Zgromadzenie przemijało raczej dobrze. Rozmawiała od czasu do czasu z napotkanymi kotami, cieszyła się chwilą wolności od siedzenia z tą bandą nierudych idiotów; jedyne co tak naprawdę było irytujące, to Kamienna Gwiazda, siedząca na skale - nic nie irytowało ją bardziej niż jej widok. Kotka, która odebrała życie kochanej prababci. Kotka, która bezczelnie i bezprawnie zajęła jej miejsce. Która nie rozumie porządku świata. Nie lepsza była reszta liderów, również nierudych, chociaż i ci potrafili mieć garść rozumu.
Dopiero, gdy powietrze przeciął grzmot, nastroszyła lekko futro, chociaż wciąż nie przejęła się tym tak bardzo. Dopiero, gdy szkarłat oblał śnieg pod skałą, z której przemawiali liderzy, poczuła jak zdziwienie oblewało ją niczym zimna woda. Nie zdawało jej się, nie mogło, w końcu widziała strach wymalowany na oczach kotów innych klanów. Nie pozwoliła sobie na okazanie tej słabości, mimo że intuicja podpowiadała jej, że gdy działo się coś takiego, należało oddalić się i obserwować. Liczyła, że tajemnicze zjawisko zabije Kamienną Gwiazdę, która bezwstydnie opowiadała o sobie jako o liderce Klanu Burzy. Nie była ją. Nie miała zamiaru jej uznawać. Była tylko samozwańczą idiotką. Nie zasłużyła na to miejsce. Nie zasłużyła, by wciąż żyć. Żałosna kreatura. Odebrała im wszystko.
Cofnęła się, ale długo nie musiała czekać - Klan Burzy wyruszył w podróż powrotną, za - niestety - wciąż żywą i zdrową liderką.
* * *
jeszcze zimą
Koperkowy Powiew towarzyszył jej, gdy przemierzali tereny w poszukiwaniu zwierzyny. Bezskutecznie. Trzeba było mieć szczęście, by coś wypatrzeć, a jeszcze większe, by upolować. Spowalniało ich osłabienie. Nic nie było dobrze. Oczywiście, że była to wina zasranej Kamiennej Gwiazdy. Wilczaki wyglądały, jakby w ogóle nie dotknął ich głód. Można? Można. To pokazywało, jak okropną była liderką. Jak nie nadawała się na to stanowisko.
Prychnęła pod nosem.
Wyczuła nagle obcy zapach, który sprawił, że jej sierść zjeżyła się momentalnie. Obróciła się w kierunku swojego mentora. Koper szedł jak gdyby nigdy nic. Czy to starość odebrała mu zmysły?
— Nie jesteśmy sami — ostrzegła go, strzygąc uszami. Co jak co, ale nie zamierzała pozwolić, by coś go zabiło. Słyszała trzask łamanych gałęzi. Ten dziwny zapach...
Nim Koper zdążył odpowiedzieć, jakiś samotnik rzucił się na niego, powalając na ziemię. Wojownik wrzasnął krótko, po chwili zaczynając natarczywie kopać przeciwnika łapami. Uczennica nie zamierzała stać jak ostatni kołek i rzuciła się do przodu, skacząc pazurami na intruza. Jego głodne oczy wręcz pożerały ją od środka. Wariat. Głód odbijał się na wszystkich.
Przorała mu pysk pazurami, po chwili czując, jak kły samotnika wbijają się w jej łapę. Syknęła i cofając się, skoczyła, przewracając go. Potoczyli się po śniegu, robiąc za sobą ślady. Piekący ból przeszedł przez jej ciało, gdy wgryzł się w jej szyję. Ona za to wysunęła pazury i wbijała je w twarz samotnika, usiłując go oślepić. Podziałało, bo już wkrótce musiał przerwać walkę, by otrzeć się z krwi zasłaniającej jego widoczność. W chwili nieuwagi przyszpiliła go do ziemi, sycząc wściekle. Jej pazury zabłysnęły; zanim jednak zadała cios, kot wydał z siebie syk i przewracając ją na grzbiet, uciekł z pola walki.
Spojrzała na zakrwawiony śnieg, a potem na oszołomionego mentora.
— Powinienem był go wcześniej wyczuć... — rzucił jej wdzięczne spojrzenie, ale i błysk poczucia winy.
— Powinieneś — wysapała oschle. Nic nie powiedziała, jedynie podwijając ogon pod siebie ruszyła w kierunku obozu. Rudzielec westchnął i podążył za nią.
[przyznano 40%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz