Myśli liliowego kocura zdawały się tworzyć jedną wielką masę, z której nie da się nic sensownego wyciągnąć. Taki stan się utrzymywał, odkąd został uwolniony wraz z rodziną i mogli powrócić do klanowego życia, jakby nic nigdy się nie stało — a było wręcz przeciwnie, zbyt dużo się wydarzyło. Były więzień nie wiedział do końca co myśleć o tym wszystkim, a mało przychylne spojrzenia większości Nocniaków niczego nie ułatwiały — jakby nadal wierzyli w dawne słowa Mandarynkowej Gwiazdy o ich zdradzie. Niebieskooki powoli z dnia na dzień zaczął coraz bardziej się zamykać na innych, aż w końcu doszedł do momentu, gdy jakiekolwiek interakcje z innymi były nazbyt męczące, by je praktykować. Milczący, obojętny zdrajca, cóż za interesujący okaz stąpał wśród członków Klanu Nocy. Już na zawsze została przyczepiona do niego łatka lisiego serca, która od samego początku wisiała nad nim niczym nieuniknione fatum — w końcu skoro inni z jego rodziny byli obłudnikami, to on także nim jest.
Pręgowany w ciągu ostatnich księżyców stworzył wokół siebie mur, nie dopuszczając nikogo, kto mógłby ponownie sprawić, że zostanie wysłany na wyspę i odcięty od klanu, rodziny, dawnego życia. Nie miał zamiaru skończyć jeszcze raz w taki sposób — niech myślą, co o nim chcą, skoro tak im łatwiej.
— Niech łykają te kłamstwa niczym pelikany ryby — prychnął z pogardą. Powoli zaczynał żałować, że tak za młodu się starał wszystkim udowodnić swoją prawdziwą wartość. Finalnie to zmarnowana energia i tyle.
Przechadzając się przez centrum obozu, nie zwracał uwagi na palące spojrzenia innych czy ciche szepty między sobą, jednak aż nazbyt był ich świadomy. Zastanawiało go jakim cudem ci głupcy nadal żyli tematem jego rodziny, choć minęło już trochę czasu od tego wszystkiego. Nie mieli innych zainteresowań niż plotkowanie o jednym i tym samym? Machnął gniewnie ogonem, przecinając nim powietrze za sobą — miał dość tego miejsca, marzył, by wyrwać się stąd i odejść jak najdalej, by nie musieć oglądać pysków tych mysich móżdżków. Jednak tylko na marzeniu poprzestał, przecież nie mógł ot tak zostawić rodzinę, choć też nie mógł znieść tego, jak była traktowana przez innych Korzeń. Czekoladowa nic nie zrobiła, a już na samym początku została popychadłem całego klanu nietolerancyjnych i uprzedzonych kotów — podobnie jak Fląderka. Kocur współczuł im obu, niewinne dwie dusze, skrzywdzone przez innych, tylko dlatego, że urodziły się w złym klanie ze złym kolorem szaty.
«★»
— Klekoczący Bocianie, przynieść trochę lawendy. — Słowa Gąbczastej Perły docierały do niego jak przez mgłę. Nawet nie był w stanie przypomnieć sobie, w jaki sposób znalazł się w legowisku medyków i właśnie księżniczka skończyła sprawdzać jego stan. Może i był nieco otumaniony gorączką, jednak mimo tego, aż nazbyt dobrze widział wstręt w oczach starszej oraz słyszalną niechęć, kiedy prosiła vana o zioła.
Ciężko westchnął, przymykając na chwilę oczy, by po chwili otworzyć je na dźwięk stawianych łap. Do legowiska zawędrował Ulewny Szkwał, zapewne z powodu choroby, gdyż już po chwili Różana Woń posłała najmłodszego asystenta po mech z wodą. Pomarańczowooki dość niechętnie spełnił prośbę medyczki. Liliowy wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem, co spotkało się z mało przychylnym spojrzeniem ze strony niebieskiego wojownika. Konwalia starał się to wszystko zignorować, lecz czuł, że z każdym takim przejawem niechęci, a nawet wrogość wobec niego lub kogoś z rodziny, zaczyna się w tym wszystkim dusić. Mógł się miotać, jak oszalały, przypominający przy tym ledwo, co wyciągniętą z wody rybę, lecz stanowiło to jedynie marny wysiłek, którym nic nie wskóra, dlatego też najlepiej brzmiała w tym wszystkim bierność, lecz i ona miała swoje granice. Jak długo będzie w stanie wytrzymać to wszystko, udając, że nic się nie zmieniło po wysłaniu go i rodziny na wsypę przez Mandarynkową Gwiazdę?
Wyleczeni: Konwaliowa Mielizna, Ulewny Szkwał
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz