*zgromadzenie*
Z dumnie uniesioną głową i futrem wyczyszczonym do perfekcji, po królewsku maszerował na zgromadzenie. Jego ruda szata delikatnie falowała przy każdym kroku, ciesząc oko każdego, kto szukał perfekcji.Musiał się godnie reprezentować. Siebie i swoją rodzinę. Bo kto, jeśli nie on? Było to jego pierwsze zgromadzenie i mimo, lekko mówiąc ciekawych opowieści, z niecierpliwością wyczekiwał wymarszu z obozu. Kamień nareszcie go wzięła. Straucha może nareszcie zaczęła rozumieć, że prezentuje Klan Burzy jako gówno i potrzebuje pomocy rudych by sobie poradzić.
Z perspektywy czasu głupim było zakładać, że nic większego tej nocy się nie stanie. Leśna Łapa miał zamiar pomęczyć Zwęglony Kamień. Na tym miała się kończyć jego rozrywka, jego plan. Jednak los, a raczej Mroczna Puszcza miała inne plany. Ze znudzeniem i irytacją patrzył, jak czarny ogon oddala się w tłumie. Jak znika, zostawiając za sobą parę śladów. Usłyszał pierwszy grzmot. Jego oczy rozświetliła podniebna bitwa, gdy nagle, wszystko wokół ucichło. Zaniepokojone pomruki kotów, przerażone piski czy okrzyki zdziwienia. Nawet pioruny ucichły, by zaraz raz po raz odezwać się na nowo, jednak jakby z oddali. Wtem ciemność spowiła jego wzrok, a łapy jakby oderwały się od ziemi. Czuł zapach własnego strachu. Nie wiedział, co się działo. Próbował obracać głową, szukając czegokolwiek innego niż nienaturalna czerń, jednak nie czuł własnych mięśni. Pustka zalała jego płuca, a strach napędzał coraz płytszy oddech.
- Nie bój się, Pożarze - ciepły głos odezwał się nagle, poprzedzony dźwiękiem krwistej kropli roztrzaskującej się o ziemię. - Wiesz, kim jestem?
Obecność bytu przyniosła mu dziw. Dziwne poczucie bezpieczeństwa, ciepła, ukojenia. I mimo, że nie widział postaci, która do niego mówi, miał wrażenie, że skądś znał ton czy charakter głosu.
- Przyszłam pokazać ci siłę, mój prawnuku. Prawdziwą siłę.
Po tych słowach odzyskał połowę wizji. Nie czuł łap, jednak wiedział, że poruszają się do przodu. Nie on jednak kontrolował swoje ciało. Dusza zmarłej kocicy przejęła jego mięśnie, jego skórę, jego nerwy, robiąc sobie z niego marionetkę. Jednak on nie widział tego w ten sposób. Dla rudego zaszczytem było, że Piaskowa Gwiazda, we własnej osobie postanowiła obdarzyć go czymś tak wyjątkowym, niezwykłym. - Kamienna Gwiazdo - ryknął donośnie obcym głosem, zwracając na siebie uwagę liderki. Głos wydobywający się z rudej gardzieli łatwo było rozpoznać, a jedno ze ślep kocura zabłysło złotem. - Zrywam moją obietnicę. Tej nocy żadne prawo nie będzie dłużej obowiązywać. Klan Gwiazdy polegnie, a wasze ciała spłoną na tych terenach.
Kontrolowany przez Piasek, z prędkością błyskawicy doskoczył do Zwęglonego Kamienia, powalając go na ziemię w akompaniamencie grzmotu. Wgryzł się w jego gardło, a gdy topił kły w czarnym ciele, z rudego nosa poszła strumyczkiem krew, a z lewego, wciąż pomarańczowego ślepia spłynęło parę łez, które po chwili mógł zasmakować zmieszanej z krwią czarnego.
Nie wiedział, co się dzieje. Nie panował nad swoim ciałem. Nie panował nad mową, ruchami, niczym. Nie było dłużej jego. Mógł tylko patrzeć, co robiła z nim Piaskowa Gwiazda.
Powinien czuć się dumny? Powinien cieszyć się, że to jego wybrała, by pokazać swą siłę? Biorąc głębokie oddechy, które rozpływały się w pożyczonych płucach, patrzył prosto w przerażone, brązowe ślepia. Parę kropel krwi spadło na czarny pysk, który skrzywił się przy kontakcie z nią. Zobaczył swoje odbicie w brunatnej tafli i pierwszy raz mógł zrozumieć, co czuł Zwęglony Kamień. Gdyby nie Piaskowa Gwiazda, rudy uciekałby w popłochu, szukając najbliższej kryjówki. Bał się, cholernie się bał tego co zobaczył. Ten pysk nie był jego, ten wzrok nie był jego.
Po zgromadzeniu wiedział, z pewną ulgą przyjął do wiadomości to, że mieli się przeprowadzić. Że mógł opuścić to miejsce. Mimo zaszczytu, jakiego doznał, nie czuł się tak wspaniale. Przecież powinien być zachwycony. Powinien skakać ze szczęścia, że babcia wybrała akurat jego. A czuł się... obco. To uczucie potęgowało tylko to dzienne spojrzenie Zwęglonego Kamienia. Gdyby nie on, prędzej zapomniałby o tym zgromadzeniu.
Obecność bytu przyniosła mu dziw. Dziwne poczucie bezpieczeństwa, ciepła, ukojenia. I mimo, że nie widział postaci, która do niego mówi, miał wrażenie, że skądś znał ton czy charakter głosu.
- Przyszłam pokazać ci siłę, mój prawnuku. Prawdziwą siłę.
Po tych słowach odzyskał połowę wizji. Nie czuł łap, jednak wiedział, że poruszają się do przodu. Nie on jednak kontrolował swoje ciało. Dusza zmarłej kocicy przejęła jego mięśnie, jego skórę, jego nerwy, robiąc sobie z niego marionetkę. Jednak on nie widział tego w ten sposób. Dla rudego zaszczytem było, że Piaskowa Gwiazda, we własnej osobie postanowiła obdarzyć go czymś tak wyjątkowym, niezwykłym. - Kamienna Gwiazdo - ryknął donośnie obcym głosem, zwracając na siebie uwagę liderki. Głos wydobywający się z rudej gardzieli łatwo było rozpoznać, a jedno ze ślep kocura zabłysło złotem. - Zrywam moją obietnicę. Tej nocy żadne prawo nie będzie dłużej obowiązywać. Klan Gwiazdy polegnie, a wasze ciała spłoną na tych terenach.
Kontrolowany przez Piasek, z prędkością błyskawicy doskoczył do Zwęglonego Kamienia, powalając go na ziemię w akompaniamencie grzmotu. Wgryzł się w jego gardło, a gdy topił kły w czarnym ciele, z rudego nosa poszła strumyczkiem krew, a z lewego, wciąż pomarańczowego ślepia spłynęło parę łez, które po chwili mógł zasmakować zmieszanej z krwią czarnego.
Nie wiedział, co się dzieje. Nie panował nad swoim ciałem. Nie panował nad mową, ruchami, niczym. Nie było dłużej jego. Mógł tylko patrzeć, co robiła z nim Piaskowa Gwiazda.
Powinien czuć się dumny? Powinien cieszyć się, że to jego wybrała, by pokazać swą siłę? Biorąc głębokie oddechy, które rozpływały się w pożyczonych płucach, patrzył prosto w przerażone, brązowe ślepia. Parę kropel krwi spadło na czarny pysk, który skrzywił się przy kontakcie z nią. Zobaczył swoje odbicie w brunatnej tafli i pierwszy raz mógł zrozumieć, co czuł Zwęglony Kamień. Gdyby nie Piaskowa Gwiazda, rudy uciekałby w popłochu, szukając najbliższej kryjówki. Bał się, cholernie się bał tego co zobaczył. Ten pysk nie był jego, ten wzrok nie był jego.
Po zgromadzeniu wiedział, z pewną ulgą przyjął do wiadomości to, że mieli się przeprowadzić. Że mógł opuścić to miejsce. Mimo zaszczytu, jakiego doznał, nie czuł się tak wspaniale. Przecież powinien być zachwycony. Powinien skakać ze szczęścia, że babcia wybrała akurat jego. A czuł się... obco. To uczucie potęgowało tylko to dzienne spojrzenie Zwęglonego Kamienia. Gdyby nie on, prędzej zapomniałby o tym zgromadzeniu.
[przyznano 20%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz