— Sz-Szczawiowa Ł-Łapo, n-nie pow-powinno nas tu b-być. W-wracamy z-zanim sp-spotkamy pat-patrol — miauknął, starając się brzmieć jak dojrzały i zdecydowany mentor, którym być powinien, a nie jak roztrzęsiony emocjonalnie wojownik, którym był.
— Oj, daj spokój, Łabędzi Plusku. Te rybojady nie mają z nami żadnych szans — odpowiedział niemal natychmiast uczeń, z podekscytowaniem przebierając łapami w miejscu. — Mi zawsze jest lepiej, jak kogoś pobije. A nie chce żebyś był smutny.
— A-ale m-mi n-nie j-jest — mruknął. — Szcza-Szczawiowa Ła-Łapo, n-nie t-tak wy-wygląda ży-życie w-woj-ojownika. W-wiesz, co b-by b-było, gdy-gdyby ka-każdy b-bezkarnie wcho-wchodził n-na t-teren w-wro-wrogiego kla-klanu? T-to n-niezgo…
— Powiedziałem już, że rybojady nie mają ze mną szans. A jak ty mi pomożesz, to już w szczególności! Gdybyśmy tak poszli do ich obozu… wiesz, gdzie mniej więcej leży?
— T-to pó-pójdziesz t-tam s-sam, a j-ja n-nie bę-będę odpo-odpowiadał z-za to, c-co zro-zrobi z tobą Ps-Pstrą-rągowa G-Gwia-azda — burknął z już delikatnie nastroszoną sierścią na grzbiecie, chcąc zmusić Szczawiową Łapę do powrotu za pomocą szantażu.
— Aż tak bardzo się boisz jakiś Nocniaków? — zapytał ze zdziwieniem terminator, najwyraźniej nic sobie nie robiąc ze słów zdenerwowanego wojownika.
Oj, Łabędzi Plusk chyba już dawno nie był tak sfrustrowany. Wręcz kusiło go, by wydrzeć się na narcystycznego kocurka, chwycić go za kark i siłą zaciągnąć na tereny Klanu Klifu niczym nieznośnego kociaka. Z jego pyska potrafiło się jednak wydobyć jedynie nerwowe warknięcie. Wyciągnął i schował pazury, mrużąc przy tym ślepia.
— N-nie, p-po pro-prostu w-wiem, że ty-tylko sko-skończone my-mysie m-mó-móżdżki za-zachowują s-się j-jak t-ty te-teraz. Wra-wracamy. N-na-natychmiast. — Obrócił się na pięcie, ogonem miarowo machając na boki i nie spoglądając na podopiecznego.
Zrobił kilka kroków przed siebie, będąc niemal pewnym, że Szczawiowa Łapa tym razem ruszy za nim, gdy jednak nie poczuł przy sobie jego obecności, odwrócił się z narastającą furią. Uparciuch wciąż siedział w miejscu, uważnym wzrokiem obserwując terytorium wroga. Końcówka jego kity lekko drgała, a mięśnie były napięte, jak gdyby był gotowy w każdej chwili wyskoczyć przed siebie, wprost w stronę obozu, niczym skończony idiota.
— P-po-powiedziałem wra-— urwał w pół słowa, gdy coś zaszeleszczało w krzakach przed nimi. Po prostu wybornie. Tylko tego im brakowało, już nie mogło być gorzej.
Z zarośli wyłonił się bury kocur o białych skarpetkach łap, białym pysku i błękitnych ślepiach. Nie wyglądał zbyt groźnie, ale i tak przez całe ciało Łabędziego Plusku przeszedł mrożący, nieprzyjemny dreszcz. Wojownik jedynie kątem oka dojrzał błyskawicznie rosnącą ekscytację na pysku Szczawiowej Łapy, po czym rzucił się pędem ku granicy z Klanem Klifu. Nieistotne, czy z uczniem, czy bez niego. Oddychając szybko, zatrzymał się dopiero, gdy skrył się za cienkim pniem sosny rosnącej tuż za granicą. Chwilę mu jednak zajęło, nim zdołał się chociaż w miarę uspokoić. W życiu nie podejrzewałby, że jego nowy uczeń przysporzy mu aż tyle kłopotów już w pierwszy dzień ich wspólnego treningu. A więc przed nimi jeszcze długa droga, nim ten wydorośleje i przyswoi sobie pewne oczywiste wartości. Ale że też matka nie nauczyła go takich podstaw dobrego zachowania? Kocur złapał jeszcze jeden głęboki oddech i wyjrzał ze swojej kryjówki, własnym oczom nie wierząc. Ten głąb rzeczywiście postanowił wdać się w bójkę z ewidentnie dużo starszym do niego kotem Klanu Nocy.
— Szcza-Szczawiowa Ła-Łapo, t-ty i-idioto, wra-wracaj! — wrzasnął, tym razem nie będąc już w stanie ukryć swojej furii. Naprawdę nie pamiętał, kiedy ostatnio był na kogoś tak wściekły. Nie smutny, tylko czyście wściekły. Ale cóż, liliowy kocur przelał miarkę.
<Szczawiku?>
Ojoj
OdpowiedzUsuń