— No idź, że — burknęła kocica, pokasłując cicho.
Lekkie przeziębienie złapało Cisowe Moczary, przez co powrót Pigwy do klanu opóźnił się o więcej niż myślał. Był ciekaw co się tam dzieje po śmierci ojca i gdyby nie rozchorowanie się staruszki już dawno, by tam był. Podczas zbierania ziół często myślami odlatywał w stronę rodzinnego klanu, zastanawiając się kogo wybrała na nowego zastępcę jego babcia. Na początku rozmyślał nad Szakłakowym Cieniem, ale patrząc na wiek wojownika nie sądził, że go weźmie. Biały Kieł też raczej odpadał, podobnie jak Borsuczy Warkot. Może Karasiową Łuskę? W końcu była dobrą i doświadczoną wojowniczką. Na wspomnienie o biało-kremowej westchnął cicho. Brakowało mu kotki oraz jej wesołej paplaniny. Cis jeśli już tylko marudziła.
— Słuchasz ty mnie — syknęła staruszka i trzepnęła ogonem.
Pigwa podniósł wzrok z nad ziółek szybko na kotkę.
— Jak takiś zakochany to idź do niej, a nie będziesz mi tu dniami wdychać. Idź, idź, dzieło swoje obejrzysz. — mruknęła kocica, przeciągając się leniwie. — Albo złap mi obiad w końcu.
— Nie jestem zakochany! — miauknął Pigwowy Kieł, lecz widząc wredny uśmiech kocicy, wiedział, że nie ma co się z nią kłócić.
Położył uszy, kierując łapy do wyjścia.
— Zaraz wracam.
Spojrzał niepewnie w stronę terenów Klanu Nocy. Teraz już nic mu nie groziło. Na dodatek nikt nie miał nic na niego. W końcu nie było go tam. Westchnął cicho, starając się zignorować drżenie łap. Nie miał czego bać. Ruszył w stronę położonego na środku jeziora, wierząc, że wszystko będzie dobrze. Przecież najgorsze już było za nim. Szybkim krokiem przemknął się w pobliżu lisiej nory, wpadając do dobrze mu znanego lasu. Odetchnął z lekko ulgą. Na razie nic złego go nie spotkało. Las był taki cichy i spokojny. Ciche skrzypnięcie śniegu sprawiło, że kocur odwrócił się za siebie. Zdołał tylko ujrzeć uciekającą czarną plamę. Pigwa poczuł jak serce mu przyspiesza. Rozejrzał się nerwowo. Był pewien, że to mu się nie przewidziało. Postawił niepewnie łapę na skrzypiącym śniegu. Westchnął cicho. Musiało mu się przewidzieć. Mało kto z jego współklanowiczów się tutaj zapuszczał o tej porze roku. Śnieg spadł z gałęzi nad nim. Pigwa niepewnie podniósł wzrok, by ujrzeć wredny uśmiech Borsuczego Warkotu nad nim. Pisnął przerażony, a wojownik zeskoczył prosto na niego.
* * *
Otworzył niepewnie ślipia. Głowa bolało go niemiłosiernie. Rozejrzał się szybko. Był w obozowisku. Wokół niego stłumiony koty przyglądały się mu z niezadowoleniem. Niektóre na niego prychały, inne syczały. Szybko wyłapał smutny wzrok Karasiowej Łuski. Ta spotkawszy się z jego spojrzeniem, smętnie spuściła łeb. Pigwa nie rozumiał co się dzieje. Spojrzał przed siebie i ujrzał swojego ojca. Ten przyglądał się mu z obrzydzeniem. Kocurek zamrugał niespokojnie, nie rozumiejąc co tu się dzieje. Przecież Karaś miała dać mu rybę z trucizną. Miał paść. Miał umrzeć w męczarniach za to wszystko co mu zrobił. Jemu i jego rodzinie. Pokręcił łebkiem nerwowo. To nie mogło się dziać naprawdę. Aroniowy Podmuch miał nie żyć. Widząc biało-czarnego na gałęzi, z której zwykle przemawiała jego babcia nastroszył futro mimowolnie. Gdzie była Pstrągowa Gwiazda?
— Skąd ten niezadowolony wzrok? — przemówił Aroniowy Podmuch. — Przecież dopiąłeś swego przebrzydły zdrajco.
Ściszone szepty rozległy się wokół niego. Pigwa rozejrzał się, nie rozumiejąc o co chodzi.
— Cze-czego dopiąłem? — jego głos tak żałośnie drżał.
Ojciec prychnął, zeskakując z gałęzi. Dumnie krocząc, podszedł do niego. Pigwa spuścił wzrok.
— Oh, czyli znów udajesz marną mysią strawę? Morderstwa, Pigwowy Kle. Morderstwa Pstrągowej Gwiazdy! Morderstwa własnej babci!
Pigwa położył uszy, rozglądając się dookoła siebie. Nie rozumiał co się dzieje. Przecież nie zrobiłby tego własnej babci. Nigdy. Pstrągowa Gwiazda może nie była najlepszą krewną, jaką mógł sobie wymarzyć, ale kochał ją. I był przekonany, że ona na swój dziwny sposób też. Coś się tu mu nie zgadzało. Przecież Aroniowy Podmuch miał zginąć. Nie jego babcia. Nie sądził, żeby ktokolwiek z Nocniaków odważył się na to. Widząc odchodzące biało-kremowe futro, pewna myśl błysnęła mu w łbie. A co jeśli Karasiowa Łuska... nie. To nie mogło się stać. Łzy zapłynęły do żółtego ślipia.
Czyżby faktycznie on był częściowo odpowiedzialny za śmierć babci?
— Łzami nic nie zadziałasz — syknął zirytowany lider. — Widzę, że nawet na marne tłumaczenie cię nie stać. Borsuczy Warkocie. Zrób z nim porządek.
Ojciec bezwzględnie zmierzył go wzrokiem. Pigwa zerknął ukradkowo w stronę Jesionowego Wichru. Pewnie on został nowym zastępcą. Zawsze był pupilkiem Aroniowego Podmuchu. Pigwa miał wrażenie, że ojciec woli go od niego. W końcu kto by niech chciałby mieć takiego syna jak Jesionowy Wicher. Idealnego wojownika, mentora, przyjaciela. Pokręcił łbem ze zrezygnowaniem. Spotkawszy się z wzrokiem czekoladowego jedynie zadrżał mimowolnie.
— Borsuczy Warkocie...? — naglił go świeżo upieczony lider.
Biało-czarny prychnął.
— Sam se brudź łapy — syknął krnąbrny wojownik, odchodząc z wysoko uniesionym ogonem.
Aronia wbił pazury w śnieg, mamrocząc coś pod nosem. Trzepnął ogonem i odwrócił znów w stronę syna. Pigwa zerwał się na łapy. Bacznie przyglądał się ojcu, a ten mu. Poczuł jak serce mu przyspiesza. Nie miał zamiaru umierać. Nie dziś. Musiał kto się zająć Cisowymi Moczarami. Nie mógł zostawić staruszki samej sobie. Rozejrzał się i wskakując na grzbiety Nocniaków, zaczął uciekać ku wyjściu z obozu. Aronia wrzeszczał do niego niezrozumiałe słowa w gniewie. Zdezorientowany tłum przyglądał się pędzącemu Pigwie i tuż za nim Aroniowej Gwieździe. Nieliczni, którzy akurat nie przyglądali się z uwagą pościgowi, próbowali stanąć na drodze kocurka, lecz ten sprawnie prześlizgiwał się pod nimi. Poziomkowy Blask dostał pazurami po pysku za złapanie go za kark. Zbliżał się już do wyjścia, gdy drogę z łzami w ślipiach zablokowała mu Karasiowa Łuska.
— Pigwo proszę. — pisnęła smutno. — Zostań. Wyjaśnij im to. Ja wiem, że ty tego nie zrobiłeś.
Pigwa pokręcił smutno łeb i zeskoczył na śliski lód. Ten nieprzyjemnie zachrypiał mu pod łapami, pękając w wielu miejscach.
— Wracaj tu Pigwowy Kle! Przeklęty tchórzu! Wracaj i odpowiedz za swoje zbrodnie! — krzyczał Aronia, wskakując na lód za synem.
Jesionowy Wicher złapał go za ogon, miaucząc coś o słabo wytrzymałym lodzie. Aronia prychnął, rozkazując swym wojownikom obejść jezioro z każdej strony. Albo Pigwa zejdzie z niego, albo padnie z głodu i przemarznięcia. Arlekin słysząc to, zadrżał. Mógł nigdy nie wracać. Niepotrzebnie wpakował się w sidła śmierci. Był taki głupi. Cisowe Moczary by już dawno przetrzepała łeb. Gromada kotów wymaszerowała z obozowiska, a Pigwa zrozumiał, że ma coraz mniej czasu. Gnał w stronę bagien po trzaskającym lodzie. Każde z uderzeń serca mogło być jego ostatnim. Lód w wielu miejscach był zbyt lichy by go utrzymać. Gruszkowy Upadek i Pluskający Ogon już pod nim zginęli. Może i jego czekał taki los. Już wolał to niż śmierć z łap ojca.
— Pigwowy Kle! Pigwo, zatrzymaj się! — wrzeszczały za nim koty, z którymi spędził większość swojego życia.
Zwinkowy Ogon jako jedna z lżejszych kotek w obozowisku wskoczyła na lód za nim. Z drugiej strony zamarzniętego jeziora biegła Puszyste Futro. Był coraz bardziej w dupie. Przyspieszył, wskakując w gęste zarośla. Ostre i zamarznięte liście, boleśnie zaczepiały o jego pysk, a łapy brodziły w zimnej wodzie, przez popękany lód. Krzyki za nim nie ustawały. Czuł, że uderzenie serca zadecydują o tym, czy wyrwie się dwóm wojowniczkom. Pozostali z pościgu musieli przekroczyć rzekę, a na raz nie mogli wszyscy na raz. Tym bardziej, że ta popękana już miejscowo przez nurt i kamienie nie dawała się do takich przepraw.
— Wracaj! Wronia strawa! — oburzyła się Puszyste Futro, czując jak futro przesiąka jej wodą. — Wracaj tu, Pigwowy Kle!
Łapy Pigwy uderzyły o suchy ląd. Smród lisów otaczał go z każdej strony. Rudzielce były niedaleko. Nic dziwnego, w końcu znajdowali się niedaleko ich nory. Arlekin widząc ruszające się nerwowo pałki i tartaki wystrzelił w głąb dawnych terenów Klanu Lisa, licząc, że w norze Cis uda mi się przeczekać pościg.
;-;
OdpowiedzUsuń