BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 maja 2026

Od Borowika CD. Kurki

Jej. Patrol. Patrol. Idziemy na patrol. Mój pierwszy patrol.
Muszę przyznać, że nie mogłem się doczekać pójścia na patrol, odkąd tylko mój mentor o nim wspomniał. Od rana chodziłem w kółko po obozie, próbując zwizualizować sobie każdą możliwą trasę patrolu, wyznaczyć możliwe problemy i niebezpieczeństwa oraz niemożliwe sposoby ich przezwyciężenia. Mówiłem też w międzyczasie wszystkim, że idę na patrol. Nie wiem, dlaczego nikt inny nie wydawał się tak podekscytowany jak ja faktem, że idę na patrol. Zwłaszcza, że ja rzadko jestem podekscytowany.
Patrol. Patrol.
Nie wiem tak właściwie, co robi się na takowych patrolach. Znam jedynie teorię. Należy pilnować, by nikt nieupoważniony nie przekraczał naszej granicy. Sprawdzać, czy jest bezpiecznie. Czy nie ma groźnych zwierząt jak wściekłe liski czy bobry. I… nie pamiętam więcej. Tylko tyle zapamiętałem z tego, co mówił mi Kurka.
I w końcu wyruszyliśmy. Ale już byłem mniej podekscytowany. Całą energię zdążyłem już wyczerpać, ekscytując się non stop w ciągu dnia. Ale dobra. I tak jest fajnie.
Podążyłem za resztą patrolu i Kurką, ja szedłem najbardziej z tyłu. W razie ataku, jest to najmniej strategiczna pozycja, jednakże z drugiej strony (metaforycznej, nie z drugiej strony w znaczeniu z przodu) mam dwadzieścia pięć procent szans na to, że będzie to jednak ta najlepsza. Gdyby niebezpieczeństwo nadeszło z przodu lub z jednego z boków. Dlatego wybrałem takie ustawienie. No…może drobny wpływ miała smutna krótkość moich łapek, ale zdecydowanie stwierdzić mogę, że prawie na pewno nie był to jeden z decydujących czynników. Tak.
Nasza trasa – a przynajmniej jej początek – pokrywała się mniej więcej z jedną z tych, które sobie zawczasu zwizualizowałem, to jest w kierunku, gdzie wschodzi słońce. Dotarliśmy do rzeki i szliśmy wzdłuż niej aż do Śliwowego Gaju. Starałem się bacznie obserwować każdy możliwy kierunek, by w razie czego być tym (ale oby nie jedynym), który zagrożenie dostrzeże. Ta jakże baczna i wymagająca obserwacja powodowała, że nieraz i niedwa obróciłem się w kółko. W celu zwiększenia efektywności. Ale przestałem. Bo zrobiło mi się niedobrze. Ugh.
— Borowiku, wszystko w porządku? — zapytał Kurka, uśmiechając się lekko, patrząc na mnie z boku.
Dziwne. W jakiś zupełnie nieznany mi sposób mentor zmaterializował się obok mnie.
Każde zagrożenie byłbym w stanie dostrzec. Dlaczego więc go nie dostrzegłem? Pewnie dlatego, że nie jest zagrożeniem. Na pewno o to chodzi.
— Um. Tak. Tak. Patrol. Robię patrol. — Przyspieszyłem lekko na moich krótkich łapkach, by zrównać się z nim krokiem. — Zagrożenia brak. Dużych zwierząt brak. Małe zwierzęta: trzy ptaki na drzewie. Plus dwa duże kamienie w rzece. Tyle — zameldowałem mentorowi. Uznałem, że licząc jak najwięcej elementów natury ożywionej i nieożywionej, będę w stanie zaimponować niejako moim nad wyraz rozwiniętym zmysłem obserwacji i ponadprzeciętną pamięcią.
Kurka tylko uniósł brew z lekkim rozbawieniem.
— No no, widzę, że jesteś dziś wyjątkowo uważny w porównaniu z naszymi innymi treningami — zażartował.
Ugh. W sumie to prawda. Ale i tak ugh.
— Mhm. Nie wiem, dlaczego. Patrol fajny. Fajny. — Wyprostowałem ogonek w górę w nowej fali ekscytacji. - Nieustanne poczucie zagrożenia życia i zdrowia nasila wydajność moich zmysłów.
Kurka parsknął cicho.
— No dobrze, dobrze. To teraz słuchaj. Dam ci ważną radę. Spróbuj zamiast skupiać się na otoczeniu, skupić się na tym, co robią inni wojownicy. — Mentor wskazał pyskiem w ich kierunku. - Gdzie patrzą. Jak patrzą. Na co zwracają uwagę? Jak się zachowują? Co o tym myślisz?
— Uh. No…no to ma sens. Mogę to zrobić. No ale… po co? Sam mogę…patrolować.
Kurka cmoknął.
— No właśnie nie! Spójrz. Patrol jest pracą zespołową. A każdy w zespole musi pilnować pozostałych. I jednocześnie praca jest podzielona na równe części. Nie trzeba się więc kręcić w kółko i potem i tak dać się podejść. Sam, chyba widzisz, że jest to mało efektywne.
— Hm…
Faktycznie. Argument o efektywności i logicznie ułożona wypowiedź dały mi do myślenia. Moja taktyka… może mieć kilka drobnych luk i najwyraźniej mój mentor znalazł jedną z nich. Jednocześnie podając mi receptę na ich zapełnienie. Nie nazwałbym siebie mistrzem pracy zespołowej. Bo nim zwyczajnie nie jestem. Nie umiem pracować w zespole. Ale może faktycznie dokładna analiza oparta na obserwacji jest w stanie mnie czegoś nauczyć…
— No, ja nie umiem tak. Uh. W patrolu, że z kimś. Ale to… popatrzę i… pomyślę. Tak.
Gdybym tylko umiał mówić tak jasno i logicznie jak myślę…
Ale dobra.
Mój mentor pokiwał głową z aprobatą.
— Nie martw się. Wszystko da się wypracować przy odpowiednim treningu. Uwierz mi.
— Wierzę. Wierzę — odparłem z przekonaniem, strzepując ogonkiem.
I wrócił do przodu. Ja zostałem z tyłu. Teraz czas na nową misję. Obserwacja pozostałych wojowników.

* * *

Zatoczyliśmy pełne koło wokół naszego terytorium i teraz wszyscy wracaliśmy do obozu. Zrobiło się już ciemno. I zimno. Oj, bardzo zimno. I brzuszek mi burczał. Ale ani na chwilę nie odwracałem wzroku od reszty patrolu. Analizowałem. Nie umknął mi żaden szczegół.
Każdy z nich patrzył w określonym kierunku. W regularnych odstępach czasu rozglądali się na boki, a następnie do tyłu, każdy po kolei, nigdy na raz. Konfiguracja ich chodu również nie była przypadkowa, jeden z przodu, dwóch w środku i teoretycznie ja z tyłu, czyli optymalna do obserwacji. Nikt nie zasłaniał obrazu frontu, a środek miał dokładny pogląd na całą resztę. Logiczne. Bardzo efektywne.
Dotarliśmy do obozu. Chciałem od razu wdrapać się do mojego legowiska i leżeć całą noc analizując wszystko, czego się dziś nauczyłem (moje ulubione zajęcie), ale Kurka zatrzymał mnie ruchem łapy.
— Borowiku! Zaczekaj. Dobrze sobie dziś poradziłeś, jak na twój pierwszy patrol. Wykazałeś się dużym skupieniem i cierpliwością. Większość uczniów na patrolach czeka tylko na jakiś zwrot akcji — powiedział z lekkim rozbawieniem. — Podobało ci się?
— Nie. — Zamilkłem na kilka sekund. — Bo nie było akcji.
Kurka zaśmiał się cicho i potrząsnął głową.
— No tak…
— Ale — kontynuowałem. — Myślę, że… um… był to produktywnie spędzony… czas. Niewątpliwie nauczyłem się… rzeczy i… gdy nabiorę praktyki, to… nabiorę… praktyki. Lub… lub też nie. Czy… coś…
Ugh. Dziś wyjątkowo nie kleją mi się mądre słowa ze zwykłymi słowami. Ale dobra.
Mój mentor chyba chciał coś powiedzieć, bo już otworzył pysk, ale wtedy napłynęła mi do główki pewna myśl. Wyprężyłem nagle ogonek.
— A. Ten. Ja… dziękuję. Że. Wziąłeś mnie na patrol. Dziś. Bo… no. Fajnie było.
Przypomniałem sobie, że miło jest dziękować za różne rzeczy. Koty to lubią. Ja też. Ale nie zdaję sobie z tego sprawy, istnieje to tylko w mojej podświadomości. A żeby inni mnie lubili i bym rozwijał moje relacje z pobratymcami, muszę wyciągnąć wszystko z mojej podświadomości. I zacząć żyć przytomnie. Dlatego moim zadaniem jest dużo dziękować. Dla treningu. No i…co ja mogę powiedzieć, fajnie było po prostu…
Kurka wyszczerzył się tym razem szeroko, jego ogon zadrżał.
— Nie ma sprawy! Cieszę się, że ci się podobało. Z każdym treningiem jesteś o krok bliżej do zostania prawdziwym zwiadowcą! Oby tak dalej, Borowiku!
Zacząłem lekko machać ogonkiem. To znaczy nie. Wcale nie. Nie-e.
— No. Dobra. Dziękuję… Fajnie. Tak. Yyy… To ja idę, cześć.
Odwróciłem się szybko i odszedłem. Przyznaję, że był to dość desperacki krok z mojej strony, ale było tego za dużo. Za dużo… tego. Czymkolwiek to uczucie było. Odwrót.

[1142 słowa]
<Kurko???>

Od Borowika CD Rohan

— Uhh…
Oczywiście, musiałem jak zwykle na kogoś wpaść. Tym razem na Rohan. Próbowałem więc zrobić zwinny unik, to jest przewrót w bok, ale na szczęście w porę zorientowałem się, że jestem na gałęzi. I najprawdopodobniej skończyłoby się to w sposób taki, że połamłbym się i umarł. Ale no nic takiego się nie wydarzyło. Chyba zaczynam mimo wszystko rozwijać w sobie te całe odruchy bezwarunkowe. A przynajmniej hamować te prowadzące do nagłej śmierci.
— Oh. No… Cześć — powiedziałem, próbując ponownie złapać balans na gałęzi. — Tak. Piórko. Chcę. Piórko.
Zacząłem więc uważnie przyglądać się piórkom, które mi pokazała. Była ich trójka, pierwsze długie i szaro-błękitne, drugie bardziej jakby obłe i brązowe oraz trzecie, gęste i czarne z przebłyskami bieli. Nie nazwałbym siebie kolekcjonerem czegokolwiek, ani też znawcą piórek, jednakże posiadałem umiejętność rozpoznawania dobrego towaru, niezależnie od jego rodzaju. Oraz subiektywnej, acz często trafnej, oceny jego jakości i przybliżonej wartości.
— Hm. Czarne. Czarne ładne. Puchate. Mogę czarne? Mmm…
Mruknąłem na myśl o przytuleniu mięciutkiego piórka.
— Tak, tak, jasne, trzymaj. — Uśmiechnęła się lekko.
— No dobra. — Chwyciłem czarne piórko ząbkami.
— Ja to ogólnie nie kolekcjonuję rzeczy — mówiłem, wciskając piórko w przerwę między zębami. Ciekawe, czy je potem wyjmę… — Nie mam nic pod legowiskiem. Ja, jak coś cennego mam, to jeśli jest jadalne, to zjadam, a jak nie, to zakopuję. Ale potem nigdy nie pamiętam, gdzie…
Miałem jako kociak masę małych, gładkich kamyczków, jeden miał nawet kolor całkiem zielony, zakopałem je wszystkie na terenie obozu, na ziemi, ale już nigdy więcej nie znalazłem… No bo zakopać to jedno. Zrobiłem to jako półświadomy kociak, w dodatku miałem szczęście, że nikt tego nie widział. Ale teraz? Jako uczeń? Co by inni powiedzieli, gdyby zobaczyli, że rozkopuję im teren obozu? No ja nie wiem. Ale to by było dziwne…
— Ale piórka nie zakopię. Za ładne. Czarne. Pobrudzi się. Dziękuję — dodałem po chwili namysłu i dogłębnej analizy sytuacji. — Właśnie, bo ty… um… teraz to zwiadowcą jesteś. Fajnie… fajnie w sumie. Musi tak być. Ja nie wiem. Ale… będę kiedyś też. Mam nadzieję. Um… No właśnie…
Dobrze mi idzie. Prawie udało mi się złożyć kilka całych zdań. Ale Rohan nie wydaje się czuć bardziej niezręcznie niż na co dzień. Patrzyła tylko na mnie, uśmiechając się, chyba zadowolona, że uwolniłem ją od ciężaru jednego z piórek. Chyba zadowolona. Bo się uśmiechała. Chyba słuchała. Bo nie przerywała. Czekała, aż skończę moją wypowiedź. Bo musiała wiedzieć, że to, co najważniejsze, mam do przekazania, zawsze jest na końcu. Albo ja nadinterpretuję i po prostu patrzy na mnie, jak mówię, i nie ma zielonego pojęcia, co odpowiedzieć. Ale ja nie wiem.
Nie miałem zbyt wielu okazji, by z nią rozmawiać. Ale zawsze, gdy miałem, to było…dobre. Tak. Nie musiałem zbyt kombinować z dobieraniem słów czy nadawaniem sensu zdaniom, by one same w sobie ten sens już miały. Bez mojej sztucznej w nie ingerencji. Jakby…naturalnie…
— Ale…w sumie szkoda, że idziesz już… Bo ja to…no, nie zdążyłem cię poznać za bardzo, bo większość czasu, gdy byłaś uczniem, ja byłem małym, nieświadomym kociaczkiem. Będę tęsknił…tak szczerze. Mimo, że lubię cię tylko troszkę. Bo tak samo troszkę cię znam… Ale to…tobie dobrze pójdzie tam. Jako zwiadowca. Musi. Bo jak nie, to jako zwiadowcy się razem nie spotkamy. Potem. Dobrze?

<Rohan??>
[535 słówa]

Nowy Członek Pustki!


PORANEK
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Samobójstwo; zjedzenie trucizny

Odszedł do Pustki!

Od Poranku CD. Mrozu

Nie wiedział, co dokładnie czuć. Zasmucił Świergot i chyba narobił sobie trochę kłopotów z innymi pobratymcami. Jednak Mróz wydawał się szczęśliwy. Przecież nawet obronił Poranka, całą winę biorąc na siebie. I choć rudy nie do końca był zadowolony z tego faktu, był wdzięczny, że jego brat w ogóle przyznał się do głupiego pomysłu. A najważniejsze było to, że był szczęśliwy. To liczyło się najbardziej ze wszystkich słów i rozczarowanych min, które dziś udało mu się zobaczyć.
Poranek leżał już z zamkniętymi oczami. Czekał, aż sen przyjdzie zabrać go w swoje szpony. Wtedy jednak poczuł czyiś dotyk. Od razu otworzył oczy. Nie przepadał za przytulasami i Mgiełka już zdążyła się o tym przekonać. Dlaczego więc tuliła się w chwili, gdy mieli spać? Coś było nie tak?
— Musimy kiedyś to powtórzyć — powiedział Mróz, prosto do jego ucha. Oczy rudego lekko się rozszerzyły. Czyli naprawdę sprawił bratu radość!
– Dobrze – mruknął cicho, licząc na to, że Mróz go usłyszy. – Jednak uważaj na siebie – powiedział jeszcze szeptem i znów zamknął oczy, chwilę później już zasypiając.
 
***
*TW: samookaleczenie, śmierć*
 
Szybko podniósł się ze swojego posłania. Serce biło mu tak, jakby miało wyskoczyć z jego klatki piersiowej. Oddech miał wyraźnie przyspieszony, a przerażone spojrzenie latało po całym legowisku, szukając kota, który pojawił się w jego koszmarze.
– Przepraszam, przepraszam... – szeptał cicho, czując, jak łzy zaczynały spływać mu po policzkach. Znów to samo. Nie potrafił się uspokoić. Tym razem jednak czuł się inaczej niż zazwyczaj w takich sytuacjach. Wyrzuty sumienia pożerały go żywcem, a lęk znów ściskał go za gardło. Starał się oddychać, tak jak mówił mu Derwisz, jednak nic nie pomagało. Nie mógł się uspokoić, ale nie mógł też panikować w lecznicy, gdzie obok znajdowały się znajome koty. Musiał się uspokoić. Musiał.
Spojrzał przerażony na swoją łapę z wyciągniętymi pazurami. Nie myśląc za wiele, wbił pazury w swoją skórę, licząc na to, że ból jakkolwiek mu pomoże. Przecież wtedy pomógł! Teraz też musiał, prawda? Czerwona maź skleiła mu futro na łapie. Ból powoli zaczynał z niej promieniować, jednak serce rudego dalej biło szybciej, niż powinno. Oddech dalej był krótki i urywany, jakby szukany na siłę. "Dlaczego to nie działa?!" – pomyślał przerażony, znów wbijając pazury we własną skórę. "Dlaczego nic nie działa?!" – chciał wykrzyczeć te słowa. Zamiast tego jednak patrzył na krew spływającą po jego kończynie, czekając na jakiekolwiek uczucie ulgi, które jednak nie nadeszło. Zdesperowany spojrzał na składzik z ziołami. Doskonale wiedział, że niektóre mogły go uspokoić. Jednak niektóre też mogły wymierzyć mu sprawiedliwość za wszystkie czyny, których dokonał. Za śmierć Mrozu, za zaginięcie Murmur, za brak zaufania do własnych matek... Może lepiej było wziąć sprawy w swoje łapy, zamiast dawać Wszechmatce możliwość do igrania z jego umysłem, powoli i tak wyniszczając go od środka? Nie myślał nad tym długo. Chwycił odpowiednie zioła i wybiegł z legowiska, nie budząc przy tym nikogo. Ruszył w stronę swojego drzewa, ponieważ tylko tam czuł się bezpiecznie. Drogę znał już na pamięć. Upadł dopiero przy nim, nie mogąc już znieść bólu, który dalej promieniował z jego rannej łapy. Upuścił zioła obok siebie i położył głowę bezwładnie na ziemi, pozwalając łzom spływać z jego oczu. Starał się złapać oddech.
– Przepraszam – wydukał przez łzy i chwycił przyniesione zioła. Powoli przełknął wszystkie, przekraczając właściwą dawkę. Niedługo po tym dreszcz przeszedł przez jego ciało, niosąc za sobą jeszcze większą fale bólu niż ranna łapa.

[*]

02 maja 2026

Od Króliczej Prawdy CD. Jagnięcej Łapy (Jagnięcego Ukłonu)

Przeszłość

— Królicza Prawdo, poczekaj — miauknęła Jagnięca Łapa, a następnie zbliżyła się do wojownika.
Kocur zwrócił na nią uwagę i zaczekał, aż ruda do niego podejdzie.
— Jak się czujesz? — spytała ze spokojem w głosie. — Jadłeś już? — dodała.
Kremowy westchnął ciężko, zmęczony. Nie faktem, że starsza kotka go zaczepiła, lecz tym, że teraz jego własna córka uważa go za zdrajcę. Odkąd wrócili ze zgromadzenia, właściwie nie zmrużył oka, co odbijało się na jego samopoczuciu.
— Nie… Jeszcze nic nie jadłem — odparł, po czym ziewnął przeciągle. — Cóż, nie mogę powiedzieć, że jest najlepiej, ale najgorzej też nie. Słuchaj, ja… przepraszam za wczoraj — mruknął niezręcznie, lekko pochylając głowę przed Jagienką w geście przeprosin.
Kotka spojrzała na niego z politowaniem i miauknęła:
— To nie twoja wina. Znaleźliśmy się w złym czasie, w złym miejscu.
Królicza Prawda spuścił wzrok na łapy. Może i Jagienka miała rację, ale przecież to on pozwolił córce odejść z myślą, że jej przypuszczenia były słuszne. Sam o tym wtedy zdecydował — nie mógł za to winić nikogo innego, oprócz samego siebie.
— Wierzę, że jeszcze kiedyś dogadasz się z córką. Póki oboje żyjecie, nic jeszcze nie jest stracone — mówiła dalej rudofutra.
Miło było mieć kogoś, kto cię pokrzepi — ale mimo wszystko słowa starszej nie odbijały się za bardzo na kremowym. Wlatywały do jego głowy jednym uchem, a wylatywały drugim. Jakoś nie potrafił w nie uwierzyć. Może to wina braku snu, a może naprawdę nie był podatny na takie zapewnienia?
— Też chciałbym w to wierzyć — odparł trochę posępnie.
Jagienka zamilkła na moment, po czym machnęła ogonem i zrobiła krok w stronę stosu ze zwierzyną.
— Mówiłeś, że nic nie jadłeś, prawda? W takim razie może zjemy teraz wspólny posiłek? — zaproponowała rudofutra. — Jeśli masz ochotę, bo nie będę cię przecież do niczego zmuszać — dodała tym samym, łagodnym tonem.
Królik nie rozumiał, jak niektórzy mogli patrzeć na kotkę nieprzychylnie tylko ze względu na to, że była samotniczką. Teraz widać było po niej, że nie ma już związku z przeszłością i nie popiera akcji Terpsychory. Ona, tak samo, jak on, niegdyś znalazła się w złym miejscu, w złym czasie.
— Mam ochotę. Czuję, że już powoli zaczyna mi burczeć w brzuchu — odparł, podchodząc do starszej kotki.
Wspólnie poszli do stosu ze zwierzyną, by wybrać sobie z niego jakiś smaczny kąsek. Kremowy wyciągnął z niego niedużą mysz, na co rudofutra cicho parsknęła śmiechem.
— Myślisz, że dasz radę się nią najeść? — spytała rozbawiona, ale nie złośliwie.
— Wystarczy mi — stwierdził krótko. — Jeszcze nic dziś nie upolowałem i nie podoba mi się, że teraz zabieram, nie dając nic w zamian. No, ale szkoda odmówić posiłku z drugim kotem — dodał, spoglądając na Jagnięcą Łapę.
Kotka zgodziła się z nim, ale widać było po niej, że najchętniej znowu zaczęłaby prawić jakieś mądrości, by uświadomić Królikowi, że nie każda przysługa musi zostać odwzajemniona od razu.
W końcu kremowy i ruda wzięli ze sobą piszczki i przysiedli gdzieś na uboczu, by zacząć się nimi posilać w spokoju. Bursztynowooki przez cały ten czas chciał jakoś rozpocząć konwersację z Jagienką, lecz nic nie nasuwało mu się na język, więc jedli w ciszy. Dopiero gdy starsza przełknęła ostatni kęs zwierzyny, mruknęła:
— Miło było, ale muszę już wracać do obowiązków.
Wojownik skinął spokojnie głową.
— Jeśli kiedyś będziesz potrzebował z kimś porozmawiać, to wiesz, do kogo możesz się udać — dodała jeszcze, darząc kremowego ciepłym uśmiechem.
Po tych słowach podniosła się i odeszła od pręgowanego, udając się do legowiska medyków.

Koniec sesji

Od Rogatej Łapy

Rogata Łapa spoglądał na kociarnię z lekką tęsknotą. Odkąd przeniósł się do legowiska uczniów, musiał niestety znosić obecność reszty uczących się kotów w Klanie Nocy. Tak intensywna zmiana była dla niego ciężka, trudno mu było się od razu przyzwyczaić. Dobre tyle, że Mandarynkowa Gwiazda go każdego dnia przeciągała po terenach Klanu Nocy, dlatego nawet nie musiał się martwić tym, czy zaśnie. Był za każdym razem tak padnięty, że spał niczym kocię. Nisko rosnące krzewy oraz trzciny szeleściły na mroźnym wietrze, hulającym przez obóz niczym gromadka rozbrykanych maluchów. Powyginane gałęzie umożliwiały młodym schronienie się pod grubą korą, osłaniając je przed wszelkiego rodzaju drapieżnikami. Gęste, szczelne ściany obecnie prezentowały się dość marnie i przykro. Wszelkie ostatki z kwiatów, jakie mogły tu pozostać, teraz powiewały na wietrze smutno, biednie i ze skrzypieniem oraz ocieraniem o wejście. Tęsknił za ciepłym żłobkiem wypełnionym zapachem mleka i codzienną obecnością matki. To znaczy, nadal rozmawiali codziennie, jednak czuł, że to nie było już to samo. Wtulił się w swoje starannie wyścielone posłanie. Doszukał się w sobie nawet chęci odwrócenia się na drugi bok od wpadających do legowiska bladych promieni słońca i oddania się w objęcia snu, żeby go kontynuować. Podobno sny były po to, żeby przygotować go na wszelkiego rodzaju możliwości i scenariusze. Tym razem nie śniło mu się nic szczególnego, aczkolwiek miło byłoby przespać ból mięśni z nadzieją, że sam minie. Wyprostował się wreszcie, wstając sztywno i otrzepując się z miło pachnącego i wygodnego króliczego futerka. W zasadzie jego posłanie wcale nie różniło się bardzo od tego, na którym spał w żłobku. Wszyscy musieli wiedzieć, skąd pochodził Rogata Łapa. Nie było innej możliwości.
Wyjrzał zza nory, wyłaniając się wreszcie całkowicie, ignorując przy tym inne wychodzące koty, też szukające swoich mentorów. Blask oślepił go na parę sekund, było to związane prawdopodobnie z tym, że posiadał niebieskie oczy, zupełnie tak, jak jego tata. Ślepia mamy były intensywnie zielone. Zastanawiając się tak nad oczami, nawiązał kontakt wzrokowy ze swoją mentorką. Podszedł do niej pospiesznie, prostując przy okazji zesztywniałe z powodu odpoczynku łapy. Srebrna kiwnęła do niego głową na przywitanie i zanim się obejrzeli, Rogata Łapa poczuł się tak, jak na ostatniej nauce wspinaczki na drzewa. Tym razem jednak miał nauczyć się łowić ryby, co bardzo go ucieszyło. Nie, żeby zamierzał się przepracowywać, na pewno nie wtedy, kiedy nikt nie patrzył. Zawsze mógł rozkazać Fląderce, żeby coś dla niego złapała, jeśli tylko by ją wypuścili z obozu. Chociaż… może lepiej nie, bo by jeszcze kogoś skrzywdziła…
Gdy chłodna ciecz oplotła jego przednie łapy, wywołując u niego lekkie dreszcze, zmarszczył pysk, otrzepując jedną z nadmiaru wody, próbując jakoś się szybko ogrzać. Chłód prędko poniósł się dreszczem wzdłuż jego kręgosłupa, a w jego sercu zagościła swego rodzaju frustracja. Dobre przynajmniej tyle, że nie musiał cały się zanurzać, to byłoby bardzo niebezpieczne. Wpatrywał się w chłodne tafle, napędzane i kierowane przez wiatr, miotający gęstymi futrami zarówno babki, jak i Flaminga. Mandarynkowa Gwiazda, dokładnie tak samo, jak ostatnio, nie tłumaczyła mu na początku za wiele, o ile cokolwiek tak naprawdę. Musiał polegać na własnych “wydaje mi się” oraz “słyszałem od mamy…”. Jakby za każdym razem sprawdzała, ile on już wyniósł wiedzy z kociarni.
Zamoczył łapę w wodzie, przysiadłszy wygodnie. Obserwował spokojnie obijające się tafle o brzeg zbiornika, nie mogąc doczekać się, aż wreszcie coś się skusi na jego aksamitne, jasne futerko. Oczywiście nie zamierzał go nikomu oddawać, było jego i tylko jego, nikogo więcej! Ryby, które pływały w tym źródełku, powinny być mu wdzięczne, że zaoferował im taką możliwość, skosztowania jego cudownej, lekko zakurzonej łapy! Rogata Łapa czekał tak z nadzieją, co jakiś czas spoglądając na srebrną, która, zdawało się, miała cały dzień wolny dla niego. Oczywiście nie mogło bardziej się to mijać z prawdą – jako liderka każdego dnia miała bardzo dużo na głowie, niewykluczonym było więc, że ilość chwil, jakich mogła mu zaoferować na trening, mogła być ograniczona. Point, zorientowawszy się, że czucie z każdym kolejnym uderzeniem serca powoli zaczyna go opuszczać, poruszył łapą, wzburzając lekką taflę. Poduszka zaczęła się mrowić, a ryby jak nie było, tak i nie chciało przybyć. Uniósł podejrzliwie łeb, nachylając się nad źródłem lekko. W ciemnej cieczy dostrzegł swoje piękne odbicie, które podziwiał tak jeszcze przez jakiś czas. Nie rzucały mu się w oczy jednak niestety żadne ciemniejsze kształty. Czyżby wydawało mu się źle? To w takim razie jak inaczej miał łowić? Z poirytowaniem plasnął łapą płasko o wodę, ochlapując się odrobinę. Prychnął pod nosem z zażenowania.
— Widzisz, gdybyś czekał tak dłużej, to może i byś doczekał się zachodu słońca. Jeśli chcesz polować w ten sposób, to nie złapiesz wiele — skomentowała mentorka. Podreptała kilka kroków dalej od niego, lustrując powierzchnię cieczy wzrokiem. Niebieskooki i tym razem nie odpowiedział jej na to w żaden sposób. Nie chciał, żeby spoglądała na niego jak na gorszego, jak na niegodnego zaufania i słuchania jej nauczań. Pokiwał więc tylko głową, przyjmując to z pokorą, o dziwo.
“To nie moja wina, że wiatr tak wieje i ryby się po prostu nie znają” — wybrzmiała w jego głowie myśl, której nie zamierzał mówić głośno.
Bursztynooka zanurzyła jedną z łap nagle, wyrzucając na brzeg rybę. Zdobycz miotała się jeszcze przez jakiś czas, próbując powrócić do wody, jednak nieskutecznie. Ślizgała się na trawie i praktycznie nic, oprócz suchej ziemi nie było w stanie jej powstrzymać. Liderka wgryzła się w nią prędko, pozbawiając ją życia. Rogata Łapa przyglądał się całemu temu procesowi, było to kluczowe, jeśli chciał się uczyć. A jeszcze bardziej istotne było, żeby wprowadzał tak dużo praktyki, jak tylko możliwe, bo na samej teorii nie zajdzie daleko.
Uczniak przysiadł w miejscu, gdzie kotka była jeszcze chwilę temu.
Gdy w wodzie zamajaczyły mu ciemniejsze kształty, momentalnie zanurzył łapsko głębiej nawet, niż powinien z nadzieją, że to zapewni mu lepszy łup. Pazurami musnął coś gładkiego, to ryba! Musiała być ryba! Zamachnął się, próbując ją zgarnąć spod wody, aczkolwiek istota wypłynęła mu prosto spod łapy. Trzepnął ogonem gniewnie.
“Teraz to na pewno cokolwiek tu złapię…”
Zirytowany uczniak usiadł z innej strony przy wodzie, mając nadzieję na jakikolwiek czekający na niego posiłek. Dopóki nic nie złapie, to nic nie zje. Musiał złapać tę rybę.

***

Kocur dostrzegł kątem oka lądującego nieopodal ptaka, który niezwykle przykuł jego uwagę. Przekrzywił łeb na bok, zastanawiając się przez parę uderzeń serca, na co on w ogóle patrzył, po skierowaniu pyska w tamtym kierunku. Długie, patykowate nogi istoty utrzymywały cały korpus, a ciało pokryte gęsto pierzem z tej odległości nie wydawało się jakoś szczególnie masywne. Kot schylił się, próbując schować się w zaroślach. To była jego szansa, zesłana prosto z Klanu Gwiazdy! Mógł się popisać przed babką. Zerknął jeszcze na wspomnianą kotkę, jakby potrzebował potwierdzenia, czy aby na pewno mógł iść. Kocica kiwnęła głową, sama też się chowając gdzieś blisko. Książę zaczął się skradać ostrożnie, wydając przy tym jak najmniej hałasu. Jaskraworóżowe ptaszysko o śmiesznym kształcie dziobu wyglądało na dość przestraszone, chociaż samemu Nocniakowi nie przeszkadzałoby to nadto, gdyby nie fakt, że miał wrażenie, jakby zdobycz miała mu uciec prosto sprzed nosa. Jakiś głosik, gdzieś z tyłu głowy postanowił go sabotować, jednak ten się jemu nie dał. Znalazłszy się wystarczająco blisko, wyskoczył prosto na ptaszysko, posyłając w dal drobinki mokrej ziemi. Zaczął gryźć go po długiej szyi, nie będąc pewnym, gdzie powinien w ogóle zacząć. Może krtań miał pod samym łbem? Flaming zaskrzeczał głośno, alarmując wszelką zwierzynę, która mogła czmychać sobie po krzewach. Masywne, ciemno upierzone skrzydła co jakiś czas uderzały w cielsko Rogatej Łapy, który nie miał w planach się poddawać mimo dyskomfortu. Wreszcie jedna z patykowatych nóg sięgnęła go, poczuł, jak ostry pazur zanurza się pomiędzy jego kłosy, naciskając na niego i odpychając kawałek dalej. Zaszurał o grunt, przewracając się na bok, posyłając wraz ze sobą chmurę dymu. Prędko powstał z ziemi, nie czując z powodu adrenaliny bólu, jaki mógł do niego dotrzeć, chociaż na więcej niż na parę siniaków to sobie nie zapracował. W paru susach doskoczył do swojej ofiary, która broniła się tak naprawdę nie najgorzej. W pewnym momencie ptak pochylił się nad przeciwnikiem prędko, dziobiąc go mocno w łeb. Chwycił kocura za sierść na karku, za którą pociągnął okrutnie, po czym cisnął nim znowu, niczym szmacianą lalką. Point wypuścił nerwowo powietrze, gdy poczuł mocne stuknięcie, a potem pulsujący ból głowy i dzwony w uszach. Wybiło go to z rytmu na tyle, że początkowo nawet nie pomyślał o wstaniu. Obraz stał się na parę uderzeń serca rozmazany, zmrużył oczy, jakby próbując odzyskać wizję sprzed upadku. Ptak jeszcze parokrotnie pokręcił łbem na boki, skrzecząc ostrzegawczo lub wrogo, po czym zaczął przebierać łapami, zostawiając za sobą ślady niczym swego rodzaju kaczka, ale większa. Parokrotnie zatrzepotał masywnymi skrzydłami, przyśpieszając tempa. Wreszcie wzbił się ponownie w powietrze, ranny, acz nadal sprawny. Rogata Łapa odprowadził swoją zdobycz wzrokiem, czując nieprzyjemne ukłucie w piersi. Został pokonany. Wbił pazury w ziemię, czując, jak coś w nim się gotuje. To nie on tu miał leżeć, tylko to ptaszysko! To on miał wygrać! Poruszył ogonem na boki, czując zawód przez swoje niepowodzenie. Położył łeb z powrotem na ziemię, wpatrując się w parę różowo-białych piórek, leżących nieopodal jego, trzymających się dzielnie gruntu. Skoro nie udało mu się upolować tego ptaszyska, to mu, chociaż piór nawyrywał i sobie będzie mógł powtykać w kłosy, teraz to dopiero będzie elegancki! Nikt takich nie miał, nikt! Tylko on.
Nagle promienie słońca przysłonił cień Mandarynkowej Gwiazdy. Stanęła nad nim, lustrując go od łap po uszy, jakby go ponownie badała, czy siebie nie uszkodził całkowicie.
— Chodź, spróbujemy znowu, ale tym razem z jakąś mniejszą zdobyczą — powiedziała wreszcie, na co uczniak otworzył oczka i zerknął na nią, leżąc tak jeszcze przez parę uderzeń serca, jakby zastanawiał się, czy aby na pewno warto było wstawać.
Oczywiście, że było.
Dźwignął się ciężko na łapy, otrzepując brudu tyle, co mógł. Schylił łeb po parę piórek, które następnie wetknął sobie pomiędzy kłosy futra, chcąc je zachować na pamiątkę i ruszył za starszą.

[umiejętność łowienia ryb, 1617 słów]

Od Majaczącej Łapy

“— Kaluzelo, spójs! Wlóbelek!! Jaki ślicny!! — miauknęła Piecuszka, skacząc w stronę okna.
Wbiła pazurki w zasłonę i wdrapała się wyżej, jednak w momencie, w którym jej łapy dotknęły parapetu, ptak uciekł. Kotka zawyła zawiedziona i zeszła, ponownie przy pomocy zasłon. Podbiegła do złotego i rzuciła się na niego w celu zabawy. Kopciuszek nie oponował, od razu odwzajemnił psoty siostry. Ich zabawa skończyła się na podwórku. Na tej samej scenie co zawsze.”
Gdzie sen o przeszłości się urwał, stając się koszmarem.
“Kopciuszek nagle znowu był w lesie. Tuż obok Euri, w której futro wcześniej się wypłakiwał. Obok nich leżała jego siostra. Jej ciało, które powinno być nieruchome, nagle do niego podeszło z przeraźliwym uśmiechem na pysku.
— To twoja wina. Słabych się chroni — zawyła żałośnie, choć nie było w tym głosie podobieństwa jego siostry.
Piecuszka kochała się przekomarzać z bratem. Ton, jaki dobiegał z jej strun głosowych, nigdy nie był tak mroczny. Zaczął się cofać, lecz za nim pojawiła się jakby znikąd czarna dziura. Nastroszył futro i już chciał stanąć do walki z wytworem własnej wyobraźni, lecz zamiast walki po prostu został zepchnięty do otchłani.”
Obudził się wystraszony. Zjeżył futro, oglądając się nerwowo za kimkolwiek, kto mógł go zapewnić, że to nie kolejny sen. W rogu legowiska medyków siedziała Aldrowandowa Łapa. Najwidoczniej przyglądała się mu od pewnego czasu. Bez słowa ruszyła w stronę składziku, wyciągając kilka ziarenek maku. Czując, że kocur ma też gorączkę, podała mu również inne zioła. W ten sposób Kopciuszek zasnął ponownie, a tym razem w jego sennej wizji nie pojawił się już żaden koszmar.

[255 słów]

Od Majaczącej Łapy do Błyskotliwej Łapy

Dni w legowisku medyka należały do tych co najmniej dłużących się. Kopciuszek, już niestety bez łapy leżał wśród innych chorych, przyglądając się im z zawodem wymalowanym na pysku. Nie sądził, więc że odwiedzi go w pewnym momencie jedna z rówieśniczek w jego legowisku. Nie wiedział, jak miał się czuć z tym faktem. Przyszła tylko po to, aby pomóc przy wymianie legowisk i zająć się niektórymi z chorych, ale Kopciuszek poczuł się nagle na tyle samotny, aby być w stanie się do niej odezwać.
— Błyskotliwa Łapo… — zaczął, szukając w głowie czegoś, co mógłby powiedzieć. — To imię to przypadek czy może faktycznie jest inteligentna? — mruknął powoli, mając nadzieję, że zdanie to nie brzmiało aż tak chamsko, jak myślał. — Jesteś protektorem, prawda? Kolejny bezużyteczny kot w klanie? — prychnął, kładąc się na plecach.
Nie mógł się do tego przyznać, jednak w tej chwili to on prawdopodobnie był najbardziej bezużyteczną jednostką w klanie. Zamyślił się przez chwilę i spojrzał na tylną łapę. A raczej brak jego części.
— No bo jak widać, ja zbyt błyskotliwa nie jestem. Na Klan Gwiazdy jak ja żałuję, że nie poszłam z tym wtedy do medyka. Mogłabym dalej mieć łapę. Ale nie oczywiście musiałam być mądrzejsza — zawył żałośnie i spojrzał na kotkę. — Jak trening? — zapytał w końcu.

<Błyskotliwa Łapo?>

[206 słów]

Od Majaczącej Łapy do Jagnięcego Ukłonu

Z łapą było coraz gorzej praktycznie z dnia na dzień. Kopciuszek na początku był pewny siebie, a także tego, że ta cholerna kończyna mu nie odpadnie. Uznał, że nie okaże słabości i nie przyjdzie do legowiska medyka. Jak się okazało na marne. Wkrótce łapa zaczęła wydzielać okropny odór. Czuł, jak całkowicie traci z części tylnej łapki czucie. To właśnie teraz zwijał się ze strachu, a także bólu, do czego oczywiście nigdy by się nie przyznał. Nie płakał, bo w końcu kocurowi nie przystoi, ale nieprzyjemnie uczucie nie pozwalało mu nawet na zebranie myśli. Leżałby tak w nieskończoność, gdyby nie pysk Pajęczej Nici zaglądający do legowiska uczniów. Zmrużył oczy i już chciało syknąć, żeby sobie poszła, ale tym razem zaskomlał bardzo cicho, jakby stwierdził w końcu, że jednak potrzebuję pomocy.
— M-Muszę chyba iść do medyka — miauknął niewyraźnie, próbując wstać.
Pajęcza Nić spojrzała tylko, jak wywala się po raz kolejny o własne łapy, a następnie spojrzała w stronę Agatówkowej Łapy.
— Pomóż mu — mruknęła tylko szylkretka i wyszła na zewnątrz, najpewniej zajmując się własnymi sprawami.
Majacząca Łapa wraz z drugą uczennicą zrobił coś, co powinien zrobić od kilku już księżyców, a mianowicie zajrzał nareszcie do legowiska medyka. Usiadł na uboczu, czekając aż ktoś się nim zajmie. Miał odrobinę zawiedzione spojrzenie. Tak jakby obrażała to jego własna postura. Spojrzał niemal błagalnie w stronę srebrnej sortującej akurat zioła. Nie sądził nigdy, że będzie musiał się aż tak uniżać przed…kotka. Wzdrygnął się lekko na tę myśl. Uznał nawet, że obrzydliwym będzie, jeśli go dotknie. Nagle miał najszerszą ochotę stamtąd uciec. Srebrnej natomiast wystarczyła tylko chwila, aby stwierdzić, że łapa jest w okropnym stanie.
— Moglibyśmy spróbować ją wyleczyć, ale…to raczej tylko pogorszy. Musimy ją amputować — miauknęła kotka ostrożnie, a Kopciuszek zjeżył futro, już mając ochotę się zamachnąć w stronę kotki.
Powstrzymał go przed tym tylko zdrowy rozsądek, a także fakt, że musiałby chodzić po obozie z gnijącą łapą, co było niewygodne, ale też obrzydliwe. Już samo zadbanie o kończynę było katorgą, a co wspominać dalej. Także leżał w legowisku medyka chyba po raz pierwszy w życiu nie po porannej kąpieli i zaniedbany. Czuł się brudny. Obrzydliwy, ale też wystraszony. Kiwnął tylko głową w stronę rudej, a już po jakimś czasie, gdy tylko dostał kilka ziaren maku, było po wszystkim.

***

Leżał na uboczu, jako jeden z chorych. Widząc, jak podchodzi do niego ruda kotka, poczuł się okropnie. Powinien jej podziękować, ale nie sądził, że jako kotka na to zasługiwała. Siedział więc przez moment w ciszy, nerwowo wbijając pazury w podłoże.
— Naprawdę nie było możliwości, abym miała tę łapę? — zapytał w końcu.

<Jagnięcy Ukłonie?>

[423 słowa]

Od Majaczącej Łapy do Wzburzonego Kormorana

Majacząca Łapa siedział przed legowiskiem uczniów, wylizując jedną z łap. Opierał się o jedną ze skalnych ścian, gdyż zraniona tylna łapa nie pozwalała mu już nawet utrzymywać równowagi. Co więcej, zaczynał powoli czuć jej zepsucie. Znalazł odrobinę mięty i natarł się nią, co w większości zmywało ten zapach, jednak ilekroć jego pysk znajdował się zbyt blisko rany, nadal krzywił się tak, jakby ktoś nasmarował mu jedzenie mysią żółcią. Spojrzał w stronę Pajęczej Nici, która wyglądała na nieco zabieganą. Sądząc jednak po charakterze kotki, musiało się to Kopciuszkowi wydawać.
— Dziś uczysz się ze Wzburzonym Kormoranem — mruknęła tylko i odeszła.
Przyprowadziła jeszcze ze sobą wojownika, a następnie odeszła we własną stronę. Złoty skrzywił pyszczek nieco zdziwiony. Wzruszył jednak ramionami. Przyjrzał się przez chwilę pointowi, nagle musząc przyznać, że wyglądał całkiem elegancko.
“Oczywiście. Dobijcie mnie jeszcze brudnymi preferencjami, a stanę się mięsem ofiarnym dla Klanu Gwiazdy” wzdrygnął się lekko.
— Witaj Wzburzony Kormoranie — mruknął, kiwając mu krótko głową.
— Witaj Majacząca Łapo. Chcesz może wybrać, czego się dziś nauczysz? Skoro to ja dziś przejmuję twój trening, to możesz wybrać czy wolisz wspinaczkę, czy otwieranie krabów — miauknął.
— Kraby — odparł prędko.
Kopciuszek jeszcze nigdy nie był tak pewny swojej odpowiedzi. Wspinaczka najprawdopodobniej by go zabiła, a kraby wyglądały na coś bardziej spokojnego.

***

Kormoran okazał się zaskakująco umiejętnym nauczycielem. Kopciuszek zastanawiał się jednak jak niby ma mu się kiedyś przydać ta umiejętność. Postanowił nadal zatruwać życie pointowi, więc zabrał ze stosu zwierzynę i rzucił kocurowi koło łap.
— Hmm słuchaj — zaczął powoli Majacząca Łapa. — Poznajmy się. Muszę z kimś tutaj się komunikować, inaczej zwariuję — zaśmiał się gorzko.

<Kormoranie?>

[258 słów, otwieranie krabów]

Od Majaczącej Łapy do Niebiańskiej Poświaty

Majacząca Łapa został obudzony już przed porannym patrolem. Normalnie mógłby pospać jeszcze trochę czasu, ale tym razem nie pozwoli mu na to obowiązki. Mruknął niezadowolony i się przeciągnął. Przetarł oko łapą, przy okazji przypominając sobie o przeklętej ranę, która nadal mu dokucza. Nie zamierzał jednak iść do medyka, bo w końcu co go nie zabije to go wzmocni. Tak więc z dziwnym liściem, na coraz bardziej paskudnie wyglądającej łapie przemierzał kolejne odległości każdego dnia. Jak wiadomo nie od dziś, patrol składał się z co najmniej trójki kotów, więc dołączyła się do nich jakaś liliowa kotka. Złoty na początku nie zamierzał poświęcać jej zupełnie żadnej uwagi, jednak sposób, w jaki prowadziła rozmowy, z bądźmy szczerzy, niezbyt rozmowną mentorką kocura, wydawał się mu co najmniej interesujący. Także, zamiast skreślić ją jako żałosną kotkę, po raz pierwszy postanowił przyjrzeć się komukolwiek. Oczywiście nie w kontekście przyjaźni, tak daleko by się czekoladowy nigdy nie posunął. Bliżej kontekstu czystego doświadczenia i poznania wyjątku dla jego zasady. Schował więc na chwilę przesadną dumę pod swoje legowisko i podszedł nieco bliżej. Kiwnął lekko głową na przywitanie, jednak nie uśmiechnął się, tak jakby zrobił to normalny, pospolity kot. Przecież on nie był pospolity. Normalny też nie był, ale tego lepiej mu nie mówić.
— Dzień dobry. Jak ci na imię wojowniczko? — wykrztusił w końcu z siebie, posyłając kotce krzywy uśmiech.
Naprawdę próbował przekonać się do srebrnej, jednak nie wróżył temu wspaniałych skutków.

<Wojowniczko?>

[233 słowa]

Od Majaczącej Łapy do Rozkwitającego Astru

Wrócił zmęczony, do tego zirytowany do obozu. Wyminął kogoś w przejściu i przysiadł niedaleko zrostu zwierzyny. Spojrzał bokiem na swoją mentorkę, która tylko kiwnęła głową. Wybrał sobie ze stosu średniej wielkości mysz i odsunął się gdzieś na bok, zajadając się stworzeniem. Myślał, że treningi z Pajęczą Nicią były okropne, ale nie przekonał się jeszcze o tym, jak straszne mogą być lekcje nawigacji w tunelach. Nie był nawet w stanie zliczyć, ile razy zdążył się w nim potknąć. Spokoju zaznał tylko przez kilka pierwszych odbić serca. Zaraz przysiadła się do niego jakaś kotka. Majacząca Łapa zamachnął się ogonem zirytowany, słysząc kolejne słowa wydobywające się z pyska burej kotki.
“A mogłem siedzieć w środku.” pomyślał, gdy to zadała mu następne pytanie z rodzaju tych o pogodzie. Myślał już, że wkrótce zwariuje, ale w końcu zebrał się na powiedzenie czegokolwiek.
— Wolniej. Jak cię zwą gaduło — mruknął, kierując swój wzrok na upierdliwą kotkę.
Szylkretka zmierzyła go najprawdopodobniej ostrzegawczym wzrokiem, ale Kopciuszka jakoś nieszczególnie to obchodziło. Przewrócił tylko oczami, wciągając większą ilość powietrza w płuca.
— Jestem Rozkwitający Aster. Protektorka Klanu Klifu! — uśmiechnęła się kotka, ponownie wyglądając na przyjazną.
Majacząca Łapa westchnął cierpiętniczo. Przesunął łapą po pysku tak jakby “rozmowa”, a może raczej monolog kotki była dla niego co najmniej katorgą.
— Świetnie! Majacząca Łapa jestem. Co to protektor? — zapytał.
“Nie wiedza nie jest chyba czymś złym, co? A może to kolejna z oznak słabości?” pomyślał.
— Zajmuję się innymi! Fizycznie, ale też psychicznie. Robię, co mogę, żeby każdego wesprzeć, a także opiekuję się chorymi! — uśmiechnęła się, tak jakby naprawdę kochała swoją rolę.
— Ah… Rozumiem. Czyli po prostu byłaś beznadziejną wojowniczką? — zarechotał kocur, przykrywać pyszczek łapą niezwykle rozbawiony. — Leniwa czy po prostu nieumiejętna? — prychnął, liżąc się krótko po piersi.

<Rozkwitający Astrze?>

[281 słów, nawigacja w tunelach]

01 maja 2026

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Przeszłość

— Coś często mdlejesz — rzuciła w stronę liliowego kocura, który jakiś czas temu został przetransportowany do lecznicy, kiedy to zemdlał idealnie na środku obozu. — Weź sobie parę dni wolnego od tego wszystkiego, w końcu Owocowy Las się nie zawali, kiedy to tylko ja z Purchawką i Porankiem będziemy leczyć. A tobie to może na dobre wyjdzie — dodała, aby następnie wyminąć starszego i udać się do składziku ziół. Młódka nie zamierzała tracić cennego czasu na naukę medykamentów, a przy okazji może znajdzie kolejne braki, które później będą idealnym pretekstem do opuszczenia obozu.

Może i Mistral dość często zachowywała się wyniośle wobec innych, lecz nadal żyła stratą matki. Raczej nikt nie chce być świadkiem, jak lis rozszarpuje ciało twojej rodzicielki, która oddała życie za te twoje. W dodatku, kiedy ujrzała, jak takie samo rude stworzenie wpada do obozu za pewnym głupim uczniem, wszystko w niej na nowo odżyło. Ukrywała fakt, iż opuszczanie bezpiecznego obozu również napawało ją strachem — kiedy udawała się z Purchawką lub jednym z uzdrowicieli na zbieranie ziół, to raczej nie brali nikogo dodatkowego. Choć też zdarzały się pewne wyjątki, na przykład młódka pamiętała, jak parę razy z nimi szła Orchidea, szczególnie po tym ataku lisa, gdzie istniało ryzyko, że jakieś osobniki kręcą się w pobliżu.

Obecnie

Kolejne księżyce mijały, a biała kotka zdecydowanie na dobre zagościła w legowisku uzdrowicieli Owocowego Lasu, nawet jeśli jej nauki nie do końca skupiały się na przyszłej roli uzdrowiciela. Młódka pamięta, jakby to wczoraj Purchawka oznajmiła, iż wybiera ją jako swoją uczennicę, by została w przyszłości nowym zielarzem w ich społeczności. Stanowisko to dość długo było puste, a dokładnie od momentu, kiedy to dymna została szamanką, zastępując swoją poprzedniczkę, która odeszła do Wszechmatki. Mistral nigdy nie dopytywała o zmarłą, gdyż tak naprawdę nie było jej to potrzebne do czegokolwiek, a uczennica dodatkowo była nieco pochłonięta niedawnym pomysłem swojej mentorki. Purchawka wymyśliła otwarte spotkania teraupetyczne, na które regularnie przychodziło parę kotów, a mianowicie Lis, Kajzerka, Przypływ, Drobinka, Miodunka, Mgiełka i Całunka. Każdy z nich miał swoje własne powody, dla których pojawiali się w tym skromnym towarzystwie i dzielili się tym, co im leży na sercu.
Niebieskooka początkowo była dość sceptycznie do tego nastawiona, a nawet zamierała się łapami przy początkowych namowach Purchawki, oczywiście mając na uwagę to, jaki miała sposób bycia uczennica, a był on dość kontrowersyjny. Choć dało się zauważyć, że odkąd ta szkoliła się na zielarza, coś w jej charakterze uległo zmianie, jakby sama szamanka miała jakiś pozytywny wpływ na to. Nikt raczej na to nie narzekał, gdyż przy wcześniejszym nastawieniu Mistral do wszystkich, to każdy, a przynajmniej większość starała się przychodzić do Poranku, Wiciokrzewu czy nawet Gołąbka, szkolącego się pod okiem rudego uzdrowiciela. Biała początkowo jedynie zbywała to machnięciami łapą, uważając, że każdy to mysi móżdżek, skoro myślą, że jest ona gorsza od pozostałych Owocniaków, którzy razem zamieszkiwali dziuplę.
W końcu jednak zaczęły następować pewne drobne zmiany w zachowaniu Mistral, początkowo były to nieśmiałe uśmiechy, kiedy ktoś akurat przychodził do legowiska, a ona była w środku. Z czasem zaczęła schodzić z tonu i zaprzestała swych opryskliwych uwag. Najbardziej na tym wszystkim skorzystał Wiciokrzew, który mógł odetchnąć z ulgą, kiedy nie musiał się obawiać dość ciętych uwag ze strony młodszej. Po jakimś czasie nawet zaczął pojawiać się wstyd za swoje wcześniejsze zachowanie wobec swojego mentora. Chciała go przeprosić, lecz zawsze nagle coś odciągało ją od tego lub sam kocur był akurat w danym momencie czymś zajęty. Czy Wszechmatka chciała, by młódka żyła z narastającym poczuciem winy, które z każdym dniem paliło coraz bardziej?
Wir mało przyjemnych myśli został przerwany przez pojawienie się cętkowanego zwiadowcy w legowisku. Akurat uczennice była wraz z Purchawką, gdyż Poranek był zajęty szkoleniem Gołąbka, a Wiciokrzew gdzieś niedawno wybył. Szamanka od razu przywitała Guziczka, zaczynając nieco trajkotać jak katarynka, na co Mistral rozbawiona przewróciła oczami. Zielonooka zdążyła już chyba każdemu z osobna w Owocowym Lesie powiedzieć o spotkaniach niewielkiej, które miały cel terapeutyczny i poprawienie dobrostanu psychicznego każdego, kto chciał przyjść. Za każdym razem przybyli mogli liczyć na kwiatki od Gołąbka, który ten zbierał je akurat na te okazje — początkowo niebieskooka dość sceptycznie do tego wszystkiego podchodziła, lecz z czasem sama zaczęła pojawiać się na spotkaniach, tłumacząc się przed samą sobą, że dzięki temu będzie lepszym zielarzem w przyszłości, kiedy tylko nadejdzie dzień, gdy zostanie mianowana.
— Purchawko, chyba już każdy w Owocowym Lesie wie o twoim pomyśle, nie musisz każdemu z osobna o tym mówić — odparła z drobnym uśmiechem, podchodząc do szamanki i zwiadowcy. — Lepiej poszukaj Wiciokrzewu — dodała, spoglądając przez chwilę na mentorkę. Ta krótka chwila wystarczyła, by dymna zrozumiała pewne obawy ze strony Mistral, których raczej nie wypowiadała głośno.
— Jesteś pewna, że dasz sobie radę sama? — spytał niepewnie Guziczek. Biała rozumiała jego obawy, w końcu nadal była uczennicą i to raczej dość młodą, lecz jej wiedza powoli zaczynała dorównywać tej, którą posiadali pozostali.
— Oczywiście! Skoro mam aż dwóch mentorów — odparła, a następnie wskazała wolne posłanie z mchu. Starszy po chwili wahania je zajął, a kotka mogła na spokojnie przyjrzeć się jego oku. Było one załzawione i ropiało, co musiało być mało przyjemne, dlatego też bez zbędnego zwlekania ruszyła po jaskółcze ziele. Dość sprawnie odnalazła odpowiedni medykament, więc już po chwili ponownie znalazła się przy chorym, choć na tym jej zadanie się nie kończyło, gdyż glistnik musiała najpierw przeżuć, a następnie jako okład nałożyć na zainfekowane oko.

«★»

Mistral ciężko odetchnęła, kiedy tylko wypuściła z legowiska zwiadowcę. Czuła, jak ją szczęka boli od zbyt intensywnego przeżuwania ziela, lecz wolała mieć pewność, że papka będzie odpowiednia i zadziała, kiedy położy ją na oku Guziczka. Na szczęście obecny ból się opłacić, gdyż właśnie obserwowała, jak kocur wita się ze swoim partnerem, który także był zwiadowcą. Oba kocury nosiły na sobie dość świeże rany po walce z bobrami — żałowała, że musiała, jak na ostrych krzewach czekać na powrót liliowego uzdrowiciela. Kiedy tylko ich cała grupa wyruszyła, obawiała się, że coś może nie pójść po myśli Pieczarki i Czereśni, czego skutkiem będzie narażenie Wiciokrzewu i Drobinki na atak wroga. Na szczęście im nic się nie stało, a co Mistral dziękowała Wszechmatce.
— Wiciokrzewie, gdzie byłeś? — spytała, kiedy tylko starszy znalazł się na tyle blisko, by nie musiała krzyczeć na cały obóz.

<Wiciokrzewie?>
[1017 słów]

Wyleczeni: Guziczek

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatkowej Łapy (Wąsatkowego Ruczaju)

“— Tato… Ale nie zapomnisz mnie nigdy, prawda? — zapytała zmartwionym głosem.
Czekoladowy zamrugał kilkakrotnie, a na jego mordce pojawiło się zmieszanie.
— Dlaczego miałbym cię zapomnieć? — odparł, uśmiechając się do niej z politowaniem.
— No nie wiem… Cały czas zapominasz o mamie! Wcześniej przecież odwiedzałeś ją co drugi dzień, a teraz? Czy ty w ogóle pamiętasz, jak ona wygląda? — burknęła, odwracając od niego wzrok. — Bardzo za nią tęsknię… i za swoim bratem też. Dlaczego nie możemy się z nimi spotkać…? — wymamrotała pod nosem.”
Dawne słowa Wąsatki nadal nawiedzały go, szczególnie gdy starał się wypocząć pod koniec każdego dnia. Czyżby jednak nie nadawał się na ojca? A może lepiej będzie, jeśli kotka w końcu dowie się, że Pustułkowy Szpon nie jest jej biologicznym rodzicem, a jedynie ją księżyce temu przypadkowo uratował od rychłej śmierci? Nie wiedział, co robić, lecz nie był aż tak zdesperowany, by radzić się kogokolwiek w tej kwestii, nawet Mroczną Wizję. Czekoladowy nie chciał jej po prostu niepokoić w ostatnich księżycach życia — oczywiste było, że dawna mistrzyni niedługo odejdzie do Mrocznej Puszczy, by spotkać się ze swoją zmarłą partnerką. Wtedy też zostanie tylko on i Krucze Pióro pośród żywych. Może i wizja ta nie była jakaś optymistyczna, jednak kocura to nie obchodziło, każdy w końcu umrze, a on miał nieco ważniejsze sprawy niż ciągłe napięcie z bratem.
Zielonooki zastanawiał się także, czemu to akurat dymnego wybrała Zalotna Gwiazda na zastępcę? Jasne, mieli we dwóch pewien dawny układ z liderką, jednak miał wrażenie, że tylko on przykłada się do powierzonej roli. Jakoś nie był w stanie sobie przypomnieć sytuację, kiedy to Krucze Pióro wyznaczał patrole na następny dzień. Nieco to irytowało kocura, lecz nic nie mówił z nadzieją, że Zalotna Gwiazda sama to dostrzeże i upomni zastępcę — Pustułkowy Szpon wolał sam tego nie robić, by jeszcze bardziej nie pogłębiać napięcia, jakie między nimi było. A gdyby tego było mało, od dnia, w którym niewielki patrol przyprowadził do obozu Ulę, obecnie Miodową Łapę, czuł, jak coś go uwiera w jedną z łap. Już dawno mówił sobie, że przy najbliższej okazji uda się z tym do Cisowego Tchnienia, lecz za każdym razem znajdowała się wymówka, która odwlekała to wszystko w czasie. W taki sposób prze kuśtykał niemal większość pory nagich drzew. W końcu jednak ból i irytacja sięgnęły zenitu, popychając zastępcę we właściwym kierunku, jakim było udanie się do medyków. Ich legowisko mieściło się tuż obok tego należącego do Zalotnej Gwiazdy.
Nora, w której swe rządy sprawowała Cisowe Tchnienie była już od samego wejścia przesiąknięte zapachem różnych ziół, które nieco gryzły kocura w nos. Dawniej, po wojnie z Klanem Klifu aż nazbyt często tutaj przychodził, przez co mógł się określać stałym bywalcem tego legowiska. Zastrzygł naderwany uchem, by powoli kroczyć w głąb dawnej borsuczej jamy, w której w większości panował przyjemny półmrok. Już niemal zapomniał, jak to jest być otoczony mieszaniną ziół i pomrokiem — samo to przywołało w jego umyśle nieprzyjemne wspomnienia z przeszłości, kiedy to jako młody wojownik był cieniem siebie, jedynie zawieszonym w marazmie, który tak chętnie i prędko oblepił go całego. Wtedy też każde opuszczenie posłania było wysiłkiem ponad jego siły, że nawet Poziomkowa Polana nie był w stanie go wyciągnąć z legowiska. Jego pierwsze zauroczenie, przed którym ostrzegała go zmarła matka — nieśmiały wojownik okazał się zdrajcą, jak znaczna część innych Wilczaków.
— Co Cię tu sprowadza Pustułkowy Szponie? — Pytanie ze strony starszej kotki skutecznie go wyrwało z wiru myśli i żaru, który na nowo zalewał go, kiedy tylko wracał myślami do wielkiej ucieczki znacznej grupy kotów.
— Witaj Cisowe Tchnienie, coś mi się wbiło w łapę — odpowiedział, unikając podawania informacji o czasie, w jakim mogło to nastąpić. Medyczka jednak nie dopytywała, zapewne aż nadto znając takie przypadki jak on i wskazała jedynie ogonem na wolne posłanie. Niebieska zniknęła w odmętach legowiska, by po chwili wrócić z niewielkim zawiniątkiem składającym się z ziół i pajęczym. Bez słowa jednooki pokazał zranioną łapę, w której tkwił kawałek szkła, by Cis sprawnie się go pozbyła, nałożyła zioła, a następnie owinęła kończynę pajęczyną.
— Przez parę dni staraj się oszczędzać łapę i przyjdź, by sprawdzić, czy nie wdała się infekcja.
— Dziękuje Ci, w zamian wtedy coś Ci przyniosę ze stosu. — Ta jedynie skinęła głową, by następnie zniknąć w głębi legowiska. Kocur sam po chwili opuścił norę, mając zamiar sprawdzić, jak sobie radzi nowe trio mistrzyń, chcąc wypytać je o parę rzeczy, lecz chęć ta dość szybko opuściła kocura. Właśnie Wąsatkowy Ruczaj brała sobie nieco marnego kosa ze stosu — Pustułka musiał z nią porozmawiać prędzej czy później, a unikanie tematu raczej w niczym nie pomoże. Dlatego też dość żwawo podszedł do stosu, biorąc losową piszczkę, by z nią w pysku dogonić przybraną córkę.
— Wąsatko, co powiesz na wspólny posiłek? — zaproponował ciut niewyraźnie. — Przy okazji muszę z tobą o czymś porozmawiać — dodał i nie czekając na odpowiedź młodszej, udał się do bardziej odosobnionego miejsca przy murze okalającym obóz.
— To o czym tato chciałeś porozmawiać?
— Cóż… Wiem, że może być to trudne lub nawet szokujące i wiedz, że mimo wszystko będę Cię kochać, jak ojciec córkę.
— Ale?
— Chodzi o to, że nie jesteśmy ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Kiedy mówisz o swojej matce, to nie wiem, kogo masz na myśli, gdyż nigdy z nikim się nie spotykałem, ani nie odwiedzałem poza obozem. Jedynie przypadkowo Cię wtedy uratował przed utonięciem, byłaś tak mała i drobną, nie mogłem Cię tam zostawić, sama zdecydowałaś mnie nazywać ojcem, choć byłem Ci kompletnie obcy. Początkowo nie było mi to na łapę, gdyż uważałem, że raczej nie nadaje się na rodzica, lecz z dnia na dzień zacząłem akceptować fakt, iż uważasz mnie za ojca i nawet pokochałem niczym rodzoną córkę.

<Wąsatko? Nie gniewaj się na ojca, że to przed tobą ukrywał>

Wyleczeni: Pustułkowy Szpon

Od Konwaliowej Mielizny

Myśli liliowego kocura zdawały się tworzyć jedną wielką masę, z której nie da się nic sensownego wyciągnąć. Taki stan się utrzymywał, odkąd został uwolniony wraz z rodziną i mogli powrócić do klanowego życia, jakby nic nigdy się nie stało — a było wręcz przeciwnie, zbyt dużo się wydarzyło. Były więzień nie wiedział do końca co myśleć o tym wszystkim, a mało przychylne spojrzenia większości Nocniaków niczego nie ułatwiały — jakby nadal wierzyli w dawne słowa Mandarynkowej Gwiazdy o ich zdradzie. Niebieskooki powoli z dnia na dzień zaczął coraz bardziej się zamykać na innych, aż w końcu doszedł do momentu, gdy jakiekolwiek interakcje z innymi były nazbyt męczące, by je praktykować. Milczący, obojętny zdrajca, cóż za interesujący okaz stąpał wśród członków Klanu Nocy. Już na zawsze została przyczepiona do niego łatka lisiego serca, która od samego początku wisiała nad nim niczym nieuniknione fatum — w końcu skoro inni z jego rodziny byli obłudnikami, to on także nim jest.
Pręgowany w ciągu ostatnich księżyców stworzył wokół siebie mur, nie dopuszczając nikogo, kto mógłby ponownie sprawić, że zostanie wysłany na wyspę i odcięty od klanu, rodziny, dawnego życia. Nie miał zamiaru skończyć jeszcze raz w taki sposób — niech myślą, co o nim chcą, skoro tak im łatwiej.
— Niech łykają te kłamstwa niczym pelikany ryby — prychnął z pogardą. Powoli zaczynał żałować, że tak za młodu się starał wszystkim udowodnić swoją prawdziwą wartość. Finalnie to zmarnowana energia i tyle.
Przechadzając się przez centrum obozu, nie zwracał uwagi na palące spojrzenia innych czy ciche szepty między sobą, jednak aż nazbyt był ich świadomy. Zastanawiało go jakim cudem ci głupcy nadal żyli tematem jego rodziny, choć minęło już trochę czasu od tego wszystkiego. Nie mieli innych zainteresowań niż plotkowanie o jednym i tym samym? Machnął gniewnie ogonem, przecinając nim powietrze za sobą — miał dość tego miejsca, marzył, by wyrwać się stąd i odejść jak najdalej, by nie musieć oglądać pysków tych mysich móżdżków. Jednak tylko na marzeniu poprzestał, przecież nie mógł ot tak zostawić rodzinę, choć też nie mógł znieść tego, jak była traktowana przez innych Korzeń. Czekoladowa nic nie zrobiła, a już na samym początku została popychadłem całego klanu nietolerancyjnych i uprzedzonych kotów — podobnie jak Fląderka. Kocur współczuł im obu, niewinne dwie dusze, skrzywdzone przez innych, tylko dlatego, że urodziły się w złym klanie ze złym kolorem szaty.

«★»

— Klekoczący Bocianie, przynieść trochę lawendy. — Słowa Gąbczastej Perły docierały do niego jak przez mgłę. Nawet nie był w stanie przypomnieć sobie, w jaki sposób znalazł się w legowisku medyków i właśnie księżniczka skończyła sprawdzać jego stan. Może i był nieco otumaniony gorączką, jednak mimo tego, aż nazbyt dobrze widział wstręt w oczach starszej oraz słyszalną niechęć, kiedy prosiła vana o zioła.
Ciężko westchnął, przymykając na chwilę oczy, by po chwili otworzyć je na dźwięk stawianych łap. Do legowiska zawędrował Ulewny Szkwał, zapewne z powodu choroby, gdyż już po chwili Różana Woń posłała najmłodszego asystenta po mech z wodą. Pomarańczowooki dość niechętnie spełnił prośbę medyczki. Liliowy wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem, co spotkało się z mało przychylnym spojrzeniem ze strony niebieskiego wojownika. Konwalia starał się to wszystko zignorować, lecz czuł, że z każdym takim przejawem niechęci, a nawet wrogość wobec niego lub kogoś z rodziny, zaczyna się w tym wszystkim dusić. Mógł się miotać, jak oszalały, przypominający przy tym ledwo, co wyciągniętą z wody rybę, lecz stanowiło to jedynie marny wysiłek, którym nic nie wskóra, dlatego też najlepiej brzmiała w tym wszystkim bierność, lecz i ona miała swoje granice. Jak długo będzie w stanie wytrzymać to wszystko, udając, że nic się nie zmieniło po wysłaniu go i rodziny na wsypę przez Mandarynkową Gwiazdę?


Wyleczeni: Konwaliowa Mielizna, Ulewny Szkwał

Od Flaminga (Rogatej Łapy)

Flaming ułożył się wygodnie w łapach matki, czując jej szorstkie pociągnięcia języka wzdłuż kręgosłupa. Wiatr szalejący na zewnątrz, niosący wraz ze sobą mroźne szpony Pory Nagich Drzew huczał niczym sowa, zasiadająca jedną z gałęzi nocą, przypominając wszystkim o swojej obecności. Mimo wszystko drzewa nie zostały jeszcze pokryte śnieżną bielą, z którą młody książę nie miał nawet wcześniej styczności, aczkolwiek słyszał o niej już co nieco, a w rzeczywistości sporo. Miał świadomość, jakie ryzyko wiązało się ze zbyt długim przebywaniem w paskudną pogodę poza obozem, jednak nie sądził, żeby ten problem dotyczył go tak bardzo. Jego futerko na razie dość sprawnie chroniło go przed wszelkimi niedogodnościami atmosferycznymi. Chociaż… może to raczej dzięki jego kochanej mamusi, która zawsze dbała o to, żeby mu nigdy nie było ani za zimno, ani za gorąco, a w sam raz? Jego okrywa zawsze musiała być idealnie czysta, a także ułożona. Kocur nie wyobrażał sobie momentu, w którym jego kłosy miałyby szaleć na wietrze niczym wysoko pnące się łodygi trzcin, hojnie rozrzuconych tuż przy wodzie.
Młodzikowi co jakiś czas obijały się o uszy głosy, że dzień jego ceremonii zbliżał się wielkimi krokami, mimo sielanki, której smakował codziennie i korzystał z niej w pełni, wsłuchując się w wszelką możliwą opowieść, jaką tylko starsi, a przede wszystkim bliscy byli w stanie mu przedstawić. On doskonale wiedział, kto dzisiaj zostanie mianowany. Dzisiaj to właśnie on miał zostać uczniem Klanu Nocy! Można było dość łatwo dojść do takiego wniosku, ponieważ w żłobku przebywał tak naprawdę tylko on. No i oczywiście ta rybia strawa oraz ten kocur, który go też co nieco uczył, chociaż point nie wiedział jak do niego podchodzić i jak go traktować. W końcu piastun był naprawdę ważnym kotem w życiu każdego kota należącego do rodu i nie tylko. Na myśl, że łaciaty uczył kiedyś także tę czekoladową brzydotę, żółć podchodziła mu do gardła. Może Złocisty Widlik jednak był porządny, a fakt, że Fląderka przeżyła, był jedynie czystym przypadkiem? Szczęściem w nieszczęściu?
W dodatku… odnośnie do ceremonii, kto wie, może wreszcie zyska upragniony lotos na czole, dzięki któremu koty będą kłaniały mu się niżej, niż dotychczas? Może uśmiechaliby się do niego więcej? Czy ojciec odwiedzałby go częściej? Może uważał go za słabego? Takiego, co nie umie za wiele? Jeszcze się nauczy i mu pokaże. Jeszcze ojciec będzie z niego dumny! Bardziej niż z kogokolwiek innego, bardziej niż z siebie kiedykolwiek. Niebieskooki ziewnął przeciągle, gdy matka pociągnęła jego kłosy na karku językiem za mocno. Zmarszczył brwi, które prędko wygładził. Nie wolno mu było tyle się złościć, bo jeszcze mu tak zostanie i co? I kto wtedy będzie chciał z nim w ogóle rozmawiać, skoro wyglądałby tak, jakby chodził naburmuszony całymi dniami? Chociaż może coś w tym było, w końcu wcale nietrudno było go doprowadzić do stanu konkretnego podenerwowania. Wystarczyło tak naprawdę powiedzieć parę nieprzychylnych, a nawet i niewylewnych słów o jego kochanej mamusi lub ogólnie rodzinie, której nie zdążył jeszcze poznać tak porządnie, jak mógłby chcieć. To znaczy, odkąd przyszedł na świat, poznał naprawdę wiele kotów, skoro jednak chciał być autorytetem, musiał znać cały Klan Nocy. Każdego i to doskonale, a przynajmniej tak mu się wydawało. Bo jeśli każdy by go znał, do wszystkich uśmiechałby się odpowiednio często i szeroko, to może zdobyłby parę miłych opinii o sobie, które przecież były tak kluczowe, jeśli chciał być szanowany! Oczywiście należał mu się już teraz szacunek za sam fakt bycia tak ważnym kotem, w końcu nie wszyscy byli wnukami Mandarynkowej Gwiazdy, a ponadto… prapraprawnukiem samej Sroczej Gwiazdy! Na samą myśl o tym napuszył sierść na piersi, ku niezadowoleniu matki. Nawet jeśli nie znał wszystkich kotów spokrewnionych z nim, to i tak czuł swego rodzaju więź z nimi.
— No już, Flamingu, zaraz musimy wychodzić. Na pewno za niedługo Mandarynkowa Gwiazda zwoła zebranie klanu! — poniosło się uradowane miauknięcie matki. Flaming zamrugał parokrotnie, posyłając jej uśmiech.
— Myślisz, że mi nada ładne imię? Może Dumna Łapa? Idealna Łapa. Nie, to… brzmi dobrze, ale nie pasuje w ten sposób — zamyślił się jeszcze, spozierając na grunt. Poczuł, jak matka powoli zaczyna go pchać w kierunku wyjścia.
— Z pewnością ci dobierze jakieś porządne! W końcu jesteś jej wnukiem, nie skrzywdziłaby cię tak, jak niektórych — powiedziała nieco ciszej. Point jakby ponownie odpłynął myślami. Ach, chodziło jej pewnie o Mysiomózgą Łapę, która prawie by go zabiła! Ta kotka była tak niepoważna! Nie potrafił zrozumieć, dlaczego przywódczyni pomyślała, żeby ją zostawić w szeregach klanu. Może przydawała się jako służka? On miał Fląderkę, a właśnie…
— Pokrako! — zawołał, a już po chwili nieopodal znalazła się czekoladowa Nocniaczka, chyląc przed nim łeb. Widząc to, uśmiechnął się chytrze, niczym młody lis.
— Tak, książę Flamingu? — zapytała, a jej końcówka ogona drgała nerwowo, gdy Wężynowy Kieł mierzyła ją oceniającym wzrokiem. Karmicielka po paru uderzeniach serca pokręciła głową ze zrezygnowaniem, jakby nie do końca mogła uwierzyć w zachowanie syna. Sam Flaming nie czuł się jakoś szczególnie źle czy ogólnie winny całej tej sytuacji. Nie jego wina, że dawała sobą tak pomiatać i urodziła się czekoladowa. Skoro więc była kotem, który zaciąga innych do błota i im rujnuje życia, to równie dobrze i on mógł sobie jej porujnować, skoro ona napsuła już wystarczająco. Matkę pewnie denerwował bardziej fakt, że syn się ociągał, niżeli traktował źle kota, który sobie zapracował na takie traktowanie.
— Przynieś mi potem jakąś rybę ze sterty. Na pewno będę głodny po mojej ceremonii — polecił jej, nakazując kotce teraz posprzątać łoże, w którym spał jeszcze jakiś czas temu wtulony w gęste futro matki. Zauważył, że pomiędzy paprociami robiło się coraz mniej miejsca, widać było, że szybko nabierał na wadze. Fląderka miała sklecić mu nowe, wygodne, wyłożone najlepszym jakości pierzem, jakie tylko mogła znaleźć. A posłanie te miało znajdować się w legowisku uczniów, więc był ciekaw, jak jej pójdzie i czy w ogóle podoła danemu zadaniu. Tak naprawdę to nie miała wyboru. Oprócz jego rozkazów to nikt od niej nic obecnie nie chciał. Medycy już co mogli, to wyprosili, to pomogła, pozanosiła i dojrzała.
— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — rozbrzmiało wołanie srebrnej kocicy. Flaming zaczął wreszcie przebierać łapami, powracając myślami do teraźniejszości. Legowiskiem się będzie martwił później, na razie nie było takiej potrzeby. To znaczy oczywiście, on nie musiał, a Fląderka owszem. Musiała się postarać, o ile tylko te jej paskudne łapy były w stanie cokolwiek akceptowalnego ułożyć.
Postawił się z ogonem uniesionym wysoko na polanie, szukając wzrokiem ojca. Matka usadowiła się tuż za nim, młody kocurek miał wrażenie, że jego serce zaraz wyskoczy mu z piersi. Kiedyś z pewnością dokładnie tak samo czuła się jego babka, a ponadto praprababka. Każdy Nocniak, nawet jego tata! W jego ślepkach zatańczyły iskierki podekscytowania, a łapki zaczęły delikatnie ugniatać grunt, gdy wpatrywał się w elegancki chód pręgowanej liderki. Śledził jej wzrok dość dyskretnie, żeby jej przypadkiem nie zachęcić do zmiany zdania odnośnie do jego ceremonii! Gdy ich spojrzenia spotkały się, point miał na mordce wymalowaną gotowość. Chciał już wystąpić na środek, chciał dowiedzieć się, kto zostanie jego mentorem. Od mentora zależało naprawdę wiele, miał szczerą nadzieję, że nie przydzieli mu nikogo słabego czy… niegrzeszącego mądrością. Na przykład nie chciałby, żeby go uczyła jakaś czekoladowa brzydota. Całe szczęście, że tutaj nie byli traktowani nawet jak zwyczajni wojownicy. Oni byli pod nimi, pod każdym Nocniakiem, nawet nie członkami rodu i doskonale o tym wiedzieli. Ostatnia sytuacja związana z Mysiomózgową Łapą tylko to udowodniła. To była kwestia czasu aż Fląderka zrobi coś identycznego. Może jeśli będzie wykonywać jego rozkazy, to jej los nie będzie aż tak marny?
Chłodne podmuchy wiatru omiotły powoli kształtującą się kryzę ucznia. Sierść ułożoną miał idealnie, wyglądał przepięknie! Najlepiej, jak zawsze, oczywiście. Kto mu dorównywał urodą?
Gołębie chmury pięły się po nieboskłonie, zasłaniając wszelkie możliwe promienie słońca. Krążyły po przestrzeni nad drzewami tak, jak łapy kocie po błocie, które utworzyło się po niedawnej ulewie. Flaming miał szczerą nadzieję, że nie będzie dzisiaj więcej padać. Deszcze, w połączeniu z tak zimnym wiatrem nie mogły być nigdy czymś dobrym. Ponadto wcale mu się nie widziało moknąć, dlatego to była dodatkowa kwestia, nad której prawdopodobieństwem warto było się namyślić, jednak nie teraz, teraz miał ważniejsze, dużo ważniejsze rzeczy na głowie…
“Pamiętaj, skąd pochodzisz. Pamiętaj, czyim synem i wnukiem jesteś. Nie przynieś nam wstydu”.
Pysk przywódczyni zdobiła nieodgadniona mimika. Kocurek miał lekką trudność w odczytaniu jej, starał się być jednak pozytywnej myśli.
— Flamingu, wystąp — rozbrzmiało po obozie, odbijając się po ścianach jego uszu echem, niczym w wielkiej jaskini. Kocur wystąpił przed szereg, czując na sobie spojrzenia pobratymców. Jego spojrzenie było spokojne i pewne. Przywódczyni nie spuszczała z niego pomarańczowych ślepi. — Flamingu, jesteś z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniesz swój trening. Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Rogata Łapa. Twoim mentorem zostanę ja, Mandarynkowa Gwiazda — powiedziała stanowczo, ale i z nutą dumy w głosie. A może ją on sobie tylko dopowiedział? Rogata Łapa… Rogata Łapa… Przed jego ślepiami nagle wymalowała się postawna kocica, która nachyliwszy się nad młodziakiem, zetknęła się z nim nosami. Spojrzał na nią z lekkim oszołomieniem, jakby nadal nie docierało do niego to, że jego mentorką została… jego babka! Sama przywódczyni Klanu Nocy! Czy mógł trafić lepiej? Absolutnie nie! Jego serce zaczęło bić szybciej, a ucho podrygiwało z rozemocjonowania. Odwrócił się do pobratymców, słysząc, jak z ogromnym zadowoleniem skandują jego nowe, przepiękne imię.
— Rogata Łapa! Rogata Łapa!
Czy pasowało mu takie? Było mu do twarzy w… wyimaginowanych rogach? Ciekawe co sprawiło, że otrzymał akurat takie? Nie mógł powiedzieć, że mu nie odpowiadało. Brzmiało doskonale. Poroże, ogólnie rogi kojarzyły się raczej pozytywnie albo przynajmniej dumnie. W głowie zamajaczyła mu sylwetka masywnego, dumnie wyprostowanego jelenia, prezentującego swoje rozłożyste niczym gałęzie u drzew poroże, lustrując spojrzeniem las wokół siebie, niczym król całych tych terenów. Sam point starał się nie wypaść na zbyt aroganckiego, jego pyszczek przyozdobił stonowany, elegancki uśmiech, mimo że serce, zdawało się, zaraz mu się wyrwie z klatki piersiowej, uciekając gdzieś hen daleko.
Nie był to jednak koniec. Mandarynkowa Gwiazda zachęciła swojego ucznia do tego, żeby za nią poszedł. Rogata Łapa, nie kwestionując tego, podążył za nią posłusznie niczym baranek, idąc przez centrum Klanu Nocy tak, jakby chodził tędy już niezliczone księżyce, a w rzeczywistości był to jeden z pierwszych razów, kiedy postawił tu łapę. W pewnym momencie przyłączyła się do niego reszta jego rodziny, w tym Błękitna Laguna, o dziwo, co bardzo ucieszyło kocurka, oczywiście liderka, Gąbczasta Perła, Różana Woń i jeszcze parę kotów, po których point nie rozglądał się nadto, a może powinien albo wypadałoby…?
Znaleźli się pod wysokim sumakiem. Bursztynooka zamoczyła łapę delikatnie w szkarłatnej mazi, która pachniała rybnie, ale i w pewnym sensie owocowo. Niebieskooki przyglądał się całej tej ceremonii z zaciekawieniem. Może kiedyś to on zasiądzie na miejscu babki i będzie musiał odprawić podobny rytuał, kto wie?
Zbliżyła łapę do jego głowy, naznaczając ją starannie symbolem lilii wodnej. Rogata Łapa starał się siedzieć tak spokojnie i nie ruszać się, jak tylko było to możliwe. Zależało mu na tym, aby jego znak był wykonany idealnie, żeby nikt się przypadkiem nie zastanawiał co do jego pochodzenia. Starsza zakończyła to jeszcze dwoma kropkami, które naznaczyły spód lotosu, przypominając łodygę. Przepiękne kwiecie na jego głowie było dla niego dumą tak ogromną, że ciężko było mu wyobrazić sobie przejście do codziennych obowiązków, które nadeszły szybciej, niż mógłby się tego spodziewać. Jego dotychczasowa sielanka opuściła go okrutnie, robiąc miejsce wreszcie na moment, w którym przyszło mu się wykazać, a musiał dokonać tego niejednokrotnie. Musieli być z niego dumni. Jego rodzina musiała widzieć jego postęp i chęci do zostania najlepszym z najlepszych, tym razem oprócz tylko pewnie nacechowanych słów, a zerowego udowodnienia w postaci zarysowanych mięśni pod futrem. W żłobku nauczył się wiele, a to nie był koniec jego nauki. Rogata Łapa wiedział, że jeśli zrobi choć jedną rzecz nie tak, mógłby wtedy pożegnać się ze swoim pięknym, dumnym imieniem i nadziejami rodziny, które tylko rosły względem niego.

***

Rogata Łapa szedł u boku przywódczyni, czując nieprzyjemnie mokrą ziemię pod poduszkami. Rozpływała się i była zdecydowanie za miękka! Trzymał ogon tak, żeby nim przypadkiem nie dotknąć tego całego brudu wszędzie wokół. Ciekawe co dzisiaj będą robić? Mokre, chłodne powietrze docierało do jego nosa prędko, przypominając o plusze. Rechot żab ucichł, gdy dwójka zbliżyła się wystarczająco blisko. Point prędko odkrył, że ich obóz otoczony był masą wysepek, a więc jeśli chcieli dotrzeć gdziekolwiek, to musiał nauczyć się pływać. On tak naprawdę wiedział już, jak pływać, moczył się przecież tyle razy w tym malutkim brodziku pod czujnym okiem Złocistego Widlika i matki, ale może wody tutaj to było zupełnie co innego. Dwójka przystanęła przy jednym z drzew, Mandarynkowa Gwiazda spojrzała na swojego podopiecznego, jakby z podejrzliwością, a sam Flaming czekał na polecenia z jej strony, zastanawiając się gdzieś z tyłu głowy, dlaczego go takim spojrzeniem obdarzyła. Wyprostował się wręcz jak na zawołanie, układając sierść na piersi starannie. Może zrobił już teraz coś nie tak? Chciał jej pokazać, że był mądry i nie było potrzeby tłumaczenia mu tak obszernie, jak małemu, nierozgarniętemu kociakowi. Nagle kiwnęła do niego głową, wskazując na drzewo.
— Wdrap się. Chyba że wolisz siedzieć w tym błocie — miauknęła, owijając ogon starannie wokół łap. Może jej nie dopisywał humor?
Kocur sterczał tak jeszcze przez parę uderzeń serca, zastanawiając się, jak powinien do tego podejść. Najlepiej tak, jak uczyła go matka. Chociaż ona nie wspominała o drzewach wcale tak dużo, raczej skupiała się na rodzie królewskim, panujących zasadach w Klanie Nocy i oczywiście pływaniu czy łowieniu, wspinaczka go szczerze zaskoczyła… ale nie zamierzał się poddawać. Dobrze byłoby wykorzystać fakt, że miał większe łapy i ostrzejsze pazury, więc wczepienie się w korę nie powinno być kłopotliwe. Musiał naśladować wszystkie te mniejsze zwierzęta wokół… Podszedł do drzewa pospiesznie, ale elegancko i stanąwszy na dwóch łapach, wczepił się przednimi w twardy pień. Początkowo wyglądało to dość zabawnie, ponieważ zatrzymał się na parę uderzeń serca, sprawdzając, gdzie najlepiej byłoby wykonać następny ruch. Kora nie była miękka, ale była z pewnością odrobinę śliska z powodu wcześniejszej mżawki.
Okazało się, iż to było nieco trudniejsze, niż początkowo zakładał, ale to go wcale nie zniechęciło. Po chwili zaczął wczepiać się wyżej, wykorzystując do tego już również tylne łapy. Ciekawe czy tak się czuły wiewiórki? Rogata Łapa wybierał dość proste miejsca, do których mógłby się wczepić. Szukał ubytków, gdzie może i by zmieścił, chociaż część łapy. Patrzył też za takimi, gdzie było jak najmniej brudu czy innych niedogodności. W końcu kto by chciał drzazgi w poduszce? Jeszcze by się biedny poranił i musiał czekać w legowisku medyków! Nie miał na to czasu! On się musiał uczyć i zostać wojownikiem. Kątem oka zerknął, czy babka patrzyła na jego ruchy. Śledziła tak naprawdę każdy z nich, jakby czekała, aż w końcu się pomyli. W tym samym czasie jego łapa, jak na złość, poślizgnęła się, a on sam runął na ziemię, lądując w mokrym błocie. Skrzywił się, gdy ból rozprzestrzenił się po jego ciele niczym ciarki zimna czy… w tym przypadku prędzej zażenowania. Mokra ciecz rozbryzgnęła się naokoło, na szczęście nie dotykając nawet koniuszka gęstego ogona starszej.
“Dlaczego w takim momencie mi się poślizgnęła łapa? Teraz to ona na pewno nie będzie mnie traktowała na poważnie…” — pomyślał, odrobinę się smucąc. Prędko podniósł się na łapy sztywno, sprawdzając, czy przypadkiem niczego sobie nie połamał, czy nie wygiął. Po oględzinach stwierdził szybko, że raczej nic poważnego sobie nie zrobił. Tak naprawdę nie wspiął się nawet wysoko, bo przez swoje wybrzydzanie wcale sobie nie ułatwiał zadania.
Mandarynkowa Gwiazda zerknęła na niego, jakby sprawdzała, czy się uszkodził, jednak prędko z tego zrezygnowała, zauważywszy, że poruszał się normalnie.
— Drzewa nie są zbudowane pod ciebie. Musisz czasami poświęcić jedną rzecz, żeby zyskać drugą. Gdybyś tylko zauważył niektóre wgłębienia, to nie dość, że wszedłbyś na górę szybciej, to w dodatku może i byś nie spadł. Jeśli szukasz wygody, to zostajesz na dole, a jeśli ci zależy na wejściu wyżej, to nie wybrzydzasz. I co najważniejsze – jak się wspinasz, to patrz przed siebie, bo nie ma wcale czasu na takie lustrowanie otoczenia, na pewno nie wtedy, kiedy drugi kot siedzi prawie że tuż za tobą. Rozglądasz się, to spadasz, proste — machnęła ogonem, otrzepując się z drobinek kurzu. Uśmiechnęła się do niego delikatnie, ale wcale nie dostrzegł w tym uśmiechu nadmiernej pobłażliwości. Podeszła do drzewa teraz ona i bez dłuższego zastanawiania się chwyciła łapami kory, robiąc to dużo bardziej elegancko niż on. Mimo śliskiej kory, jej wspinaczka szła dużo lepiej i w dodatku szybciej. Zupełnie tak, jakby jej ta wilgoć wcale nie przeszkadzała. Już po chwili znalazła się na jednej z najniższych gałęzi, spoglądając na swojego wnuka spomiędzy łysych gałęzi. Gdyby nie pomarańczowe ślepia, to wtapiałaby się w tło nawet nie najgorzej.
Rogata Łapa otrzepał sierść również, ale to nie wystarczyło, żeby się pozbyć tych niedogodności. Jego białe plamy pokryte teraz były brudem, miał ochotę zanurzyć się w jakiejś wodzie i umyć, ale to by było bardzo nierozsądne, szczególnie przy tak mroźnej pogodzie. Zesłałby na siebie tylko więcej nieszczęścia. Otrzepał się też po to, żeby zrzucić z siebie budujące się nieprzyjemne uczucia. Nie uszkodził się, więc mógł próbować dalej. Zapamiętał mniej więcej sposób, w jaki pręgowana się podnosiła wyżej i zamierzał samemu teraz tego spróbować.
Zaczął podciągać się mniej elegancko, wybierając teraz nawet i te brudne wgłębienia, byleby tylko móc gdzieś się podtrzymać. Gdyby było sucho, to by wcale nie musiał tak robić, bo pazury by mu w pełni wystarczyły.
W pewnym momencie usłyszał głos babki, która nadal przypatrywała się uczniowi.
— Spójrz, jak wysoko już jesteś.
Rogata Łapa miał ochotę wykonać to, co mu poleciła, w dodatku wybiło go to lekko z rytmu, zmuszając do zatrzymania się, aczkolwiek nie wykonał tego polecenia. Nie był jeszcze bezpieczny, więc nie mógł się tak rozglądać w najlepsze. Jak tylko znajdzie się na gałęzi, to sobie wtedy popatrzy czy widać stąd obóz Klanu Nocy. W oczach liderki pojawiła się iskra zainteresowania.
Wreszcie znalazł się nawet wyżej niż wcześniej. Łapy powoli zaczynały mu odmawiać posłuszeństwa przez nagły nadmiar wysiłku, co objawiało się lekkim trzęsieniem się kończyn, ale fakt, że był już blisko celu, bardzo go pocieszał. Szarpnął się ostatni raz, znajdując wreszcie obok upragnionego miejsca odpoczynku. Usadowił się na jednej z gałęzi, spoglądając na babkę, czując rosnące zadowolenie z siebie. Kocica zamrugała, wydając z siebie cichy pomruk.
— Może jednak coś z ciebie będzie, o ile to nie było tylko szczęście, a faktyczne umiejętności.
Kocur spojrzał na grunt pod sobą, czując, że to miał być dopiero początek jego treningów. Będzie musiał zrobić wiele, żeby babka go rzeczywiście pochwaliła. Dobrze, że już teraz dostrzegała, że nie był typowym Nocniakiem… a może nie był wcale nikim szczególnym w jej oczach?
Powróciwszy do obozu, Rogata Łapa prędko odszukał brązowej pokraki, zajmującej się w danej chwili jakimiś odpadkami, chyba miała je wyrzucić. W momencie, gdy tylko koteczka spostrzegła kocura, odruchowo wręcz podbiegła do sterty zwierzyny, niosąc teraz w jego kierunku dorodną rybę. Point uniósł brodę do góry, spoglądając wymownie na zdobycz. Zmrużył oczy, a mordkę zwrócił na bok, jakby mu nie pasowała taka propozycja. Przewrócił oczami, wydając z siebie teatralnie głośne westchnięcie.
— Nie ma nic innego? — powiedział zawiedziony, trącając rybę łapą, niczym z obrzydzeniem! Tak naprawdę nie robiło mu różnicy, jaką rybę miał za moment zjeść. Chciał jej po prostu dokopać po treningu, który dokopał w pewnym momencie i jemu. — Pokrako, wyczyść moje futro. Muszę wyglądać idealnie, zawsze! — zażądał, przysiadłszy wygodnie na miejscu. Owinął gęstym ogonem swoje łapy, patrząc na kiwającą głową kotkę. Uśmiechnął się podle, a jego wąsy zastrzygły. — Ale najpierw zadbaj o to, żebym był dobrze wyżywiony. Nie mogę przecież po szkoleniu być o pustym żołądku! Ani chodzić cały brudny, jakbym był jednym z was, czekoladową brzydotą — zacmokał jeszcze na sam koniec, dopiero teraz odczuwając cały ten dzisiejszy wysiłek, który mu pulsował w łapach.

[nauka wspinaczki na drzewa, 3235 słów]

Od Serdecznej Naparstnicy do Majaczącej Łapy

Wciąż nie potrafił przestać myśleć o sytuacji, jaka przydarzyła się mu, gdy był na spacerze ze swoją siostrą. Nie sądził, że taka niewinna schadzka szybko zmieni się w taką tragedię. Choć z tego, co się dowiedział, to już nie pierwszy raz, gdy Świetlista Walka miała taki “atak”. Czy jej przypadłość też była winą Postrzępionego Mrozu i jej zdrady? To takie niesprawiedliwe, że tak wiele istnień musi cierpieć z powodu nieodpowiedzialnej kotki, która wybrała dreszczyk emocji zamiast kochającego, bezpiecznego partnera. Serdeczna Naparstnica nigdy nie byłby w stanie tak bardzo pogwałcić kodeksu wojownika. Byłoby mu zwyczajnie wstyd, gdyby zrobił coś wbrew przywódcy klanu. A gdyby przez niego mieli cierpieć niewinni? Tego dopiero by sobie nie wybaczył. Dałby się nawet do cierni wrzucić, chcąc jakoś odpokutować winy — a szylkretowa wojowniczka ma jeszcze czelność prosić go o nie zdradzenie tego wszystkiego liderowi. On by się na oczy nie był w stanie nikomu pokazać, a Strzępce tak bardzo zależy na tym, by uchować się w Klanie Klifu. Naparstnica musi się poważnie zastanowić nad tym, czy zamierza wkopać swoją matkę. W końcu, chcąc nie chcąc, nosiła go pod sercem przez kilka księżyców, a zdrada ze strony rodziny jest najgorsza. O ile wymierzenie sprawiedliwości w ogóle można nazwać zdradą.
Biało-niebieski postanowił się przejść. To był jego typowy ruch. Gdy cokolwiek zaczynało go dręczyć, po prostu szedł poza obóz i pozwalał sobie odetchnąć. Dziwnym trafem za każdym razem, gdy chciał się zrelaksować, musiał wpaść na drugiego kota. Tym razem tym kotem okazał się Majacząca Łapa. Naparstnica o mało się przez niego nie przewrócił.
— Przepraszam! — mruknął niemal odruchowo, na moment zatrzymując się przed uczniem.

<Majacząca Łapo?>

Od Tojadowej Kryzy

Przed wypuszczeniem rodziny Tojada z wyspy

Słońce spowija się za jasnymi zimowymi chmurami. Grunt jest pokryty składniami zimnego śniegu. Pozostałości po letniej kolorowej trawie są spowite lodowatym szronem. Wszędzie było szaro, chociaż był czas południowy. Zimny wiatr muskał rude futro wojownika Klanu Nocy. Nocniak wyłonił swoje kły, obserwując zdobycz z ukrycia osłonięty krzewami. Mysz niczego nieświadoma grzebała coś w ziemi, jakby z upragnieniem szukała jakiegoś pożywienia na marne. Na zielonej powierzchni oka źrenice kocura się rozszerzyły, pazury wysunęły, sierść nastroszyła, a on sam po dosłownej sekundzie obserwowania pokarmu skoczył na nią i zabił. Jak na warunki pory nagich drzew mysz nie była taka chuda, jak inne które występowały w tym owym lesie na terytorium Klanu Nocy. Nocniak lekko się podniecił zdobyczą, lecz nie na tyle by poprawiło mu to jego samopoczucie.
Owym kotem był Tojadowa Kryza, dumny wojownik. Zielonooki znany jest ze swojego optymizmu i może trochę pogłębionego ego, lecz ostatnie wydarzenia w klanie nim wstrząsnęły. Nocniak pałał gniewem i tęsknotą za swoimi najbliższymi, gdyż stary mentor Rysi Bór, Borówkowa Słodycz, jego ukochana, jak i pierwotny syn Konwaliowa Mielizna byli zamknięci w obozowym więzieniu. Tojad starał się buntować i ciągle się dopytywał, czemu klan skazał ich bez twardych dowodów.
Zielonooki był w pełni przekonany, że jego rodzina została niesłusznie zamknięta, a każdy księżyc bez nich był jak mieszkanie we wrogim klanie. Tojad starał się to tłumaczyć jakoś każdego dnia, bezskutecznie. Nie dało się usprawiedliwić tego, gdyż to jasne, że inni członkowie tego klanu to mysie móżdżki, a jego wybitna rodzina cierpi rozłąką. Rudy myślał o nich dniami i nocami, aż zaczął się odizolowywać od innych, gdyż nikt go nie rozumiał. Inni myśleli, że są zdrajcami klanu, a gdy ktoś zaczynał przy kocurze ten temat, to najczęściej kończyło się kłótnią, a czasem dochodziło do łapoczynów. Mandarynkowa Gwiazda dalej żyła swoim życiem, a czasem nawet znajdowała czas na przechadzki i spacery, co niesamowicie gniewało Nocniaka, gdy widział, że wychodzi z obozu, to często w myślach jej życzył, by wpadła do kałuży błota. Zielonooki nigdy nie pałał do niej dobrymi uczuciami, a bardziej irytacją, samo poczucie nienawiści zrodziło się dosyć niedawno. Nie polepszało sytuacji to, że nawet nie mógł ich odwiedzać.

Chwila później

Tojadowa Kryza wszedł do obozu z wcześniej upolowanymi trzema myszami w pysku, ułożył je na kupce pokarmu dla klanu i ruszył w stronę swojego nowego ulubionego kąta do przesiadywania przy bluszczu. Miał tam widok na większą część klanu. Tojadowa Kryza zazwyczaj starał się w tych momentach wyłączyć jakoś swoje myśli, które doprowadzały go do szału. Wcześniej był duszą towarzystwa, a teraz samo przebywanie innych kotów wokół niego go irytowało. Przez ciągły gniew i tęsknotę Tojad zauważył, że zaczął ostatnio zaniedbywać swoje futro. Dlatego zgrabnie zmienił pozę i zaczął wylizywać swoją kryzę, wyciągał z niej zaczepione małe patyki lub inne śmieci. Przypomniało mu się, że gdy był młodszy, to często miał z tym problemy, bo wtedy o wiele mniej dbał o futro, ale nie miało to teraz zbytniego znaczenia.
Pogoda w jednej chwili z szarej i burej znacznie się pogorszyła. Lodowaty wiatr nabrał na sile i z nieba zaczęły zlatywać lekkie opady śniegu, które symbolizowały, że zaraz się jeszcze bardziej pogorszy. Tojadowa Kryza przestał wylizywać futro, tylko wstał, przeciągnął się i ruszył w stronę legowiska wojowników. Pogoda zmieniła plany kocura, gdyż Tojad planował znowu pójść na polowanie. W tym okresie klanowi brakowało pożywienia, a to był też łatwy sposób na zmianę otoczenia i zajęcia czymś głowy. Będąc już prawie przy legowisku, Tojad zauważył kątem oka swego brata, młodego Flaminga. Widział, jak ich wspólna matka Wężynowy Kieł kazała mu wracać do żłobka. Jak rudzielec dowiedział się, że matka zaszła znowu w ciążę to szczerze, był on nie lekko, ale bardzo zdziwiony. Gdyż nooo… matka Tojadowej Kryzy nie była taka młoda i na karku miała już kiedyś piątkę kociąt, go i jego rodzeństwo. Lecz nawet i tak wojownik się ucieszył, że miał szansę być starszym bratem. Obiecał sobie, że w przyszłości nawiąże z kocurkiem jakieś nici znajomości. Chciał mieć jakiś wpływ na jego życie jako członek rodziny.
Tojadowa Kryza znajdował się już w legowisku wojowników. Nie obchodzili go inni, miał ochotę wygodnie się usadowić na swoim legowisku i tak też uczynił. Przez chwilę znużony obserwował inne Nocniaki, lecz zmęczenie go dobiło.

Sen

Wojownikowi przyśniło się, jak był niegdyś młodziakiem w żłobku, budzącym się codziennie koło swojej matki Wężynowego Kła i pełnego rodzeństwa. Tojad o posturze kociaka obserwował otaczające go rodzeństwo. Widział, jak Wężynka juniorka myła swoje futro po raz setny, bo wydawało jej się, że to coś zmieni lub jak Lulek Rosiczce pokazywał swoją kolekcję, kocurek nie pamiętał czego. Promienie słoneczne wpadały do żłobka i oświetlały rosę na trawie, która w wyniku czego wyglądała jak małe świecące się z daleka kryształy. Ciepłe powietrze było owiewane, przez lekko zimnawe podmuchy wiatru co tylko jeszcze bardziej koiło koty znajdujące się w środku. Tojad zauważył listek na ziemi, który poruszał się wraz z podmuchami, więc młodziak zaczął ganiać listek. Końcowo, gdy liść, wyleciał poza żłobek a Tojad wraz z nim, to otoczenie się zmieniło. Wraz z wyjściem Tojad wcielił się w lekko starszego siebie za czasów bycia uczniem. Tojadowa Łapa był lekko zdezorientowany, więc odwrócił się w stronę żłobka, lecz zamiast żłobka zastał las. Wydawało się, jakby Tojadowa Łapa był w lesie zupełnie sam. Ku jego uldze z bluszczów, przy porośniętym mchem drzewie wyłonił się Rysi Bór, dawny mentor Nocniaka.
— Możemy iść dalej. — powiedział biały wojownik i zaczął iść w stronę jasnego słońca.
Tojadowa Łapa zaczął wojownikowi dotrzymywać kroku. Totalną ciszę zagłuszały ćwierki ptaków, szelesty liści ocierających się o siebie.
Rudzielec obserwował bacznie wojownika, lecz ten nie wydawał się zachowywać inaczej niż zwykle, jedyne co to wydawał się młodszy, co zdziwiło ucznia.
Tojad chciał żartobliwie zapytać się białasa o jego tajemnicę młodszego wyglądu, lecz coś innego zwróciło większą uwagę zielonookiego.
Pogoda ze słonecznej momentalnie zmieniła się w pochmurną. Z jasności wszystko zrobiło się szaro-bure, ptaki przestały ćwierkać, a pobliskie mniejsze zwierzęta się pochowały. Z zapachu powietrza można było wywnioskować, że zapowiada się na dużą burzę.
Futro rudzielca się nastroszyło, gdyż przeczuwał, jakby coś podobnego kiedyś się wydarzyło. Jakby brał już w czymś takim udział. Uczeń znów zwrócił się pyszczkiem w stronę białasa. Rysi Bór dalej szedł przed siebie, omijał drzewo za drzewem, bluszcz za bluszczem, jakby w ogóle nie zwrócił uwagi na drastyczną zmianę pogody i otoczenia.
"Co za mysi móżdżek, nawet ja zauważyłem coś takiego, a on WOJOWNIK to co" — pomyślał Tojadowa Łapa.
Gdy uczeń miał już na głos uznać, że obaj powinni wracać do obozu, bo jak taka ulewa się zbliża, to tam bardziej się przydadzą, to nagle białas zniknął.
"Eeee… co się dzieje, gdzie on jest?!" — zapytał się podświadomie rudzielec.
Chmury na niebie nie tylko zepsuły wygląd otoczenia Nocniaka, ale też zaczęły grzmieć. Krople zimnego deszczu rozpoczęły swoja inwazje na teren Klanu Nocy. Zielonooki przestraszony tym, że jeszcze futro mu się pobrudzi, zaczął biec i krzyczeć wniebogłosy. Biegł na tyle szybko, że nie zauważył głębokiej kałuży błota znajdującej się przed nim. Wpadając do niej, ostatnimi świadomymi myślami Nocniaka było przeklinanie klanu Gwiazdy za to, co go miało zaraz spotkać…

Chwila później

Przymrużone oczy rudzielca zaczęły się otwierać, gdy kocur zauważył, że już nie znajdował się w lesie tylko w obozie. Obóz wyglądał jak papka, dosłownie papka. NO I OCZYWIŚCIE Tojadowa łapa idealnie stanął w kałuży błota. Cały ten sen wydawał się zamachem na jego piękną sierść. Kocur dzięki tej kałuży, właśnie zrozumiał, że to wszystko, co się dzieje, to nie jest prawdziwe i zaraz się obudzi na swoim wygodnym legowisku.
Rudzielec zaczął się rozglądać w poszukiwaniu wyjścia ze snu. Gdy chodził po całym pustym rozwalonym obozie bez ani jednej żywej duszy to podziękował losowi, że to tylko wytwór jego wyobraźni lub wspomnienia.
— Zaraz! Przecież to dzieje się w mojej głowie. Wystarczy, że sobie wyobrażę, jak się budzę czy coś… To nie może być takie trudne — powiedział na głos zielonooki.
Cały pysk rudego się zmarszczył, a jego futro najeżyło od tego, jak przestał w jednej sekundzie oddychać i się tarzać po ziemi.
— Jak to jest, że mój własny sen męczy mnie bardziej niż trzy patrole w jednym dniu! Mysi móżdżek ze mnie! Dobrze, że tego nikt nie słyszy, jak się wyzywam.
Tojad odwracając się, pojawił się w pustym, oświetlonym przez zimne słońce, więzieniu obozowym otoczonym śniegiem. Tojadowa Kryza był już w swoim obecnym wieku. Rudzielec przestał sprawiać wrażenie napompowanego energią. Jego ogon oklapł, a na pyszczku pobladł z nagłego zastrzyku smutku.
Tojadowa Kryza, nawet gdy znajdował się w krainie snów, to tęsknił za synkiem i ukochaną. Tęsknił za ich zapachami, towarzystwem lub za samym uczuciem przebywania w bliskich sobie miejscach. Miał nadzieje, że jakoś sobie tam dają radę.

Koniec snu

Tojadowa Kryza obudził się z otwartym pyszczkiem, odwodniony i cały obolały, jakby ciągle się wiercił. Na niebie słońce dawno już zaszło, a księżyc był na szczycie nieboskłonu. Legowisko było przepełnione śpiącymi już od dawna Nocniakami. Rudzielec postanowił bezszelestnie wydostać się na świeże powietrze. Z dusznego miejsca kocur przeszedł na zimne, lecz dzięki jego kryzie i ogólnie długiemu futerku zielonooki nie czuł się źle na takim mrozie. Kocur nie pamiętał swojego snu, zbyt bardzo tęsknił, by pamiętać… no i był bardzo odwodniony! Jakby nie pił od księżyców.

Chwila później

Kocur pił wodę z kałuży, widział w niej odbicie mocno świecącego księżyca. Widok był nieziemski, zapierający dech w płucach. Zielonooki już rozmyślał nad kolejnym dniem, czy pójdzie na poranny patrol, chyba że zostaną mu przydzielone inne obowiązki.
Tojadowa Kryza jeszcze przez chwilę stał nad kałużą, jakby próbował poukładać myśli, które rozpływały się szybciej niż kręgi na wodzie. W końcu westchnął cicho i oblizał pysk z resztek wilgoci.
— No… przynajmniej pić mi się już tak nie chce — mruknął sam do siebie.
Odwrócił się powoli i rozejrzał po obozie. Wszystko było na swoim miejscu. Znajome zarysy legowisk, lekko poruszone przez nocny wiatr trawy, cienie rozciągnięte pod blaskiem księżyca. Nic niezwykłego, nic, co wymagałoby jego uwagi. I może właśnie tego było mu trzeba. Zwyczajności, poczucia bezpieczeństwa, bez wrogich spojrzeń od innych kotów, poczucia, że jak wróci do legowiska, to zastanie tam Borówkową Słodycz kojąco dla niego spokojnie śpiącą. Ta nienormalność, jaka go witała każdego poranka, była jak ciernisty pazur w łapie, którego nie dało się w żaden sposób wyjąć.
"Przestań ciągle czuć tę emocję!" — pomyślał Tojadowa Kryza, gdyż wojownik był już zmęczony od ciągłego smutku.
Rudzielec popatrzył się na martwą mysz leżącą na stercie z jedzeniem i przypomniało mu to dawne wspomnienie, które dzielił z uczniem.

“Wspomnienie”

Dzień niemłody, niebo pochmurne, trawa pełna kropel mieniących się z daleka, niczym małe kryształy pogrzebane w zieleni. Rudy kocur o jasnej kryzie szedł przez las, wraz ze swoim żółtookim uczniem długość lisa dalej. Wojownik, jak i młodziak w pysku trzymali zdobycze, które zaraz mieli ofiarować na rzecz Klanu Nocy. Idąc naprzód, omijając drzewo za drzewem, rudy nucił coś pod kocim nosem. Żółtookiego na tyle to irytowało, że postanowił stanąć w miejscu i zwrócić się do mentora:
— Mógłbyś, proszę przestać.
— Coś dzisiaj jakiś spięty jesteś, bardziej niż zwykle Morszczynowa Łapo — odpowiedział Tojadowa Kryza. — STRES PIĘKNOŚCI SZKODZI, wiedziałeś? — dodał.
Morszczyn słysząc żartobliwy ton starszego od niego kota, wzdrygnął się ze złości.
— Mógłbyś być czasem bardziej poważny.
— Co masz na myśli? — zapytał zielonooki z mało zainteresowanym wyrazem pyska, jakby żadne słowa nie mogły mu zepsuć udanego dnia.
— Widz… — rozpoczął zdanie uczeń, lecz mentor mu przerwał krzykiem:
— OJ OJ OJ! Czyżby ktoś ci do oka wpadł?!
— Co…? NIE! — odpowiedział speszony Morszczynowa Łapa przez słowa mentora.
— Skąd w ogóle taki pomysł? — dodał pytająco.
— A wiesz, nigdy normalnie nie gadamy na takie tematy, a ty ogólnie chyba nie masz z kim o takich rzeczach porozmawiać, no to ja cię wysłucham. Poza tym i tak dzisiaj cię coś trapi. Wiesz Morszczyn, z kobietami trzeba lekko, jeden zły ruch, bądź zły gest na początku relacji i wszystko może się zapaść, ale ważne, by być sobą…
Morszczynowa Łapa zapewne czuł, jakby monolog Tojadowej Kryzy ciągnął się wiekami. Był zmuszony słuchać o życiowej miłości mentora, jego dzieciach, ich postępach, zasadach moralnych i ogólnie rzeczach nie ze świata ucznia. Znudzony żółtooki w jednej chwili znów wziął do pyszczka zdobycze i bez mentora ruszył dalej. Tojadowa Kryza rozbawiony od razu dogonił ucznia.
— Przyznaj, że jednak miło jest mieć kogoś do pogadania z!
— Czasem może… — odpowiedział Morszczyn.
— To, czemu nie nawiązujesz żadnych głębszych relacji z rówieśnikami? — zapytał Tojad.
— Jakby, próbowałem na początku, ale czasem mam wrażenie, że ja i oni z innych światów jesteśmy. Nie muszę z nimi rozmawiać, by to wiedzieć. Posiadamy inne priorytety w życiu.
— Odpowiedział żółtooki, jakby jednak samotność go czasem dobijała.
Tojadowa Kryza, idąc obok ucznia, szturchnął go w bok z uśmiechem na pysku.
— To dobrze, że masz mnie hehe.

“Koniec wspomnienia”