Minęło trochę czasu odkąd ostatni raz miał styczność ze srebrną wojowniczką i wcale nie było mu z tego powodu przykro. Gdzieś w tyle umysłu pamiętał, że przy pierwszym spotkaniu wcale nie była miła i od tego momentu żywił do niej coś pomiędzy niechęcią a strachem, a mimo to chciał, żeby kotka go lubiła. Nawet, jeśli on sam jej nie lubił. A teraz, wbrew wszelkim przypuszczeniom, zdarzyła się idealna okazja, by nawiązać rozmowę! Chciał się dowiedzieć czegoś więcej o zajściu a niestety jego mały móżdżek nigdy nie mógł znaleźć złotego środka pomiędzy uznaniem czegoś za niebezpieczne czy całkiem przystępne, zawsze skacząc ze skrajności w skrajność. Nic więc dziwnego, że tym razem mózg usadowił się na strefie: Nie no na luzie, przecież mi nic nie zrobi, jest w dziurze, czasem wychodzi z nadzorem, ale to w końcu członkini klanu, nie?
Nie rozumiał tylko, dlaczego w ich rodzinie doszło do czegoś takiego. Nie mógł sobie wyobrazić podniesienia łapy na swoją mamę, było to tak dziwne i nienaturalne wyobrażenie, że gdy słyszał o tym co mówił tamten wojownik na awaryjnym zebraniu, doznał jakiegoś nowego rodzaju szoku. Po tym wszystkim po prostu MUSIAŁ się dowiedzieć czegoś więcej. Był ciekawy, chciał wiedzieć, co siedziało w głowie Chomik, czym się kierowała. Aprobatą matki? Uznaniem? Mógłby najpierw niby iść do Motylkowej Łączki ale z jakiegoś powodu bardziej komfortowo czuł się z wizją wypytywania o sprawę obcego mu praktycznie kota, którego nie lubił, niż wojowniczkę co do której miał raczej przyjazno-neutralny stosunek. Ten dreszczyk przechodzący po plecach był czymś, czego potrzebował, jeśli chodziło o rzeczy nielegalne. Z resztą, był chyba uczniem tego kronikarza, nie? Powinien dociekać prawdy, tak? No. Może nie powinien rozmawiać z nią sam, ale to tylko takie lekkie nagięcie... reguł. No i nie chciał żeby ktokolwiek słyszał jego pytania, w sensie, nie, żeby wiedział jeszcze o co chce zapytać, ale czuł się trochę niekomfortowo z myślą, że ktoś mógłby go potem oceniać i podsłuchiwać. W pierwszym więc odruchu uznał, że należy rankiem udać się samotnie nad dziurę, próbując ominąć jakoś straże. Może akurat by nie stali i nie pilnowali? Po trzech jednak próbach okazało się to niemożliwe, gdyż zawsze ktoś był na swoim miejscu. W końcu więc uznał, że poprosi jakiegoś wojownika o towarzystwo. Problem tylko polegał na tym, którego? Barszczowa Łodyga chyba za bardzo był przywiązany emocjonalnie do sprawy, mama by mu nie pozwoliła, Dryfujący Fluoryt... może by się zgodziła, ale zdawał sobie sprawę z więzi jaka ją łączy z Zawodzącym Echem i na pewno by mu potem powiedziała o rozmowie, nie omijając szczegółów, a przynajmniej tak sądził na tamten moment. Nie chciał też brać do tego Wędrującego Nieba, głównie przez chęć działania w pojedynkę. Końcowo wybór padł na Skrzydlatą Płomykówkę, głównie przez wrażenie jakie dawała. Uczniowi zdawało się, że niezbyt była przejęta sytuacją, może gdzieś w głębi lekko zaciekawiona, ale wydawała się olewać sprawę, nie reagując tak, jak reszta społeczeństwa. Jej kroki były ciche, podobnie jak głos, chociaż nie odzywała się zbyt często. To dało mu nadzieję, że nie będzie na niego zbyt naciskać i stawiać granic, więc gdy tylko dowiedział się, że będzie pilnować któregoś dnia Chomik, zaraz wybrał ze stosu jakąś drobną myszkę, która nie byłaby widoczna w jego pysku i cichaczem zniknął za obozem. Człapał w brei, niemal się krzywiąc gdy opuszki dotknęły śliskiej, podgnitej trawy, która chowała się pod tym ciapatym czymś, brudząc i sklejając jasne futro, które na końcu swojej trasy w okolicach łap i brzucha było całkiem już mokre. Jedynie ogon się jakoś utrzymał, gdyż został nieco uniesiony nad ziemię, oraz pysk, który również był łatwy do uchronienia. Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy wyczuł czyjąś obecność, chociaż on sam widoczny był już z dużego dystansu. Nie tylko przez futro zimowe, lecz również przez głośne odgłosy kroków.
- Hej, ja... ja chciałbym zadać jej kilka pytań i... wiesz, jako uczeń... chciałbym coś zrozumieć i... ten. - czuł na sobie wzrok kotki i od razu pożałował, że jednak nie wziął ze sobą Fluorytu. Płomykówka była dziwna, bardzo niezręczna i jednak potrafiła nagadać, jeśli tylko miała ochotę.
- To, zostaje tutaj. To między twoimi łapami - oh, czyli nawet mała mysz nie przejdzie? Przełknął ślinę nerwowo, kiwnął głową z "uśmiechem" i ostrożnie skierował się ku krawędzi, łapami badając podłoże, by przypadkiem nie spaść. Gdy się już udało dojść w odpowiednie miejsce, wystawił nieco głowę by powęszyć, uszami również badając wnętrze wgłębienia. Nie było wątpliwości, że tam była.
- ... Dzień dobry...? - coś zaszemrało i nagle nastała cisza, po której głos odezwał się bliżej, niż by się spodziewał. Kotka musiała się przemieścić.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry. Nazywasz to błoto dobrym dniem? - nie odpowiedział na to pytanie, a jedynie nerwowo prychnął jakby z rozbawienia.
- Tak, cóż... nie bardzo, ale może będzie, bo chciałbym zadać kilka pytań... tak, no. W celach... naukowych?
- Wyglądam ci na interesujący obiekt badań?
- Nie wiem - przyznał nieco zmieszany opryskliwym tonem, bo rzeczywiście, nie wiedział, jak wygląda. W przenośni może i tak, ale tak realnie? Ciężka sprawa. - To ten, powie mi coś pani...?
- Hmm, no nie wiem, tak za darmo? - droczyła się, a Księżyc nagle stracił wigor. Krótkie odgłosy dochodzące z dołu świadczyły, że Chomik postanowiła podrapać się za uchem.
- Cóż, miałem mysz ale kazano mi ją zostawić - przyznał przepraszająco - Ale wie pani, gest się liczy?
<Chomik?>
[863 słów]
[przyznano 17%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz