BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

07 listopada 2024

Od Zalotnej Krasopani

Po mianowaniu Prążka na wojownika

Nastała jesień, a tak dokładnie to Pora Opadających Liści. Korony drzew zaczęły przybierać złote, rude i brunatne kolory, ale na ziemi wciąż jeszcze było sucho po upalnej Porze Zielonych Liści. Deszcze były rzadkie, ale jak już były, to bardzo obfite i długie. Z początku uschnięta roślinność niechętnie pobierała wodę, ale powoli wszystko zaczynało już odżywać i wracać do normalności. Poza tym każdego ranka i wieczora w powietrzu unosiła się mgła, która świat zamieniała na mlecznobiały. Na całe szczęście Klan Wilka w większości nie żył na rozległych łąkach, a w lesie. Na tak ogromnej i pustej przestrzeni ciężko by się było połapać, tym bardziej z utrudniającą widok mgłą. Zalotna Krasopani chciałaby cieszyć się z faktu, że prażące słońce i upały nie do zniesienia w końcu przemijają, ale męczyła ją straszna chrypa od kilku dni. Być może to przez ogólne ochłodzenie i przymrozki, a być może to przez zanurzenie się po czubek nosa w lodowatej wodzie. Co prawda to wydarzenie miało miejsce jakiś czas temu, na przełomie lata i jesieni, ale szylkretka czuła, że w chociażby najmniejszym stopniu odbiło się na jej zdrowiu. Od tamtego momentu kotka miała wrażenie, że jest ogólnie osłabiona, a dopiero teraz zaczęło boleć ją gardło i w dodatku brzmiała jak ropucha! Łapał ją wstyd za każdym razem, gdy musiała się do kogoś odezwać. Drapanie w gardle powodowało też, że czasami zaczynała kaszleć. Niekiedy nawet dostawała ataków kaszlu, których nie potrafiła powstrzymać. Odwlekała jednak wizytę u medyka, gdyż wciąż bała się Cisowego Tchnienia. Zalotna Krasopani bała się, że niebieska szylkretka widzi ją tylko jako słabą i płaczliwą pokrakę, którą starała się już nie być. Wojowniczka chciała przełamywać swoje lęki, ale wspomnienie z ostatniego spotkania z medyczką wciąż tkwiło w jej głowie, było na tyle wyraźne, że czasami Zalotka nie potrafiła już określić, czy wydarzyło się kilka dni temu, czy kilka księżyców temu.
Swoją jedyną nadzieję Zalotna Krasopani pokładała w Prążkowanej Kicie, czyli jedynym kocie, który potrafiłby dodać jej otuchy i namówić na spotkanie z Cisowym Tchnieniem. Tylko wtedy musiałaby iść z nim albo on musiałby poczekać przed legowiskiem medyka, tak na wszelki wypadek, gdyby Cis spróbowała ją zjeść, czy coś w tym stylu. Dla szylkretki medyczka wydawała się dosyć chłodna i nieprzewidywalna, skupiona na swojej pracy i nieczuła na emocje innych kotów. Wojowniczka była też utwierdzona w przekonaniu, że u Cis nie istnieje coś takiego jak wrażliwość i empatia, ale być może kotka nie okazywała jej do obcych, a przy rodzinie i bliskich już tak. Niestety Zalotna Krasopani raczej nigdy się tego nie dowie, pomimo faktu, że tak właściwie wychowała się tuż obok Cisowego Tchnienia. W końcu jej matka – Zaranna Zjawa, kiedyś była asystentką medyka. Właściwie w tym momencie szylkretka zdała sobie sprawę z tego, jak rzadko rozmawiała ze swoją rodzicielką. Dawno nie przeprowadziły ze sobą żadnej porządnej interakcji na zasadzie matka-córka, co trochę zasmuciło Zalotkę. Kotka absolutnie nie wiedziała o niczym, co obecnie działo się w życiu Zjawy. Wiedziała tylko, że została ona teraz wojownikiem, ale właściwie dlaczego? Czy coś ważnego stało się w jej życiu? Czy doznała jakiegoś poważnego urazu? Wyrzekła się Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd? Może jest poważnie chora, powoli traci już siły i nie może więcej leczyć innych kotów? Możliwości było wiele, aż zbyt wiele! Zalotna Krasopani na spokojnie mogłaby spędzić co najmniej siedem dni, rozmyślając nad nimi wszystkimi, ale czy był w tym jakikolwiek sens? Finalnie i tak nigdy nie poznałaby odpowiedzi, chyba że osobiście spytałaby się swojej matki. Gdyby Zalotka nie była teraz obrażona na Syczkowy Szept, pewnie to z nim by porozmawiała. Teraz jednak unikała go szerokim łukiem. Matka pewnie nie byłaby szczęśliwa, że jej rodzina, delikatnie mówiąc, się rozpada. Z Polną Łapą jakikolwiek kontakt urwał się już dawno temu, Zalotka i Syczek byli ze sobą pokłóceni, ich ojciec był samotnikiem, a Zaranna Zjawa nie za często rozmawiała ze swoimi kociętami. Zalotna Krasopani oddałaby wszystko, aby mieć znakomite relacje z kotami, które związane są z nią więzami krwi, ale najwyraźniej na ten moment musiał jej wystarczyć sam Prążek, z którym swoją drogą chciała się dziś wybrać na mały spacerek, a może małą randkę? Sama nie wiedziała, jak ma określić ich spotkania, na których wybierali się w całkiem ładne miejsca, a potem dzielili językami. Z głowy nie mogła wybić sobie dnia, w którym zasnęła tuż u jego boku, nie mogła pozbyć się tego łaskotania w brzuchu za każdym razem, gdy kocur był obok niej. Musiała coś z tym zrobić albo inaczej skazana była na wieczne męczarnie. Srebrny kocur zdawał się bardzo lubić szylkretkę, ale nigdy nie zrobił niczego, co świadczyłoby o tym, że jest w kotce zakochany.

Zalotna Krasopani wyszła z legowiska wojowników. Posłanie Prążkowanej Kity było puste, więc pewnie kocur musiał być teraz w obozie lub na patrolu. Kotka wolałaby tę pierwszą opcję, aby nie musieć chodzić po terytorium i go szukać, albo spędzić wieczność w obozie czekając na to, aż wreszcie się zjawi. Na całe szczęście od razu, gdy tylko wychyliła pysk z legowiska, jej oczom ukazał się liliowy kocur. Siedział przy stercie ze zwierzyną i właśnie kończył jakąś ryjówkę. Zalotka zaczęła zmierzać w jego stronę radosnym krokiem.
— Cześć, Prążkowana Kito! — mruknęła na przywitanie, rozsiadając się obok przyjaciela. Kocur przełknął kęs zwierzyny i oblizał pyszczek.
— Hej! Chcesz… trochę? Przepraszam, nie zostawiłem za wiele, nie spodziewałem się twojego przybycia — miauknął i uśmiechnął się nieśmiało. Szylkretka odwzajemniła jego uśmiech i spojrzała na poobgryzaną zwierzynę.
— Nie szkodzi. Właściwie to jestem najedzona, możesz dokończyć swój posiłek w spokoju — odparła. Prążkowana Kita łapą przyciągnął do siebie ryjówkę i ponownie się w nią wgryzł.
— Prążku, może wybralibyśmy się dziś na jakiś spacer? — zaproponowała jakiś czas później. Kocur podniósł głowę do góry i spojrzał na Zalotkę. Na chwilę odwrócił wzrok, po czym pokiwał i uśmiechnął się.
— Możemy iść — mruknął. Szylkretka podniosła się z miejsca i zachęciła swojego towarzysza do zrobienia tego samego. Wojownik chwycił resztki ryjówki w zęby i wraz z kotką wyszedł z obozu. Na jego wyjściu zamachnął się i wyrzucił niezjedzoną część swojego obiadu.
— To gdzie idziemy? — spytał, licząc na to, że Zalotka ma już przygotowany plan ich spaceru. Wojowniczka zamyśliła się na chwilę, próbując przypomnieć sobie jakieś ładne miejscówki na terenie Klanu Wilka. W sumie nie za bardzo przepadała za terytorium jej klanu. Wydawało się takie dziwnie surowe i nudne. Cierniste Drzewo? Czarne Gniazda? Spalona Zatoczka? Potworna Przełęcz? To wszystko brzmiało tak ponuro, na pewno żadna z tych lokalizacji nie nadawała się na przyjemny spacer i odpoczynek.
— Może — mruknęła, przerywając nagle. Chciała zaproponować pójście nad jezioro, ale po ostatnim wydarzeniu jakoś nie miała ochoty widzieć dużych zbiorników wodnych przed swoimi oczami.
— Pójdziemy w stronę łąk? — dokończyła, jakby nigdy nic wcześniej się nie stało. Poprzednim razem też wybrali się na skraj lasu, to był piękny dzień, więc czemu by go nie powtórzyć? Prążkowana Kita przytaknął.
— Z przyjemnością — odparł. Dwójka kotów rytmicznie maszerowała po lesie, towarzyszył im śpiew ptaków i silny wiatr. Zalotna Krasopani rozglądała się dookoła, szukając jakichś ciekawych zjawisk. Chciała przemyśleć kilka spraw, ale nie mogła się na niczym skupić. Poza tym nie chciała zamyślać się aż za bardzo, z obawą przed tym, że jeszcze wywróci się o jakiś wystający korzeń i upokorzy. Nigdy nie była raczej uznawana za silną i potężną, a raczej za zwinną i szybką. Nie mogła stracić tego tytułu w tak głupi sposób!
Nagle runęła. Świat zaczął jej wirować przed oczami, a w łapie poczuła silny ból.
“Nie, nie, nie! Czy ja mdleję?” pomyślała, zanim jej pysk boleśnie zderzył się z ziemią. Poczuła jak kurz i piach wlatują jej do pyska, ale wcale nie traciła świadomości. Jak najszybciej podniosła się na cztery łapy. Cała się zachwiała, a teraz wszystko ją bolało. Zaczęła kaszleć, aby pozbyć się okruchów ze swojej mordki.
— Zalotko! Nic ci nie jest? — spytał przerażony Prążek. Zalotna Krasopani zaśmiała się ze wstydu.
— Nie! Nic, nic. Chodźmy dalej — rzuciła i zaczęła szybko zmierzać do przodu. Jej ruchy były niezgrabne. Srebrny kocur szybko ją dogonił.
— Jesteś pewna? Łapa ci krwawi… — mruknął, jego głos wskazywał, że kocur bardzo się przejął. Jego ton był delikatny, widać, że troszczył się o swoją przyjaciółkę.
— Poza tym zauważyłem, że od jakiegoś czasu masz chrypkę. Jak wrócimy, powinnaś udać się do medyka — westchnął. Przez jakiś czas koty szły w milczeniu.
— Może i masz rację… pójdę do medyka — zaśmiała się.
— Ale musisz iść ze mną! — postawiła warunek. Chciała mieć kolejną wymówkę, aby spędzić więcej czasu z kocurem. Na pysku Prążkowanej Kity zagościł uśmiech.
— No, niech ci będzie. Ale poczekam przed legowiskiem, nie chcę przeszkadzać Cisowemu Tchnieniu i Skarabeuszowej Łapie, skoro nic mi nie jest — mruknął. Zalotna Krasopani przytaknęła. Mimo jej własnej woli na jej licu pojawił się szeroki uśmiech. Gdyby nie miała gęstego i długiego futra, pewnie zrobiłaby się czerwona jak burak. Szybko odwróciła głowę od srebrnego kocura.
“On jest… idealny! Taki miły i dobry, pomocny, wierny i silny! A przede wszystkim jest też mądry! On ma w sobie wszystko, czego chce się od kocura, od partnera…” pomyślała. Wzięła kilka głębokich wdechów i ponownie spojrzała na wojownika. On także odwrócił głowę w jej stronę, uniósł jedną brew.
— Co? — spytał, zauważając, że Zalotna Krasopani nie odrywa od niego wzroku. Kotka wzdrygnęła się, jakby wcale nie zauważyła, że wpatruje się teraz w kocura.
— Och, przepraszam! Musiałam się zamyślić i nie zwracać uwagi na to, że patrzę na ciebie — pisnęła. Kocur przytaknął.

Wkrótce oba koty zauważyły, że las zaczął znacznie się przerzedzać, a przed nimi zamiast kolejnych drzew, malowało się zachmurzone, szare niebo. Gdy Zalotka i Prążek wkroczyli na łąkę, powitał ich silny wiatr. Kotka miała wrażenie, że w powietrzu unosiła się mgła.
— Zalotko… mam dla ciebie prezent — mruknął Prążkowana Kita, przestępując z łapy na łapę. Wojowniczka znowu poczuła, jak coś ściska jej żołądek. W jej oczach błysnęła iskierka podekscytowania, jednak szybko ją zgasiła i odwróciła się w stronę kocura. Starała się wyglądać na spokojną.
— Tak? — spytała. Prążkowana Kita uśmiechnął się i wyciągnął kwiaty lawendy, które były wplątane w jego futro. Podszedł do swojej przyjaciółki i wsadził jej je za ucho.
— Jak byłem na spacerze, udało mi się natrafić na te kwiatki. Widziałem, jak motyl na nie siada i pomyślałem o tobie… Teraz ciężko jest spotkać te delikatne, skrzydlate kreatury, skoro nadchodzi jesień. Większość szuka już schronienia i ulatnia się z naszych terenów… przynajmniej taki mi się wydaje — mruknął, po czym schylił głowę i spojrzał na swoje łapy.
— O rany! Bardzo ci dziękuję! — zawołała.
— Są śliczne! No i pasują mi do futra — stwierdziła, podchodząc bliżej do wojownika. Polizała go kilka razy za uchem, na co ten podniósł pysk, na którym ponownie pojawił się uśmiech.
“A może jednak on też mnie kocha?” pomyślała.
“Na razie odpuszczę sobie wyznawanie miłości, na pewno wkrótce to on zrobi pierwszy krok!” zachwyciła się. Oba koty usiadły po jakimś czasie na trawie. Było dosyć chłodno i mroźno, ale przynajmniej mieli siebie. Zalotna Krasopani położyła głowę na barku wojownika. Od razu poczuła, jak jego ciepło przechodzi na nią, nie mogła się powstrzymać od wydania zadowolonego pomruku.
— Zalotko, nie jest ci zimno? — spytał wojownik. Wojowniczka ziewnęła, zanim zdążyła mu odpowiedzieć.
— Raczej nie, ale jestem zmęczona. Prawie cały dzień jestem na nogach… — westchnęła, na co Prążek pokiwał głową.
— To może wrócimy już do obozu? Zaprowadzę cię do medyka, a potem położymy się w legowisku wojowników — zaproponował. Kotka zmrużyła oczy i przez chwilę panowała głucha cisza.
— Dobrze — odparła po jakimś czasie.

* * *

Zalotna Krasopani i Prążkowana Kita zawitali w obozie. Robiło się już ciemno, właśnie przed chwilą wyruszył ostatni patrol, z którym wojownicy mieli okazję się spotkać.
— To teraz siup do medyka — miauknął srebrny kocur, gwałtownie skręcając i odgradzając swojej przyjaciółce drogę. Kotka nie miała innej opcji, także się obróciła i podążyła za wojownikiem. Szli dosyć powoli, ponieważ szylkretka nie miała już siły stawiać żwawych kroków. Poza tym nigdzie jej się nie śpieszyło, bo usługi Cisowego Tchnienia były raczej całodobowe.
Kotka zatrzymała się tuż przed legowiskiem. To właśnie tu spędziła całe swoje dzieciństwo, przez co zalała ją nagła fala wspomnieć. Przypomniała sobie liczne zabawy kulką mchu wraz z Polanką i Syczkiem, kiedy to jeszcze żyli beztrosko pod opieką mamusi i nie musieli przejmować się żadnymi obowiązkami. Oczy kotki się zaszkliły, ale szybko zasłoniła je łapą. Pociągnęła nosem i uspokoiła się, zanim zdążyła wejść do legowiska. Natychmiast do jej nozdrzy dotarł silny zapach różnych ziół. Dawniej była do niego przyzwyczajona, był jej codziennością i niczym nie różnił się od zwykłego powietrza. Teraz był jednak taki dziwny i nieprzyjemny, choć zarazem tak jej bliski.
— Cisowe Tchnienie? — mruknęła, w jej głosie było słychać niepokój. Wciąż stresowała się na myśl o interakcji z niebieską szylkretką. Kotka się wyprostowała, próbując sprawić, że jednak będzie wyglądała nieco pewniej. Nagle z półmroku wyłoniła się sylwetka medyczki. Jej pysk nie miał żadnego wyrazu, był po prostu neutralny.
— Słucham? — spytała, podchodząc do Zalotki, która w tym momencie poczuła się znowu jak mały kociak. Szylkretka odchrząknęła.
— Więc może już zdążyłaś zauważyć, ale męczy mnie chrypa… — westchnęła.
— A poza tym delikatnie zraniłam się w łapę. Niby to nic wielkiego, ale myślę, że możesz ją jakoś odkazić — zaproponowała. Miała wrażenie, że cała jej wypowiedź brzmiała trochę niemiło, ale postanowiła odłożyć tę myśl na bok i zająć się przyszłością zamiast tym, co właśnie przed chwilą powiedziała.
— Dobrze — usłyszała w odpowiedzi. Cis odwróciła się na pięcie i ponownie zniknęła w ciemnościach legowiska. Zalotka zaczęła rozglądać się po okolicach.
“Mam wrażenie, że trochę się tu zmieniło” pomyślała. Dawno nie miała okazji odwiedzić miejsca, w którym się wychowała. Szylkretka czuła się tu bardzo dziwnie, ale być może to od tych wszystkich ziołowych zapachów. Miała wrażenie, że te miejsce jest jednocześnie bardzo straszne i bardzo przytulne. Przełknęła głośno ślinę, gdy nagle wyłoniła się przed nią Cis. Trzymała w pysku mech nasączony jakąś mazią, a także ususzone liście dębu. Niebieska szylkretka położyła lekarstwa przed Zalotką.
— W mchu znajduje się miód, pomoże ci złagodzić ból gardła i chrypę. To obok to liście dębu szypułkowego, które musisz przeżuć i nałożyć na ranę. Zapobiegną przyszłych infekcji — poinstruowała kotkę. Wojowniczka kiwnęła głową i chwyciła w zęby kawałek mchu, który następnie zaczęła miętosić w pysku. Poczuła, jak lepki i słodki miód koi jej gardło, a gdy już cały wyssała, wyrzuciła kulkę z pyska i przytoczyła ją do siebie łapą.
— Wyniosę to później — zaproponowała, na co Cis kiwnęła głową. Potem Zalotka przysiadła na uboczu i zaczęła przeżuwać liście na papkę. Wszystkiemu dokładnie przyglądała się Cisowe Tchnienie, co trochę stresowało szylkretkę. Gdy poczuła, jak suszone liście w jej pysku zaczynają się ze sobą sklejać, tworząc mus, nałożyła je sobie na ranę na przedniej łapie.
— To teraz możesz już zmykać — mruknęła Cis i poszła w inne miejsce w legowisku, nie zwracając już uwagi na Zalotkę, która po chwili wzięła ze sobą mech i wygramoliła się na obozową polanę. Starała się nie wykonywać gwałtownych ruchów łapą z nałożonym na nią ziołem, aby przypadkiem go z siebie nie zrzucić. W oczy rzucił jej się Prążkowana Kita, który szybko do niej podszedł.
— I jak? — spytał.
— Nie było tak źle. Już mi lepiej — stwierdziła.

Wyleczeni: Zalotna Krasopani
npc: Prążkowana Kita

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz