— Głupolu — wymruczała, powoli prostując się i rozciągając zdrętwiałe kończyny.
Wreszcie wyciągnęła łapę w stronę kociaka, po czym wciągnęła go z powrotem na mchowe posłanie; przez chwilę w milczeniu obserwowała, jak jego drobny bok unosi się i opada w równomiernym tempie, zanim odwróciła wzrok i zamrugała kilka razy. Jej zaszklone oczy wciąż odbijały w sobie zmęczenie, gdy momentalnie przymknęła powieki, ziewając przeciągle.
Kątem oka zerknęła na resztę kociaków, grasujących we wnętrzu żłobka.
Kilka z nich bawiło się kulką mchu — radosne chichoty i kocięce piski rozbrzmiewały w całym legowisku, odbijając się echem od ścian. Jakiś kociak przewrócił się, drugi zaczął chichotać, trzeci coś tam wymruczał pod nosem. I w pewnej chwili wzrok Czyhającej Mureny spoczął na czekoladowym pyszczku — para ciekawskich, zielonych oczu obserwowała coś z oddali.
Mówiąc szczerze, ani trochę nie podobała jej się obecność małego czekota w żłobku. A zwłaszcza wtedy, gdy ona i Klekotek musieli tu przebywać.
Miała tylko nadzieję, że gdy jej syn nieco podrośnie, nie będzie zadawać się z Korzonek. Wolała, aby trzymał się z dala od ewentualnych tarapatów i rozczarowań; w końcu czekoladowe koty miały o wiele większe tendencje do ściągania na siebie oraz innych kłopotów…
Zanim zdążyła przekląć w myślach małego czekota, do żłobka ktoś wszedł — Czyhająca Murena odwróciła się w stronę wejścia do legowiska, a jej pomarańczowe ślepia spoczęły na znajomej sylwetce.
— Mewi Puchu?
Wojownik strzepnął ogonem i przechylił ostrożnie głowę, siadając nieopodal Czyhającej Mureny.
— No… hej. Chciałem zobaczyć, co u… — Przechylił łeb, zerkając na malucha rozciągniętego przy brzuchu księżniczki. — Klekotka. I u ciebie, rzecz jasna!
Wojowniczka strzepnęła tylko uchem.
— Wszystko w porządku, nie musisz się obawiać — zapewniła, ziewając przeciągle.
— Jesteś pewna? — zapytał niemal od razu wojownik, wbijając spojrzenie żółtych oczu w kocicę.
— No jasne.
— To dobrze… tak myślę. Martwiłem się nieco o ciebie i kociaka. Słyszałem, że urodziłaś go poza obozem, a to pewnie ciężkie; znaczy, tak się domyślam, bo wiesz, nigdy nie…
— Rozumiem co masz na myśli — przerwała mu księżniczka, uśmiechając się ciepło. — Dzięki za troskę.
Wciąż nie czuła się dobrze z faktem, że okłamała kocura. Mówiąc szczerze, nie spodziewała się nawet, aby interesował się tym całym rodzicielstwem, więc widząc jego zaangażowanie tylko speszyła się. Lubiła go, to fakt, ale nie mogła powstrzymać się od poczucia winy — szczególnie, gdy Mewi Puch zdawał się (przynajmniej jak na siebie) wyjątkowo chętny do pomocy.
Dni w żłobku snuły jej się powoli i leniwie — głównie spędzane na opiece nad Klekotkiem i plotkowaniu z Kotekowym Powiewem. Co jakiś czas w żłobku odwiedzało ją któreś z rodzeństwa (nawet Błękitna Laguna — tak dla zasady — odwiedził ją raz!), jakiś członek rodziny lub inny ciekawski kot. Wkrótce wschody słońca zamieniły się w tygodnie, a tygodnie w księżyce; Klekotek rozwijał się bardzo ładnie — jadł prawidłowo, sypiał bez większych problemów, zazwyczaj nie darł mordki o byle co, jak to kociaki miały w zwyczaju. Był niemal bezproblemowy, ale jakiś taki trochę dziwny. Nie, żeby Murenie to przeszkadzało — tylko zmarszczka zmartwienia pojawiała się między jej brwiami, gdy przyglądała się swojemu potomkowi, siedzącemu gdzieś w kącie żłobka. Może miał za mało słońca? Było mu zbyt zimno w żłobku? A może potrzebował więcej ruchu? Lepszego jedzenia?
Pewnie niepotrzebnie się martwiła… W końcu był jeszcze maleńkim kociakiem. Wkrótce na pewno wyrośnie z tego wszystkiego i zacznie się zachowywać jak inne kociaki, czyż nie?
Miała nadzieję, że uda mu się znaleźć jakichś przyjaciół — oczywiście adekwatnych do jego wieku i odpowiednio wychowanych. Któż to w końcu widział samotnie spędzać młodość? Ona miała liczne rodzeństwo, więc jako kociak nigdy nie brakło jej towarzyszy do zabaw, ale sytuacja z Klekotkiem wyglądała nieco inaczej.
Czyhająca Murena przechyliła nieznacznie głowę, otrzepując sierść z piachu. Delikatny blask jutrzenki wlewał się do wnętrza legowiska, rzucając smugi światła na kocie sylwetki. W powietrzu unosiła się zapach mleka, kociaków oraz kurzu — nieco drażniący, ale dziwnie kojący. Księżniczka przejechała ogonem po ziemi, a następnie wzrokiem odszukała Klekotka; jej synek siedział w kącie legowiska, nasłuchując szumu wiatru i obserwując niewielkie źdźbło trawy, wyrastające z wydeptanej ziemi.
— Klekotku, podejdziesz na chwilę? — przywołała go.
Gdy do uszu malca dotarł głos matki, odwrócił wzrok, a jego oczka rozjaśniły się delikatnie, gdy niezdarnym krokiem przeszedł przez środek żłobka (niemal wpadając na jakiegoś kociaka po drodze) i zatrzymał się tuż przed rodzicielką.
— Musisz bardziej dbać o higienę — wymamrotała Murena, nachylając się nad malcem i przejeżdżając szorstkim językiem po jego łebku.
Czy mu się to podobało, czy nie, musiał się jakoś prezentować.
─── ⋆⋅☼⋅⋆ ───
Pewnie niepotrzebnie się martwiła… W końcu był jeszcze maleńkim kociakiem. Wkrótce na pewno wyrośnie z tego wszystkiego i zacznie się zachowywać jak inne kociaki, czyż nie?
Miała nadzieję, że uda mu się znaleźć jakichś przyjaciół — oczywiście adekwatnych do jego wieku i odpowiednio wychowanych. Któż to w końcu widział samotnie spędzać młodość? Ona miała liczne rodzeństwo, więc jako kociak nigdy nie brakło jej towarzyszy do zabaw, ale sytuacja z Klekotkiem wyglądała nieco inaczej.
Czyhająca Murena przechyliła nieznacznie głowę, otrzepując sierść z piachu. Delikatny blask jutrzenki wlewał się do wnętrza legowiska, rzucając smugi światła na kocie sylwetki. W powietrzu unosiła się zapach mleka, kociaków oraz kurzu — nieco drażniący, ale dziwnie kojący. Księżniczka przejechała ogonem po ziemi, a następnie wzrokiem odszukała Klekotka; jej synek siedział w kącie legowiska, nasłuchując szumu wiatru i obserwując niewielkie źdźbło trawy, wyrastające z wydeptanej ziemi.
— Klekotku, podejdziesz na chwilę? — przywołała go.
Gdy do uszu malca dotarł głos matki, odwrócił wzrok, a jego oczka rozjaśniły się delikatnie, gdy niezdarnym krokiem przeszedł przez środek żłobka (niemal wpadając na jakiegoś kociaka po drodze) i zatrzymał się tuż przed rodzicielką.
— Musisz bardziej dbać o higienę — wymamrotała Murena, nachylając się nad malcem i przejeżdżając szorstkim językiem po jego łebku.
Czy mu się to podobało, czy nie, musiał się jakoś prezentować.
<Bachorku słodki?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz