Dzień świecił jasno jak cholera. Obudziła się i zamrugała kilka razy, by jej wzrok się wyostrzył. Dopiero wtedy wstała i ziewnęła głęboko, przeciągając się. Nie nacieszyła się długo chwilą swobody, bo cień Lamparciej Gwiazdy już po chwili do niej dotarł. Wyprostowała się i skłoniła głowę.
— Chodź za mną. Ten dzień będzie dla ciebie wyjątkowy, jeśli pomyślnie przejdziesz trening.
Zaskoczyła się, ale bez zbędnych pytań ruszyła za mentorem, kiwając krótko głową. Gdy dotarli na polanę, kocur zatrzymał się. Za ich plecami rozlegały się szmery rozmów kotów korzystających z postoju.
— Twoim pierwszym zadaniem będzie wspiąć się na tamto drzewo — wskazał je ogonem. Drzewo faktycznie wyróżniało się na tle innych swoją wysokością; wspinała się jednak tak długo, że niemal nie czuła strachu. — Na mój znak. Gotowa?
Skinęła krótko głową i to wystarczyło, by przywódca wydał z siebie okrzyk, a ona rzuciła się pędem przez polanę. Przy okazji przeklnęła kamienie plątające się pod jej łapy. Gdy dotarła do pnia wskazanego drzewa, zaczepiła się o nie pazurami i zaczęła sunąć do przodu. Na starcie niepewnie, bo początkowa część drzewa była dość gładka, jednak później przyspieszyła. Dopiero, gdy przeminęła najwyższą gałąź, zeskoczyła na nią i obracając się, zaczęła schodzić w dół. Było to o wiele gorsze niż sama wspinaczka - ciężej było jej się utrzymać, a w dodatku była zmuszona patrzeć na ziemię. Nie miała lęku wysokości, ale wizja spadnięcia wciąż była nieprzyjemna. Zeskoczyła z drzewa, gdy była już blisko ziemi i popędziła znów do mentora.
— Dobrze. Udało ci się.
— Dzięki twojemu szkoleniu — dodała. Była to czysta prawda. Jego ćwiczenia nie były zbyt przyjemne, ale zawdzięczała mu swoje obecne umiejętności. Wolała być dla niego miła, a przy tym pokazywać swoje zdolności, by był z niej jakkolwiek dumny - na tyle, by jej nie skrzywdzić. Kąciki warg lidera uniosły się na moment, gdy wydał kolejny rozkaz.
— Teraz wytrop i upoluj po jednym z każdego rodzaju zwierząt. Ptak, gryzoń i gad.
Oblizała pysk. Była świetną tropicielką. Nie, żeby zbyt przeceniała swoje umiejętności... ale polowanie napawało ją szczęściem i euforią. Było rozluźnieniem, przerwą od codziennych spraw, od oddechu Lamparta , którego musiała czuć na sobie przez całe dnie. Można po prostu skupić się na tym, co się lubi.
Idąc przed siebie powoli, otworzyła pysk, by wchłonić zapachy. Czuła ich wiele; każdy z nich potrafiła rozróżnić. Ściółka leśna, poranna rosa, ale też charakterystyczny zapach myszy polnej. Ustawiła się pod wiatr, by nie zostać wykryta. Za to leśne zapachy szybciej wpadały do jej nozdrzy. Posuwała się do przodu, wzrok skupiając na podłożu. W niektórych częściach gleby widziała nawet jeszcze niezatarte ślady zwierzyny. Nie musiała długo czekać; dostrzegła poruszenie się w gęstej trawie, gdzie zapach stawał się intensywniejszy. Skradając się z pewną precyzją i techniką, której nauczył ją Lampart, rzuciła się do skoku i zgrabnym ruchem przebiła zwierzynie tchawicę. Wzięła ją w pysk, ignorując swąd krwi i zaniosła pod łapy czarnego, który skinął jej głową, obserwując bacznie jej poczynania.
Następny był ptak.
Z nimi było ciężej niż z inną zwierzyną łowną. Miały bardzo silny odruch odlatywania, gdy tylko wyczują zagrożenie lub głośniejszy czy bardziej charakterystyczny ruch. Postanowiła jednak improwizować. Wytropiła wróbla, który zresztą bardzo dobrze wtapiał się w otoczenie. Płaszcząc się na ziemi, posuwała się wolno i bezszelestnie do przodu, nie spuszczając z ofiary wzroku. Teraz czekała dłużej, nim wyskoczyła. Poderwał się, jednak zdążyła spowolnić go uderzeniem łap i wykorzystując tę chwilę, złapała go zębami za skrzydło. Ruszyła do mentora z jeszcze żywą ofiarą, prężąc się dumnie, jak kociak, który właśnie wygrał zapasy ze swoim rodzeństwem. Skróciła męki szarpiącego się ptaka, miażdżąc mu głowę przy mentorze. Po charakterystycznym trzasku kości położyła go pod jego łapami.
— Jeszcze ostatnia zdobycz. Nie trać passy — miauknął, nawet nie zaszczycając spojrzeniem tego co upolowała.
Z ostatnim zadaniem sporo się naszukała, zanim pod wilgotną skałą nie wyczuła szczególnego zapachu, który zwrócił jej uwagę. Okrążając głaz, dostrzegła brązowawo-zielone stworzenie. Czasami je widziała, ale raczej nie interesowała się nimi w kwestii polowania. Były jednak... przedziwną zwierzyną. I wbrew pozorom nie tak łatwą do złapania. Miały spory refleks i były szybkie. Zdołała jednak przygnieść to łapą, a następnie zabić jednym ściśnięciem szczęk. Ciało było tak cienkie, że przez chwilę bała się, że całkiem rozczłonkuje gada. Szybko jednak wróciła do mentora, kładąc ofiarę tam, gdzie resztę.
— Całkiem krótko ci to zajęło. Ostatnie zadanie to walka. Ze mną — napięła mięśnie, bo walka z Lamparcią Gwiazdą nie należała do niczego łatwego. — Żadnych zasad, żadnych przygotowań. Każdy krok jest dozwolony. Możesz się chować, możesz uciekać, możesz stanąć w otwartej walce czy wykorzystać spryt i umiejętności. Powodzenia.
Stanęła naprzeciw niego, czekając na znak, którego nie było. Kocur szybko rzucił się do przodu i wpadł na nią, sprawiając, że oboje potoczyli się do tyłu. Korzystając z okazji, uderzyła go w brzuch tylnymi łapami, zmuszając do odsunięcia się. Kocur wyskoczył, spadając na cztery łapy. Nie czekał na znak. Zaszarżował na nią. Kotka czuła odgłosy jego silnych łap. W chwili, gdy miał w nią uderzyć, skoczyła na drzewo, wspinając się do góry. Lampart zdążył skoczyć za nią, nim uderzył pyskiem w pień. Nie doradzał. Nie mówił, co ma robić i czego unikać. To już nie była nauka. To był test.
Wspinał się tuż za nią. Nie wiedziała, co robić. Nie mogła zejść na dół, a wespnięcie się wyżej będzie niebezpieczne. Niespodziewanie chwycił jej ogon. W tej chwili gwałtownie oderwała się od pnia i wylądowała na ziemi, przez chwilę pociągając za sobą kocura, który także spadł, ale wylądował bezpiecznie. Gdy się obróciła, by na niego spojrzeć, już go nie było. Czuła, jak futro jej się stroszy, gdy na polanie zapadła wyczekująca cisza. Nie miała pojęcia, skąd mogła się go spodziewać. Nie czuła jego zapachu; wiatr uniemożliwiał jej wytropienie go. Nie wiedziała, czy ją obserwował, czy nie. Dlatego wykorzystując moment, zaczęła się wspinać. Miała plan, ale ni chuja pewności, czy się powiedzie.
Wtedy Lampart wyszedł zza gęstych zarośli, z pewnym zdziwieniem na pysku. Zdziwieniem, że zrobiła to samo, co wcześniej - wspięła się na drzewo. Tak oczywisty krok.
Tym razem jednak nie zwlekała. Gdy czarny podszedł pod drzewo, puściła się kory i liczyła na traf. Spadła tuż na niego, przygniatając go swoim ciężarem. Kocur strząsnął ją z niego po chwili; poturlała się, wzbijając duże warstwy kurzu w powietrze. Udało jej się odzyskać równowagę, ale pył zupełnie zasłonił jej widoczność. Widziała jedynie czarne łapy biegnące w jej stronę. Rzuciła się do ucieczki. Nie miała kompletnie żadnego planu. Rozejrzała się po otoczeniu, nie zwalniając kroku. Trening nauczył ją, że powinna stać się jednością z otaczającym światem. Powinna wykorzystywać atuty swojego ciała i terenów, na których była. Ale co mogła wykorzystać?
Wtedy też dojrzała ostrokrzew. Skierowała swoje kroki w tamtą stronę; biegła jak błyskawica, a przy samym krzaku tylnymi łapami wzbiła pył w powietrze. Lampart dał się oślepić, ale to go nie spowolniło; a przynajmniej nie na tyle, by dać jej przewagę. Gdy ona przeskoczyła kłujący krzak, przywódca zrobił to samo ku jej rozczarowaniu. Na domiar złego, udało mu się ją złapać. Przybił ją mocno tylnymi łapami do ziemi; próbowała usilnie się wyrywać, ale na nic. Gdy zbliżył do niej pysk, złapała się go łapami i podciągnęła do góry, odbijając się tylnymi od ziemi. Wyskoczyła w inną stronę, omijając ostry krzak.
Nie mógł przewidzieć jej ruchu.
Biegła jak oszalała, ale dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że kocur nie biegnie za nią. Już po chwili zamiast z tyłu, wyskoczył jej z przodu. próbowała go oślepić, zaczepiając się łapami o jego oczy, ale wystarczyło, że uniósł pysk do góry, by zrzucić ją z siebie. Wpadła wprost w gęstwiny ostrokrzewu, czując jak jedna z czerwonych jagód rozpryskuje się na jaśniejszej części jej futra. Skrzywiła się, czując kłujący ból na całym ciele. Kocur dopadł do niej, ale nie wszedł w ostrokrzew, dobrze wiedząc, że mógłby oberwać. Kotka jednak musiała zmusić się do ucieczki. Wyśliznęła się z krzaka i zaczęła biec, kryjąc się za drzewami i zaroślami. Wciąż słyszała tupot biegnącego za nią mentora. Rzucił się na nią, a ona nie zdążyła nawet się ruszyć. Zmęczona, poraniona, brudna nie miała szans uciec. Kocur przygwoździł jej tylne łapy do ziemi swoimi tylnymi łapami, żeby nie zaczęła go kopać. Nie zbliżył do siebie jej pyska, jednak gdy podniósł łapę, by położyć ją na jej klatce piersiowej, wywinęła się w drugą stronę i złapała ją w zęby. Kocur nie dał jednak za wygraną. Szarpnął łapą i położył ją na jej głowie, przyciskając ją do ziemi. Napięła mięśnie i włożyła wszystkie siły, żeby się uwolnić. Widziała, jak czarny powoli otwiera pysk, prawdopodobnie by uznać swoją wygraną. Zanim jednak to zrobił, ruszyła tylną łapą w bok, sprawiając, że ta Lamparta musiałaby się wykręcić, by ją utrzymać. Kocur był zmuszony ją odsunąć, i korzystając z tego, uczennica kopnęła go łapą w brzuch. Na moment lider skulił się, ale tylko chwila wystarczyła, by znów zaczął za nią biec.
Dosyć bycia ofiarą.
Skręciła gwałtownie i tym razem zamiast uciekać, szarżowała. Czarny wyskoczył w górę, gdy przyspieszyła kroku. Była na to jednak przygotowana i nie przestała biec. Wskoczyła na pień drzewa i odbiła się od niego; znów była za liderem. Nie pozwoliła sobie na zwolnienie tempa. Nim ten zdążył się obrócić, przycisnęła go do drzewa łapami. Teraz, po ciężkim treningu, jej siła i wytrzymałość dorównywała tej jego. Nie powinna była unikać otwartej walki.
Chociaż kocur opierał się, nie mogła się dać. Nie mogła pozwolić sobie na chwile słabości. Wciąż miała napięte mięśnie, chociaż momentami nacisk słabł, a przeciwnik bliski był wykorzystania tego. Teraz po prostu... siłowali się. Raz. Dwa. Trzy.
Musiała tak wytrwać minutę i wygrana była jej. Było to jednak ciężkie z siłą przywódcy. Jego łapy nie przestawały naciskać jej klatki piersiowej. Tak samo jak jej.
— Koniec.
Nikt nie mógłby sobie wyobrazić, jak bardzo ucieszyły ją te słowa. Rozluźniła mięśnie i położyła się na trawie, jakby nie spała przynajmniej od trzydziestu księżyców. Czarny także złapał niezłą zadyszkę, ale nie pozwolił sobie na odpoczynek.
— Prawie cię miałem. Obróciłaś swoją sytuację. Ciekawe — miauknął. — Poradziłaś sobie z każdym zadaniem, jakie ci dałem. Nawet z walką, która nie należała do łatwych z całą pewnością. Jesteś gotowa na mianowanie na wojowniczkę.
Nie mogła uwierzyć własnym uszom. Ona? Wojowniczką?
Zachłysnęła się własną śliną i od razu wstała na łapy.
— Przygotuj się, bo wyglądasz, jakby rozdeptało cię stado dzików. Chcę, by moja uczennica wyglądała porządnie w takim dniu. — miauknął, na co skinęła głową. Była w tej chwili najszczęśliwszym kotem na świecie.
* * *
Gdy klany zatrzymały się znów na narzucony przez Wilczaków idących przodem postój, Lamparcia Gwiazda wskoczył na jakiś omszony głaz, podczas gdy cały klan zebrał się, ciekawy, co takiego się stało. Lisia Łapa była już czysta, zdążyła także odpocząć; szła na uroczystość z dumnie uniesioną brodą i ogonem, a także zaskakującym spokojem w oczach. Była gotowa.
Stanęła pod głazem, naprzeciw swojego mentora. Kątem oka wpatrywała się w tłum, w tym jej rówieśników, rodzeństwo i kochaną mamę, która patrzyła się na nią z dumą w oczach.
—Ja, Lamparcia Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika.
Wsłuchiwała się w to uważnie. Jej chwila. Czuła na sobie mnóstwo spojrzeń.
— Lisia Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysiegam. — odparła drżącym z podekscytowania głosem.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Lisia Łapo, od tej pory będziesz znana jako Lisi Ognik. Klan Gwiazdy ceni twoją zaradność, a także odwagę, a my witamy cię jako nową, pełnoprawną wojowniczkę Klanu Klifu.
Czarny zeskoczył z głazu i zbliżył się do niej, a ona oparła głowę na jego barku. Dopiero, gdy się od niego odsunęła, klan zaczął skandować jej imię.
— Lisi Ognik! Lisi Ognik! — słyszała wśród tych głosów Wilka. Kochanego braciszka. Morze, Krewetkę, mamę. Wujek też skandował jej imię. Cały klan witał ją jako wojowniczkę.
Gdy wszyscy zaczęli się rozchodzić, a jedynie rodzina czekała, by z nią porozmawiać, Lampart zaczął mówić.
— Jako moja uczennica reprezentujesz mnie nawet po mianowaniu. Zachowuj się należycie i używaj tego czego cię nauczyłem, by służyć mnie i klanowi. — miauknął, wbijając w nią swój wzrok.
— Oczywiście, Lamparcia Gwiazdo — skinął głową i odszedł, a ona obróciła się w stronę rodziny. W tej chwili on nie był ważny. On i jego wariactwo. Przytuliła się do matki, która zaczęła troskliwie lizać ją po pyszczku.
— Brawo, kochanie. — wymruczała.
Resztę czasu spędziła przy rodzeństwie, które również gratulowało jej mianowania. Ognik. Mały płomyk, który w istocie jest niebezpieczny. Ognik w dwa uderzenia serca może zamienić się w zabójczy pożar, jeśli nie będzie się ostrożnym.
Taka też była. Na pozór nieszkodliwa, ale zrobiłaby wszystko za bliskich i wartości, na których jej zależy. Imię pasowało do niej idealnie i... w gruncie rzeczy była z niego dumna.
Tej nocy nie będzie spała jak reszta. Nawet, jeśli nie mogła czuwać przed obozem, ze względu na przeprowadzkę.
Gwiazdy świeciły wyjątkowo jasno.
[przyznano 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz