Jej myśli stały się całkiem pochłonięte i wypełnione jednym imieniem. W jej głowie non stop pojawiał się obraz Kruczej Łapy lub jego imię, co wkrótce dla kotki stało się nie do zniesienia. Uczucia dotyczące kocura stały się przytłaczające i nieznajome, ale nie chciała zaprzątać sobie nimi głowy, gdy miała wiele ważniejszych spraw i zajęć. Kocankowa Łapa była pewna, że przyjaciel nie miałby problemu, z tym że skupia się na treningach, a mniej czasu poświęca ich relacji. Lodowate oczy uczennicy błyskały z determinacją, gdy przedzierała się przez krzewy i chaszcze, aby dotrzeć na wyznaczone przez mentora miejsce. Zabłąkany Omen testował ją na wiele sposobów. Jednym z jej dzisiejszych zadań było wytropienie go, co brzmiało łatwiej w teorii a trudniej w praktyce. Mentor poinstruował ją, że znajdzie go niedaleko granicy z Klanem Klifu na wypadek, gdyby się zgubiła, ale nic więcej nie dodał. Porzucił ją przy wejściu do obozu i następnie kazał jej odczekać stosowną ilość czasu, a potem ruszyć na miejsce śledząc jego zapach. Srebrzysta kotka nie zamartwiała się zadaniem, dopóki nie wyruszyła z miejsca, w którym ją zostawił. Dlaczego jej je zlecił, stało się jasne, dopiero gdy rozpoczęła tropienie. Ziemia była wilgotna po niedawnym deszczu i zapachy w powietrzu rozpływały się pod wpływem zawilgocenia. Jej mentor nie przechadzał się tymi ścieżkami tak dawno temu, ale podebranie jego zapachu i podążanie za nim okazało się niełatwe. Gubiła ślad i odnajdywała go w najmniej oczywistych miejscach. Czyżby kocur próbował utrudnić jej zadanie? Zdawało jej się, że w jednym miejscu przeskakiwał nad krzakiem, aby musiała go obejść, a w drugim miejscu specjalnie tworzył na ziemi jakieś dziwaczne zawijasy. Pręgus zadziwiał ją swoimi umiejętnościami i orientacją w terenie, bo z tego, co jej było wiadomo, był niemal całkiem ślepy lub całkiem ślepy. Niektórzy z jej pobratymców upierali się przy tym, że jest on ślepy, jak kret, ale po spędzaniu czasu z nim na szkoleniu codziennie, Kocankowa Łapa była innego zdania. Działał w zbyt przemyślany, dobrze opracowany sposób i nigdy nie widziała, aby miał problemy, które zakładała, że ślepe koty mają. Nie wchodził w drzewa, nie gubił się, nie zapominał, z której strony przyszli. Momentami na życie własnego brata przysięgłaby, że ten widzi więcej, niż przeciętnemu wilczakowi się zdaje. Kilka razy w drodze przedzierała się przez krzewy porośnięte kolcami, przechodziła przez kałuże dzięki, którym jej łapy zaczęły dygotać. Przy każdym kroku i potknięciu spoglądała w bok, jakby oceniała swoje osiągnięcia z surową dokładnością. Nie zrobiła nic, co można by uznać za złe i osiągała według pobratymców zadowalające postępy, co oznaczało, że nie była wyjątkowa ani tragiczna, a normalna. Jej spojrzenie stało się łagodniejsze, gdy zobaczyła granicę i wyczuła mocniejszy zapach Zabłąkanego Omenu. Czy uda jej się go zaskoczyć? Na jej pyszczku zawitał ledwie widoczny uśmiech na myśl o następnych księżycach, które spędzi na doskonaleniu swoich umiejętności — w tym skradania i podchodzenia. Przemieszczała się miejscami, w których krzewy zagęszczały się, a trawa była wyższa, aby mentor nie wypatrzył jej z łatwością. Być może miała więcej szczęścia niż rozumu, ale wojownik siedział obrócony od kierunku, w którym go podchodziła plecami. Miała przewagę. Wiatr nie wiał, więc jej zapach nie miał prawa dotrzeć do niego przedwcześnie. Była świadoma doskonałego słuchu i węchu mentora, ale i tak postanowiła na niego zapolować. Przybrała pozycję łowiecką i ugięła łapy, by brzuch znalazł się bliżej ziemi. Powoli przemieszczała się do przodu po zrównaniu głowy z linią grzbietu i zerknięciu na teren pod łapami. Szło jej porządnie, aż znalazła się na oko długość borsuka od pręgusa. Dynamicznie, odbiła się tylnymi łapami od podłoża, wyskakując w powietrze na tyle szybko, że nim zdążył się obejrzeć, była już u jego boku. Oczywiście, że nie był zadowolony i nie pochwalał jej dziecinnego zachowania, ale Kocankowa Łapa podejrzewała, że w środku musi być, chociaż odrobinę pod wrażeniem jej umiejętności, biorąc pod uwagę, jak dobrze on widzi i słyszy. Jakimś sposobem nie zbeształ jej, nie ciskał piorunami, nie fukał, nie ganił. Przez uderzenie serca srebrna koteczka zobaczyła w jego zamglonych oczach złość i rozczarowanie. Przeszyło ją to do samych kości, a nawet głębiej. Nagle nie była taka pewna czy jest pod wrażeniem jej umiejętności, ale wiedziała, że wyglądał, jakby uważał, że szkolenie jej to proces nie warty nawet jednego wąsa. Spojrzenie jej jasnych oczu znalazło się raczej na jakimś punkcie za szyją wojownika. Zamierzała go przeprosić, ale nagle wszystkie słowa po prostu uciekły, a zdziwienie i zakłopotanie na chwilę ją sparaliżowały. Zabłąkany Omen zastrzygł uszami, nim przeszedł do tłumaczenia. Wybrał tunele oddalone od innych i krótsze, ponieważ w nich była mniejsza szansa na zgubienie się. To tutaj miała zdobyć kolejną ważną umiejętność, ale czuła, że pewność siebie ją opuściła. Czy istniało ryzyko, że sklepienie w tunelu spadnie właśnie na nią? Skoro ślepy kot z nich wyszedł to i ona musiała wyjść w jednym kawałku. Kocur z wielką dokładnością instruował ją, jak poruszać się po tunelu, nie tylko tym, ale i każdym innym. Jego ton stał się bardziej wyważony, ale kotka i tak czuła, jak ściska ją w gardle. Musiało jej się udać. Na co jej poznanie swoich granic, skoro jeśli spróbuje dostatecznie mocno, to na pewno się uda? Nic nie było poza jej zasięgiem. Im dłużej słuchała mentora, tym bardziej wyraz jej pyska stawał się zafrasowany. W końcu pręgus przeniósł na nią wzrok dziwacznych ślepi i nakazał wejście do tunelu. Nie kwapiło jej się, aby wcisnąć się do tunelu przypominającego korytarz jamy króliczej. Za nim podniosła się z miejsca, jej mentor przesunął się i stanął przy wejściu do wąskiego tunelu. Mruknął coś tylko na temat tego, że nie przejdzie wnętrzem, aby nie zostawiać zapachu, za którym może podążać i będzie czekał przy wyjściu, a jeśli stwierdzi, że długo nie wraca, to odnajdzie ją. Już teraz nie brzmiało to zachęcająco, a czarna otchłań wyglądała, jakby miała kłapnąć zębami po wejściu uczennicy i zamknąć się na wieki. Ta wizja nie była ani miła, ani pocieszająca. Koteczka nerwowo przestąpiła z łapy na łapę, po czym na sztywnych łapach wcisnęła się do tunelu, gdzie niemal od razu po wejściu otoczyła ją kompletna ciemność, a źródłem światła stało się wyjście i tylko to. Kocankowa Łapa ugięła w dalszym ciągu sztywne łapy i powoli ruszyła przed siebie, czując, jak wilgotna ziemia i kamienie muskają jej futro w nieprzyjemny sposób. Co też wyrabiają te Klany, że znalazły w sobie potrzebę płaszczenia się pod ziemią, jak robaki? W tym korytarzu mieścił się ledwo niezbyt masywny uczeń, taki jak Kocankowa Łapa, a co dopiero pełnowymiarowy wojownik Klanu Wilka. W pewnym momencie ściany rozstąpiły się na boki, ukazując uczennicy rozszerzający się tunel. Na skórze czuła zimne powietrze, a pod łapami nie ziemię, a skałę. Z pewną ulgą wyprostowała się i dalej szła do przodu, aż znalazła się przed pierwszym rozgałęzieniem. Chwilę temu słuchała mentora w skupieniu, choć spojrzenie miała wbite w przestrzeń i to mógł być błąd. Jego słowa były ważne, a ona nie miała zbyt wiele czasu na przypominanie sobie, skoro powinna była pamiętać je już. Na prawo czy na lewo? Czy nie mówił czegoś o tym, że w tunelach powinno się zawsze iść na prawo i tylko tym sposobem da się dojść do wyjścia? Jakiś głos rozsądku podpowiadał jej, by poszła prawym korytarzem. Idąc tunelem, jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności i nawet mogła oglądać ściany, coraz ciekawszego miejsca. Niektóre szczeliny w skałach rozszerzały się w tunele, które były na tyle małe, że mogłaby zagonić do nich mysz, ale na pewno nie kota. Tym razem nie natknęła się na rozgałęzienie, a na coś całkiem nowego. Przez jej łapy przebiegł dreszcz, ale nie był to lęk, a ekscytacja. Znalazła się w jaskini, która wyglądała całkiem niesamowicie, ale była nieco problematyczna. Dostrzegła w niej przynajmniej cztery tunele, każdy prowadzący w inne miejsce i rozciągające się na wszystkie strony. Z tej sytuacji nie miała klarownego wyjścia. Miała iść w tunel najbliżej prawej strony? Czy może to był jakiś wyjątek, o którym mówił mentor, ale już wypadł jej z głowy? Kocankowa Łapa pluła sobie w brodę. Pomimo tego, jak dobrze uczennica przyswajała wiedzę, nigdy nie była pewna swoich wyborów i je kwestionowała, co nie ułatwiało jej wyborów. Finalnie wybrała tunel, który wydawał się mniej niewłaściwy niż inne. Wcześniej lodowate powietrze teraz było, coraz to cieplejsze a wilgotność zwiększyła się. Pręguska była przekonana, że powierzchnia ziemi jest coraz bliżej. W nozdrzach wyczuwała więcej niż wcześniej pyłu, jakby na zewnątrz rozpętała się istna burza piaskowa. Jej ekspresja uległa drastycznej zmianie po zauważeniu nowego pomieszczenia. Ciemność już na nią nie naciskała, a jaskinia stojąca otworem przed nią była wielka. Koteczka stanęła jak wryta i rozejrzała się po skalnych ścianach, które oświetlał blask wysokiego słońca, wpadającego przez mały otwór w sklepieniu. Posadzka była wypełniona pyłem i piaskiem. A więc to pomieszczenie czuła uczennica. Trwała w napięciu, czując, jak mróz wgryza się w jej łapy. Serce waliło jej w piersi niczym ptak uwięziony w klatce, a każdy odgłos w okolicy wydawał się głośniejszy, niż rzeczywiście był. Nie wolność, nie powierzchnię, na której czekał na nią mentor. Kotka zastrzygła uszami i dokładniej obejrzała jaskinię. Wyglądało to, jak przyzwoite miejsce na potajemne spotkania… z kimś, kogo kiedyś pozna. Albo i nie pozna, tylko już zna. Kocankowa Łapa byłaby szczęśliwa, mogąc przyprowadzić tu Kruczą Łapę. Jeszcze chwilę czasu poświęciła na oglądanie jaskini i wskoczyła na skalną półkę, aby wybadać szczelinę w ścianie, która wyglądała jak obiecujące przejście. Szczelina z daleka nie była ogromna, ale okazała się być szerokim, niskim tunelem. Na ugiętych łapach kotka wślizgnęła się do tunelu, którego podłoże pokryte było piaskiem. Jej myśli teraz zaprzątał Zabłąkany Omen. Na jej pysku pojawił się kwaśny uśmieszek i odsłoniła kły. Po tym treningu już nigdy mu nie odpuści i zamęczy go ciągłymi treningami, aż któreś z nich padnie. Czyny mentora ją drażniły. Czy próbował ją upokorzyć, wybierając tak skomplikowany zestaw tuneli? Wyśmiać? Sprawić, że poczuje się mała i bezbronna? Nie zamierzała mu na to pozwolić. Pomimo tego, że nie mogła się całkiem wyprostować w tunelu, napięła całe ciało, jakby była królikiem w biegu i starała się wyglądać na pewniejszą niż w tamtym momencie była. O niech on tylko się pokaże przy wyjściu, to ona mu pokaże, co to znaczy pojedynek! I w ogóle nie będzie się interesować tym, że jest ślepy. Mógłby być nawet głuchy i niemy, ale za taką akcję mu nie odpuści. Był taki dziwaczny i tajemniczy. Nie ufała temu wojownikowi za mysi ogon, ale coś w nim budziło ciekawość. Może to jego cnotliwa nonszalancja, a może sposób, w jaki mówił, jakby wszystko było tylko grą. Chodził po terenach, jakby calutki las należał do niego. Jak gdyby był przywódcą lub czymś więcej. Być może był świadomy jej młodości, ewidentnie ją dostrzegał i próbował wykorzystać tę wadę, ale Kocankowa Łapa zamierzała pokazać, że jest bardziej niż zdolna, by stanąć na wysokości zadania. Zamierzała opuścić tunel natychmiast. Koteczka zmrużyła oczy, z trudem powstrzymując się od wykrzywienia pyska w irytacji. Jej mentor zazwyczaj sprawiał wrażenie, jakby bawiły go zachowania uczennicy, a jego leniwy ton podsycał jej gniew. Musi przestać jej umniejszać, a zacząć doceniać! Jej serce zabiło szybciej, gdy coś oślepiło ją do tego stopnia, że była zmuszona zamknąć oczy i zamrugać kilkukrotnie. Wyjście! Srebrzysta koteczka pobiegła w stronę światła z uniesionym podbródkiem. Nie mogła pozbyć się uczucia, że w tunelach spędziła całą wieczność, a powietrze tam było gęste. Nie mogła ukryć satysfakcji, gdy jej łapy dotknęły leśnej ściółki, a mentor z Mrocznej Puszczy rodem nie był najgorszym widokiem. Gniew powrócił do niej z potrojoną siłą, gdy Zabłąkany Omen ziewnął jak gdyby nigdy nic i rzucił jedynie krótko, że powinni wracać do obozu. Z mało kim czuła się tak źle, jak właśnie z nim. Choćby ją przeprosił, to nie byłoby w tym nic przepraszającego, a nowe iskierki lekceważenia. Powietrze między nimi mogło być lodowate, ale napięcie między nimi skutecznie je ogrzewało. Jej ogon falował powoli, rytmicznie, gdy podążała za mentorem prosto do obozu, a raczej paszczy wilka. Nie mogła się doczekać nadchodzącej sztuki unikania Pszczelej Łapy, to dopiero wyzwanie! Pręguska próbowała wszystko to ułożyć sobie w głowie, by po powrocie, precyzyjnie opowiedzieć Kruczej Łapie jak było i wymknąć się z nim do jaskini z otwartym sklepieniem.
[1991 + nawigacja w tunelach]
[przyznano 40% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz