Przed Zgromadzeniem jakiś czas
Tw: przemoc
Kolejny zimowy dzień pełen wyzwań. Figa była zaganiana do roboty non stop niemal, a to polowanie, a to patrole, a to sprzątanie. Mało tego, mnóstwo kotów wciąż chorowało, a Owocowy Las słabł.
Uzdrowiciele wysyłali również na szukanie ziół zwykłe koty, by było więcej łap do pracy. Figa, która nigdy w życiu nie widziała na oczy wrotyczy, teraz miała iść jej szukać. Dostała listek, żeby móc sobie porównać i została wygoniona z obozu.
Znalazła trochę, i tyle też przyniosła, następnie idąc do chorych, a konkretniej swojego ojca, Malinka. Kocur był chudy, słaby i cały czas kasłał. Figa ogrzewała go swoim długim futrem tyle, ile mogła. Czyściła jego sierść, prowadziła długie rozmowy i rozbawiała szylkreta tak jak kiedyś, gdy była mała. Później musiała wracać do swoich obowiązków i za każdym razem z bólem serca rozstawała się z kocurem.
Często zaczepiał ją również Topola, tak jakby chciał się przyjaźnić, ale robił to bardzo nieudolnie. Zagadywał o pogodę, o to, co dzisiaj zjadła, jak minęły jej polowania. Figa większość czasu zbywała kocura zdawkowymi słówkami, aż do pewnego razu, gdy kocur rzucił w nią śnieżką.
– Co Ty robisz?! – zapytała chorego. – Skąd w ogóle masz tu śnieg!
Czarno biały uśmiechnął się do niej w chorobowy sposób; z zatkanym nosem i załzawionymi oczami, ale wciąż szczerze.
– Specjalnie dla Ciebie przyniosłem – odpowiedział dumny z siebie.
– Następnym razem weź też trochę dla mnie, żebym mogła Ci oddać – odparła łagodniej, bo mimo wszystko rozbawiła ją ta sytuacja.
Figa, kiedy spędzała czas z Malinkiem, wpadała w dobry nastrój, dzięki czemu inne koty dookoła mogły zasmakować nieco mniej jędzowatej kotki. Topola widocznie zwrócił na to uwagę, bo zaczepiał ją tylko, gdy miała już wychodzić po odwiedzinach u ojca.
Któregoś dnia, gdy chmury na niebie były ciemniejsze, niż zwykle, Figa obudziła się z dziwnie niepokojącym przeczuciem. Rozciągnęła się i umyła swoje futro pobieżnie, by zejść na dół. Niemal od razu wysłano ją na polowanie, więc kotka przewracając oczami i fukając, poszła.
Upolowała drobną wiewiórkę, która zeszła z drzewa, by odszukać swoje orzechy. Szła ze zwisającym rudym ogonem w pysku, by odłożyć go potem na stos ze zwierzyną. Było biednie, ciężko. Większość kotów jadła raz dziennie, by starczyło pożywienia, ale trzeba być szczerym; w zimę nigdy nie będzie wystarczająco.
Figę cały dzień męczyło dziwne uczucie. Jakby… niepokój? Co u niej było niecodziennie, wręcz alarmujące. Zrzuciła te dziwne podszepty na tył głowy, by po patrolu pójść do Malinka. Idąc, mijała Uzdrowicieli, którzy mieli… jakieś takie dziwne miny.
Figa zmarszczyła brwi, przyspieszając kroku. Weszła do miejsca z kwarantanną, by dojrzeć martwe ciało Malinka. Nie otwierał oczu, gdy podbiegła do niego ze łzami w oczach, nie oddychał, kiedy łapami go szturchała. Zmarł. Był zimny. Jego duch już dawno powędrował do Wszechmatki.
Czekoladowa zwiadowczyni poczuła, jak jej świat się wali. Jak serce na chwilę się zatrzymuje, a z oczu znika blask.
– T…Tato? Malinku…? – Wyszeptała, stojąc nad ciałem. Wychudzonym, schorowanym.
Inni chorzy patrzyli na wszystko, a Uzdrowiciele przenosili wraz z wojownikami ciała pozostałych zmarłych. Jednak Zwiadowczynię obchodził tylko ten jeden kot. Ten, który był dla niej zawsze, który kochał ją, nie patrząc na okropny charakter, czy paskudne blizny. Odszedł. Zniknął, tak po prostu.
– MALINEK!? – wrzasnęła nagle, strasząc siedzącą w kącie Kasztankę wraz z Szafran. Szylkretka przytuliła córkę mocniej co siebie.
– Malinek, otwieraj oczy! Nie! Nie to nie może być prawda! – krzyczała, a z jej oczu lały się łzy.
Nigdy nie była w takim stanie. Nawet po śmierci Morelka nie odczuwała takiej historii, furii, pustki. W głowie miała tylko jedno: została sama.
– F-Figo… – Usłyszała za sobą głos ucznia Uzdrowiciela.
Osetek jako jedyny odważył się do niej odezwać, podczas gdy reszta kotów zajęta była wynoszeniem ciał i usuwaniem się z drogi. Poranek i Wiciokrzew byli akurat na zewnątrz, więc uczeń pomyślał, że sam to załatwi.
– On zmarł niedawno – kontynuował kocurek. – Daliśmy mu maku, nie cierpiał.
Figa nie chciała go słuchać, nie mogła. Co z tego maku?! Co z nich za Uzdrowiciele, skoro nic nie potrafią?!
Odwróciła w mgnieniu oka głowę, a następnie wszystko działo się szybko. Skoczyła na ucznia, który nie przeszkolony, nie umiał się bronić. Szarpanina, którą usłyszeli wojownicy i Uzdrowiciele z zewnątrz zamieniła się w czysty pokaz histerii zwiadowczyni. Figa krzyczała, płacząc, bluzgała, oskarżała kocury o niekompetencję, o to, że nie potrafią utrzymać kota przy życiu.
Po chwili poczuła, jak koty próbują ją odciągnąć, ale się wierzgała. Sajgon wraz z Topolą zdołali w końcu ściągnąć kotkę, gdzie czarny kocur przygwoździł ją do ziemi. Uzdrowiciele wzięli Osetka, nie szczędząc w stronę Figi epitetów. Na raz miejscu kwarantanny zawrzały koty, dołączając się i wyrażając swoje opinie. Do Figi nie mogło dotrzeć (bądź nie dopuszczała tego do siebie), że w obliczu takiej choroby jak zielony kaszel, to właśnie starszym i kociętom daje się najmniejsze szanse. Uzdrowiciele mogło nie mówić tego głośno, jednak zapewne nie dawali Malinkowi dużych szans.
Sajgon dalej trzymał kotkę, która gdy przestała się wierzgać, zwyczajnie się rozpłakała. Nie potrafiła poradzić sobie z tą stratą, no bo jak? Nikt nie uczy, w jaki sposób zachowywać się, gdy odchodzi najważniejszy kot w twoim życiu.
Gdy czarny wojownik upewnił się, że Figa nie rzuci się na kolejnego kota, puścił ją. Czekoladowa skuliła się w kłębek, chowając pyszczek w ogonie. Topola podszedł do niej ze zmartwionym wyrazem pyszczka. Usiadł bez słowa obok puchatej kulki smutku. Gdy Figa nie przestawała płakać, nie myśląc o tym, czy ktoś ją widzi, czy nie, Topola dojrzał swoją szansę i pogłaskał kotkę łapą po głowie.
– Wszystko będzie dobrze. – Szepnął do niej. – Nie jesteś sama, nawet jeśli tak myślisz.
I tak myślała. Czy Topola potrafił czytać w jej myślach? Może powiedziała to na głos i się nie zorientowała?
Figa zacisnęła zęby i jednym ruchem odepchnęła łapę starszego. Rzuciła mu pełne goryczy spojrzenie.
– Nie potrzebuję Twojej litości! – Krzyknęła mu prosto w pysk, a następnie rzuciła się do biegu, by uciec z tego miejsca.
Wychodząc, dostrzegła koty, które wlekły ciało Malinka do pochówku. Poszła za nimi i widząc koty, które kopią dół, bez słowa podeszła, zaczynając kopać z nimi. Robiła to porządnie, mimo zaszklonych oczu i ciszy panującej dookoła. Jakby każdy wiedział, że choroba zabrała ważne dla klanu koty i nie należy teraz rozmawiać, a uhonorować je milczeniem.
Gdy skończyli i ciało Malinka spoczęło w grobie, Figa odeszła na bok. Kiedy stos pogrzebowy był usypany, a koty po modlitwie odeszły, ona została. Wyjęła błękitne pióro, które dostała kiedyś od Czerwca i wetknęła je w grób.
– Ponieważ w zimę nie ma k-kwiatów… – wyszeptała, płacząc. – P-Przyjmij to piórko.
Położyła się obok grobu, patrząc pusto w stos piachu. Przyłożyła głowę do niego i leżała tak przez dłuższy czas, samotnie i w ciszy.
– Gdy nadejdzie wiosna, będę codziennie przynosić Ci najpiękniejsze kwiaty, jakie znajdę. – Mówiła dalej.
Życie bez Malinka nie będzie już takie kolorowe jak wcześniej. Płomień Figi zaczął gasnąć wraz z jego odejściem, chociaż jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz