Śnieg sypał z nieba coraz częściej i mocniej, z każdym dniem przykrywając świat chłodniejszym oddechem zimy. Nie utrzymywał się jednak długo — topniał, zamieniając ziemię w gęste, grząskie błoto, które utrudniało każdy krok. Mimo to prawdziwym przeciwnikiem nie był śnieg, lecz mróz — nieustępliwy, przenikliwy, kąsający aż do kości. Dla kogoś tak wychudzonego jak Gałązka, był to wyrok. Nie miała siły, a jej mizerna warstwa tłuszczu ledwo chroniła przed zimnem. Futro straciło dawny blask, a każde żebro było widoczne pod cienką skórą. Wiedziała, że jej śmierć czai się niedaleko — gdzieś tu, między drzewami, w cichym trzasku lodu. Kiedy jeszcze było ciepło, potrafiła coś upolować — nieostrożną mysz, młodego wróbla, może nawet jaszczurkę. Ale teraz? Zwierzyny prawie nie było. Musiała żywić się padliną lub podkradać zdobycz innym. Nie była z tego dumna, lecz głód nie znał wstydu. Zaskakująco często udawało jej się przeżyć dzięki sprytowi. Ukrywała swój zapach pod ziołami i kwiatami, a ciche kroki pozwalały jej pozostawać niezauważoną. Tego dnia obserwowała pewną ciemną kocicę. Widziała ją już wcześniej — była silna, szybka i doświadczona. Doskonała łowczyni. A więc śledzenie jej wydawało się najlepszym planem, bo prędzej czy później musiała zostawić część zdobyczy. Niestety, nieznajoma miała zwyczaj zabierać wszystko, co złapała, a resztki zakopywała głęboko pod lodowatą ziemią. Mimo to Gałązka wiedziała, że nie może się poddać. Musiała zdobyć chociaż parę kęsów, zanim mróz całkowicie odbierze jej siły. Cierpliwie obserwowała ciemną kotkę, a potem, w akcie desperacji, schwyciła mały kamień i rzuciła go w pobliskie krzaki. Dźwięk odbił się echem między drzewami. Podstęp zadziałał — nieznajoma, zwróciwszy uwagę na szmer, oddaliła się w tamtym kierunku. Gałązka nie czekała ani sekundy dłużej. Podskoczyła do miejsca, gdzie zakopany był królik, i natychmiast zaczęła go wykopywać. Gdy tylko mięso ujrzało światło dzienne, rzuciła się do jedzenia. Łapczywie, drżąc z głodu, nie zwracała uwagi na nic wokół. Nie doceniła jednak przeciwniczki. Ledwie chwilę później ciemna kotka stanęła tuż przed jej nosem. Gałązka nawet jej nie usłyszała. Jak mogła być tak głupia? Jak mogła zlekceważyć tak doskonałego łowcę? Unosząc wzrok, ujrzała kocicę większą od siebie niemal dwukrotnie. Miała stalowe mięśnie i gęste, ciemne futro, pod którym trudno było dostrzec jakikolwiek ślad głodu. W porównaniu z nią Gałązka wyglądała jak cień — słaba, zziębnięta, bezbronna. Przełknęła ślinę i zaczęła się powoli cofać, z nadzieją, że może uda jej się uciec. Kiedy jednak szylkretowa wojowniczka postąpiła krok do przodu, Gałązka odwróciła się i pognała przed siebie jak strzała z łuku. To był błąd. Wpadła w gęste, kolczaste krzewy. Gałęzie wbiły się w jej boki, raniąc delikatną skórę. Szarpała się, ale każdy ruch powodował kolejne cięcia. W końcu zamarła, sapiąc ciężko i czując, jak futro przesiąka krwią. I wtedy stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewała. Nieznajoma, która powinna być jej wrogiem, podeszła bliżej i zaczęła odsuwać gałęzie. Powoli, ostrożnie, raniąc sobie łapy i pysk. Gałązka wpatrywała się w nią z niedowierzaniem. Czyżby chciała ją rozszarpać własnymi łapami? Ale nie — nie zrobiła tego. Po chwili szylkretka odsunęła się, podniosła królika i rzuciła go pod łapy Gałązki. Zaskoczona kotka spojrzała na nią, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu, kierowana instynktem, pochyliła się i zaczęła jeść.
— D-dziękuję… — wyszeptała po chwili, czując, że może jednak jest bezpieczna.
— Bardziej tego potrzebujesz — odparła spokojnie nieznajoma, rozglądając się czujnie po okolicy.
Gałązka zawahała się, po czym chwyciła ciało królika i ostrożnie podeszła bliżej wojowniczki. Przy każdym jej spojrzeniu przyklejała się do ziemi. W końcu zatrzymała się tak blisko, że dzielił je zaledwie jeden krok.
— To twoja zdobycz — oznajmiła, siadając, choć nadal garbiła się z pokorą.
Ciemna kocica zmrużyła oczy, jakby próbowała wyczuć podstęp.
— To fakt — odparła po chwili. — Ale patrząc na to, że jesteś samymi kośćmi, lepiej, byś to ty zjadła. Ja złapię sobie coś innego.
Jej głos był chłodny, a pysk twardy jak skała. Mimo to w spojrzeniu błysnęło coś przyciągającego — może cień troski, może zrozumienia.
— Jak się nazywasz? — zapytała ostrożnie Gałązka, biorąc kęs królika i trącając zdobycz w stronę nieznajomej.
— Czereśniowy Pocałunek — odparła spokojnie, schylając się w końcu do jedzenia. — A ty?
— Gałązka — mruknęła cicho, podkulając łapy pod siebie.
Między nimi zapadła niezręczna cisza. Wokół słychać było tylko wiatr i skrzypienie lodu pod śniegiem. Obie mogły już odejść — a jednak zostały. Czereśniowy Pocałunek, mimo że była introwertyczką z natury, poczuła dziwną potrzebę, by nie odwracać wzroku od tej chudej, zmarzniętej kotki. A Gałązka wiedziała, że sama nie przetrwa długo. Może właśnie wtedy obie zrozumiały, że nawet najsilniejsi czasem potrzebują kogoś obok.
<Czereśniowy Pocałunku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz