolutnie nie towarzyszył im w sesjach treningowych, wymigując się ważniejszymi sprawami, którymi musiał się pilnie zająć. Cóż, tym razem przynajmniej była to prawda.
Niezgrabnie wdrapał się na brzeg, biorąc głęboki wdech. Wyglądał... niezbyt reprezentacyjnie. Był ubłocony, z futra wystawały mu pojedyncze listki i gałązki, a na jego mordce ewidentnie malowało się zmęczenie. Ziewnął przeciągle, prostując łapy. Otrzepał przemoknięte futro na uboczu, po czym usiadł na chwilę przed wejściem. To był trudny dzień.
Brak jednej z medyczek skutecznie rozregulowywał pracę ogrodników. Od kiedy Gąbczasta Łapa chwilowo opuściła Klan Nocy, znacznie przybyło im obowiązków. Co jakiś czas pojawiały się nawet kolejki do legowiska Różanej Woni. Lulkowe Ziele więc starał się jej pomagać, przynajmniej w zakresie, w którym był do tego zdolny.
Wszedł do obozu powoli, włócząc łapami, ponurym wzrokiem rozglądając się za Rosiczkową Kroplą. Wcześniej tego dnia Śnieżna Mordka przekazała mu, że siostra chciałaby się z nim zobaczyć. Początkowo go to ucieszyło — ze względu na natłok obowiązków od dawna nie mieli chwili, aby spokojnie porozmawiać, podzielić się językami czy wspólnie zjeść posiłek. Srebrna wojowniczka prędko ukróciła jednak jego zadowolenie, dodając, że jej przyjaciółka źle się czuła.
A więc wcale nie chciała jego towarzystwa. Po prostu potrzebowała pomocy. Oczywiście, że tak.
Wpadł na nią dość szybko i przeprowadził krótki wywiad. Kotka nie wyglądała źle. Ewidentnie była po prostu lekko odwodniona. Dla pewności sprawdził jeszcze jej język, potwierdzając swoje przypuszczenia, po czym zwięźle zalecił stosowne środki, posługując się dość rzeczowym tonem. Nawet się z nią nie pożegnał, bez słowa odchodząc, gdy podziękowała mu za wizytę. Miał zamiar od razu opuścić obóz i wybrać się do lasu lub nad rzekę, poszukać ziół lub ciekawych sadzonek i oderwać nieco głowę od faktu, że czuł, jakby od jakiegoś czasu walił mu się cały świat. Nie było mu to jednak dane. Gdy zbliżył się do wyjścia, zza pleców usłyszał znajomy głos.
— Dzień dobry, panie Lulkowe Ziele... — powiedział cicho uczeń, a pędzelek na uchu Lulka jedynie drgnął nerwowo.
Wszedł do obozu powoli, włócząc łapami, ponurym wzrokiem rozglądając się za Rosiczkową Kroplą. Wcześniej tego dnia Śnieżna Mordka przekazała mu, że siostra chciałaby się z nim zobaczyć. Początkowo go to ucieszyło — ze względu na natłok obowiązków od dawna nie mieli chwili, aby spokojnie porozmawiać, podzielić się językami czy wspólnie zjeść posiłek. Srebrna wojowniczka prędko ukróciła jednak jego zadowolenie, dodając, że jej przyjaciółka źle się czuła.
A więc wcale nie chciała jego towarzystwa. Po prostu potrzebowała pomocy. Oczywiście, że tak.
Wpadł na nią dość szybko i przeprowadził krótki wywiad. Kotka nie wyglądała źle. Ewidentnie była po prostu lekko odwodniona. Dla pewności sprawdził jeszcze jej język, potwierdzając swoje przypuszczenia, po czym zwięźle zalecił stosowne środki, posługując się dość rzeczowym tonem. Nawet się z nią nie pożegnał, bez słowa odchodząc, gdy podziękowała mu za wizytę. Miał zamiar od razu opuścić obóz i wybrać się do lasu lub nad rzekę, poszukać ziół lub ciekawych sadzonek i oderwać nieco głowę od faktu, że czuł, jakby od jakiegoś czasu walił mu się cały świat. Nie było mu to jednak dane. Gdy zbliżył się do wyjścia, zza pleców usłyszał znajomy głos.
— Dzień dobry, panie Lulkowe Ziele... — powiedział cicho uczeń, a pędzelek na uchu Lulka jedynie drgnął nerwowo.
< Szept? >
Wyleczeni: Rosiczkowa Kropla
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz