Był tak bardzo dumny. Jego dzieci właśnie wkraczały powoli w dorosłość. Aż dziwne, że te małe kulki za ileś księżyców, będą dorosłymi kotami. Czas tak szybko mijał. Obiecał sobie nie płakać i dotrzymał słowa. Z uśmiechem obserwował mianowanie, mając nadzieję, że kociaki przestaną sprawiać tak dużo problemów.
Nagle jego synek Kacza Łapa podbiegł do zastępcy, z uniesionym ogonkiem i błyskiem w oczach.
— Tato, zostałem uczniem, widziałeś? — podskoczył. — Tylko mój mentor jakiś taki dziwny... ale obiecuje, że będę pracował baaardzo ciężko! Nagle jego synek Kacza Łapa podbiegł do zastępcy, z uniesionym ogonkiem i błyskiem w oczach.
Zawahał się na uderzenie serca. Powoli podszedł o krok bliżej, a potem wtulił w sierść Jesionowego Wichru, przytulając się do taty i cicho mrucząc.
— Kocham cię, tato.
- Też cię kocham - Odwzajemnił przytulenie, liżąc go językiem po łebku. - Trenuj pilnie, aby w przyszłości być silnym wojownikiem.
- Będę! - miauknął nowo mianowany uczeń.
Jesionowy Wicher wstał i podszedł z synem do Brzoskwiniowej Bryzy i czekającej obok niej, dwójki swoich pociech.
- Dziś jest wasz dzień. Oznacza to, że całą rodziną pójdziemy na wycieczkę - zaczął.
Szybko wyjaśnił im zasady. Dozwolone były zabawy w śniegu i pytania. Chciał tylko, aby za bardzo się nie oddalali, ponieważ nie znali jeszcze dobrze terenów. Kiedy uzyskał od całej trójki zgodę, udał się przez zwalony pień, prowadząc swoje potomstwo w nieznany rejon. Może i nieco się pośpieszył, bo tereny będą pokazywane przez ich mentorów, jednak chciał być świadkiem ich zdziwionych pyszczków, które zaczynają pojmować, że świat jest znacznie większy niż obóz. Przy jego boku szła Brzoskwiniowa Bryza, która dała Smarka i Zarazę pod chwilową opiekę Zbożowego Kłosu. Miło było spędzić czas z rodziną. Nie odeszli jednak zbyt daleko, ponieważ nie mieli czasu, aby wracać do obozowiska, przez nieokreślone uderzenia serca. Dlatego też zaszli do lasu i tam pozostali, nie wkraczając za daleko. To nie podobało się Malinowej Łapie, jednak zapomniała o tym dość szybko, kiedy Kacza Łapa zaproponował jej wyścig. Jesionowy Wicher postanowił dołączyć i cała trójka ścigała się wesoło, kiedy Jesiotr wraz z Brzoskwinką lepili ze śniegu kocią sylwetkę.
Dzień spędzony na zabawie, jednak musiał kiedyś dobiec końca i cała piątka wróciła do obozu, udając się na spoczynek. Jesionowy Wicher życzył swoim kociakom miłych snów i udanego treningu, udając się ze swoją partnerką do legowiska wojowników. Sześć księżyców, tyle minęło odkąd kocica opuściła to miejsce. Teraz mogli na nowo zasnąć przy sobie, tuląc się do swoich futer. Był szczęśliwy.
***
Wieść o śmierci Szakłakowego Cienia mocno go zaskoczyła. Wiedział, że kocur był już podstarzały i to była kwestia czasu, kiedy Klan Gwiazdy go do siebie zabierze. Mimo to... Pozostał smutek i dziwna pustka. To już trzeci bliski mu kot, który umarł w porze nagich drzew. Kocur był dla niego jak drugi mentor. Doradzał mu, pomagał. Byli przyjaciółmi. Zawsze mógł na niego liczyć. Przynajmniej wiedział, że udał się do Klanu Gwiazdy i był szczęśliwy, ponieważ mógł spotkać się ze swoimi bliskimi.
Za bardzo nie rozumiał, co się dzieję, ale tyle śmierci w tak krótkim czasie, odcisnęło na nim swoje piętno. Cierpienie rozdzierało jego duszę, aby zgasnąć i pozostawić zimny smutek. Oczywiście starał się być zawsze pogodny, z uśmiechem podchodzić do wszystkich, nie ukazując jak wiele przecierpiał. To wszystko narastało, a on to w sobie dusił. Nawet obecność Brzoskwiniowej Bryzy nie pomagał mu, aby zrzucić z siebie to brzemię.
Dziś rozdawał patrole. Patrząc na te koty bał się, że za niedługo oni wszyscy zginą, a on... On zostanie sam. Jego wzrok nerwowo zerkał na Białego Kła. Czuł, że niedługo śmierć zabierze i jego. Też miał sporo księżyców na karku. Wziął oddech. Musiał się uspokoić i wyrzucić te czarne myśli z głowy. Było to jednak trudniejsze niż przypuszczał. Czyżby to był zaczątek czegoś większego? Powinien chyba udać się z tym do medyków. Takiego stresu chyba nikt jeszcze nie doświadczył, a on żył i funkcjonował normalnie, kiedy powinien leżeć otumaniony ziarnami maku.
Mimo tego, że życie dawało mu w kość, musiał wziąć się w garść. Był zastępcą. To zobowiązywało do odpowiedzialności. Akurat jego uwagę przyciągnęły jakieś krzyki. To Kaczorek i jego mentor. Miał pewne obawy przed decyzją Aroniowej Gwiazdy, aby to on uczył jego syna. W końcu zabił Lodowy Szpon, jego siostrę. To jasne, że nie darzył go ciepłymi uczuciami, nawet jeśli kotka starała się zabić własne młode, to nie zasługiwała na taki koniec. Na dodatek na JEGO oczach.
Wstał na łapy i podszedł do awanturującego się towarzystwa.
- O co chodzi?
<Kacza Łapo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz